wtorek, 22 września 2020

Osoblažsko na rowerze, Strážnice piechotą.

Osoblažsko to niewielki przygraniczny rejon położony w kraju morawsko-śląskim. Przebieg granicy sprawia, że tworzy on "worek" lub "cypel" wbijający się w polskie terytorium: od północy i od wschodu, a częściowo i od południa czeską ziemię otacza Polska, stąd popularna nazwa Osoblažský výběžek (cypel/worek osobłocki). Większość tego terenu to wschodnie krańce Gór Opawskich ze szczytami rzadko przekraczającymi 500 metrów wysokości. Okolica ciekawa, urozmaicona krajobrazowo oraz architektonicznie, więc wybraliśmy ją na kombinowaną wycieczkę rowerowo-pieszą, podobną do tej, jaką odbyliśmy z Bastkiem pod koniec czerwca.

W piątkowy poranek zajeżdżamy do Liptaňa (niem. Liebenthal), leżącego mniej więcej w środku ziemi osobłockiej. O tej porze w wiosce jeszcze niewiele się dzieje; parkujemy samochód naprzeciwko knajpy, do której zajrzymy wieczorem. Za plecami mamy Potraviny Romana, lecz przy kasie stoi jakaś baba, a nie żaden Roman.



Liptaň byłby miejscowością, której historia nie różni się w żaden sposób od sąsiednich, gdyby nie wydarzenia z września 1938 roku, znane jako Liptaňská tragédie. Pogranicze czechosłowacko-niemieckie było wówczas w gorączce, dochodziło do regularnych zbrojnych starć pomiędzy sudetoniemieckim Freikorpsem, a jednostkami czechosłowackimi. Pod koniec miesiąca rząd w Pradze zaczął wysyłać sygnały, iż zgadza się na część niemieckich żądań terytorialnych, co jeszcze bardziej dodało wiatru w skrzydła miejscowym Niemcom. Niektórzy z nich kierowali się wytycznymi z Berlina, inni działali spontanicznie - rozpoczęła się wielka akcja przejmowania posterunków Strážy obrany státu.
22 września w godzinach popołudniowych kilkusetosobowy tłum (podaje się różne liczby - 150 lub 180 osób) ruszył ze stacji kolejowej, gdzie utrzymał broń przeszmuglowaną z Rzeszy, w kierunku budynku zajmowanego przez strażników. Dalszy przebieg wydarzeń nie został w pełni zrekonstruowany, nadal jest tu wiele niewiadomych. Załogę posterunku stanowiło trzech lub czterech funkcjonariuszy. Stráž obrany státu to czechosłowacki odpowiednik Korpusu Ochrony Pogranicza - mocno uzbrojona formacja w reżimie wojskowym, mająca chronić dziurawe granice. Ich siedzibą był solidny budynek, mogący służyć jako oparcie do obrony, strażnicy posiadali także co najmniej jedną skrzynkę granatów, tak więc mogli stawić silny opór. Zdecydowali się jednak na rozbrojenie, czego żądali od nich Niemcy. Mieli prawo spodziewać się, że nie stanie się im żadna krzywda - tego dnia już kilka posterunków skapitulowało w ten sam sposób, odbyło się to pokojowo i bez rozlewu krwi, jak chociażby w pobliskiej Třemešnej, o czym dowodzący w Liptaňu wiedział dzięki rozmowie telefonicznej. Nie mógł się natomiast skontaktować z Pragą, gdyż w stolicy trwało wtedy przesilenie polityczne, upadł rząd i pojawił się kolejny (który planował nie oddawać Hitlerowi Sudetów), brak było jakichkolwiek instrukcji i rozkazów oraz szans na przysłanie posiłków. Słowem - chłopaki w terenie byli zdani na własną rękę. Strażnicy z Liptaňa oddali broń i wydawało się, że na tym skończą się emocje, zostaną oni internowani i przewiezieni do Niemiec, skąd po pewnym czasie wrócą do domów.
Nagle pojawił się na motorze dwuosobowy patrol Straży Finansowej (czechosłowackich uzbrojonych celników). Wjechali w tłum, zaczęło się zamieszanie, ktoś zaczął strzelać. Kto? Nie wiadomo. Faktem jest, że zginęło trzech oblegających Niemców, najpewniej zastrzelonych przez własnych rodaków, którzy chaotycznie otworzyli ogień. Celnicy porzucili motocykl i wbiegli na posterunek, chcąc tam się ukryć, jednak w środku czekali kolejni napastnicy, którzy ich szybko rozbroili. Niemcy, wściekli z powodu śmierci trzech kolegów, zaczęli żądać zemsty, czego efektem było rozstrzelanie z pistoletu maszynowego całej bezbronnej piątki lub szóstki. Nie jest pewne kto tak naprawdę dokonał egzekucji, najczęściej podaje się nazwisko niejakiego Alfreda Siegla, brata przywódcy miejscowej komórki partii nazistowskiej. Nie wiadomo czy cała szóstka zginęła na posterunku, być może jeden ze strażników był nieobecny i zmarł w zupełnie innym miejscu. Możliwe także, że celników zabito z zaskoczenia, gdy wbiegali do budynku. Ironią losu jest fakt, że jeden z funkcjonariuszy był rodowitym Niemcem, a jego ojciec członkiem partii nazistowskiej; on sam wybrał jednak inny życiowy los.
Sprawcy zbrodni uciekli za granicę - to było kilka dni przez Układem Monachijskim, nikt nie wiedział jak sytuacja się rozwinie. Ciała przewieziono do Głubczyc i pochowano, być może spoczywają tam do dnia dzisiejszego. Propaganda hitlerowska niezbyt chwaliła się tym wydarzeniem, bo trudno przekonywać, że zabicie jeńców to coś chwalebnego. Po wojnie również za bardzo nie szukano winnych, nawet komunistom na tym nie zależało. Zajście w Liptaňu było najbardziej krwawym ze wszystkich incydentów na granicy czechosłowacko-niemieckiej. Przypominają o nim dwa pomniki - starszy to przerobiony Pomnik Poległych. A dawny posterunek nadal stoi, dziś to normalny dom mieszkalny.



Większość zabudowy wioski pochodzi z poprzednich epok. Jedne domy wyglądają lepiej, inne gorzej, zachowała się m.in. reklama Schuchmachera.



Dominanta miejscowości to neogotycki kościół. Z przodu stare nagrobki mieszają się z nowymi, z tyłu stoi tylko samotny pomnik 9-letniej Angeli.




Osoblažsko jest nietypowe z jeszcze jednego powodu: patrząc na mapę można być pewnym, iż jesteśmy na Śląsku. A jednak nie - to Morawy. Konkretnie morawskie enklawy na Śląsku. Brzmi to dziwnie, enklawy bowiem są państw albo regionów administracyjnych, ale krain historycznych? A jednak. Okolice Osoblahy należały do margrabiów Moraw już w XII wieku, w późniejszych stuleciach nie uległo to zmianie nawet po powstaniu księstwa opawskiego przynależnego do Śląska - cypel osobłocki podlegał bezpośrednio biskupom ołomunieckim. Aż do 1928 roku zarządzali nimi co prawda śląscy urzędnicy, lecz według przepisów obowiązujących na Morawach. W cesarskiej Austrii płacone tutaj podatki trafiały do kasy morawskiej, a posłów wybierano do krajowego parlamentu w Brnie, a nie w śląskiej Opawie. W Republice Czeskiej nadal kultywuje się tradycyjne podziały, stąd nad urzędem gminy w Liptaňu powiewa morawska flaga. W środku drugi pomnik liptaňskiej tragedii, aktualnie chyba w remoncie.
 

Opuszczamy Liptaň, wrócimy do niego wieczorem, gdyż planujemy spać na pobliskiej górce o nazwie Strážnice. Ładnie się prezentuje na poniższym zdjęciu: na szczycie znajduje się nadajnik, wieża widokowa oraz wiata.


Trasa na rowerze to ciągłe podjazdy i zjazdy. Tutaj szło się rozpędzić, droga miała też niezłą akustykę: pół kilometra ode mnie Bastek śpiewał piosenkę ze Smerfów, a ja słyszałem to doskonale 😏.


Malutkie Horní Povelice (Ober Paulowitz) i Pomnik Poległych. W okresie międzywojennym nie mieszkał w niej ani jeden Czechosłowak, co było rzadkie nawet w Sudetenlandzie.


Kilka kilometrów dalej z boku pojawiają się po raz pierwszy tory wąskotorówki - to słynna linia Třemešná ve Slezsku – Osoblaha. Słynna, gdyż to główna atrakcja turystyczna okolica, dodatkowo jest to jedyna wąskotorówka w Republice Czeskiej, na której nadal prowadzone są regularne przewozy pasażerskie pod szyldem Kolei Czeskich. A przynajmniej zwykle są prowadzone, bo akurat podczas naszego pobytu trwały jakieś remonty i kursowała autobusowa komunikacja zastępcza. Na zdjęciu przystanek w Amalínie (Amalienfeld).


Dość szybko docieramy do Slezskich Rudoltic (Rosswald). Nazwa w tym przypadku nijak się ma do położenia geograficznego, a nadano ją w 1945 roku, kiedy nie przejmowano się takimi pierdołami (przedtem były to po prostu Rudoltice). Dzisiaj wioska, a kiedyś miasteczko - przy czym "miasteczko" u Czechów oznacza nie tyle małe miasto, lecz jednostkę osadniczą nie będącą ani miastem, ani wsią. Rudoltice zamieszkuje około 500 osób, trzy razy mniej niż przed wojną, zatem nie dziwota, że pozbawiono je tamtego statusu. 

Ulice są pustawe, nawet komisariat policji wygląda na opuszczony. Przejeżdżamy obok kościoła św. Katarzyny, a niebieski drogowskaz wskazuje kierunek na... Víno! 😛


Dolny znak zapewne pamięta towarzysza Husáka.


Dumą miejscowości jest pałac z XVI wieku, renesansowo-barokowy. Niektórzy nazywają go szumnie "śląskim Wersalem" - pomijając znowu fakt, że na Śląsku nie leży, to jednak trochę ludzie przesadzają. Aczkolwiek niewątpliwie cieszy oko, w weekendy można również zwiedzać wnętrza.



Przed ogrodami stoi pomnik z poprzedniego ustroju. Posiada gwiazdę, sierp i młot. Strona prawa głosi cześć i chwałę Armii Czerwonej, strona lewa świętuje 40 lecie wyzwolenia Rudoltic. Na pewno ówcześni mieszkańcy byli zachwyceni tym wyzwalaniem... Pomnik ładnie się komponuje w krajobrazie i fajnie, że pragmatyczni Czesi nie tylko go nie usunęli, ale nawet o niego dbają.


Popiersie T.G. Masaryka z 1947 roku, wystawione obok dawnej pałacowej winiarni.


Rynek Slezkych Rudoltic otaczają przeważnie współczesne domy, na trawniku stoi kolumna maryjna. Liczyliśmy tutaj na jakąś knajpę, jednak jedyna istniejąca otwiera swe podwoje dopiero o czternastej, a na zegarku nie ma nawet jedenastej...


Postanawiamy zmałpować lokalsów, siedzących w grupach na wszelkich okolicznych ławeczkach i konsumują piwa zakupione w sklepie. Widzimy faceta, którego spotkaliśmy w Liptaňu, a który zdążył teleportować się do Rudoltic i tu gasi pragnienie.
Na szczęście wolna jest miejscówka pod drzewem, z widokiem na pobliskie bloki i boisko.



Cofamy się kawałek z rynku w ulicę, oznaczoną czerwonymi szlakami: pieszym i rowerowym. Rychło wyprowadzają nas z zabudowy na pola, gdzie na horyzoncie nieustannie góruje Strážnice. 



Dworzec kolejowy Slezské Rudoltice - zmniejszona wersja klasycznych austriackich konstrukcji.


Na polną drogę ktoś wysypał całą masę tłucznia, zatem kilka następnych kilometrów pedałuje się w ciągłych wstrząsach. Dojeżdżamy do asfaltówki i wkrótce potem skręcamy w bok - szlak pieszy wytyczono na brzegami dwóch stawów i wzdłuż Osobłogi (rzeki, nie miejscowości). Już na terenie Bohušova (Füllstein) robimy krótki postój w ogólnodostepnym ośrodku rekreacyjnym: jest plaża nad mulistym jeziorkiem, ławki, miejsce na ognisko (ktoś właśnie z niego korzysta), kawałek dalej także osiedle domków kempingowych. Nasz najbliższy cel to ruiny zamku położone tuż obok, ale za rzeką. Mostu nie ma, więc żeby nie nadrabiać drogi przez wioskę, decydujemy się przekroczyć Osobłogę brodem. Woda sięga kolan, lecz nurt jest dość silny i trzeba uważać. Mnie jest łatwiej, bo mam ubrane sandały, Bastek musi ściągnąć buty i krzyczy, że mu zimno w stopy 😛.


Na drugim brzegu kolejny raz przekraczamy tory wąskotorówki, zostawiamy w krzakach rowery i pieszo gramolimy się do góry. Na wzgórzu od połowy XIII wieku wznosił się zamek Füllstein, wybudowany przez biskupa ołomunieckiego. W 1476 warownię zdobyły i mocno uszkodziły wojska węgierskie Macieja Korwina. Odbudowany przetrwał do czasów wojny trzydziestoletniej, kiedy to swą bazę urządzili tu Szwedzi, a na odchodne wysadzili go w powietrze.
Zachowały się części zamkowych ścian i wieży, nadal widoczna jest fosa i resztki murów obronnych. Swoją drogą to niezłe miejsce na potencjalny nocleg w ciepłe i bezdeszczowe dni!



Po powrocie do rowerów jedziemy wzdłuż torów w kierunku centrum wioski i odkrywamy, że kilkaset metrów od brodu... przerzucono nad rzeką kładkę! No cóż, dzięki naszej niewiedzy przynajmniej umyliśmy nogi 😏.

Bohušov aż do 1950 roku nazywał się Fulštejn - tak jak zamek, ale uznano, że to zbyt mało czesko i nadano mu nową nazwę. Podobny los spotkał co najmniej kilkadziesiąt miejscowości dawnego Sudetenlandu. 

Ulice, podobnie jak we wcześniejszych miejscowościach, są prawie puste. Leniwe piątkowe południe, jedynie pod sklepem urzęduje kilku dżentelmenów. Tym razem mamy mocne postanowienie spożycia czegoś w lokalu, ale cóż z tego, skoro restauracja na skrzyżowaniu też otwiera się późno? Na szczęście po sąsiedzku działa w podwórzu sympatyczny bufet. Sprzedają w nim burgery, pizzę, a przede wszystkim smacznego Mustanga!



Czas płynie wolno, przyjemnie... O ile rano i do południa czuć było chłód, to teraz zrobiło się bardzo ciepło.

Trzeba w końcu ruszyć dalej. Zaglądamy do kościoła św. Marcina, pochodzącego z tego samego okresu co zamek.



Na ścianach zewnętrznych lapidarium - tablice pościągane z pomników, w tym również pierwszowojennego.


Z tyłu są dwa ciekawe nagrobki. Z prawej strony pochowano Josefa Riedla, radcę budowlanego. Z lewej bogato zdobiony grobowiec generała majora Emila Lauffera, wyposażony w armatę. Według napisu zmarł w 1817 roku, ale coś mi tu wybitnie nie pasowało! Po pierwsze użyto sformułowania "k.u.k", czyli "cesarski i królewski", które to pojawiło się dopiero po utworzeniu Austro-Węgier w 1867 roku. Po drugie oficera odznaczono medalami... ustanowionymi po jego śmierci 😛. Obecnie takie rzeczy się zdarzają, wówczas na pewno nie. Zerknąłem na spis habsburskich generałów i wszystko jasne - prawidłowa data śmierci to 1917. Prawdopodobnie podczas remontu płyty nagrobnej jakiś nadgorliwiec "poprawił" cyfrę dziewięć na osiem...


Za Bohušovem ponownie korzystamy z polnej drogi zgodnie ze szlakiem pieszym (rowerowy prowadzi asfaltem). Fajny, pofałdowany odcinek. Na niebie odkrywamy znak X, wskazujący miejsce zakopania skarbu.



Przed nami Osoblaha (Osobłoga, niem. Hotzenplotz). Największa odwiedzana miejscowość w czasie tego wyjazdu, posiadająca około 1100 mieszkańców. W przeszłości była jednak znacznie ludniejsza, w XIX wieku zamieszkiwało ją ponad cztery tysiące osób. 


Zaraz za tablicami obszaru zabudowanego skręcamy w prawo, aby najpierw obejrzeć dworzec wąskotorówki. Szkoda, że nic tu teraz nie przyjedzie. Na pustym peronie panuje atmosfera sennego lata. Obok lokomotywowni stoją dwa wagony Btu 590 z końca lat 50. ubiegłego wieku, używane do normalnego ruchu pasażerskiego (ten na zdjęciu jest zaniedbany, możliwe, że służy jako rezerwa).



W pobliskim Parku Wyzwolenia fotografujemy Pomnik Poległych. Rzeźby zostały zniekształcone przez czas, kiedyś zapewne coś go jeszcze wieńczyło, a ze szczegółów zwróciłem uwagę na nietypowy kształt krzyża, układającego się w... swastykę. To chyba jednak przypadek, bo pomnik raczej powstał w latach 20..



Jak już pisałem Osoblaha była kiedyś znacznie większym ośrodkiem, zarówno ludzkim, jak i kulturalnym czy gospodarczym. Działała cukiernia, cegielnia, cementownia, fabryka zapałek, likieru i sody. Rynek otaczały rzędy zabytkowych mieszczańskich domów. Tak było do marca 1945 roku, kiedy to pod miasto podeszła Armia Czerwona. Walki, poprzedzone intensywnym bombardowaniem, sprawiły, że w śródmieściu zniszczenia sięgały 90%! Po wojnie nie przystąpiono do odbudowy, postanowiono wszystko wyburzyć i zacząć od nowa, rozebrano przy tym budynki, które dałoby się uratować. Efekt jest taki, że osobłocki rynek stał się spełnieniem marzeń socjalistycznych architektów, gdzie wzdłuż krawężników stoją rzędy kwadratowych bloków. Mimo, że Osoblaha straciła prawa miejskie, to jednak siatka ulic przypomina, że nie mamy do czynienia ze zwykłą wsią.



O wydarzeniach tych przypomniana Pomnik Wyzwolenia (notabene Osoblaha to pierwsza miejscowość w granicach dzisiejszej Republiki Czeskiej zajęta przez Sowietów). Kiedyś był to reprezentacyjny plac gminy, potem zamienił się w miejsce libacji lumpenproletariatu, a podczas naszej wizyty tonął w świeżym piasku i ziemi. Ponoć go remontują, ale w internecie ludzie piszą, że dla takiej klienteli to nie warto!


Rzadko kiedy się zdarza, aby po wojnie miejscowość aż tak radykalnie zmieniła swoje oblicze. Z Hotzenplotzu w centrum ocalała empirowa fontanna (podejrzewałem, iż to kopia, jednak nie)...


...oraz stary cmentarz żydowski (nowy całkowicie unicestwiono w czasie wojny). Podczas mojej poprzedniej wizyty w Osobłodze nie umiałem go znaleźć, teraz - z pewnymi problemami - udało się. Założony został pod koniec średniowiecza, najstarsze zachowane nagrobki pochodzą z końca XVIII wieku. Ponad 300 stel stoi w mniej lub bardziej równych rzędach.



Jak na tę okolicę Osoblaha jest prawdziwą metropolią - widać ludzi, jeżdżą samochody i rowery. Z okien bloków słychać ryk muzyki, warczą silniki podrasowanych maszyn i podniesione głosy. Wyjątkowo dużo kręci się Cyganów - co rusz przemknie jakaś śniada twarz z gromadką dzieci, grupa wyrostków albo wczesnonastoletnie dziewczyny, ubiorem, zachowaniem i makijażem kojarzące się z ladacznicami. Spisy ludności w ogóle nie zauważają takiego zróżnicowania etnicznego, ale czescy Romowie zazwyczaj deklarują się jako Czesi, a jest ich wyjątkowo dużo właśnie w miejscach, skąd wypędzono Niemców.

Siadamy w restauracji "Nostalgia", aby coś przekąsić. Niestety, dosłownie przed chwilą skończyło się obiadowe menu. Zamiast zestawu zamawiamy zatem po czosnkowej, wyjątkowo smacznej i mocnej. Takie właśnie powinny być zupy! Potem przenosimy się jeszcze na chwilę do baru w drugiej części rynku.


Osoblahę opuszczamy dość późno, bo o piątej. We wrześniu to już godzina zbliżająca się ku wieczorowi. Zaraz za rogatkami czeka nas solidny podjazd, na którym prawie wypluwamy płuca.


Na wzniesieniu można się przekonać, że faktycznie jesteśmy na skraju Gór Opawskich - charakterystyczny elewator zbożowy w Prudniku jest oddalony o ledwie dziesięć kilometrów, a od Kopy Biskupiej dzieli nas niecałe dwadzieścia.



Było pod górę, to teraz sruuuu w dół!


Bastkowi zachciało się wejść na bele siana, a potem dopadł go lęk wysokości 😛.


Na jednym ze skrzyżowań odbijamy w lewo i zatrzymujemy się na górce w niewielkim lasku. Dubovec (Eichberk) mierzy 336 metrów i rozciąga się stąd widok w kierunku polskiego Śląska. Na Dubovcu do 1945 stała również kaplica, ale uszkodzono ją podczas walk i rozebrano w kolejnej dekadzie. Zostawiono jedynie resztki ołtarza.



Z tego miejsca moglibyśmy uderzać od razu na Liptaň, lecz aż tak nam się nie spieszy, więc nadkładamy drogi, aby zahaczyć o wioskę Pitárné (Pittarn, administracyjnie część Vysokiej). Kolory robią się coraz bardziej soczyste...


Osada ma dość krótką metrykę, bo dwu i pół wieczną. Kiedyś zamieszkana była przez bogatych młynarzy, którzy zamożnością mogli się równać z okolicznym duchowieństwem. W dzisiejszych czasach to osada z mniej niż setką obywateli, barokowym kościołem, odnowionym Pomnikiem Poległych...


...i wielce klimatyczną knajpą mieszczącą się w Domu Kultury 😛. Na zewnątrz kilkanaście rowerów, kupa ludzi okupuje stoliki na zewnątrz, rozstawione w trawie. My też tam siadamy. Zamawiamy po piwku i kieliszku pepermintoveho likéra. Towarzystwo bardzo wesołe, jedna kobieta częstuje wszystkich kiszonymi ogórkami, potem pozuje z nami do wspólnego zdjęcia 😊. Podobało nam się tu najbardziej ze wszystkich odwiedzonych lokali.



Do Strážnicy mamy stąd rzut beretem, w linii prostej półtora kilometra, lecz musielibyśmy cisnąć rowerami górskim szlakiem, co nie wchodzi w grę. Polami przedzieramy się z do Dívčího Hradu (Maidelberg), towarzyszy nam nieustannie widok nadajnika.




W Dívčím Hradzie rzeczywiście mają zamek, ale otoczony murem nie jest dostępny do oglądania, poza tym robi się coraz bardziej ciemno. Rzucam okiem na bardzo nietypowy Pomnik Poległych w formie słupa religijnego i pędzimy w dół do Liptaňa.



Tam pakujemy rowery do samochodu i przekraczamy próg restauracji "U Adama". Niestety, wbrew nazwie zjeść możemy tylko brambůrki, klasyczne chipsy albo lody. Nie wiem, czy wcześniej działa kuchnia, ale lokal nie wyglądał na miejsce, gdzie podają posiłki. No cóż, trudno, najemy się płynami, a Bastek dodatkowo zamawia kawę.


Końcowy pieszy odcinek rozpoczynamy dopiero po 23-ciej. Teoretycznie na szczyt mamy półtora kilometra niebieskiego szlaku, ale przegapiamy odbicie i musimy nadłożyć drogi przez pola; na wyczucie i posiłkując się bastkowym smartfonem. Strážnice (494 metry n.p.m.) osiągamy około północy. Wzięliśmy namioty, lecz noc jest wyjątkowo ciepła, zatem rozkładamy się na ziemi we wiacie. Kładąc się spać słyszę jakieś ciche rozmowy, a potem chrapanie... W knajpie spotkaliśmy dwóch osobników z plecakami, których podejrzewaliśmy o chęć zdobycia tej samej góry co my, jednak w ogóle ich nie widać. Prawdopodobnie spali na wieży widokowej, bo rano słyszałem głosy, potem trzask schodów i zapadła cisza...

A kolejny dzień wstaje ciepły od samego początku. Nadal czuć lato!


Wieża jest trochę za mała albo las za szybko rośnie. Widoki są ograniczone, jedynie w kierunku Prudnika oraz szczytów na południe od niego, czyli m.in. Koziej Góry. Są też najbliższe północne okolice, na przykład kościół w Pitárni. Kopę Biskupią zasłaniają drzewa.





Wiata ma solidny dach, lecz ściany posiada jedynie z dwóch stron i przy silnym wietrze deszcz może lać się do środka. Dla nas jednak była idealna!


Bastkowi nie chce się wstawać, więc pakuję się i sam schodzę do wioski. Szlak dojściowy na wieżę w ciągu dnia oferuje panoramkę.


Cel dopołudniowy na sobotę: zobaczyć przejazd małego pociągu. Roboty na wąskotorówce miały się skończyć wczoraj i o 11-tej w Liptaňu powinien zjawić się skład turystyczny. W 2013 roku skorzystałem z takiej przejażdżki, lecz wagony ciągnęła wówczas lokomotywa spalinowa, a nie - jak przeważnie - parowa.

Na stacji czeka kilka osób...


Pociąg przybywa z lekkim opóźnieniem. Najpierw go słychać, potem zza drzew wyskakują obłoki pary. Jest parowóz! Co prawda jedzie tyłem (tendrem z przodu), ale to lokomotywa U 57.0, skonstruowana w latach 40. w zakładach Škody dla Jugosławii. Czesi kupili ją od Austriaków.



Za lokomotywą podpięto kilka rodzajów wagonów pasażerskich, wagon rowerowy i oczywiście piwny 😊. Nie tylko nie ma tutaj zakazu spożywania, a wręcz zachęcenie do tej czynności 😛. Liptaň to drugi przystanek na trasie, lecz towarzystwo już mocno wesołe, gra gitara i w powietrzu unoszą się zwrotki Být stále mlád Karla Gotta.


Po odjeździe składu turystycznego czekałem samotnie na standardowy pociąg przewożący miejscowych, ten już jednak nie nadjechał. Okazało się, że przerwa w remontach potrwała tak krótko, iż z powrotem wprowadzono komunikację zastępczą... Informacje o tym znalazłem po powrocie do domu w internecie, gdyż na dworcu wisiały tylko nieaktualne plakaty.

I tym kolejowym akcentem zakończyliśmy wypad rowerowo-pieszy 😊.

8 komentarzy:

  1. Świetny opis, właściwie gotowy przewodnik na odbycie ciekawej wycieczki. Podziwiam Cię, jak zawsze dokładnie opisujesz zwiedzane obiekty, pomniki czy całe miejscowości. Kolejka to faktycznie super atrakcja całego Euroregionu Pradziad. Od dawna planuje przejażdżkę, może jesienią się uda te plany zrealizować.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kolejka jest tak ciekawa, że czasem ciężko znaleźć wolne miejsce siedzące, 7 lat temu jechaliśmy część trasy na stojąco :) Ale zawsze można było iść spocząć do wagonu piwnego :D Pozdrawiam!

      Usuń
    2. No i tu widać jak na dłoni różnice kulturowe - u nas zbliżenie flaszki do kół to prawdopodobne nieszczęście i nie do końca bezpodstawna histeria niektórych, a tam rzecz normalna, jakoś nie powodująca stosów trupów i zagłady narodu.

      Usuń
    3. Możliwe, że zakopują te trupy po kryjomu, tak jak Szwedzi w czasie pandemii ;)

      Usuń
    4. Aaa! Stąd tyle gór mają! :-)

      Usuń
    5. Mieliby jeszcze więcej, gdyby nie wyrzucali część trupów do Bałtyku :D

      Usuń
  2. Ech, Czechy są fajne, szkoda, że mam trochę daleko. A kolei nie zlikwidowali, jak u nas i chwała im za to :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kolej u nich nadal ma się dobrze, choć na bocznych liniach czasem jeżdżą pociągi jedynie symbolicznie. Ale mało którą całkowicie zamknęli i zaorali!

      Usuń