środa, 16 września 2020

Zabytkowe świątynie w okolicach Radymna i Przemyśla.

Wrześniowy wyjazd w podkarpackie wykorzystałem, aby pokręcić się po wioskach w okolicach Radymna i Przemyśla. Ponieważ są to rejony, które aż do lat 40. ubiegłego wieku zamieszkiwała przeważnie ludność ukraińska, to zakładałem, że będę zwiedzał głównie drewniane cerkwie. I rzeczywiście tak było, choć doszły do tego również inne zabytki.

Pierwszy postój zarządzam na parkingu za Rzeszowem, aby rozprostować kości. Autostrada A4 wygląda tu zupełnie inaczej niż na Śląsku i przy Krakowie: pusta i przyjemna dla ruchu, zbiornik przeciwpożarowy cieszy oko.


Z autobany zjeżdżamy na węźle Przemyśl. Najbliższa miejscowość to Zadąbrowie (Задуброва). Nie widzę żadnych oznaczeń prowadzących w kierunku tutejszej świątyni (co okaże się normą w kolejnych wioskach), przez krótki czas krążę bezradnie po remontowanych drogach i w końcu zagaduję jednego z robotników:
- Kościół? Pojedzie pan tam i tam, stoi obok takiej drewnianej cerkwiewki - wyjaśnia.
O tę cerkiewkę mi właśnie chodziło, nie wiedziałem, że wioska posiada również inny kościół. Określenie "cerkiewka" pasuje tu idealnie, gdyż budynek faktycznie jest niewielki i z daleka wygląda jak model do sklejania.


Wspomniany przez robotnika nowy kościół z 1984 roku to jeden z tych, które zostały zaprojektowane w szalonym albo koszmarnym śnie. Gdyby nie krzyże to wziąłbym go za pokraczną fabrykę.



Greckokatolicką cerkiew Zaśnięcia Bogurodzicy wybudowano w 1660 roku, ale obecny kształt to efekt prac prowadzonych w 1934. Przypomina o nich data umieszczona nad figurką maryjną. Swoją pierwotną rolę przestała pełnić po II wojnie światowej i stała się kościołem katolickim. Pod koniec PRL-u uznano, że jest za mała, przesunięto ją o kilkadziesiąt metrów, a na jej miejscu postawiono potworka. Obecnie służy albo jako kaplica pogrzebowa albo magazyn cmentarny (pojawiają się różne wersje). 



Kilka starych nagrobków ustawionych w rzędzie.


Wkrótce w kościele odbędzie się ślub, o czym świadczą pojawiające się wyperfumowane i odpicowane postacie, a także przygotowywana "brama weselna" na sąsiedniej ulicy.


Z Zadąbrowia kierujemy się tymczasowo na północny-wschód, zmieniamy powiat przemyski na jarosławski, przemykamy przez Radymno, za którym nad Sanem leży Michałówka. Wioska ta, w przeciwieństwie do większości okolicznych, zamieszkała była głównie przez rzymskich katolików, zatem możemy w niej obejrzeć drewniany kościół, który nie zmieniał w poprzednim wieku wyznania. Co ciekawe, świątynię św. Michała Archanioła wzniesiono w 18. stuleciu, lecz z nieznanego mi powodu nie znajduje się ona na Szlaku Architektury Drewnianej.


Na trawniku wokół niej zobaczymy kilka pomników, w tym podnoszącego ręce Jana Pawła oraz taki, który skojarzył mi się z wielkim grzybem.



Dla miłośników białych tablic jedna do kolekcji 😏.


Położone kilka kilometrów dalej na północ Łazy (Лази) stanowiły przeciwieństwo Michałówki: w latach 30. na 1650 mieszkańców ponad półtora tysiąca stanowili grekokatolicy. Nie planowałem się tu w ogóle zatrzymywać, gdyż internety nie pokazują w wiosce niczego interesującego, lecz mój wzrok przykuły resztki konstrukcji spoczywające na niewielkim wzgórzu. Ponieważ w pobliżu stał krzyż z napisami po polsku i ukraińsku, a niedaleko nowy kościół, więc nie mogło to być nic innego niż pozostałości dawnej cerkwi!


Nie pomyliłem się - murowaną cerkiew św. Mikołaja poświęcono w 1894 roku. Dzisiaj pamiątką po niej są dolne partie murów, walające się sygnowane cegły oraz spory fragment posadzki otaczającej miejsce, gdzie kiedyś znajdował się ołtarz.




Pod koniec ostatniej wojny i wkrótce po niej Ukraińcy z Łaz kilkukrotnie padali ofiarami napadów ze strony polskich grup ("band") oraz milicji, ekscesy te kończyły się zabójstwami łącznie ze spaleniem żywcem. Zdarzyły się także ataki typowo rabunkowe, a nawet najazd na cerkiew w czasie odbywania nabożeństwa, wypędzenia stamtąd wiernych i masowego bicia oraz okradania... ze świątecznych ubrań. Z drugiej strony miejscowi mniej lub bardziej chętnie wstępowali w szeregi UPA, a także ginęli jako polscy żołnierze we wrześniu 1939 roku, czerwonoarmiści, członkowie Ukrainische Hilfspolizei, SS Galizien, przepadali bez wieści w niemieckich i polskich więzieniach. Słowem - typowo kresowa rozpierducha. W czerwcu 1947 roku Wojsko Polskie otoczyło Łazy i wywiozło część mieszkańców na Ziemie Wyzyskane, a niektórzy znaleźli się w Ukraińskiej SRR.

Cerkiew to wszystko przetrwała, przez prawie dekadę stała opuszczona, ale niezniszczona. Jej los miał się przypieczętować dopiero po dojściu do władzy Gomułki - nowi polscy mieszkańcy Łaz uzyskali zgodę na jej rozbiórkę, aby pozyskać materiał budowlany. Ruiny wyglądają jednak zaskakująco świeżo, zwłaszcza płytki, jakby odkryto je całkiem niedawno.



Kilkaset metrów dalej rozciąga się cmentarz z grobami zarówno starszymi, jak i młodszymi.


Przejeżdżamy przez Laszki (Ляшки), gdzie na wzgórzu strzelają w niebo betonowe słupy - plac budowy cerkwi, której nigdy nie dokończono. A potem jest Miękisz Stary (М'якиш-Старий) i świątynia, której widok wywołuje bolesny ścisk serca. 


Cerkiew Opieki Matki Bożej pochodzi z początku XIX wieku, od 1947 roku nikt z niej nie korzysta, bo Polacy mają swój kościół z trwałych materiałów. Co tu dużo pisać - obiekt jest w stanie bliskim agonalnemu. Jeszcze się trzyma, choć nie wiadomo, jak długo to potrwa. Podobno są plany remontu, podobno wykonano dokumentację konserwatorską, podobno cenne polichromie, jakie pokrywają wnętrza, mają zostać przeniesione na nowe elementy. Wszystko podobno, a czas płynie nieubłaganie... Jedyny pewnik to taki, że ikonostas przeniesiono dawno temu do muzeum w Łańcucie...




Wejście do zakrystii, podobnie jak wszystkie inne zablokowane. 


Ile takich bezpańskich cerkwi pozostało po akcji "Wisła" i zniknęło z powierzchni? Trudno byłoby zliczyć... Niektóre palono od razu po wypędzeniach, inne po kilku lub kilkunastu latach. Często same się rozpadały dopiero pod koniec PRL-u... Niepotrzebne pamiątki po przeszłości, nachalnie przypominające niechcianych sąsiadów lub wcześniejszych gospodarzy...


Nagrobki rodziny Younga, właścicieli Miękisza w 19. stuleciu. Nazwisko brzmi z angielska, no i dlaczego pochowano ich przy unickiej świątyni?


W okolicy spotykam pełno znaków drogowych starego typu. Czasem robię wielkie oczy, widząc drogowskaz na... Wielkie Oczy 😏.


Znowu zmieniamy powiat - tym razem na lubaczowski. To mój debiut w tej jednostce administracyjnej. Obok siebie leżą dwie wioski - Kobylica Ruska (Кобильниця Руська) i Kobylica Wołoska (Кобильниця Волоська); nazwy mają przypominać kto je kiedyś zamieszkiwał. Dodatkowym smaczkiem jest fakt, że Wołosi i Rusini z czasem zaczęli się ze sobą mieszać i w ten sposób dali początek m.in. Bojkom i Łemkom. W 1977 roku nazwy zmieniono na Kopytów Górny i Kopytów Dolny, na szczęście po czterech latach powrócono do oryginalnego brzmienia.

Wołosi szczególnie cenili sobie świętego Dymitra i takiego też patrona ma miejscowa cerkiew z 1924 roku. Obecnie służy wiernym zarówno łacińskiego i jak greckiego katolicyzmu. Ze zdjęć wynika, że bardzo podobna do niej była cerkiew w Łazach. Tu mieszkańcy okazali się rozsądniejsi - zamiast ją niszczyć, przystosowali do własnego kultu.


Zbliżyliśmy się do granicy ukraińskiej i wyjeżdżamy obok przejścia Korczowa-Krakowiec (znowu jesteśmy w powiecie jarosławskim). Co prawda Ukraina formalnie jest zamknięta dla obcokrajowców, lecz nie dotyczy to transportu towarów, więc widzimy setki ciężarówek stojących w wielokilometrowych korkach. Jak dla mnie to uwłaczające w stosunku do kierowców, życzę każdemu zwolennikowi zamykania krajów wielu dni spędzonych w takich warunkach.



Skręcamy w boczną drogę, aby obejrzeć kolejną drewnianą cerkiew, położoną w pobliskich Młynach (Млини). Kiedyś nosiła imię Opieki Matki Bożej, dziś występuje jako katolicki kościół Matki Bożej Pocieszenia. Pochodzi z XVII lub XVIII wieku, konstrukcja jest dość prosta, na planie prostokąta. Otoczono ją kamiennym murem.



Młyny były kiedyś dużą wioską, liczącą ponad tysiąc mieszkańców (dziś niecałych trzystu), niemal wyłącznie Ukraińców. Przez kilkanaście lat funkcję proboszcza pełnił w nich Mychajło Werbycki - autor tekstu do hymnu Ukrainy. Pochowano go obok cerkwi, jakiś czas temu nad grobowcem dobudowano kaplicę oraz dostawiono okolicznościowy pomnik w kształcie liry.



Widok na cerkiew spod krzyża przy wielkim lesie. Gdy spojrzymy w drugą stronę, to zobaczymy hale o wiele mówiących nazwach (Lwowska, Kijowska). Centrum handlu, dziś świecące pustkami.



Wracamy między ciężarówki, kolejka kończy się dopiero za Młynami. A my odbijamy w trzeciorzędną drogę na południe. Na skrzyżowaniu, w miejscu oznaczonym na mapach jako Łapajówka, zatrzymuję się przy zaniedbanym pomniku. Napis głosi, że poświęcony jest poległym w walkach z UPA na terenie powiatu Radymno. Jeśli "poległym", a nie pomordowanym, to znaczy, że dotyczy on zapewne żołnierzy lub milicjantów. Rok jego wystawienia to miałby być 1975, ale coś mi tu nie pasuje... Przede wszystkim tablica jest już nowa, z orłem w koronie. Po drugie trzy czarne X mogą wskazywać, że początkowo nie chodziło o ofiary ukraińskich nacjonalistów, lecz o uczczenie 30-lecia Polski Ludowej, a po upadku komuny zmieniono intencję.


Najważniejszym punktem dzisiejszego zwiedzania jest Chotyniec (Хотинець). Tutejsza cerkiew to zabytek na tyle cenny, iż wpisano ją na listę dziedzictwa UNESCO razem z 16 innymi z terenu Polski i Ukrainy. Mimo takiego znaczenia wcale nie mamy łatwo do niej trafić, oznakowanie mocno szwankuje. Jeździmy po wiosce tam i z powrotem, dwukrotnie mijając pijanego rowerzystę z psem (był tak nabombiony, że telepał się z jednej strony ulicy na drugą i jeszcze mi wygrażał 😛); w końcu okazało się, że należy jej szukać na górce za kościołem katolickim ze zdjęcia poniżej.


Cerkiew Narodzenia Przenajświętszej Bogurodzicy faktycznie jest piękna! Wybudowana około 1670 roku, później wielokrotnie ją przekształcano. Uzyskała wygląd świątyni jednonawowej, czwórdzielnej (prezbiterium, nawa, babiniec i przedsionek). Czasem można przeczytać, że to typ cerkwi bojkowskiej: faktycznie pewne podobieństwo tu mamy, lecz to raczej przypadek - Bojkowie mieszkali kilkadziesiąt kilometrów stąd.

Cerkiew po akcji "Wisła" została bez gospodarza, następnie przejęli ją katolicy, ale w latach 80. i tak ją zamknięto z powodu złego stanu technicznego. W 1990 roku powróciła do grekokatolików i wtedy zaczęły się porządne remonty. Widać to po ścianach zewnętrznych - deski są młode, nie zdążyły ściemnieć. 


Jedyne co mi się nie podoba w bryle zewnętrznej to zadaszenie nad przedsionkiem - blacha! W ogóle nie pasuje do reszty, zresztą sam przedsionek sprawia wrażenie doczepionego na siłę (bo jest w istocie - na zdjęciach z lat 60. ubiegłego wieku jeszcze go brak!).


Galeria z arkadami babińca - nietypowa, bo na piętrze.


Drzwi są otwarte, wreszcie można wejść do środka.


Bogato zdobiony ikonostas zachwyca - jak przeważnie, gdy zwiedzam stare, drewniane cerkwie. Zazwyczaj robią na mnie o wiele większe wrażenie, niż analogicznie kościoły katolickie. Czuć w nich jakiś mistycyzm, magię, obecność sacrum. Z boku zachowała się polichromia z 1731 roku - Sąd Ostateczny w łopatologiczny sposób pokazujący los grzeszników i zbawionych.



Cerkiew po latach przerwy pełni funkcje sakralne jako unicka świątynia parafialna. Należą do niej głównie Ukraińcy, którym udało się wrócić z wygnania.



Opuszczamy Chotyniec kierując się dalej na południe. Na skrzyżowaniu mam odbić w lewo, co czynię, ale szybko zaczyna mi coś nie zgadzać, gdyż... kończy się asfalt! No nic, może tak ma być? Po chwili asfalt znów się pojawia i przejeżdżamy nad pustą autostradą, lecz zaraz za nią ponownie wraca szuter z piachem...
Niezrażony cisnę przed siebie i dopiero za polną krzyżówką decyduję się uruchomić GPS-a: skręciliśmy za wcześnie i tułamy się jakimiś kompletnymi zadupiami...


Nie ma tego złego, coby na dobre nie wyszło - dzięki pomyłce zajeżdżamy do Kalnikowa (Кальників, już w powiecie przemyskim). Według internetu jest to jedyna miejscowość pasa przygranicznego w tej okolicy, w której większości ludności ukraińskiej udało się zostać na ojcowiźnie - polski ksiądz miał im bowiem wystawić katolickie metryki chrztu (w czasie deportacji de facto nie liczyła się narodowość, lecz wyznanie). Skutkiem tego dziś Kalników stanowi jeden z głównych ośrodków ukraińskiej mniejszości, jeśli nie w Polsce, to na pewno w województwie. Tutejsze koło Związku Ukraińców ma być najprężniejsze w kraju, działa dziecięcy zespół folklorystyczny. Nie jestem w stanie zweryfikować danych etnicznych, nawet spisy powszechnie nie bardzo tu pomogą (ten z 2011 jest kompletnie niewiarygodny, gdyż prowadzono go nie metodą spisową, lecz w dużej mierze "szacunkową", a ten wcześniejszy posiada co prawda dane dla gmin, ale obciążone zarzutami celowego zaniżania liczby osób deklarujących narodowość niepolską). Bezsprzecznym faktem natomiast jest, że w centrum stoi cerkiew Zaśnięcia Najświętszej Maryi Panny z 1920 roku.


Cerkiew należy do kościoła prawosławnego. To rzadkość wśród Ukraińców dawnej Galicji, gdzie królował grekokatolicyzm. W tym przypadku prawdopodobnie przyczyniła się do tego polityka: władze PRL-u unitów zwalczały, więc kiedy w 1958 roku miejscowi ponownie zagospodarowali opuszczoną świątynię, łatwiej było mi zadeklarować się jako prawosławni (przedtem istniała tu parafia greckokatolicka).




Kolejna miejscowość postojowa to Leszno, choć u mnie w atlasie widnieje Poździacz (Поздяч). No właśnie. Pisałem wcześniej o zmianach nazw w przypadku Kobylic. Nie były one wyjątkami - dotknęło to 120 miejscowości Polski południowo-wschodniej. Ktoś w rządzie Edwarda Gierka, tego otwartego i nowoczesnego przywódcy, wymyślił, iż najwyraźniej akcja "Wisła" nie wystarczyła, wyludnianie i likwidacja całych wsi to za mało. Należało jeszcze po trzydziestu latach zmienić nazwy na bardziej polskie, może wtedy łatwiej byłoby wymazywać historię. Co ciekawe, nazwy zmieniono również osadom, które po wypędzeniach przestały istnieć. Zarządzenie weszło w życie 1 października 1977 roku i wywołało niespodziewany opór środowisk naukowych, turystycznych, przewodnickich, a nawet Związku Literatów Polskich i kół gospodyń wiejskich. Zaskoczone władze początkowo udawały, że coś w tej kwestii robią, lecz w końcu ugięły się i już za Jaruzelskiego (w 1981 roku) przywrócono niemal wszystkie oryginalne nazwy. Niemal, gdyż nie dotyczyło to jednego z przysiółków w gminie Nisko. Leszno także na powrót stało się Poździaczem, jednak tylko na osiem miesięcy, gdyż na życzenie mieszkańców wróciło Leszno... Podobnie kilka lat później stało się z wioską Niziny/Dusowce. 
W każdym razie współcześnie mamy Leszno. Ciekawe czy autorzy mego atlasu samochodowego zatrzymali się mentalnie w latach 70.? 😛

Środek Leszna/Poździacza przypomina trochę miasteczko z niewielkim rynkiem. Na skwerze bieleje pomnik ofiar obozu w Thalerhof. Co prawda Austriacy w czasie Wielkiej Wojny trzymali tam głównie Rusinów podejrzewanych o sympatie prorosyjskie, ale niektórzy Ukraińcy także mieli pecha znaleźć się wśród więźniów, ewentualnie część Poździaczan była moskalofilami...



Cerkiew św. Bazylego pochodzi z XVIII wieku, lecz wygląda dość młodo, w dodatku w czasie ostatniego remontu zniszczono pewne elementy, a także zakryto boazerią wewnętrzną polichromię. Pierwotny ikonostas przeniesiono do skansenu w Sanoku, zatem środek niczym się nie różni od innych kościołów katolickich.



Chrystus stracił głowę. Ktoś położył ją obok.


Do 2000 roku przy cerkwi stała najstarsza i największa dzwonnica drewniana w Polsce, lecz zawaliła się. Zgodnie z informacją na tablicy Szlaku Architektury Drewnianej "w najbliższym czasie wybudowana zostanie w nowym miejscu". Czas ten jeszcze nie nadszedł. Nową lokalizacją ma być niewielka cerkiew Trójcy Świętej, nadal służąca grekokatolikom. Nie udało nam się jej znaleźć, gdyż położona jest na skraju pól, przy bocznych drogach.


Torki (Торки) i kolejna cerkiew murowana, z 1926 roku. Pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, zarówno jako unicka, jak i współcześnie łacińska. A na parking wjeżdża się... przez bramkę piłkarską (sprytne zabezpieczenie przed ciężarówkami).



Przemykamy ukradkiem przez Medykę - wąż ciężarówek oczywiście się wije w kierunku granicy, lecz mniejszy niż w Korczowej. Następnie w miarę sprawnie udaje się przeciąć Przemyśl - nie mamy już czasu na zwiedzanie tego interesującego miasta. 
Na rogatkach skręcam w mocno boczną drogę i zatrzymam ostro piąć się do góry. Nawierzchnia fatalna, pofałdowana, więcej dziur niż asfaltu, ostatni raz podobną jechałem gdzieś na Bałkanach. Kruhel Wielki (Кругель Великий) to od jedenastu lat administracyjnie część Przemyśla. Przedtem był samodzielną wioską (a istniał już co najmniej w 15. stuleciu), do 1946 roku zamieszkałą głównie przez Ukraińców (w przeciwieństwie do położonego niżej "polskiego" Kruhela Małego).


Kruhel leży na krańcu Pogórza Przemyskiego i jego wysokość wykorzystywano w celach militarnych - m.in. UPA ostrzeliwała stąd centrum Przemyśla.
Ale to przeszłość - za sadem wśród drzew skrywa się niewielka świątynia i cmentarz. 


Cerkiewka Wniebowstąpienia Pańskiego powstała prawdopodobnie w początkach XVII wieku, jest więc w krajowej czołówce, jeśli chodzi o długość istnienia.


Pod koniec 19. stulecia cerkiew rozbudowano, lecz i tak nie osiągnęła wielkich rozmiarów; najwyraźniej nie było takiej potrzeby. Po wojnie - jak większość innych - niszczała, remont zaczęto w 1989 roku. Całkowicie ją wtedy rozebrano i konserwowano, ale złożono dopiero ponad dekadę później, wymieniając część budulca. Zawsze się zastanawiam, czy jeśli w budynku stare zastąpiło nowe, to mamy do czynienia z oryginalnym zabytkiem czy już kopią?
Cerkiew reprezentuje archaiczny, prosty i ludowy styl świątyń wschodniego chrześcijaństwa.



Obok niej stroi drewniana dzwonnica oraz cmentarz. Na nagrobkach można prześledzić ewolucję pisowni nazwisk zmarłych: najpierw używano jedynie cyrylicy, potem przerzucono się na alfabet łaciński, ostatnio znów wraca cyrylica. Niektórzy się polonizowali, inni wracali do korzeni.


Zjeżdżając dziurawą ulicą do głównej drogi podziwiam nasłonecznione wzgórza Pogórza Dynowskiego, które zaczyna się za krajówką (albo za Sanem, w zależności od podziału).


Ostatni postój, nie planowany, nastąpił w Kuźminie (Кузьми́на). Na rozstaju dróg, w miejscu gdzie Pogórze Przemyskie przechodzi w Góry Sanocko-Turczańskie, stało coś drewnianego, do którego zdążały grupki ludzi. Była to cerkiew św. Dymitra, obecnie kościół MB Nieustającej Pomocy; rok produkcji 1814.


