czwartek, 22 października 2026

Malaga - Bailén-Miraflores i holenderscy awanturnicy

W czasie wędrówki po dystryktach i dzielnicach Malagi byliśmy już w centrum, w porcie i na trzech plażach. W tym odcinku opiszę pokrótce dystrykt Bailén-Miraflores, zlokalizowany na północny-wschód od starówki. Składa się na niego prawie trzydzieści barrios, czyli dzielnic albo osiedli, zależy jak to przetłumaczymy. Niektóre są tak niewielkie, że pasowałaby druga wersja, inne na tyle duże, że pierwsza. 

Bailén-Miraflores nie leży nad morzem, nie ma znanych atrakcji turystycznych, więc dlaczego akurat on? Bo tam nocowaliśmy, więc teoretycznie spędzaliśmy w nim najwięcej czasu 😏. 
Nasz nocleg znajdował się w barrio znanym jako Camino de Suárez - ponieważ mieści się w nim ledwie kilka ulic, to bardziej pasowałoby określenie go jako osiedla. Pierwsze, co nam się rzuciło w oczy po przyjeździe, to rozkopane ulice tuż obok naszego miejsca noclegowego. Myślałem, że to jakiś remont, naprawa ulicy albo wymiana rur, lecz to grubsza sprawa, bowiem powstaje tutaj kolejny odcinek drugiej linii metra. 


Na starówkę szliśmy stąd ponad pół godziny, autobusem jechało się podobnie długo, bo linie autobusowe robią objazdówkę po całej okolicy. Jeśli zgodnie z planami ten fragment metra otworzą w przyszłym roku, to podróż zajmie kilka minut.
Zastanawiałem się, czy ekipy budowlane pracują w soboty? Nie pracowały, za to w dni robocze zaczynali hałasować bladym świtem, zupełnie jak nie w Hiszpanii!


Jak widać na załączonych zdjęciach, sporo tu wysokiej zabudowy mieszkalnej. Taka sytuacja dotyczy jednak głównych ulic, a i to nie zawsze.


Boczne uliczki, w tym ta przy której mieszkaliśmy, zdominowane są przez małe, czasem parterowe domki. Pozostałości po "starej Maladze", których nie wyburzono w czasie wielkiego boomu demograficznego po II wojnie światowej.



Ściany wielu z tych domów ozdobione są różnymi płytkami i nawet jeśli jest to współczesna robota, to wyglądają bardzo klimatycznie. Na zdjęciu poniżej uliczka z naszym obiektem noclegowym - on sam był parterowy, podobnie jak większość domów naprzeciwko.


W Maladze znalezienie noclegu w dobrej cenie i adresie graniczy z cudem albo w ogóle jest niemożliwe. Nasz kosztował niecałe 300 złotych za noc i była to naprawdę najniższa oferta z miarę przyzwoitą oceną (7.5) i dość blisko centrum. Ledwie kilka innych opcji było tańszych, ale czytając opinie zostawione przez poprzednich turystów, można było dojść do wniosku, że obozy koncentracyjne posiadały lepsze warunki! Zresztą oceny na poziomie 2.5 mówią same za siebie - co ciekawe, takich potencjalnych noclegów było całkiem sporo! Ceny zazwyczaj były dla mnie absurdalne, bo jak nazwać kwotę 300-400 złotych za osobę w pokoju zbiorowym w hostelu albo w kapsule? Próbowałem sprawdzić ile trzeba dać za dwójkę z własną łazienką i wyszło, że co najmniej pięć stów za noc... Bynajmniej nie w hotelu czy pensjonacie.
W takiej sytuacji nasze miejsce noclegowe wydawało się przyzwoite - był to niewielki pokoik wyposażony w szafę, telewizor i klimatyzację, która jednak nie zawsze działała tak, jak powinna. Właściciel przerobił stare mieszkanie na cztery pokoje do wynajęcia ze zbiorową kuchnią i salonem (z którego i tak nikt nie korzystał).


Diabeł jak zwykle tkwił w szczegółach. Z czterech mieszkań jedno miało okno na ulicę, dwa na wewnętrzny korytarz (czyli zero ruchu powietrza), a nasze na wewnętrzny miniaturowy dziedziniec. Z jednej strony mieliśmy lekką wentylację, z drugiej dziedziniec pełnił rolę palarni. Efekt był taki, że przy aktywnych palaczach nie dało się spać z otwartym oknem.
Na zdjęciu widok z dziedzińca na okolicę 😏.


Pobyt zaczął się pozytywnie - gospodarz pozwolił przyjechać wcześniej niż deklarowana godzina meldunku. Przywitała nas sprzątaczka, która za bardzo nie umiała nawet po hiszpańsku, na szczęście jej córka znała angielski, więc wprowadziliśmy się bez problemów. Na cztery pokoje przypadały dwie łazienki na korytarzu, dość czyste, więc wieczorem wracaliśmy bez obaw. Czar prysł, gdy na wejściu zobaczyliśmy jakąś panią paradującą w prześwitującej, różowej sukience i chwiejącego się chłopa z cygaretą w ustach. W pierwszej chwili myślałem, że ktoś sprowadził sobie dziwkę! Okazało się, iż to holenderska para z małym dzieckiem przyjechała do Malagi, lecz nie na romantyczną randkę a na awantury. Dzień później rozmawialiśmy z ukraińskim małżeństwem, które spało w innym pokoju (nota bene przylecieli z Łodzi) i opowiadali, że właściwie od samego początku Niderlandzycy robili chlew. Syf w łazience, syf na korytarzu, darcie ryja, przy czym aktywniejsza była oczywiście kobieta, która w pewnym momencie rozbiła butelkę z piwa o ścianę i zaczęła nią grozić. Po tym jak Ukrainiec wlazł w toalecie w kawałek szkła, wezwał policję. Przyjechał patrol, pogadał, spisał, ale uspokoiło się na chwilę. Wróciliśmy my i awantura wybuchła na nowo, policja zjawiła się po raz drugi, tym razem nie wiadomo kto ją wezwał. I znowu: pogadali, spisali i znikli, a Holendrzy po kilkunastu minutach rozpętali kolejną burzę z waleniem pięściami po ścianach, a lafirynda w różowym darła się z powtarzanym słowem "policja". Ponieważ mieszkali w sąsiednim pokoju, więc w końcu nie wytrzymałem, wyszedłem na korytarz i zacząłem się drzeć po polsku z obfitym zestawem przekleństw - nie wiem czy zrozumieli, ale po jakimś czasie się uspokoiło, nie licząc płaczu dziecka 😛. Straty ponieśli Ukraińcy, bo oprócz rozciętej stopy ktoś (?) ukradł im koszulkę oraz... damskie majtki.

Na szczęście na drugi dzień zniknęli, ale Holender był na tyle bezczelny, że napisał w recenzji, iż "miejsce jest do bani, bo nie można hałasować ani głośno uprawiać seksu" 😛. Od tego momentu wewnętrzny dziedziniec służył przede wszystkim do jedzenia posiłków i suszenia ubrań.



Wracamy na ulicę. Tak jak pisałem, architektura to epokowy misz-masz: od krzywych domów z końca XIX wieku po wielopiętrowe bloki.



Camino de Suárez od północy i zachodu granicy z dzielnicą/osiedlem Suárez. Nazwa wydaje się superhiszpańska, ale jej początkiem była rodzina pochodząca z dzisiejszej Belgii, która kilkaset lat temu sprowadziła się tutaj, aby hodować bydło i kozy. Nazywali się Swerts, lecz Hiszpanie nie potrafili nazwiska prawidłowo wymówić, więc przechrzcili się na Suárez i tak zostało do dzisiaj.


Na wschód mamy dzielnicę La Trinitad, która podzielona jest pomiędzy dwa dystrykty. Jej historia sięga 1487 roku - w czasie oblężenia arabskiej wówczas Malagi przez chrześcijan znajdował się tu obóz królewski. Po udanym zdobyciu miasta wzniesiono w jego miejscu pustelnię św. Onufrego, a następnie klasztor prowadzony przez trynitarzy. Zakonnicy posiadali go do XIX wieku, kiedy to został przejęty przez państwo i przekształcony w koszary.


Wojsko opuściło klasztor w 1974 roku i od tej pory niszczeje. W niewiele lepszy stanie jest kościół z 19. stulecia. Pojawiły się plany otworzenia w nim muzeum sztuki, ale póki co służy jako tło do parkingu. Mury klasztorne są w tak kiepskim stanie, że trzeba je podpierać.


Okolice w pobliżu dawnego klasztoru zostały przekształcone w spokojny deptak.


Boczne ulice La Trinitad to także wiele przykładów architektury starej Malagi. Wśród nich można wyróżnić Colonię de San Eugenio - niewielkie osiedle robotnicze z pierwszej połowy XX wieku. 


Oprócz domów wybudowanych w podobnym stylu można tu zobaczyć dawną bramę wejściową oraz plac z mozaiką zawierającą listę zasad obowiązujących na osiedlu.



Południową granicę La Trinitad wyznacza ruchliwa Calle Martínez Maldonado, a przy niej stoi nieduży kościół powstały z XVIII-cznej pustelni (Ermita de Zamarrilla). Został on mocno uszkodzony w 1931 roku podczas republikańskich ataków na świątynie, a współcześnie zdaje się nie pasować do otaczającej go zabudowy.


Po zmroku kręciłem się po okolicznych dzielnicach jeszcze częściej niż w dzień. Nocą wszystko wydaje się bardziej tajemnicze i bardziej kuszące. I choć widać tu więcej migrantów niż w ścisłym centrum, to nie dało się odczuć, iż jest niebezpiecznie. Swoją drogą ta zwiększona ilość migrantów to może być subiektywne odczucie, bo według statystyk jest ich tylko dziesięć procent, czyli mniej niż w skali całego miasta (pierwsza trójka krajów, z których pochodzą, to Maroko, Nigeria i Paragwaj). Z drugiej strony okna na wysokości parterów, a czasem i pierwszego piętra w niemal każdym budynku były zabezpieczone kratami... Zatem bogato ubrana Matka Boska może mieć sporo próśb do wysłuchania.


Pierwszego wieczoru skupiłem się na kilku mniejszych ulicach, przy których obserwowałem zamykane po dziesiątej małe sklepiki prowadzone przez Azjatów lub Afrykanów. Sklepy sieciowe zazwyczaj nie działały już co najmniej od godziny.




Zdarzały się płytki tak wyślizgane, że człowiek musiał uważać, aby nie zaliczyć gleby. Po deszczu musi być jeszcze ciekawiej.


Drugiego wieczoru na cel wziąłem sobie Suárez i buszowałem pomiędzy wyższą zabudową. Sporo tu symboli miejscowego klubu piłkarskiego Málaga CF, który w tym roku po prawie dekadzie powrócił do hiszpańskiej ekstraklasy. 


Ulice potrafią zaskoczyć nagłym zjazdem lub podjazdem.


Jest ciepły (25 stopni) piątkowy wieczór, a mimo to o północy mało kogo widać na chodnikach. Hiszpanie prowadzą bogate życie towarzyskie i zaczynają je o późniejszych porach niż u nas, ale o tej godzinie większość lokali albo się już zamknęło albo wkrótce zamknie.
W centrum, gdzie kręcą się spragnieni rozrywek turyści, znacznie łatwiej o otwartą dłużej knajpę.




Mijane bloki są podwójnie zabezpieczone przed nieproszonymi gośćmi - domofon i zamykane drzwi nie tylko przy wejściu do budynku, ale także przy wejściu na dziedzińce. Pozostało mi popatrzeć sobie przez kraty.


Kolejny wieczór spędziłem na kręceniu się po Trinitadzie. Siadłem sobie z piwem na ławce z widokiem na Hospital Civil, największy szpital w Maladze i jeden z największych w Andaluzji. Za sobą mam mury klasztoru trynitarzy, które wyglądają jak mury obronne miasta. Zakonnicy osiedlili się poza Malagą, więc dla swojego bezpieczeństwa musieli wznieść własne systemy zabezpieczeń.


Zaglądam pod kościół, ale tam jak za dnia: opuszczona świątynia otoczona zaparkowanymi samochodami.


Przemykam przez Colonię de San Eugenio. Wszędzie pusto, tylko na placu z listą zasad trwa sąsiedzka impreza i intensywne dyskusje.




W ostatnią noc odwiedziłem dzielnicę, po której nie chodziłem w ciągu dnia, czyli Haza del Campillo. Jest to osiedle domków jednorodzinnych wybudowane w pierwszej połowie lat 40. ubiegłego wieku. Biały kolor ścian zdecydowanie tu dominuje.



Dzielnica ma własny kościół z tego samego okresu, a obok niego znajduje się park z pluskającą fontanną. Początkowo zamierzałem zrobić sobie popas właśnie w nim, ale w pobliżu odbywała się jakaś młodzieżowa narada, więc poszedłem kawałek dalej i usiadłem pod blokiem, już na sąsiednim osiedlu.



O ile w ciągu dnia stołowaliśmy się w centrum, o tyle wieczorem przychodziła pora na okolicę i to najbliższą, bo jakieś sto metrów od naszego noclegu działały cztery sąsiadujące ze sobą knajpy (piąta - piwiarnia - położona była za ulicą). Wszystkie niby do siebie podobne, ale każda trochę inna i każda zamknięta w inny dzień tygodnia, tak więc zawsze coś było otwarte 😊.


Siadamy tam, gdzie akurat było wolne, a każdego wieczoru obsadzenie było niemal pełne. Nie spotkaliśmy innych cudzoziemców, może się bali albo woleli pić na pokojach, jak Holendrzy? Większość klientów zna się ze sobą i z właścicielami, biegają dzieci, matki nie zwracają na nie uwagi, tatusie wlewają w siebie kolejne piwa z małych butelek (półlitrowych brak). Obok wejścia siedziała wielka herod-baba, która piła więcej niż jej wszyscy kumple, a trzymała się najlepiej; jeszcze odprowadziła jednego dogorywającego na taksówkę. Jest też facet, który codziennie przyprowadza swoją siwiuteńką mamę na wózku i oddaje się radosnym czynnościom integracji. 


W menu występują proste dania obiadowe, ale królują przystawki. W knajpie, w której bywaliśmy najczęściej, teoretycznie istniała też angielska wersja jadłospisu, ale połowa i tak była po hiszpańsku, a właściciel rozumiał English mniej więcej tak, jak ja po węgiersku 😛. 
Za pierwszym razem próbowaliśmy pożyczyć kartę dań z sąsiedniego stolika, gdzie siedziały dwie rozgadane panie w modnych brylach. Spotkaliśmy się z wielkim oburzeniem.
- Nie, absolutnie, ono jest nam potrzebne!
- Zaraz oddamy - tłumaczę.
- Nie, my będziemy teraz zamawiać!
Oczywiście zamiast zamawiać znowu zaczęły dywagować o dupie Maryny i o jedzeniu wspomniało im się pół godziny później. Właściciel rozłożył ręce:
- Przed chwilą zamknęliśmy kuchnię, tych pozycji już nie ma.
Karma wraca! Dostały coś na odczepnego, a my w tym czasie śmialiśmy się znad patas bravas. Niby zwykłe usmażone i pokrojone kartofle z sosem, ale doskonale komponowały się z tinto de verano. A do tego chistorra, pikantne kiełbaski (mniejsza odmiana chorizo) - proste, a jakie smaczne!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz