wtorek, 8 czerwca 2021

Polska rzepakowa (2): Kryłów - Dołhobyczów.

Kryłów (Крилів) to obecnie niezbyt duża wioska z bogatą historią. Przez kilka wieków była miastem, straciła ten status dopiero po powstaniu styczniowym. Właścicielami były ważne rody Tęczyńskich, Ostrorogów i Radziejowskich. W czasach rozkwitu reformacji działało w nim kalwińskie gimnazjum. Przeszłość to także wielka mozaika narodowościowa charakterystyczna dla miasteczek ziemi chełmskiej, wchodzącej w skład województwa ruskiego: jeszcze sto lat temu połowę mieszkańców stanowili Żydzi, następni byli prawosławni Ukraińcy i trochę mniej liczni katoliccy Polacy. Do pewnego momentu żyli oni w miarę zgodnie, aż w końcu wszystko szlag trafił! Najpierw w 1938 roku władze sanacyjne nakazały zburzyć prawosławną cerkiew w ramach wspominanej już przeze mnie akcji "rewindykacyjno-polonizacyjnej". Ziarno nienawiści zostało zasiane. Następnie przyszli Niemcy i wymordowali Żydów oraz spalili drewnianą synagogę. Nieustannie iskrzyło między pozostałymi w wiosce Słowianami: w 1944 roku oddział Batalionów Chłopskich zabił w Kryłowie 13 Ukraińców. W polskich źródłach o tych wydarzeniach się nie wspomina, ewentualnie pojawia się tekst o "likwidacji bazy UPA", Ukraińcy zaś piszą, że połowa ofiar to kobiety i dzieci. W marcu kolejnego roku doszło do rewanżu: tym razem upowcy napadli na miejscowość, mordując wszystkich milicjantów i prawie trzydziestu cywilów. Po wytyczeniu nowej granicy na Bugu Kryłów oczyszczono z elementu niepolskiego. Pamiątki po wielokulturowej historii nadal istnieją, ale trzeba włożyć trochę wysiłku, aby je odnaleźć i odszukać.

I na te senne, zdegradowane do poziomu wsi (nawet nie gminnej) dawne miasteczko trafiamy my, przywiezieni przez pomocnych gospodarzy z agroturystyki w Ślipczach. Podwożą nas pod główny sklep, który akurat w niedzielę nie działa, ale w ramach pocieszenia tuż obok dwa dni wcześniej otwarto nowiutki bar 😏.

Atmosfera w nim przyjazna, a ceny umiarkowane, więc siadamy do stolika i jednocześnie obgadujemy kwestię noclegu. Chcemy się rozbić z namiotami na wyspie na Bugu, ale Buba opowiadała, że podczas jej poprzedniej wizyty miała nieprzyjemności ze strażą graniczną. Raczej nie mamy szans, aby pozostać niezauważeni, skoro drogami obok knajpy patrole SG przejeżdżają co kilka-kilkanaście minut: motory, quady, samochody. Rozmawiamy nawet na ten temat z miejscowymi, którzy mówią, że jakby co to powołać się na nich, a w ostateczności możemy przenieść się na podwórko jakiejś ich krewnej w oddaleniu od rzeki. My jednak mocno postanowiliśmy trzymać się pierwotnego planu.

Najpierw jednak idę z Szymonem na małe zakupy do innego sklepu. Przy okazji rzucimy też oczami na samą wioskę. Naprzeciwko baru stoi potężnych gabarytów przystanek autobusowy: po bliższym przyjrzeniu się odkrywamy, iż dla podróżnych przygotowano jedynie małą wnękę, a reszta to zamykane pomieszczenie. Po lewej kościół katolicki, jedyna zachowana do dziś świątynia.

Kryłowski rynek, czyli kawałek placu. Ponoć jest niezabudowany po pożarze, ale nie wiem, kiedy wystąpił ów pożar.

Prawosławny krzyż przy głównej ulicy, wystawiony w 1906 roku przez rodzinę Kowalskich. Jak widać Kowalski niekoniecznie musi oznaczać Polaka-katolika.

Jeden z przedstawicieli starej architektury.

Częściowo ogrodzony i wykoszony trawnik z kępą drzew w środku. Ewidentnie wygląda na taki, gdzie kiedyś coś stało i tego się pozbyto. Początkowo obstawiałem jakiś nieprawomyślny pomnik, ale istnieje duża szansa, że właśnie tutaj wznosiła się cerkiew Przemienienia Pańskiego. Wyświęcono ją w 1911 roku, zburzono w czerwcu lub w lipcu 1938. Działania likwidacyjne nie przypominały spokojnej rozbiórki: używano dynamitu, brutalnie zrywano dachy, wybijano okna, czasem niszczono i palono wyposażenie. W przypadku Kryłowa ocalała część ścian z wizerunkami świętych, więc w czasie wojny Ukraińcy, za zgodę Niemców, cerkiew przywrócili do użytku. Ostatecznie świątynię rozebrano w PRL-u.

Po powrocie do baru zbieramy się na nocleg na wyspie na Bugu. Wyspa ta pojawia się dość często w różnego rodzaju przewodnikach czy blogach, została nawet uznana za jedną z "7 atrakcji Zamojszczyzny". Czy rzeczywiście jest tak interesująca? Na pewno jest pewnego rodzaju ciekawostką. Zdaje się, że to jedna z największych, jeśli w ogóle nie największa wyspa na Bugu - jej powierzchnia to około 6 hektarów. Od średniowiecza na wyspie istniał zamek, najpierw drewniany, a potem murowany i jego ruiny pozostały do dziś. Czasem w internetach można przeczytać, iż to ostatni polski nabytek terytorialny na wschodzie: w 1987 roku Związek Radziecki miał przekazać wyspę Polsce i nie chcieć nic w zamian! Też to czytałem, też o tym wspominałem na wyjeździe, ale coś mi nie pasowało... Przecież Kraj Rad niczego nie dawał za darmo, no chyba, że po mordzie! Prawda okazała się nieco inna: wyspa została przyłączona do RP już w 1946 roku (wtedy nastąpiło dokładne wytyczenie granicy), natomiast w 1987 połączono ją ze stałym lądem mostem i dopiero od tego momentu stała się powszechnie dostępna dla każdego. Ale to nie wszystko! Bug opływał wyspę od zachodniej strony, zatem zgodnie z zasadą wyznaczenia granicy polsko-radzieckiej powinna się ona znaleźć w Ukraińskiej SRR. W tym przypadku uczyniono wyjątek i w związku z wielowiekowymi wzajemnymi powiązaniami wyspy oraz Kryłowa Sowieci wspaniałomyślnie zgodzili się na oddanie jej Lachom. Jest to zatem jedyny przypadek terenów na wschód od Bugu, które znalazły się w Polsce.

Aby było śmieszniej, to dodam, iż wyspa ta tak naprawdę... nie jest już wyspą 😛. Prawdopodobnie mniej więcej w tym samym czasie gdy stawiano most, zasypano część głównego koryta Bugu i przekształcono je w groblę. Wyspa stała się półwyspem, Bug opływa ją/go od wschodu, a Ukraińcy nie mogą wysuwać pretensji terytorialnych (co ponoć sugerowali Bubie pogranicznicy kilka lat temu). Ale co z tego, skoro i tak wszyscy piszą i mówią o wyspie, zamiast o półwyspie? 😛

Od słupków granicznych nie da się uciec, co chwilę wyskakują nowe.

Skoro jesteśmy w takim miejscu, to pozwolę sobie na małą dygresję odnośnie całej polskiej granicy wschodniej. W powszechnym przekonaniu jej wytyczenie po wojnie było głęboko niesprawiedliwe dla strony polskiej. Przekonanie to jest słuszne, ale jednocześnie mało kto przyzna, że przedwojenna wschodnia granica Polski była jeszcze bardziej niesprawiedliwa (dla niepolskich narodowości). A w ogóle czy jest możliwe takie wyznaczenie granic, aby zadowalało wszystkich? Na terenach mieszanych chyba nie, zawsze ktoś będzie pokrzywdzony (dobrym przykładem była granica polsko-niemiecka na Górnym Śląsku). Po sowieckiej stronie pozostały polskie z ducha miasta i ośrodki polskości takie jak Lwów, Grodno i Wilno, ale jednocześnie chociażby Ukraińcy uważali, że tę granicę i tak powinno się przesunąć bardziej na zachód. W 1944 roku Chruszczow (wtedy pierwszy sekretarz na Ukrainie) postulował, aby przyłączyć do ZSRR jako obwód chełmski całą Chełmszczyznę z Chełmem, Włodawą, Hrubieszowem, Zamościem, Tomaszowem, Bełżcem - słowem, ze wszystkimi ziemiami, po których od kilku lat chodzimy wzdłuż Bugu. "To ziemia ruska, nie polska" - sugerował i patrząc na stosunki narodowościowe na wielu wioskach można byłoby przyznać mu rację. Nakreślił nawet dokładny przebieg "skorygowanej" granicy. Stalin go olał. Nie wiemy dziś z jakiego powodu - czy uznał, że lepiej sięgnąć po Lwów czy może też cała ta akcja była tylko zasłoną dymną aby bardziej zaszantażować polskich delegatów? Mało też kto wie, iż nawet polscy komuniści próbowali przesunąć tę granicę, ale z kolei w kierunku wschodnim. Nieśmiało wspominali o Lwowie i zagłębiu naftowym, ale szybko się zorientowali, że to mrzonki, więc skupili się na mniejszych korektach, argumentując je przede wszystkim kwestiami gospodarczymi, a nie narodowościowymi: "ta cukrownia jest nam bardzo potrzebna, bez tego węzła kolejowego nie będzie można prowadzić normalnego ruchu" itp.. Wielki Brat zignorował wszystkie te postulaty poza jednym: dotyczył "naszej" wyspy na Bugu obok Kryłowa 😏. Podobno jednak i tak długo rozważano tę kwestię...

Jesteśmy więc w miejscu pod pewnymi względami wyjątkowym, choć zdaję sobie sprawę, iż większość odwiedzających wyspę/półwysep nie zdaje sobie z tego sprawy. Ich przyciąga częściowo dziki, częściowo zagospodarowany teren nad rzeką, są rzeźby różnych zwierząt, tablice informacyjne, Ukraina o rzut beretem. Na głównej polanie, dawnym dziedzińcu zamkowym, ustawiono wiatę. To coś w sam raz dla nas, gdyż na noc zapowiadają opady!

Wiata strzeżona jest aż dwoma kamerami - jedną umieszczono pod dachem, drugą na dachu. Będą nas mogli podglądać przez cały czas. A straż graniczna pewnie już do nas zmierza. Trudno, nie robimy nic złego, ani (chyba) nic nielegalnego, więc rozstawiamy namioty na przystrzyżonej trawie. Potem idziemy szukać drewna, co kończy się dla mnie niezbyt przyjemnie, gdyż na podmokłych terenach coś wpada mi do oka. Próbuję to wyciągnąć i niby w oku nic nie ma, ale ciągle czuję pieczenie, szczypanie i inne niefajne rzeczy. Wracam się zatem do wioski, aby umyć gębę w toalecie przy barze. Mijam stojący w ciemnościach wóz straży granicznej, przyczaili się przy moście. Jestem przekonany, że podczas powrotu tą drogą na pewno by mnie zatrzymali, więc do reszty ekipy podążam z drugiej strony, przez groblę 😊. A tam już wesoło trzaska ognisko.

Po kilku kwadransach zaczyna padać i deszcz przegania nas pod wiatę. Zjawia się także Kasia - piąty członek ekipy, acz krótkotrwały - która z przygodami dojechała autostopem z Białegostoku. I tylko pograniczników nadal nie ma. Bardzo dziwne. Nie odwiedzili nas ani wtedy ani rano. Albo cały czas mieli nas pod obserwacją i uznali za nieszkodliwych wariatów (bo kto inny rozbijałby się na środku łąki w takim miejscu?) albo... najciemniej bywa pod latarnią. Pogaduchy ciągną się jeszcze przez jakiś czas, tematy są mniej lub bardziej poważne, ale najbardziej zapadała w pamięć kwestia urynoterapii! 😏 W pociągu czytałem artykuł o rozwodach w związkach 50-60 plus. I był podany przykład zgodnego przez wiele lat małżeństwa: kobiecie na emeryturze się nudziło, zaczęła mocno dryfować w kierunku medycyny niekonwencjonalnej ze szczególnym uwzględnieniem wykorzystania moczu. Pojemniczki z żółtą cieczą stały wszędzie: w pokojach, w łazience, w kuchni, w lodówce. Męczyła moczem dzieci i męża, który w końcu nie wytrzymał i złożył wniosek o rozwód. Sędzia przyznał mu go od razu 😛.

Po deszczowej nocy poniedziałkowy poranek jest bardzo słoneczny i bardzo ciepły. Dodatkowo pobudkę serwuje nam kamera na dachu wiaty, która pod wpływem słońca (solary) zaczęła się ruszać i wydawać dziwne dźwięki. Jeśli działała i puszczała sygnał publicznie, to cały świat mógł zobaczyć, jak zmieniam majtki 😛.


Z tym słońcem i temperaturą jesteśmy wyjątkiem na pogodowej mapie Polski - zewsząd dochodzą do nas wieści, że gdzie indziej zimno, szaro, buro, leje... Oprócz słońca od samego rana towarzyszą nam... msze. Kościół jest w linii prostej trzysta metrów od nas, a miejscowy ksiądz postanowił zafundować wszystkim katechizację, więc wystawione na zewnątrz głośniki krzyczą na całą okolicę. I tak co najmniej trzy razy, bo dziś drugi dzień święta Zielonych Świątek. Nie ważne czyś katolik czy nie, czy wierzący czy nie, mszę musisz kilka razy wysłuchać chociażby na ulicy albo we własnym domu. Inne głośne dźwięki pochodzą od kosiarki - pan z odpowiednim sprzętem zjawił się o wczesnej godzinie, aby przyciąć trawę tam, gdzie jeszcze się ostała.

Po pobudce każdy zaczyna zajmować się swoimi sprawami. Ja dokonuję kąpieli w Bugu przy pomocy pożyczonej menażki. Woda jest ciepła i gdyby brzeg nie byłby tak mulisty, a prąd tak silny, to wskoczyłbym do rzeki. Potem idę zwiedzić pozostałości po zamku. Jako murowaną twierdzę wzniesiono ją w XVI wieku na miejscu starszej drewnianej. Był to obiekt zbudowany na planie trójkąta z trzema bastionami, w owym czasie konstrukcja nowoczesna. W 17. stuleciu jej wartości obronne bardzo jednak osłabły: zdobywali ją i palili Rosjanie wraz z Kozakami oraz Szwedzi, w kolejnym wieku znowu Szwedzi, a także konfederaci. Od tego czasu stał się ruiną, coraz bardziej zaniedbywaną i bez szans na odbudowę. Do dzisiaj przetrwało trochę cegieł schowanych po krzakach oraz jedna większa część - fragment bastionu północnego nad dawnym głównym korytem Bugu.


Można także zajrzeć do piwnic, gdzie światło i cień tworzą klimatyczną atmosferę.


Na bastionie wschodnim utworzono punkt widokowy. W sumie ta luneta do niczego tu się nie przyda, gdyż po ukraińskiej stronie nie widać niczego, co mogłaby przybliżyć.


Jedyny obiekt to dziwna metalowa kompozycja, chyba odpowiedź na rozmaite rzeźby stojące na polskim brzegu.


Idziemy w kilka osób po zakupy i przy okazji fotografuję jeszcze raz drewniany most i starorzecze Bugu (czyli te, które do lat 80. było jego głównym korytem). Tym razem patrolu pograniczników nie spotykamy.


Obozowisko zwijamy już po godzinie dwunastej. Półwysep opuszczamy kładką zawieszoną nad groblą.

Przy najbliższym skrzyżowaniu znajduje się zarośnięty park pałacowy wraz z okazałą neogotycką bramą wejściową. Ozdabiają ją herby rodzin Horodyskich oraz Wodzickich.


Pałac, podobnie jak brama pochodzący z początku XIX wieku, został zniszczony w czasie ostatniej wojny, a resztki rozebrała miejscowa ludność w kolejnych dekadach. Udało się natomiast przetrwać dawnej oranżerii, choć jej stan jest kiepski.

Na tablicy w centrum Kryłowa znaleźliśmy informację, że w wiosce zachowały się cmentarze kilku wyznań: katolików, prawosławnych, unitów i żydów. Lokalizację trzech z nich znaliśmy, nie wiedzieliśmy tylko nic o unickim. Sugerowałem, że pewnie dzielą nekropolię z prawosławnymi, ale Kaśka postanowiła zasięgnąć języka w sklepie. A tam pełna skrępowania cisza lub odpowiedzi: "nie wiem, nie znam, nie jestem stąd, muszę popytać męża, pierwsze słyszę". To zupełnie tak samo jak na ziemiach poniemieckich: ludzie mieszkają w miejscowości kilkadziesiąt lat, ale kompletnie nie znają jej historii albo nie mają pojęcia o niektórych miejscach.

Unici rzeczywiście spoczywają razem z prawosławnymi. Cmentarz, administracyjnie leżący już w Prehoryłem (dawne przedmieście Kryłowa), jest podobnie zarośnięty jak ten wczoraj w Czumowie. Założono go pod koniec XVIII wieku, kiedy tereny te znalazły się pod władzą Habsburgów, a cesarz Józef II zakazał grzebania zmarłych w obrębie zabudowy. Pozostało jedynie kilka nagrobków, co ciekawe - na niektórych z nich widnieją napisy w języku polskim.


Obok cmentarza stała cerkiew. Oczywiście zniszczono ją w 1938 roku, ponoć ekipa burząca przerwała odbywające się nabożeństwo i wyrzuciła znajdującą się w środku cudowną ikonę. Kilka lat później Ukraińcy cerkiew odbudowali korzystając z materiału po zlikwidowanej synagodze, ale w 1950 pozbyto się świątyni na zawsze.

Za cmentarzem odbijamy w bok, aby znów odpocząć nieco od asfaltu. Polna, częściowo podmokła droga prowadzi wzdłuż Bugu, który bardzo tutaj kręci, wydłużając granicę. Teoretycznie biegnie tędy czerwony Szlak Nadbużański (spotykaliśmy go już kiedyś w Jabłecznej i innych miejscach), ale w praktyce oznaczenie w terenie właściwie nie istnieje.






Spotykamy terenówkę straży granicznej. Rozmowa jest miła i bez żadnego sprawdzania dokumentów (z jednym z funkcjonariuszy mieliśmy już styczność w kryłowskim sklepie). Pytamy o dalszą drogę i suniemy przed siebie, dochodząc aż do starorzecza, które wygląda jak jezioro. Tam robimy krótką przerwę w cieniu tablicy.


W tym miejscu żegnamy się z Bugiem. Towarzyszył nam przez kilka lat wędrówki, zazwyczaj jako szeroka rzeka, a tu ledwo kilkunastometrowa. Wracamy w kierunku zabudowy, ponownie do wioski Prehoryłe (Пригоріле). Nazwa jest typowo rusińska/ukraińska, aż dziwne, że jej nie spolonizowano. Jeden z pierwszych napotkanych budynków to świetlica, zapewne stara szkoła.

Przed II wojną światową Prehoryłe liczyło około tysiąca mieszkańców (dziś ponad trzystu) i było mieszane etnicznie: 60% stanowili Ukraińcy, a 40% Polacy. W takiej sytuacji musiały nadejść krwawe zajścia znane z wielu innych miejscowości: najpierw wieś atakowało UPA, zabijało Polaków i paliło ich gospodarstwa, potem następował odwet polskiej partyzantki (ten sam oddział Batalionów Chłopskich, co w Kryłowie) i zabijano Ukraińców oraz palono ich domostwa. Rzecz jasna - większość zamordowanych była zwykłymi ludźmi nie angażującymi się w żadną politykę. Rzecz jasna - obecny pomnik upamiętnia jedynie ofiary po stronie polskiej.

Ktoś opowiedział Kaśce, że w wiosce nadal mieszkają ludzie pamiętający UPA i zaproponował, aby z nimi o tym porozmawiać. Pomysł ten od samego początku wydał mi się dziwny: będziemy chodzić po domach i wołać: "dziadku, opowiedzcie o wojnie i mordach"? Kasia jednak strasznie do tego zapaliła i zapał przekuła w działanie: zatrzymała przejeżdżającą na rowerze starszą panią! O dziwo, pani zamiast uciec, z ochotą udała się pod pobliskie drzewko, aby powspominać stare czasy. 

Osobiście jakoś nie miałem ochoty na taką rozmowę i postanowiłem ruszyć do kolejnej miejscowości. Chyba szkoda. Pani podobno mówiła ciekawie i nie ukrywała niczego: potwierdziła stawianą tu kilkukrotnie tezę, że to działania władz sanacji rozpaliły nienawiść pomiędzy sąsiadami żyjącymi w harmonii, a i polskie oddziały mordowały Bogu ducha winnych Ukraińców tylko za to, że byli Ukraińcami.

Na podwózkę czekałem kilka minut. Zatrzymuje się grubawy facet.
- Poproszę do Gołębia - rzucam przez otwarte okno.
- A gdzie to? - zdziwił się kierowca.
- Następna wioska - tłumaczę.
- Aaa, to wiem.
 
Wysiadam kilka kilometrów dalej. Gołębie nazywały się kiedyś Hołubie (Голуб'я) i większość w nich stanowili prawosławni Ukraińcy. Znowu powtórzyła się sytuacja z poprzednich miejsc: polskie władze nie pozwoliły uruchomić cerkwi w okresie międzywojennym, a potem, powołując się na jej zły stan, kazały ją zburzyć. Powstała za to parafia neounicka. Już kiedyś wspominałem o tym zapomnianym dziś obrządku: w skrócie chodziło o to, aby dawnych wiernych prawosławnych przywrócić z powrotem na łono kościoła katolickiego. Z różnych powodów (liturgicznych i politycznych) zamiast reaktywować tu strukturę unicką zdecydowano się na założenie nowej o nazwie kościół katolicki obrządku bizantyjsko-słowiańskiego. Sukcesy w nawracaniu były raczej umiarkowane, a po wojnie ostała się tylko jedna parafia w Kostomłotach (odwiedzona przez nas w 2016 roku).

A wracając do współczesności: w Gołębiu miał być sklep. Pytam o niego w najbliższym gospodarstwie.
- Ooo - dwaj panowie rozkładają ręce. - Chyba jest, ale nie wiemy w jakich godzinach działa. Musi pan podejść do końca wioski i skręcić na PGR. Podwieźlibyśmy traktorkiem, lecz właśnie się zepsuł.
Chwilę pogawędziliśmy i ruszyłem we wskazanym kierunku. Sklep znalazłem, otwierany tylko rano i wieczorem. Trudno, przy okazji przyjrzałem się dawnemu PGR-owi oraz pałacowi z przełomu XIX i XX wieku.



Instrybutor chyba nadal funkcjonuje.

Zajrzałem również na cmentarz prawosławny. Znowu krzaki wyższe od człowieka i trochę nagrobków, w tym kilka wyglądających na powojenne.

Zakładam bazę w blaszanym przystanku autobusowym. Główną atrakcją jest picie ciepłego piwa i liczenie przejeżdżających wozów SG. Jeden z nich stanął na skrzyżowaniu i na coś czekał, ale gdy zobaczył, że wyciągam aparat, to od razu zniknął.

Kontaktuję się z resztą ekipy. Ponoć także są już w Gołębiu. Mija jakiś czas i widzę kobiecą trójkę z plecakami. Szymon zdążył złapać stopa i popędzić dalej. Ledwo wymieniliśmy kilka zdań i dziewczyny również mają podwózkę - macham im, żeby nie czekały na mnie, dam sobie radę. 

Tym razem na swojego autostopa musiałem czekać trochę dłużej, bo prawie kwadrans. Powodem był bardzo mały ruch, a jak już samochody się pojawiły, to zabrał mnie mnie piąty z kolei. W czasie miłej rozmowy stuknęły wymagane kilometry i wyszedłem pod Biedronką w Dołhobyczowie (Долобичів), siedzibie gminy, w której spędzimy połowę tegorocznego wyjazdu. Z oddali słychać odgłosy mszy: końcowy akcent Zielonych Świątek.

Okazało się, że nie ma jeszcze Szymona - przyjechał pierwszy i wysiadł jako pierwszy, ale na początku wioski (widziałem go z okien "mojego" auta). Korzystamy z okazji i robimy większe zakupy, uderzam także do apteki, aby kupić coś na oko. Krople pomogły, lecz do końca wyprawy czułem w prawej patrzałce dyskomfort...

Gdy zebrał się komplet nastąpiła burza mózgów odnośnie dalszego postępowania. Pora już taka, że trzeba szukać miejsca na nocleg. Ponoć za miejscowością jest jakaś wiata, lecz to nic pewnego. Alternatywą był kierowca podwożący Szymona - pan Irek, zapraszający do siebie na podwórze. Niektórzy kręcą nosem, ale mówię, że przecież zawsze możemy to sprawdzić i jak nam się nie spodoba, to pójść gdzieś indziej! No to sprawdzamy!

Musimy się cofnąć kilometr w kierunku Kryłowa. Tablica z odległościami jest odbiciem tej z Hrubieszowa.

Jak zwykle wzbudzamy powszechne zainteresowanie. Jeden chłopak - na oko 20-25 lat - jeździ wokół mnie na rowerze i zagaduje: a skąd, a dokąd, a po co?... Nie mam żadnych tajemnic, więc opowiadam nasze przygody i plany, po czym on z uśmiechem przeprasza i mówi, że jest pogranicznikiem i musi wszystko wiedzieć. Nie mam pojęcia czy rzeczywiście był jakimś młodym funkcjonariuszem czy robił sobie jaja 😛.

Pan Ireneusz mieszka z żoną w dużym domu. To bardzo gościnni i serdeczni ludzie, rozbijamy się na trawniku w części gospodarczej. Towarzyszą nam dwa dorodne koty, a w klatce siedzi pies Reks. Pies tak się zestresował, że wypuszczony... ugryzł Szymona w zadek! Może poznał złego człowieka? 😉 Nic poważnego się nie stało, ale chyba musimy uważać: najpierw moje oko, teraz jego tyłek... Zaraz zacznie ścielić się trup.

Namioty rozstawione, rozpalamy ognisko. Dołącza do nas Krwawy, ostatni członek ekipy, rodem z Wielkopolski. Na stoliku ląduje jedzenie i napitki, zwłaszcza kokosówka zrobiła furorę! Są swojskie wypieki, jaja i wino. To jeden z najfajniejszych wieczorów jakie było mi dane przeżyć podczas granicznych wędrówek.


Rano budzi nas deszcz i odgłosy dwóch grzmotów. Cholera, a dookoła pełno metalowych przedmiotów! Na szczęście tylko postraszyło, choć po wyjściu z namiotu dalej pada. Buba dostaje informacje z instytutu meteorologii w Oławie, że dzisiejszy dzień ma być najgorszy pogodowo, a od jutra ponownie słońce i wysoka temperatura. Czyli po prostu musimy się dziś trzymać, jakby powiedział towarzysz Winnicki z "Alternatyw 4".

Pan Ireneusz tak się zmartwił wczorajszym wyczynem Reksa, że zawiózł Szymona na szczepienie przeciwko tężcowi. Wiadomo, strzyżonego Pan Bóg strzyże. Następnie siedzimy długo w kuchni gospodarzy, którzy przygotowali nam herbatę i śniadanie, a także mogliśmy skorzystać z łazienki (ciepły prysznic!). W ogóle nie chce się iść dalej, ale nie chcemy nadużywać gościnności, więc żegnamy się, dziękujemy wylewnie i znowu grubo po dwunastej ruszamy w drogę, tym bardziej, że przestało padać.

Krwawy zamiast zwykłego plecaka ma nowy wynalazek: znaleziony kilka dni wcześniej wózek na zakupy 😛. Pomysł wydawał się genialny - kładziemy na niego bagaż i prowadzimy za sobą nie obciążając pleców. W rzeczywistości urządzenie to często się buntowało, a kółko po raz pierwszy odpadło zaraz po wyjściu z podwórza 😛.

W centrum siadamy na ławkach pod sklepem i dzielimy się na podgrupy: część robi zakupy, część idzie zwiedzać, część pilnuje tobołów i potem zmiana. Ja najpierw zaglądam do pobliskiego parku, gdzie zorganizowano wystawkę rozmaitych tablic.

W parku stoi klasycystyczny pałac z XIX wieku. Trwa tu remont, puste wnętrza śmierdzą świeżą farbą i tynkiem.


Zabudowania gospodarcze zachowały się w gorszym stanie: na pierwszych dwóch zdjęciach dawna wozownia - stajnia, na kolejnych spichlerz.



Neogotycki kościół katolicki. Przed świątynią wznosi się figura maryjna, według napisu wystawiona jako podziękowanie za "tolerancję religijną" w 1905 roku. Car w dobie rewolucji pozwolił swym poddanym na swobodny wybór wyznania, przy czym w przypadku byłych unitów oznaczało to albo pozostanie przy prawosławiu albo przejście na rzymski katolicyzm. O powrocie do grekokatolicyzmu nie było mowy.


Gdy wracam pod sklep oprócz pozostałych członków ekipy spotykam także Ciapka. Jego babcia znała papieża, podobno TEGO papieża, aczkolwiek zeznania Ciapka nie były do końca spójne, bo jednocześnie twierdził, że pochodzi z Ukrainy. Ciapek jest miejscowym dżentelmenem posiadającym nadmiar wolnego czasu, więc trudno się dziwić, iż przyczepił się do turystów. Szymon stawia mu piwo. To był błąd, gdyż w tym momencie Ciapek rozpoczął starania o drugie. Potem walczył ze sobą czy piwo otworzyć (wbrew zakazom właściciela sklepu i Szymona), a gdy się w końcu przełamał, to urwała mu się zawleczka od puszki 😛. Poszedł zatem molestować innych prosząc o pomoc w otwarciu napoju z pianką, a dla nas to był znak, że najwyższy czas spadać! Sprawunki załatwione, idźmy dalej w kierunku południowym. Nawet Krwawy ogarnął wózek.

Po lewej stronie mijamy nieduże wzgórze z cmentarzem. Kiedyś stała na nim drewniana cerkiew, ale ta spłonęła i nową wzniesiono kawałek dalej. Na wzgórzu został cmentarz unicki/prawosławny, obecnie reprezentowany jedynie przez pojedynczy nagrobek. W XX wieku chowano na nim polskich żołnierzy poległych w wojnie z bolszewikami, a także kilku mieszkańców zabitych w czasie wojny i jednego milicjanta.

Nową murowaną cerkiew pod wezwaniem Symeona Słupnika wybudowano w 1904 lub 1910 roku na sąsiedniej górce. Prezentuje się pięknie, to efekt remontu sprzed kilku lat za pieniądze z Funduszu Norweskiego (choć w niektórych miejscach zaczęło już wszystko odpadać).

W okresie międzywojennym została ona otwarta dla wiernych (mimo, że początkowo nie było takich planów), uniknęła też zniszczenia w 1938 roku. Dlaczego? Dołhobyczów wcale nie był bardziej prawosławny niż okoliczne wioski (Ukraińcami była mniej więcej połowa ludności), może zdecydowała wielkość miejscowości? Po wojnie świątynię opuszczono, bo parafian wywieziono, użytkowała ją "Samopomoc Chłopska". Obiekt, będący w fatalnym stanie, kościół prawosławny odzyskał dopiero pod koniec PRL-u. Dziś bardzo rzadko odbywają się w niej nabożeństwa, to raczej zabytek dawnej epoki.

Pod cerkwią postanawiamy się rozdzielić. Kasia już rozpoczęła powrót do domu, natomiast pozostała piątka przyjmie formę dwóch grup szturmowych: Szymon, Iwona i Krwawy mają zamiar zrobić dużo kilometrów z buta, więc ruszają przed siebie, a ja z Bubą chcemy zakosztować wygody autostopu i poruszając się szybciej możemy ogarnąć kwestię dzisiejszego noclegu. Zatem oni idą, my czekamy na podwózkę sycąc oczy widokami okolicy.


7 komentarzy:

  1. Zaciekawiła mnie historia wyspy na Bugu. Nocleg w takim miejscu bez wizyty pograniczników wydaje się niemożliwy, a jednak cuda się zdarzają. Generalnie widok Waszej grupy i tych ciężkich plecaków od razu kojarzyć się może z kontrabandą, pewnie jeszcze wiele razy mieliście spotkania ze strażnikami. Bardzo interesująco wyglądają ruiny na wyspie, lubię takie miejsca.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Raczej kojarzy się z jakimiś wariatami, przemytnicy nie byliby tak na widoku :D Chociaż z drugiej strony nikt nam nigdy plecaków nie sprawdzał, moglibyśmy przenosić w nich fajki albo alkohol ukraiński :) A SG w tym roku faktycznie dopisywała ;)

      Pozdrawiam

      Usuń
  2. Odpowiedzi
    1. Mój komputer wariuje od upału. Od wczoraj usiłuję dodać komentarz z marnym efektem. Czy na Wschodzie nie mają złomiarzy? Tyle pięknego żelastwa marnuje się na kiełbasę!

      Usuń
    2. Ja wczoraj w ogóle nie umiałem wejść na Waszego bloga :P Możliwe, że złomiarze nie rzucają się już na byle co i polują na większą zdobycz :) A grille przy wiatach mogą służyć i złomiarzom :D

      Usuń
    3. Dziwne, a na jakiej przeglądarce próbowałeś? Na Operze, Chrome i Edge otwiera się normalnie.

      Usuń
    4. Na Chromie. Ale to były przejściowe kłopoty.

      Usuń