Zaintrygował mnie opis na tablicy: "w 1938 roku cerkiew została odebrana Ukraińcom i przekazana na kościół rzymskokatolicki'. O tak, po prostu ją odebrano i dano komuś innemu? Faktem jest, że władze II Rzeczpospolitej urządzały różne patriotyczne zabawy typu "akcja polonizacyjno-rewindykacyjna" czy "polityka wzmacniania polszczyzny", które oznaczały burzenie lub zagarnianie cerkwi czy przymusowe nawrócenia na katolicyzm w asyście wojskowych bagnetów, ale dotyczyło to prawosławnych i miało miejsce na terenie ziemi chełmskiej, lubelskiej, Polesiu oraz Wołyniu. Ale tutaj? Okazało się, że w tym przypadku polscy wierni wzięli sprawę we własne ręce. Otóż w Kuźminie grekokatolicy byli mniejszością i ich rzymscy bracia w wierze postanowili przejąć świątynię dla siebie. Według niektórych źródeł przez pewien czas cerkiew była użytkowana przez oba wyznania, ale nie ma wątpliwości, iż należała do kościoła unickiego. Polacy, zapewne za sugestią i aprobatą miejscowych władz, cerkiew zajęli siłą. No bo po co budować coś samemu, skoro można ukraść? Ukraińcy - jak można się domyślać - nie przyjęli tego z entuzjazmem, próbowali swą własność odbić. Dochodziło do regularnych bójek, podobno nawet do otworzenia ognia przez polską stronę i pierwszego trupa. Interweniowała żandarmeria, która zamiast wypędzić złodziei, rozpoczęła brutalną pacyfikację Ukraińców - wiele osób płci obojga ciężko pobito, byli zabici, sporo aresztowano, kilku miejscowych wysłano do Berezy Kartuskiej. Cerkiew zamknięto. Piękny opis chrześcijańskich czynów miłosierdzia, a to przecież z dwóch stron walczyli katolicy!

Budynek otworzyli dopiero Niemcy i oddali Ukraińcom, zaś po wojnie władze zrobiły to, na co od dawna miały ochotę, czyli przekazały - tym razem na stałe - kościołowi rzymskokatolickiemu. Wnętrza już w żaden sposób nie przypominają o ruskiej przeszłości...


5 komentarzy:

  1. Ciekawie wygląda zestaw podobizn na ostatnim zdjęciu - jak na dłoni widać, jak chrześcijaństwo w Polsce przeszło w politeizm.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Opierając się na Biblii można nawet wątpić, czy to rzeczywiście nadal jest chrześcijaństwo. Czczenie świętych, obrazków i pomników niemal zastąpiło samego Boga.

      Usuń
    2. Bardzo fajnie podsumowałeś obecną religię. Serio.

      Usuń
  2. Lubię takie trasy prowadzące pośród mało znanych miejscowości z celem przewodnim, jakim jest zobaczenie cerkwi i drewnianych kościołów. Sam mam kilka takich wycieczek już za sobą. Pokazane świątynie są bardzo urokliwe, jedne bardziej, inne mniej zadbane. Niezwykły kontrast jest między pięknem starych, prostych rozwiązań architektonicznych, a tworami współczesnych architektów. Przykład Zadąbrowia najlepiej to ilustruje. A że można inaczej przekonałem się na Podlasiu. Też powstało tam dużo nowych kościołów, głównie prawosławnych, ale z o wiele ciekawszą formą architektoniczną. Jest na czym oko zawiesić.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie nowe prawosławne świątynie czasem potrafią pozytywnie zaskoczyć, natomiast jeśli chodzi o katolickie, to przeważnie są architektonicznymi koszmarkami. Nie wiem czy to wynika z lenistwa, bezguścia (bo kiczu wszędzie coraz więcej), czy fantazji miejscowego proboszcza??

      Usuń