Wakacyjny urlop czas zacząć! Tradycyjnie kierunek południowy. Rok temu
pojechaliśmy w
drugiej połowie sierpnia, ponieważ naiwnie sądziłem, że w czasie pandemii miesiąc ten będzie
luźniejszy, a było dokładnie odwrotnie: niektóre kraje już wtedy zaczęły się
zamykać, trochę popsuło to nam plany. Tym razem postanowiłem dmuchać na
zimne i ruszyliśmy w połowie lipca. Po czasie okazało się, że nie miało to
większego znaczenia, lecz któż to mógł wiedzieć??
Skrót przez czeski Śląsk i potem przejazd przez Słowację, bez historii.
Tradycyjnie w dniu wyjazdu pogoda jest średnia, nawet trochę padało. Mniej
tradycyjnie - zamiast cisnąć autobaną aż do Bratysławy część drogi pokonałem
bocznymi drogami, aby dotrzeć do Komarna. Tam jedyny postój na zakupy i
przekraczamy Dunaj nowym mostem (według google.maps miał być
zamknięty, ale normalnie szło z niego skorzystać).
Na Węgrzech witają mnie moje ukochane słoneczniki! Uważam, że lato
bez tych roślin straciłoby znacznie ze swego uroku 😊.
Tankuję na pierwszej (Putinowskiej) stacji, gdzie mam krótkie zwarcie z jakąś
starą Niemrą, której strasznie się spieszy. Zaraz potem wpadam na autostradę.
Autópálya M1 jest jedną z najstarszych u Madziarów, pierwsze odcinki
otwarto w latach 70. ubiegłego wieku. To widać i czuć: nawierzchnia pozostawia
sporo do życzenia, a przede wszystkim posiada jedynie dwa pasy, co przy
ogromnym ruchu od strony Austrii powoduje, iż nieustannie jedziemy w tłumie i
nawet na lewym pasie trudno osiągnąć prędkość większą niż 100 km/h.


