W czasie wędrówki po dystryktach i dzielnicach Malagi byliśmy już w centrum, w porcie
i na trzech plażach. W tym odcinku opiszę pokrótce
dystrykt Bailén-Miraflores, zlokalizowany na północny-wschód od starówki. Składa się na niego prawie trzydzieści
barrios, czyli dzielnic albo osiedli, zależy jak to przetłumaczymy.
Niektóre są tak niewielkie, że pasowałaby druga wersja, inne na tyle duże, że
pierwsza.
Bailén-Miraflores nie leży nad morzem, nie ma znanych atrakcji turystycznych,
więc dlaczego akurat on? Bo tam nocowaliśmy, więc teoretycznie spędzaliśmy w
nim najwięcej czasu 😏.
Nasz nocleg znajdował się w barrio znanym jako Camino de Suárez - ponieważ mieści się w nim ledwie kilka ulic, to bardziej pasowałoby
określenie go jako osiedla. Pierwsze, co nam się rzuciło w oczy po
przyjeździe, to rozkopane ulice tuż obok naszego miejsca noclegowego.
Myślałem, że to jakiś remont, naprawa ulicy albo wymiana rur, lecz to grubsza
sprawa, bowiem powstaje tutaj kolejny odcinek drugiej linii metra.
Na starówkę szliśmy stąd ponad pół godziny, autobusem jechało się
podobnie długo, bo linie autobusowe robią objazdówkę po całej okolicy. Jeśli
zgodnie z planami ten fragment metra otworzą w przyszłym roku, to podróż
zajmie kilka minut.
Zastanawiałem się, czy ekipy budowlane pracują w soboty? Nie pracowały, za to
w dni robocze zaczynali hałasować bladym świtem, zupełnie jak nie w Hiszpanii!
Jak widać na załączonych zdjęciach, sporo tu wysokiej zabudowy mieszkalnej.
Taka sytuacja dotyczy jednak głównych ulic, a i to nie zawsze.
Boczne uliczki, w tym ta przy której mieszkaliśmy, zdominowane są przez małe,
czasem parterowe domki. Pozostałości po "starej Maladze", których nie
wyburzono w czasie wielkiego boomu demograficznego po II wojnie światowej.
Ściany wielu z tych domów ozdobione są różnymi płytkami i nawet jeśli jest to
współczesna robota, to wyglądają bardzo klimatycznie. Na zdjęciu poniżej
uliczka z naszym obiektem noclegowym - on sam był parterowy, podobnie jak
większość domów naprzeciwko.
W Maladze znalezienie noclegu w dobrej cenie i adresie graniczy z
cudem albo w ogóle jest niemożliwe. Nasz kosztował niecałe 300 złotych za noc
i była to naprawdę najniższa oferta z miarę przyzwoitą oceną (7.5) i dość
blisko centrum. Ledwie kilka innych opcji było tańszych, ale czytając opinie
zostawione przez poprzednich turystów, można było dojść do wniosku, że obozy koncentracyjne posiadały lepsze warunki! Zresztą oceny na poziomie 2.5 mówią same
za siebie - co ciekawe, takich potencjalnych noclegów było całkiem sporo! Ceny
zazwyczaj były dla mnie absurdalne, bo jak nazwać kwotę 300-400 złotych za
osobę w pokoju zbiorowym w hostelu albo w kapsule? Próbowałem sprawdzić ile
trzeba dać za dwójkę z własną łazienką i wyszło, że co najmniej pięć stów za
noc... Bynajmniej nie w hotelu czy pensjonacie.
W takiej sytuacji nasze miejsce noclegowe wydawało się przyzwoite - był to
niewielki pokoik wyposażony w szafę, telewizor i klimatyzację, która jednak
nie zawsze działała tak, jak powinna. Właściciel przerobił stare mieszkanie na
cztery pokoje do wynajęcia ze zbiorową kuchnią i salonem (z którego i tak nikt
nie korzystał).
Diabeł jak zwykle tkwił w szczegółach. Z czterech mieszkań jedno miało okno na
ulicę, dwa na wewnętrzny korytarz (czyli zero ruchu powietrza), a nasze na
wewnętrzny miniaturowy dziedziniec. Z jednej strony mieliśmy lekką wentylację,
z drugiej dziedziniec pełnił rolę palarni. Efekt był taki, że przy aktywnych
palaczach nie dało się spać z otwartym oknem.
Na zdjęciu widok z dziedzińca na okolicę 😏.
Pobyt zaczął się pozytywnie - gospodarz pozwolił przyjechać wcześniej niż
deklarowana godzina meldunku. Przywitała nas sprzątaczka, która za bardzo nie umiała
nawet po hiszpańsku, na szczęście jej córka znała angielski, więc
wprowadziliśmy się bez problemów. Na cztery pokoje przypadały dwie łazienki na
korytarzu, dość czyste, więc wieczorem wracaliśmy bez obaw. Czar prysł, gdy na
wejściu zobaczyliśmy jakąś panią paradującą w prześwitującej, różowej sukience
i chwiejącego się chłopa z cygaretą w ustach. W pierwszej chwili myślałem, że
ktoś sprowadził sobie dziwkę! Okazało się, iż to holenderska para z małym
dzieckiem przyjechała do Malagi, lecz nie na romantyczną randkę a na awantury.
Dzień później rozmawialiśmy z ukraińskim małżeństwem, które spało w innym
pokoju (nota bene przylecieli z Łodzi) i opowiadali, że właściwie od samego
początku Niderlandzycy robili chlew. Syf w łazience, syf na korytarzu, darcie
ryja, przy czym aktywniejsza była oczywiście kobieta, która w pewnym momencie
rozbiła butelkę z piwa o ścianę i zaczęła nią grozić. Po tym jak Ukrainiec
wlazł w toalecie w kawałek szkła, wezwał policję. Przyjechał patrol,
pogadał, spisał, ale uspokoiło się na chwilę. Wróciliśmy my i awantura
wybuchła na nowo, policja zjawiła się po raz drugi, tym razem nie wiadomo kto
ją wezwał. I znowu: pogadali, spisali i znikli, a Holendrzy po kilkunastu
minutach rozpętali kolejną burzę z waleniem pięściami po ścianach, a lafirynda
w różowym darła się z powtarzanym słowem "policja". Ponieważ mieszkali w
sąsiednim pokoju, więc w końcu nie wytrzymałem, wyszedłem na korytarz i
zacząłem się drzeć po polsku z obfitym zestawem przekleństw - nie wiem czy
zrozumieli, ale po jakimś czasie się uspokoiło, nie licząc płaczu dziecka 😛.
Straty ponieśli Ukraińcy, bo oprócz rozciętej stopy ktoś (?) ukradł im
koszulkę oraz... damskie majtki.
Na szczęście na drugi dzień zniknęli, ale Holender był na tyle bezczelny, że
napisał w recenzji, iż "miejsce jest do bani, bo nie można hałasować ani
głośno uprawiać seksu" 😛. Od tego momentu wewnętrzny dziedziniec służył
przede wszystkim do jedzenia posiłków i suszenia ubrań.
Wracamy na ulicę. Tak jak pisałem, architektura to epokowy misz-masz: od
krzywych domów z końca XIX wieku po wielopiętrowe bloki.
Camino de Suárez od północy i zachodu granicy z
dzielnicą/osiedlem Suárez. Nazwa wydaje się superhiszpańska, ale
jej początkiem była rodzina pochodząca z dzisiejszej Belgii, która kilkaset
lat temu sprowadziła się tutaj, aby hodować bydło i kozy. Nazywali się Swerts,
lecz Hiszpanie nie potrafili nazwiska prawidłowo wymówić, więc przechrzcili się
na Suárez i tak zostało do dzisiaj.
Na wschód mamy dzielnicę La Trinitad, która podzielona jest pomiędzy
dwa dystrykty. Jej historia sięga 1487 roku - w czasie oblężenia arabskiej
wówczas Malagi przez chrześcijan znajdował się tu obóz królewski. Po udanym
zdobyciu miasta wzniesiono w jego miejscu pustelnię św. Onufrego, a następnie
klasztor prowadzony przez trynitarzy. Zakonnicy posiadali go do XIX wieku,
kiedy to został przejęty przez państwo i przekształcony w koszary.
Wojsko opuściło klasztor w 1974 roku i od tej pory niszczeje. W niewiele lepszy stanie jest kościół z 19. stulecia. Pojawiły się plany otworzenia w nim muzeum sztuki, ale póki co służy jako tło do parkingu. Mury klasztorne są w tak kiepskim stanie, że trzeba je podpierać.
Okolice w pobliżu dawnego klasztoru zostały przekształcone w spokojny deptak.
Boczne ulice La Trinitad to także wiele przykładów architektury starej Malagi.
Wśród nich można wyróżnić Colonię de San Eugenio - niewielkie
osiedle robotnicze z pierwszej połowy XX wieku.
Oprócz domów wybudowanych w podobnym stylu można tu zobaczyć dawną bramę wejściową oraz plac z mozaiką
zawierającą listę zasad obowiązujących na osiedlu.
Południową granicę La Trinitad wyznacza ruchliwa Calle Martínez
Maldonado, a przy niej stoi nieduży kościół powstały z XVIII-cznej pustelni
(Ermita de Zamarrilla). Został on mocno uszkodzony w 1931 roku podczas
republikańskich ataków na świątynie, a współcześnie zdaje się nie pasować do
otaczającej go zabudowy.
Po zmroku kręciłem się po okolicznych dzielnicach jeszcze częściej niż w dzień.
Nocą wszystko wydaje się bardziej tajemnicze i bardziej kuszące. I choć widać tu więcej migrantów
niż w ścisłym centrum, to nie dało się odczuć, iż jest niebezpiecznie. Swoją
drogą ta zwiększona ilość migrantów to może być subiektywne odczucie, bo
według statystyk jest ich tylko dziesięć procent, czyli mniej niż w skali
całego miasta (pierwsza trójka krajów, z których pochodzą, to Maroko, Nigeria
i Paragwaj). Z drugiej strony okna na wysokości parterów, a czasem i
pierwszego piętra w niemal każdym budynku były zabezpieczone kratami... Zatem
bogato ubrana Matka Boska może mieć sporo próśb do wysłuchania.
Pierwszego wieczoru skupiłem się na kilku mniejszych ulicach, przy których
obserwowałem zamykane po dziesiątej małe sklepiki prowadzone przez Azjatów lub
Afrykanów. Sklepy sieciowe zazwyczaj nie działały już co najmniej od godziny.
Zdarzały się płytki tak wyślizgane, że człowiek musiał uważać, aby nie
zaliczyć gleby. Po deszczu musi być jeszcze ciekawiej.
Drugiego wieczoru na cel wziąłem sobie Suárez i buszowałem pomiędzy
wyższą zabudową. Sporo tu symboli miejscowego klubu piłkarskiego Málaga CF,
który w tym roku po prawie dekadzie powrócił do hiszpańskiej
ekstraklasy.
Ulice potrafią zaskoczyć nagłym zjazdem lub podjazdem.
Jest ciepły (25 stopni) piątkowy wieczór, a mimo to o północy mało kogo widać
na chodnikach. Hiszpanie prowadzą bogate życie towarzyskie i
zaczynają je o późniejszych porach niż u nas, ale o tej godzinie większość
lokali albo się już zamknęło albo wkrótce zamknie.
W centrum, gdzie kręcą się spragnieni rozrywek turyści, znacznie łatwiej o
otwartą dłużej knajpę.
Mijane bloki są podwójnie zabezpieczone przed nieproszonymi gośćmi - domofon i
zamykane drzwi nie tylko przy wejściu do budynku, ale także przy wejściu na
dziedzińce. Pozostało mi popatrzeć sobie przez kraty.
Kolejny wieczór spędziłem na kręceniu się po Trinitadzie. Siadłem sobie z
piwem na ławce z widokiem na Hospital Civil, największy szpital w
Maladze i jeden z największych w Andaluzji. Za sobą mam mury klasztoru
trynitarzy, które wyglądają jak mury obronne miasta. Zakonnicy osiedlili się poza Malagą, więc dla swojego bezpieczeństwa musieli wznieść własne
systemy zabezpieczeń.
Zaglądam pod kościół, ale tam jak za dnia: opuszczona świątynia otoczona zaparkowanymi samochodami.
Przemykam przez Colonię de San Eugenio. Wszędzie pusto, tylko na
placu z listą zasad trwa sąsiedzka impreza i intensywne dyskusje.
W ostatnią noc odwiedziłem dzielnicę, po której nie chodziłem w ciągu dnia,
czyli Haza del Campillo. Jest to osiedle domków jednorodzinnych wybudowane w pierwszej połowie lat 40. ubiegłego wieku. Biały kolor ścian zdecydowanie tu dominuje.
Dzielnica ma własny kościół z tego samego okresu, a obok niego znajduje się
park z pluskającą fontanną. Początkowo zamierzałem zrobić sobie popas właśnie
w nim, ale w pobliżu odbywała się jakaś młodzieżowa narada, więc poszedłem
kawałek dalej i usiadłem pod blokiem, już na sąsiednim osiedlu.
O ile w ciągu dnia stołowaliśmy się w centrum, o tyle wieczorem przychodziła
pora na okolicę i to najbliższą, bo jakieś sto metrów od naszego noclegu
działały cztery sąsiadujące ze sobą knajpy (piąta - piwiarnia - położona była
za ulicą). Wszystkie niby do siebie podobne, ale każda trochę inna i każda
zamknięta w inny dzień tygodnia, tak więc zawsze coś było otwarte 😊.
Siadamy tam, gdzie akurat było wolne, a każdego
wieczoru obsadzenie było niemal pełne. Nie spotkaliśmy innych cudzoziemców,
może się bali albo woleli pić na pokojach, jak Holendrzy? Większość klientów zna się ze sobą i z właścicielami, biegają dzieci, matki nie zwracają na nie
uwagi, tatusie wlewają w siebie kolejne piwa z małych butelek (półlitrowych
brak). Obok wejścia siedziała wielka herod-baba, która piła więcej niż jej wszyscy kumple, a trzymała się najlepiej; jeszcze odprowadziła jednego
dogorywającego na taksówkę. Jest też facet, który codziennie przyprowadza
swoją siwiuteńką mamę na wózku i oddaje się radosnym czynnościom
integracji.
W menu występują proste dania obiadowe, ale królują przystawki. W knajpie, w której bywaliśmy najczęściej, teoretycznie istniała też angielska wersja jadłospisu, ale połowa i tak była po hiszpańsku, a właściciel rozumiał English mniej więcej tak, jak ja po węgiersku 😛.
Za pierwszym razem próbowaliśmy pożyczyć kartę dań z sąsiedniego stolika, gdzie
siedziały dwie rozgadane panie w modnych brylach. Spotkaliśmy się z
wielkim oburzeniem.
- Nie, absolutnie, ono jest nam potrzebne!
- Zaraz oddamy - tłumaczę.
- Nie, my będziemy teraz zamawiać!
Oczywiście zamiast zamawiać znowu zaczęły dywagować o dupie Maryny i o
jedzeniu wspomniało im się pół godziny później. Właściciel rozłożył ręce:
- Przed chwilą zamknęliśmy kuchnię, tych pozycji już nie ma.
Karma wraca! Dostały coś na odczepnego, a my w tym czasie śmialiśmy się znad
patas bravas. Niby zwykłe usmażone i pokrojone kartofle z sosem, ale
doskonale komponowały się z tinto de verano. A do tego
chistorra, pikantne kiełbaski (mniejsza odmiana chorizo) -
proste, a jakie smaczne!











































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz