czwartek, 10 września 2020

Beskid Niski: Z Zyndranowej do Zawadki przez Chyrową i Duklę, plus pustelnia św. Jana.

Zyndranowa (Зындранова) to moja ulubiona wioska Beskidu Niskiego. Zawsze zaglądam tam z wielką przyjemnością. Tym razem po raz pierwszy udało mi się do niej dotrzeć stopem - pani mieszkająca do niedawna w Krakowie wysadziła mnie przy nowym moście na Pannie.

Chatka i baza namiotowa SKPB Rzeszów (też moja ulubiona) leży półtora kilometra dalej, niemal na samiutkim końcu miejscowości. Tłumów nie ma, ale i tak nie mogę spać w środku, bo nie zarezerwowałem wcześniej noclegu, a pojedynczym turystów nie udostępniają całych pokoi. Takie zasady w czasie epidemii, o których wiedziałem wcześniej i całkowicie zaakceptowałem, świadomie się nie zapowiadając. To i tak lepiej niż w przypadku kilku innych obiektów "studenckich" w Beskidach, które poszły na łatwiznę i w ogóle się nie otworzyły.

Rozbijam namiot na trawie za budynkiem obok czterech innych. Twarz jednego z poznanych chłopaków wydaje się znajoma.


Okazuje się, że to Dominik, który cztery lata temu prowadził grupę kursantów SKPG Kraków i spotkaliśmy się w Zawadce Rymanowskiej. Teraz bawi się tu zupełnie prywatnie wraz z kumplami.

Tymczasem na południu zaczyna się niepokojąco ściemniać. Wkrótce słyszymy odgłosy silnej burzy, walącej w słowacką ziemię.



Nas tylko trochę postraszyło chwilowymi, niezbyt mocnymi opadami, lecz na Słowacji lało ponoć potężnie.


Gdy na zegarku pojawiła się 19-ta, postanowiłem przejść się do sklepu. Niebo, wyczyszczone przez burzę, nabrało soczystych kolorów i oświetlało okolicę.


Sklep w Zyndranowej działa tylko rano i wieczorem - "po dojeniu", a więc godzina otwarcia jest płynna. Zawsze kręciło się przy nim sporo osób, ale tym razem panuje cisza.


Wybór na półkach chyba niewiele lepszy niż za komuny, o działającej lodówce można zapomnieć. O jakiejś reklamówce lub torbie również. Chciałem kupić na wieczór flaszkę smakową, ale wysokich procentów już nie sprzedają, bo miejscowych nie interesowały. Dziwne. Nie narzekam jednak - biorę lekko ciepłego sikacza i siadam na werandzie z widokiem na pustą drogę i przystanek, gdzie z rzadka dociera jakiś autobus. Uwielbiam ten klimat, a że nigdzie mi się nie spieszy, spędzam kwadranse na gapienie się przed siebie. Ruchu prawie brak, przemknął tylko rowerzysta i pomachał mi ręką oraz przed samym moim odejściem pojawił się samochód znajomego od sprzedawcy.


Podczas powrotu zaczyna się powoli ściemniać.


Chłopaki z Krakowa rozpalają ognisko pod obszerną i wygodną wiatą. Każdy wrzuca coś na ruszt, a oni mają nawet rzemieślnicze piwa chłodzone w strumieniu, więc z przyjemnością częstuję się jednym z nich. 



Rozmowy, śmiechy, śpiewy, słuchanie muzyki (głównie Krzysztofa Krawczyka 😛) przerywa około 22.20 awantura. Oprócz nas na polu śpi jeszcze jedna parka. Ustawili swój ogromny namiot tuż obok wiaty, dosłownie ze dwa metry od jej granic. I teraz mają pretensje, że oni nie mogą zasnąć, bo my się bawimy! Mogli go rozbić nad paleniskiem! Bo pole nie jest naszą własnością! Tymczasem wygląda na to, że zostało własnością ich... Ostatecznie odpuszczamy i przenosimy się na ławki od drugiej strony chatki, na tarasie przy wejściu, gdzie zamontowano huśtawki. Siedzi tam również bazowa (lepiej mi pasuje chatkowa, lecz wszyscy używali pierwszej wersji), która mówi do mnie groźnym tonem:
- Teraz proszę, abyście wszyscy poszli już spać!
Zrobiłem tak głupią minę, iż cała ekipa wybuchnęła śmiechem. To oczywiście żart, integrujemy się jeszcze długo i dzielnie bronimy przed wirusem.


Czwartkowy poranek jest bezchmurny i temperatura szybko idzie w górę. Niektórzy postanowili nawet nie kłaść się do namiotów.




Każdy niespiesznie zajmuje się swoimi sprawami. Pojawił się także pies z sąsiedztwa, który bardzo chce być głaskany, a i żarciem nie pogardzi.



Krakowiacy ruszają do Jaślisk nowo wytyczonym niebieskim szlakiem chatkowym, natomiast ja wymyśliłem sobie dość pokręconą trasę: wieczorem muszę dotrzeć do Zawadki Rymanowskiej, zahaczyłbym jeszcze o Duklę, ale chciałbym dodatkowo zobaczyć cerkiew w Chyrowej i pustelnię św. Jana. Przypomina to wybieranie się z Górnego Śląska do Warszawy przez Berlin 😏. Żeby zrealizować ten plan będę musiał skorzystać z podwózek, ale nie mam wątpliwości, że mi się uda.

Chatkę opuszczam niezbyt wcześnie, gdyż dopiero o 10:30. Ale przecież nigdzie mi się nie spieszy, mam calutki dzień - pogody i ciepły, wręcz upalny. W Zyndranowej mijam kolejno: katolicką kaplicę, prawosławną cerkiew oraz Skansen Kultury Łemkowskiej.




Problem jest taki, że nie mija mnie nikt ze zmotoryzowanych. Żadnego ruchu w interesującą mnie stronę! Nawet przy skansenie puściutko. Dopiero po opuszczeniu wioski w lesie pojawia się jedno auto, drugie, lecz wyprzedzają mnie na przyspieszonym gazie...


W połowie drogi między Zyndranową a Tylawą zatrzymuje się... bazowa!
- Gdybyś poczekał, to miałbyś podwózkę spod chatki - woła ze śmiechem. No tak, ale godzinę wcześniej nawet ona nie wiedziała jeszcze, że gdzieś pojedzie. Zabiera mnie ze sobą i wysadza w Tylawie (Тылява), a sama ściąga z bagażnika rower i rusza na trasę w kierunku Olchowca.

W zajeździe zjadam zupę i wypijam piwo, po czym udaję się zobaczyć dawną cerkiew greckokatolicką. Ironią losu jest fakt, że w miejscowości, gdzie zaczęła się schizma tylawska, prawie nie ma obecnie ani prawosławnych, ani unitów. Cerkiew tych drugich służy dziś jako kościół katolicki, a świątynię prawosławną rozebrano i pamiątką po niej jest nieduża kaplica. Wokół cerkwi/kościoła przetrwało kilka starych nagrobków - smętne resztki dawnego cmentarza.



Z Tylawy jedna z dróg odbija w kierunku Chyrowej, staję więc za skrzyżowaniem z chęcią łapania stopa. Miejsce jest niezbyt wygodne, gdyż brak tu pobocza, ale prawdziwy problem jest ten sam, co w Zyndranowej - brak ruchu! Tym razem kompletnie, przez kwadrans nie pojawia się nic! Niby czasu mam nadal dużo, lecz zaczynam się niecierpliwić... A jeśli będę tak tkwił aż do popołudniowych powrotów z pracy?? Może zrezygnować i pojechać od razu do Dukli? Niee, to byłaby kapitulacja! Spoglądam na mapę. Do Chyrowej mam dziewięć kilometrów asfaltu, bardzo nie chciałbym ich teraz pokonywać piechotą. Może jednak nie będę miał wyjścia?

Zarzucam plecak i ruszam przed siebie. Po kilkuset metrach z jednego z gospodarstw wyjeżdża samochód i... zatrzymuje się! Kobieta podwiezie mnie co prawda tylko 1/3 trasy, do Mszany (Мшана), lecz to już jakiś postęp. 

Wychodzę przy zabudowaniach byłego PGR-u. Większość budynków to ruina, w kilku działa hodowla kóz, których sery zostały wpisane na listę "produktów tradycyjnych". Wyblakłe napisy przypominają, że przez pewien czas (w latach 80. ubiegłego wieku) gospodarstwa należały do Igloopolu, a konkretnie był to jeden z zakładów rolnych "Igloopol-Pektowin" z siedzibą w Jaśle. Po 1989 roku ogromny kombinat mający filie na terenie całej Polski trafił szlag...





Mszanę, jak prawie wszystkie wioski Beskidu Niskiego, zamieszkiwali Łemkowie. W większości wyjechali stąd lub ich wywieziono do ZSRR już w 1945 roku, a w ich miejsce przybyli Polacy ze zniszczonej Huty Polańskiej. Zniszczeń miała doznać też Mszana, lecz chyba nie aż tak wielkich, skoro osiedlili się tu sąsiedzi zza góry. Pamiątką po dawnych mieszkańcach są pojedyncze drewniane chaty oraz trochę krzyży przydrożnych w górnej części miejscowości.

 



Sto lat temu Mszana była greckokatolicka, potem w wyniku schizmy stała się niemal wyłącznie prawosławna, zatem musiały istnieć dwie świątynie. Cerkiew unicka stanowiła unikatową konstrukcję drewnianą z murowanymi fragmentami wnętrza i spłonęła w latach 60. XX wieku. Kaplicę prawosławną mieli podobno rozebrać żołnierze radzieccy. Cerkwisko znajduje się nad tym białym budynkiem, który wygląda jak normalny dom mieszkalny, a to filialny kościół katolicki.


W pewnym momencie widzę nadjeżdżającą z góry... bazową! Przejechała bardzo błotną trasę i wraca do auta w Tylawie. A ja znowu spotykam ją w momencie, kiedy nie umiem złapać stopa! Mijają kolejne kilometry, coś tam jeździ (konkretnie to trzy sztuki), ale nic to nie daje. Nawet niewielkie koniki patrzą na mnie spode łba.



Przeszedłem około 4 kilometrów i zdążyłem minąć tabliczkę graniczną miejscowości. Zabudowania się skończyły, zaczęło podejście i widoki na okolicę i właśnie wtedy zatrzymała się babka wracająca z grzybobrania.
- Normalnie bym pana nie podwiozła - mówiła przestawiając koszyki pełne darów lasu. - Ale widziałam jak pan robi zdjęcia, a ja też bardzo lubię fotografować. 
No proszę, jednak aparat przydaje się nie tylko do utrwalania przeszłości 😏.
Zamiłowanie do fotografii zaowocowało dodatkowo tym, iż "wypuściła" mnie w miejscu, skąd najlepiej widać cerkiew w Chyrowej (Гирова). Faktycznie, ujęcia na dolinę Iwielki niczego sobie.



Hyrowa (tak do 1968 roku nazywała się w języku polskim) była areną niezwykle zaciętych walk w czasie operacji preszowsko-dukielskiej w 1944 roku. Wehrmacht i Armia Czerwona wraz z sojusznikami ścierali się tu zagonami pancernymi, a straty po obu stronach były tak duże, że okolicę określano po wojnie jako Dolina Śmierci (Słowacy mają swój odpowiednik po tamtej stronie). Wieś spłonęła, ale teren zdobyły w końcu oddziały czechosłowackie. Rusinów wywieziono do Sowietów i na Ziemie Wyzyskane, przetrwała cerkiew greckokatolicka (choć podobnie jak w Mszanie zdecydowana większość Łemków przeszła na prawosławie). Na cmentarzu nagrobki z ruskimi krzyżami mieszają się z nowymi, polskimi.


Chyrowska cerkiew Opieki Bogurodzicy pochodzi z XVIII wieku. Miała szczęście, bo jeszcze kilkadziesiąt lat temu rozważano rozbiórkę niszczejącego obiektu, ale doczekała się remontu. Funkcjonuje jako katolicki kościół filialny.


Docierając tu zrealizowałem pierwszy punkt ze swojego planu. Jestem zadowolony, ale nie sądziłem, że zabierze mi to tyle czasu! Wracam z powrotem na górę do drogi i zastanawiam się nad dalszym postępowaniem: czy pójść na łatwiznę i dostać się znowu do Tylawy czy jednak ruszyć na szlak? Zdecyduje kierowca samochodu, o ile takowy się zatrzyma.
O dziwo, tym razem poszło szybko - zza zakrętu wyskoczyło czarne, wypasione BMW ze studentem zaocznym za kierownicą.
- Jadę do Olchowca - rozłożył ręce w przepraszającym geście. - Więc mogę zawieść jedynie na skrzyżowanie.
No i sprawa rozwiązana - rozdroże dróg to jednocześnie przełęcz, przez którą biegnie czerwony szlak w kierunku pustelni św. Jana. Tu drobna, lecz ważna uwaga: na niektórych starych mapach wyznaczony jest inny jego przebieg, obok cerkwi i od razu w kierunku szczytu, ale to już przeszłość.



Początek podejścia to teren budowy szerokiej, nowej drogi prowadzącej donikąd. Pewnie będzie się nią elegancko zwozić drewno. Na szczęście można ją obejść bocznymi ścieżkami. Następnie godzina nudy: do góry, stabilizacja wysokości terenu, trochę w dół, trochę w górę i mocno w dół. 99% w lesie, praktycznie brak jakichkolwiek widoków, więc poruszam się dość szybko, bez zbędnych zatrzymywań. Spotykam kilkoro turystów, niektórzy z błagalnym wzrokiem pytają się, czy teraz będzie z górki, czy w dół. Przy okazji kolejna uwaga - w pewnym momencie miałem zetknąć się z odbiciem żółtego szlaku do Dukli, ale w ogóle go nie zauważyłem.


Pustelnia św. Jana z Dukli często przedstawiana jest jako spora atrakcja turystyczna. Hmm, pozwolę sobie mieć bardzo przeciwne zdanie.
Rzeczywiście św. Jan w miejscu tym przez pewien okres pełnił żywot pustelnika, a po jego beatyfikacji wzniesiono w 18. stuleciu kaplicę - obecna to numer trzy, w stylu neogotyckim. Obok niej stoi drewniany "Dom Pustelnika", czyli chyba coś w rodzaju domu rekolekcyjnego z sentencjami Jana Pawła przywieszonymi do ścian. Niestety, nie przekroczyłem jej progu, bo za drzwiami stał gruby, mokry facet w samych kąpielówkach, który właśnie wycierał całe ciało ręcznikiem! Nie do końca byłem pewien, czy to striptiz czy może właśnie brał kąpiel (ale w korytarzu??), a może po prostu jest potężnie spocony, lecz obraz ten skutecznie zniechęcił mnie do wejścia. Oprócz grubasa przy domu kręcili się jacyś robotnicy, na barierkach suszyły się dywany, a bernardyn (zakonnik, nie pies) opowiadał dwóm osobom o gąsienicach czołgowych.


Do sanktuarium podchodzą kolejni ludzie, część z dużymi plecakami, pewnie robią GSB. Słysząc zachwyty nad tym miejscem pragnę szybko się oddalić, uzupełniając przedtem zapasy smacznej i lodowatej wody w źródełku wyciekającym spod kościoła. Owo źródło to właściwie największy plus mojej wizyty. 


Jeśli ktoś chciałby specjalnie tutaj przybyć albo nadłożyć drogi to nie warto! Pod względem architektonicznym to żadne cudo. Pod względem religijnym także trudno o skupienie i wzniosłą atmosferę, zwłaszcza po zderzeniu z facetem w kąpielówkach. Liczyłem chociaż na jakieś panoramy, lecz były one bardzo ograniczone.


Dopiero w końcowym odcinku szlaku na jedynej polanie można podziwiać górki z najbliższej okolicy: Piotrusia i Ostrą, a także zarośniętą Cergową.



Schodzę do drogi krajowej i ponownie mam dylemat odnośnie swoich dalszych kroków: od razu Zawadka Rymanowska, ewentualnie przez Tylawę czy jednak Dukla?? Minęła już godzina 16-ta, a to oznacza, że z Dukli nie wydostanę się już żadnym busikiem, zostanie mi tylko autostop.
Staję na przystanku i w ramach testu próbuję złapać stopa w kierunku Dukli. Test wyszedł znakomicie, bowiem już po chwili wchodziłem do terenówki, która przed minutą zabrała dziewczyny schodzące, podobnie jak ja, z sanktuarium. Nie minął kwadrans i byłem przy ratuszu w Dukli 😊.


Oczywiście kieruję się do jedynej działającej w mieście restauracji, na rynku. Lokal ten opisywałem już wielokrotnie, jak dla mnie to miejsce zmarnowanych szans. Mogli być legendą, lecz z każdym rokiem coraz głośniej słychać negatywne głosy klientów. Ludzie narzekają na słabą obsługę, bardzo długie czasy oczekiwania, wątpliwe wartości smakowe i jakościowe produktów, menu nie zgadzające się z rzeczywistością i właściciela. Ten postanowił się dostosować, gdyż od pewnego czasu na każdą krytykę w internecie odpowiada hasłami takimi jak:
"Młoda pani może nie zmęczona życiem ale na pewno znudzona, a do tego wcale nie głodna, ale za to wkurwiona na cały świat, (...) co ci ludzie mają w głowach" - o pewnej kobiecie, "Istny bełkot (...), żenada (...), widać trafiła się damulka" - o innej, "Kolejna fanka kuchennych rewolucji" - to jedno z łagodniejszych. Polecam poczytać opinie na google maps 😏. 
Niestety, brak konkurencji bardzo rozleniwia. Nauczony doświadczeniem z ubiegłego roku (czekałem godzinę na żarcie, a okazało się, że moje zamówienie gdzieś przepadło, nie usłyszałem nawet "przepraszam") zamówiłem jedynie zupę. No i piwo, bo te mają ciągle znakomite. Wersja pszeniczno-mangowa była tak pyszna, iż wychyliłem ją w kilka łyków, a dodatkowo kazałem sobie nalać na wynos do butelki po wodzie.


Było przed 18-tą, kiedy zrobiłem ostatnie zakupy i wyszedłem na Trakt Węgierski, czyli szosę prowadzącą w kierunku Barwinka. Założyłem sobie, że stopa będę łapał w miejscach bezpiecznych, czyli przede wszystkim na przystankach autobusowych. Zakładam, że na każdym spędzę maksymalnie pięć-dziesięć minut i w razie niepowodzenia pójdę dalej. Najpierw jednak zajrzałem na położone w pewnym oddaleniu od centrum Dukli dwa cmentarze żydowskie. Do niedawna nawet nie wiedziałem, że takowe tam są... Mało kto dziś o tym pamięta (a raczej prawie nikt nie chce pamiętać), że pod koniec XIX wieku w miasteczku Żydzi stanowili ponad 80% mieszkańców.


Starszą nekropolię założono w XVIII wieku, nowszą w kolejnym stuleciu. Istniał również dom przedpogrzebowy, z którego pozostały jedynie dolne części ścian. Na obu kirkutach przetrwało w sumie kilkaset macew.



Ktoś pożydził na nową tablicę i użył starej zakazującej wysypywania śmieci.


Ruszam dalej. Na pierwszy przystanek trafiam już za granicami miasta, w Lipowicy. Ruch aut jest masakryczny, jak to na głównej przelotówce. Dominują tiry pędzące na Słowację, do tych nawet nie próbuję machać. Mijają minuty, zabieram toboły i maszeruję przed siebie. Na szczęście droga ma pobocze, inaczej musiałbym się chyba chować w rowach, aby uniknąć rozjechania. 

Następna mieścina to Nowa Wieś. Próbuję na jednym przystanku, próbuję na drugim, obok kamieniołomu. Nic z tego. Wybiegnę w przyszłość i od razu napiszę, że nie udało mi się złapać podwózki przez całe 7 kilometrów! Przejechała koło mnie setka, może dwie setki samochodów, ale nikt się nie zatrzymał. To dość częsta sytuacja na tak ruchliwych odcinkach - po pierwsze każdy kierowca myśli tylko o tym, żeby jak najmocniej dociskać gaz, każdemu się spieszy, po drugie każdy uważa, że przecież podwieźć może ktoś inny, tyle tu innych wozów...


Po półtorej godzinie docieram do Trzciany i skręcam w lewo, gdzie za Jasiółką zaczyna się Zawadka Rymanowska (Завадка Риманівська). Tam, jak podejrzewałem, nie mam żadnego problemu ze złapaniem okazji: pojawia się pierwszy samochód i od razu wskakuję do środka. Rodzice z małym dzieckiem, odpoczywający w ośrodku w Abramowie, podwożą mnie prosto pod chatkę SKPB Lublin.

Tutaj klimat również przyjazny, ale jednak różniący się od tego w Zyndranowej: sporo osób, dominują rodziny z mocno nieletnimi. Efekt łatwego dojazdu, położenia tuż przy drodze i bliżej szeroko rozumianej cywilizacji. Tak było zawsze: Zyndranowa to głównie plecakowcy, niespokojne duchy, indywidualni wędrowcy, a Zawadkę wypełniali ci, którzy chcieli spędzić tani urlop z potomstwem... Spotykam także osobnika, z którym wczoraj jechałem autostopem z Królika Wołoskiego.

Tym razem rezerwowałem sobie nocleg wcześniej, więc mam miejsce w chacie, w pokoju wieloosobowym. Na zewnątrz płonie ognisko, w ciemne niebo lecą dźwięki gitary i śpiewów. Każdy wieczór podczas tego wypadu był inny, każdy fajny. Na dokładkę słuchamy filozoficznych rozważań młodych mam na temat ich pociech (...wyobrażam sobie je jako fasolkę, pojawia się już ukształtowana i wystarczy tylko podlewać...), z którymi najbardziej żywo dyskutują obcy faceci 😏.


Ostatni poranek jest chmurny, jak mój nastrój - człowiek cholernie nie chce opuszczać Beskidu. Fotografuję nową chatkową podłogę, pakuję się i niechętnie sunę w kierunku drogi krajowej, gdzie jeżdżą busy na Duklę i dalej na Krosno.



Zatrzymuję się jeszcze na chwilę na moście i patrzę na Jasiółkę. Towarzyszyła mi w tym roku codziennie, zaczynając od noclegu na Jasielu, poprzez Jaśliska i potem w tej okolicy. I na tym kolejna przygoda się kończy...



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza