niedziela, 30 sierpnia 2020

Beskid Niski: Habura - Čertižné - Jaśliska - Daliowa - Króliki dwa - Zyndranowa.

Granicę polsko-słowacką przekraczam przy znaku z tabliczką "Vodojem, štátna hranica". Zaraz za białymi słupami faktycznie widać jakąś ukrytą w ziemi konstrukcję i słychać szum wody. Z Jasiela szedłem tu godzinę i piętnaście minut, w podobnym czasie powinienem zejść do doliny.


O ile po polskiej stronie Beskid Niski był w tej okolicy zalesiony, o tyle Nízke Beskydy witają szeroki polanami. To się nazywa dobra zmiana! Żeby nie było idealnie, to dość często muszę szukać szlaku, gdyż w wysokiej trawie prawie nie widać śladów innych piechurów, a nieliczne oznakowania namalowano na sporadycznie występujących pieńkach czy kawałkach żelastwa (na drugim zdjęciu widać metalowy słupek pod rzędem drzew).




Docieram do drogi gruntowej, dzięki której łatwiej jest znaleźć mi właściwy kierunek.



Wchodzę do niedużego lasku, gdzie nagle słyszę odgłos silnika i po chwili z dołu pojawia się Łada Niva na czeskich numerach. Kierowca jednak jest Słowakiem.
- Sam idziesz? - dziwi się przez okienko. - Z Polski? A niedźwiedzi się nie boisz?
Chwilę pogadaliśmy i każdy poszedł w swoją stronę.

Zaliczam odcinek z urwiskiem oraz widokiem w kierunku granicy, skąd przyszedłem...



...po czym pojawia się asfalt, prowadzący do jakiegoś ogrodzonego terenu (hodują tam chyba zwierzynę łowną). W oddali pojawiły się zabudowania wioski.


Znów słyszę warkot i terenówka wraca, a facet proponuję zwózkę w dół. Nie namyślając się długo wskoczyłem do środka. Okazało się, że jej właściciel to leśniczy, który pojechał sprawdzić, czy Cyganie zabrali się w lesie do wyznaczonych im prac. Ich oczywiście w ogóle tam nie było. W czasie podróży rozmowa znowu schodzi na temat niedźwiedzi.
- Ja sam bym po lesie nie chodził - kręci głową.
- Tak ich dużo tutaj? Są niebezpieczne, atakowały kogoś? - dopytuję.
- Chyba nie atakowały. Zresztą trzy lata tu pracuję, żadnego nie widziałem, jedynie ślady. A sporo ich, wyłapano je w Tatrach i żeby trochę tamtejsze góry przerzedzić przewieziono je w nasze okolice i wypuszczono.

Zjechaliśmy do Habury (Габура, węg. Laborcfő). Gdy powiedziałem, że napiłbym się piwa, leśniczy podwozi mnie pod knajpę. Wychodzimy obaj, ale lokal jest jeszcze zamknięty - z powodu epidemii otwierają go po południu. Możliwe, że w późniejszych godzinach wirus stanowi mniejsze zagrożenie. Słowak podaje mi namiary na inny obiekt, po czym zabiera kawałek dalej pod drewnianą cerkiewkę. Tam się żegnamy.

Przed terenem kościelnym grupa romska operuje ciężkim sprzętem, lecz nie są to ci, którzy wysłani zostali do lasu. Z kolei cerkiew jest ciekawostką, gdyż to współczesna rekonstrukcja. Dawno temu, jeszcze w XVI wieku, stanęła w Haburze świątynia pod wezwaniem Michała Archanioła. W 1740 roku przeniesiono ją do niedalekiej Malej Poľany, gdzie działała aż do okresu międzywojennego nosząc za patrona świętego Mikołaja. W 1935 zakupił ją burmistrz Hradca Králové i znowu przeniósł, tym razem do parku w swoim mieście. Tam stoi do dnia dzisiejszego, miałem kiedyś okazję ją obejrzeć.



Kilkanaście lat temu pojawiła się międzynarodowa inicjatywa odbudowy dawnych miejsc kultu po obu stronach granicy: w Polsce odtworzono spaloną cerkiew w Komańczy, a w Haburze tę, która stała tu prawie pół tysiąca lat temu. Zastanawiam się czy to rzeczywiście idealna kopia, gdyż mam wrażenie, iż oryginał jest nieco większy. Pierwotnie cerkiew była prawosławna, potem greckokatolicka, w Hradcu Králové znowu należy do prawosławnych, a haburska stała się obiektem ekumenicznym.

Historię kościoła opisano w trzech językach: słowackim, angielskim i rusińskim. Tekst w tym ostatnim uzupełniono flagą Rusi Zakarpackiej, choć ona sama nie sięgała tych rejonów.


Po sfotografowaniu cerkwi z przerażeniem odkrywam, iż zniknął mój zegarek nagrywający przebytą trasę! No pięknie, pewnie wypadł mi w samochodzie! Z nadzieją biegnę na skrzyżowanie licząc, że leśniczy go zauważy i zawróci, ale nic z tego. Wściekły i załamany wlekę się pod zamkniętą knajpę i z pewnej odległości dostrzegam coś pomarańczowego leżącego na ulicy. Mój zegarek! Musiałem mi wylecieć, gdy wychodziliśmy z auta. A biorąc pod uwagę, że przed chwilą przechodziła tędy grupa Cyganów to cud, iż nikt się nim nie zaopiekował!


Uspokojony mogę trochę dokładniej przyjrzeć się wiosce. Dwie trzecie mieszkańców to Rusini, zatem na urzędzie gminy wiszą dwujęzyczne tablice; trzy czwarte wyznaje grekokatolicyzm, więc w centrum stoi murowana cerkiew tej odmiany chrześcijaństwa, wybudowana w 1800 roku.



Niedaleko niej ustawiono dwa pomniki poświęcone poległym w Słowackim Powstaniu Narodowym. Czytając nazwiska mniemam, że na jednym z nich upamiętniono miejscowych. Do nieco wcześniejszej historii wraca tablica umieszczona na odnawianym budynku, gdzie wspominano wydarzenia z 1935, o których pisałem już rok temu - tzw. Čertižniansko-haburská vzbura, czyli bunt rolników przeciwko egzekucjom komorniczym, oczywiście pod światłym przewodnictwem Komunistycznej Partii Czechosłowacji.



Podszedłem pod drugi lokal wskazany mi przez leśniczego, ale także jeszcze nie działał. Cóż robić? Trzeba się przemieścić do Čertižnego. Zastanawiam się nad łapaniem stopa, ale ulice są prawie kompletnie puste, nic nie jeździ! Na szczęście za 20 minut mam autobus.




W autobusie zakładam maseczkę i prawię się duszę, bo upał tam niesamowity. Ogólnie to zrobiło się bardzo ciepło i słonecznie, duży kontrast w porównaniu z porankiem. Po kilku minutach wychodzę mokry od potu w Čertižném (Чертiжне, węg. Nagycsertész) i od razu walę do niewielkiego sklepiku. We wtorki czynny jest jedynie do 13-tej (!), a wybór tam chyba gorszy niż za komuny - np. jeden rodzaj ciepłego, puszkowanego piwa! Za to spirytualiów pełna gama. Zaraz potem przekraczam próg znanego mi już hostinca. Zamawiam zimnego browara i zrzucam plecak...

Przybytek jest jedną z tych spelunek, która potrafi wciągnąć na długie godziny... Nawet dosłownie, bowiem niekoniecznie czysta kanapa jest mięciutka i delikatnie zapada się pod człowiekiem, który ma wrażenie, że zaraz odpłynie 😏. Do tego wysoka temperatura, słońce i oczy zaczynają się powoli zamykać...


Ze stanu błogiego samozadowolenia wyrywa mnie dwóch dziadków, którzy spod drzewa przenieśli się na sąsiednie stoliki i konsumują wysokie procenty.
- Skąd idziesz? A nie boisz się niedźwiedzi?
Co oni mają z tymi misiami?! Jest znacznie większa szansa, iż wygram w totka, niż na to, że mnie zaatakuje zwierzę.
- Czemu chodzisz samemu? Nie wziąłeś ze sobą żadnej dziewczyny? Niedawno była to jedna para z Polski, chłopak z dziewczyną, ale nie posiedzieli, tylko zaraz poszli dalej.
"Właśnie dlatego chodzę samemu" - uśmiechnąłem się w duchu.
- Jak masz na imię? - przesłuchanie trwało dalej. - Martin? Jest takie słowackie miasto! Co byś się napił? Wódka?
Przed wejściem do knajpy obiecałem sobie, iż w tym upale nie tykam niczego mocniejszego, lecz wobec takie propozycji nie wolno być obojętnym.
- Borovička! - rzucam i po chwili uśmiechnięta starsza barmanka przynosi do stołu chłodny kieliszek. No to wprost!


Knajpa wessała mnie na ponad dwie godziny, ale przecież nigdzie mi się nie spieszy. Na zewnątrz powietrze zdaje się coraz bardziej rozgrzane. Wolno ruszam w kierunku granicy, ale po drodze postanawiam zajrzeć także na wzgórze z cerkwią z 1928 roku (starsza została zniszczona w czasie Wielkiej Wojny).


Obok niej rozciąga się greckokatolicki cmentarz. Nietypowy, gdyż groby wydają się odwrócone: napisy i zdjęcia znajdują się jakby na tylnych ścianach! Spoczywają tu m.in. znani działacze rusińscy, gdyż Čertižné było jednym z centrów kształtowania się świadomości rusińskiej (w kontrze do ukraińskiej) na terenie Słowacji.




W krzakach znajduje się skromna nekropolia wojenna, kryjąca zwłoki 145 żołnierzy austro-węgierskich i rosyjskich.


Wracam do głównej drogi i mozolnie gramolę się w górę. Zabudowania powoli zaczynają się kończyć...



Za tabliczką obszaru zabudowanego kończy się także asfalt. Wyżej zostaje szuter, przydrożne krzyże i widoki.





Obuwie mam założone odpowiednie do warunków 😏.


Po godzinie od wyjścia z knajpy osiągam przełęcz Beskid (Čertižské sedlo) oraz granicę. Po polskiej stronie turystów wita tablicada, brama gminno-janopawłowa oraz znak, informujący o zakazie ruchu za 3 kilometry. Hmm, ciekawe.




Skoro wszedłem na przełęcz, to teraz delikatnie zaczynam schodzić w dół.




Przede mną teren dawnej Czeremchy (Черемха). Tak blisko nadal żyjącego Čertižnégo, a dwa zupełnie inne światy! Pierwszym budynkiem wioski od Słowacji była strażnica graniczna. Paradoksalnie - obiekt, którego funkcjonowanie mocno utrudniało miejscowym życie (polscy Łemkowie mieli po drugiej stronie swoje pola, a także "od zawsze" na granicy zarabiało się handlem i szmuglem), jako jedyny przetrwał do dzisiaj w stanie umożliwiającym jego identyfikację. Pozostałą zabudowę zniszczył człowiek i połknęła przyroda, nie licząc widocznej nadal podmurówki od cerkwi.

Rok temu ruin strażnicy praktycznie nie szło zobaczyć, bo porastał ją gęsty busz, w tym ktoś wszystko wyciął i odsłonił. Na mapach oznaczono ten punkt jako "ruina strażnicy niemieckiej", ale przecież wcześniej używali jej funkcjonariusze polscy, a nie wykluczone, że także austriaccy.



Kilka minut spaceru niżej znajduje się rozdroże z wiatą kominkową. Kiedyś bylibyśmy niemal w centrum Czeremchy... Obok wiaty stoi terenówka - widziałem ją idąc słowackim asfaltem. Coś pichcą na obiad, więc podchodzę i pytam się, czy nie jadą czasem w stronę Jaślisk i nie zabraliby mnie ze sobą. Kierowca nie powiedział "nie", ale jego małżonka już tak, sugerując, że mają mało miejsca. Fakt, na tylnym siedzeniu musiało zmieścić się dziecko i trochę bagaży, więc żegnam się i idę dalej. W końcu nigdzie mi się nie spieszy, a godzina młoda!


Tam, gdzie w przeszłości stały domy i stodoły...




Minąłem cerkwisko i odbicie niebieskiego szlaku w kierunku Barwinka, kiedy usłyszałem hałas silnika. Terenówka szybko mnie dogoniła, kierowca wyskakuje i mówi:
- Spróbujemy się zmieścić.
Tak podejrzewałem, że jednak facet chętniej by mnie zabrał 😏. Upchaliśmy się bez większego problemu, natomiast ja ewidentnie byłem problemem dla kobiety siedzącej na fotelu pasażera. Zerkała na mnie niepokojąco, po czym w końcu przeprosiła i założyła sobie i dziecku maseczki. Aby ją uspokoić także wyciągnąłem własną z kieszeni.

Mijamy bród w okolicy dawnego PGR-u - to tam ustawiono zakaż ruchu. Ale po co? Bród był normalnie przejezdny, wody mniej niż rok temu. W Lipowcu (Липовиць) stwierdziłem, że może bym wyszedł i posiedział nad rzeką, ale tak się długo nad tym zastanawiałem, że zatrzymaliśmy się dopiero w Jaśliskach, niedaleko "słynnych" pięciu drewnianych chałup.


Nie sądziłem, że tak szybko się tu znajdę! Żegnam się i lecę przez opustoszały rynek prosto do schroniska "Zaścianek".



Pokoje są pełne, więc rozbijam namiot na ogródku obok bramki prowizorycznego boiska. Jak zwykle miła pani właścicielka ostrzega, że na noc zapowiadają silne burze i ulewy. W razie czego będę uciekał pod dach!


Jaśliska darzę wielkim sentymentem i zawsze chętnie tu wracam, ale z powodu wczesnej pory postanawiam dodatkowo pokręcić się po okolicy. Bez plecaka i na luzie wybieram się na spacer do pobliskiej Daliowej (ruś. Далёва, ukr. Дальова). Wśród tutejszych grekokatolików silna musiała być ukraińska świadomość narodowa, gdyż w 1933 roku wybudowali cerkiew w stylu charakterystycznym dla terenów położonych bardziej na wschód, a rzadko występującym na Łemkowszczyźnie.



Po wypędzeniach z lat 40. cerkiew niszczała, użytkował ją PGR jako magazyn siana. Po upadku komunizmu doczekała się remontu, lecz praktycznie nie pełni już funkcji sakralnych, choć formalnie ciągle należy do kościoła unickiego. Do środka wpuszcza mnie pani z pobliskiego domu, w którym akurat trwa mała impreza w rytmie disco-polo. Drewniane wnętrza nie posiadają oryginalnego wyposażenia, a ikonostas można podziwiać w muzeum we Lwowie.



Mocno zarośnięty cmentarz wokół świątyni.


Po wizycie w kościele zachodzę nad Jasiółkę i siadam pod mostem. W tej samej rzece myłem się rano na biwaku w Jasielu, więc mogę pomoczyć nogi i teraz.


Po schłodzeniu wracam do Jaślisk, gdzie na wjeździe stoi tablica zapraszająca "do stóp Matki Bożej Królowej Nieba i Ziemi". No fakt, obraz w jaśliskim kościele uważany jest za cudowny i nawet koronował go JP2.


Wieczorne kolory na otaczających mnie górach.


W schronisku spotykam znajomego, którego nie widziałem 8 lat. Ciężko stwierdzić, czy ucieszył się na mój widok, czy wręcz przeciwnie 😛. Końcowym akcentem dnia była oczywiście wizyta w barze "Czeremcha". Piwo mają paskudne, ale klimat świetny. I jeszcze ten księżyc czający się za kościelną wieżą...



Burze na szczęście nas ominęły, choć horyzont czasem przecięła jakaś błyskawica. W środowy poranek witam mnie słońce, jednak z każdą chwilą nadciąga coraz więcej chmur. Dobrze, że i tak planuję dzisiaj "dzień lenia" - mało chodzenia, trochę zwiedzania. Dodatkowe atrakcje czekają mnie pod prysznicem, gdzie w czasie kąpieli... zatyka mi się ucho! Przez prawie dwie godziny próbuję je odetkać, kupuję w punkcie aptecznym jakieś krople i w końcu się udaje!

Opuszczając "Zaścianek" czuję, że z nieba siąpi... No cóż robić? Trzeba iść tak czy siak, ale trochę modyfikuję listę zadań: zamiast przejść się Traktem Węgierskim do Szklar ponownie zachodzę do Daliowej i ustawiam się na drodze prowadzącej do Rymanowa.

Aut mija mnie sporo, lecz głównie nie z tej strony co trzeba. Zjeżdżają nawet dwie stare przyczepy z Niewiadowa.


Liczę samochody, które nie chcą mnie zabrać. Zatrzymuje się ten z numerem 11-tym. Z Sosnowca. Krótka chwila i wysiadam w Króliku Polskim. Wioska, jak sama nazwa wskazuje, była zamieszkiwała głównie przez Polaków, więc posiadała kościół rzymskokatolicki, a nie cerkiew. Wybudowano go w XVIII wieku obok starszej, murowanej zakrystii.



Na tablicy ogłoszeniowej wisi kartka zapraszająca na pielgrzymkę do Medzugorje. Chyba bym się bał tam jechać z tą firmą, która nie wie, iż to nie Chorwacja, a Bośniacy wymagają od każdego turysty aktualnego testu na (nie)obecność wirusa.


Obejrzawszy kościół idę sobie spokojnie chodnikiem i nagle mój wzrok przyciąga napis: SKLEP SPOŻYWCZY. OGRÓDEK PIWNY. No, czegoś takiego nie można minąć obojętnie! Co prawda formę ogródka piwnego pełni tutaj normalny ogród na tyłach sklepu, ale ja siadam sobie z przodu. Słoneczko przygrzewa, deszczowe chmury poszły precz, jest pięknie... Prawie udało mi się zasnąć nad plastikowym stołem 😏. Ruch przy sklepie jest minimalny, najwięcej zamieszania robi czarny kot, który próbuje polować nawet między regałami.



Sąsiedni Królik Wołoski (Королик Волоський) był dla odmiany zasiedlony niemal wyłącznie przez Rusinów. Po akcji "Wisła" wioska przestała istnieć, pozostała tylko murowana cerkiew św. Mikołaja z 1843 roku. Również miała zaszczyt stać się magazynem PGR-u, więc jej stan daleki jest od świetności, choć ściany wytrzymały lata dewastacji.



Świątynia od kilku lat należy do stowarzyszenia społeczników i trwają prace remontowe. Mam nadzieję, że jej efektem nie będzie nowość waląca po oczach, bo na razie świeżo położone blachy na wieżach świecą się, jak psu jajca... Remont uniemożliwia też zajrzenie do środka, ale odsuwam kratę i kręcę się po zakrzaczonym cmentarzu. Wśród grobów stoją kamienne resztki, pewnie kaplicy albo domu pogrzebowego, oraz dzwonnica parawanowa.




Pora wracać. Na stopa znowu muszę trochę poczekać, ale głównie z powodu zmniejszonego ruchu. Zabiera mnie trzeci lub czwarty samochód - dziewczyna z jeszcze innym podwózkowiczem jedzie do Daliowej, gdzie kupuje swojskie sery.
- A skąd dzisiaj podróżujesz? - zagaduje mnie.
- Z Jaślisk.
Chwila konsternacji.
- Ale... to chyba nie w tym kierunku teraz powinieneś łapać, przed nami właśnie są Jaśliska!
- Moje drogi są trochę pokręcone - śmieję się.
Wychodzę na rogatkach Daliowej, obok przydrożnego krzyża i zabieram się za czekanie...



Przejeżdża radiowóz - widzieli mnie już w Króliku, więc teraz przypatrują się podejrzliwie. Kij im w oko. Trzeci autostop zjawia się dość szybko i ponownie są to ludzie z Sosnowca.
- To oznacza, że nie jesteśmy tacy źli - mówi dziewczyna z wozu 😛.
Tak się składa, że jadą aż do Zyndranowej i nawet pod chatkę. Mógłbym więc zabrać się z nimi aż do samego końca, ale po co? W końcu nigdzie mi się nie spieszy - jak wielokrotnie sobie powtarzam. Wolę wysiąść w Tylawie (ruś. Тылява, ukr. Тилява) i zjeść obiad oraz napić się czegoś zimnego w zajeździe.


Do Zyndranowej ruszyłem dopiero dwie godziny później. Przeszedłem kilometr asfaltem i skorzystałem z czwartego tego dnia autostopu - pani z Krakowa, która przeprowadziła się w te okolice, postanowiła mi ulżyć widząc maszerującego z ciężkim plecakiem i jeszcze z reklamówką z zakupami w ręku 😊...

12 komentarzy:

  1. Wygląda na to, że byłeś rozchwytywany podwózkowo jak lokalna atrakcja. ;-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Tiaaa, Beskidu Niskiego nigdy za wiele. Jeszcze dwa "tydnie" muszę wytrwać :) Czertyżne również zamierzam odwiedzić. Dam se, bo mnie stać, ale w nieco innym wariancie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Zegarek nagrywający trasę, a cóż to takiego? Smartfona niet, ale takie cudo posiada :P Dolnoślązak.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dołączam do pytania. Czyżbyś zmienił nastawienie do "cudów" techniki?

      Usuń
    2. Smartfon z dostępem do internetu uzależnia i zmienia ludzi. Można twierdzić, że nie, że to wszystko zależy od człowieka, ale dziwnym trafem większość znajomych-posiadaczy co to niby twardo stąpają po ziemi idąc w góry czy w krzaki, jak tylko jest wolna chwila i zwłaszcza jak nikt nie widzi, to od razu sięgają po internety. Jeszcze kilka lat temu tak nie robili. Nie chcę robić tak samo, bo 95% interesujących mnie rzeczy mogę sprawdzić w domu. Natomiast zegarek to standardowy Garmin, otrzymałem używany od brata. Służy mi do biegania, a w góry zabieram go od kilku lat, przydaje się jak chcę sprawdzić gdzie dokładnie byłem :)

      Usuń
    3. Właśnie dlatego mam smartfona (również sprezentowanego) z wyłączonym internetem. Sieć mam w domu i w pracy - chwatit.

      Usuń
    4. No tak, tylko w takim razie po co mi smartfon? :D Niewygodny, do kieszeni spodni się nie zmieści (a zegarek owszem), do robienia zdjęć mam aparat, do rozmów/smsów starą komórkę (również zmieści się do kieszeni, a przynajmniej nikt mi jej nie ukradnie, chyba, że fan sprzętu retro :D), a do korzystania z internetu laptop/komputer. Kiedyś faktycznie miałem starego smartfona odziedziczonego po mamie, na którym było zainstalowane endomondo, ale od czasu jak otrzymałem zegarek to stał się on mi zupełnie niepotrzebny (pomijając fakt, że endomondo na smartfonie fałszywie zawyżało przebywaną trasę).

      Usuń
  4. "nigdzie mi się nie spieszy..." - ot, szczęśliwy człowiek :)
    Świetne zdjęcia, pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co nagle to po diable ;) Beskid Niski daje taką możliwość ;)

      Usuń