Podczas tegorocznej majówki postanowiłem zaatakować jedno z peryferyjnych pasm
karpackich, a mianowicie Małe Karpaty (Malé Karpaty, Kis-Kárpátok, Kleine Karpaten). Są one położone w południowo-wschodniej Słowacji i ciągną się wąskim pasem
przez ponad sto kilometrów: od Dunaju w Bratysławie aż do okolic ponad
uzdrowiskiem Piešťany. Słowacy do pasma zaliczają także
Wzgórza Heinburskie (Heinburger Berge) leżące na
austriackim brzegu Dunaju, co jednak nie zmienia faktu, że jest to kraniec
Centralnych Karpat Zachodnich.
Pisząc "zaatakować" należałoby raczej ubrać to słowo w cudzysłów, gdyż Małe
Karpaty są niewysokie: najwyższy szczyt Záruby ma ledwo 768 metrów.
Dominują góry o wysokości trzystu - czterystu metrów. Dzięki temu można łatwo
zaplanować wędrówkę bez dużych przewyższeń, co w przypadku kilkudniowego
wyjazdu z ciężkim plecakiem ma ogromne znaczenie. Inną cechą pasma jest duże
zalesienie: tutaj nadal rosną lasy, masakr oraz wycinek znanych z Beskidów i
Sudetów oraz rozjeżdżonych ciężkim sprzętem szlaków raczej nie spotkamy. Może
dlatego, że większość drzew jest liściasta, a może tutejsze władze trochę
inaczej podchodzą do "nowoczesnej gospodarki leśnej"? Są także minusy tej
sytuacji: z powodu niskości oraz lesistości trafimy na mniej punktów
widokowych, ciężej odwiedzić polany z rozległymi panoramami. Oczywiście takie
miejsca też się tu znajdą, ale zazwyczaj najlepiej będzie widać nie ze
szczytów, lecz z wież widokowych, skał lub ruin licznych zamków. Kilka dni
przed wyjazdem Bastek zadał podstępne pytanie:
- To w ogóle będą tam jakieś widoki, czy tylko sam las?
- Eeee... coś chyba będzie.
Ale gwarancji nie dałem 😏. Zresztą nie po to się jeździ w góry, aby podziwiać
widoki, prawda 😏.
Aby zacząć Małe Karpaty od słowackiej stolicy musimy przejechać pociągiem dwieście kilometrów więcej niż rok i dwa lata temu. Wstajemy raniutko, po czwartej. Autem suniemy do Bohumina omijając kolejne mijanki. Międzynarodowy pociąg przyjeżdża punktualnie, ale potem na Słowacji łapie opóźnienie, bo układający plan nie zauważyli, że po drodze trwają roboty. W Żylinie tradycyjnie jest totalny bajzel: tłumy pasażerów stoją przed elektronicznymi tablicami, ponieważ słowackich kolejarzy przerasta podanie peronu i opóźnienia szybciej, niż dziesięć minut przed planowanym odjazdem. Dodatkowo właśnie jest środek przebudowy węzła, więc właściwie wszystkie cugi są spóźnione. To tutaj norma. Wreszcie pojawia się nasz ekspres na południe. Oczywiście też po czasie, w międzyczasie wpadają kolejne minuty, zatem do celu docieramy dopiero o trzynastej, później niż zakładałem.
Bratysława (Bratislava, Pozsony, Pressburg) była moją pierwszą stolicą, którą odwiedziłem samodzielnie, zawsze będę miał do niej sentyment. Bastek tu debiutuje, dlatego postanawiam zrobić mu bardzo szybką przebieżkę po centrum. W upale i z ciężkimi plecakami - tak, to będzie coś!
Dworzec główny nie robi wielkiego wrażenia: dobudówka z końca komunizmu
zasłania pierwotną, habsburską konstrukcję.
Najbliższa okolica również pozostawia wiele do życzenia: opuszczone domy z dziurawymi dachami kontrastują z wieżowcami w tle. Położona poniżej jezdni pętla tramwajowa śmierdzi moczem, a dodatkowo mamy problem ze znalezieniem właściwego przystanku, bo nic nie jest oznaczone. W końcu, przy pomocy miejscowych, udaje nam się wskoczyć do tramwaju i ruszyć w kierunku starówki.
Wysiadamy najbliżej jak się da jądra miasta. Po paru krokach jesteśmy na
placu Primaciálne námestie (kiedyś Prímás tér i Batthyányplatz). Otaczają
go same ważne budynki: na prawo magistrat, przed nami ratusz, po lewej Pałac
Prymasowski. Jak sama nazwa wskazuje rezydował w nim prymas, głowa kościoła
Węgier; zagrożony przez Turków musiał się udać do Pozsony.
Przemykamy przez dziedziniec starego ratusza wypełniony gotyckimi arkadami.
Dziś pełni funkcje muzeum.
Bratysławki rynek (Hlavné námestie, Fő tér, Hauptplatz) jest kompaktowy,
ale może i dzięki temu zawsze mi się podobał. Otaczają go kilkupiętrowe
kamienice, w których mieści się kilka ambasad.
W mieście znajdziemy wiele współczesnych pomników postawionych nie z powodów
martyrologicznych, ale ku uciesze przechodniów. Na rynku stoi "Napoleon".
Przynajmniej tak wygląda, a w dodatku za plecami ma francuską ambasadę, więc
wszystko się zgadza 😊.
Schöner Náci (Piękny Ignác) - znana postać międzywojennej i powojennej Bratysławy. Więcej
o nim można znaleźć
w wikipedii.
Čumil - najsłynniejsza postać Bratysławy. Jest wiele teorii kogo przedstawia i co oznacza, ale autor rzeźby wyraźnie stwierdził, iż... nikogo i nic! To był po prostu pomysł na ożywienie starówki bez żadnych podtekstów. Čumil od razu stał się symbolem, znajdziemy go na większości pocztówek.
Słowacki Teatr Narodowy (Slovenské národné divadlo) w pięknym budynku
przypominającym wiedeńskie, mieszczącym pierwotnie teatr miejski.
Nie zwalniamy tempa i wkrótce jesteśmy już nad Dunajem.
- O, taki sam wylądował na Śnieżce - skomentował Bastek most nad rzeką z
charakterystyczną restauracją w kształcie spodka kosmicznego.
Znaleźliśmy się na dawnym Podzamczu (Podhradie, Pozsony-Várallya,
Schlossgrund), dzielnicy rozciągającej się pomiędzy zamkiem, Dunajem i
starówką. W XIX wieku mieszkali tu głównie Żydzi (oraz prostytutki) i stała główna synagoga.
Większość zabudowy wyburzono w latach 70. ubiegłego stulecia, aby zrobić
miejsce pod Nowy Most oraz przelotówkę. Było to jeden z licznych gwałtów na
architekturze dokonywanych przez komunistyczne władze w imię postępu i
nowoczesności.
Dunaj w swojej okazałości. Z tyłu Petržalka (Pozsonyligetfalu, Engerau),
sypialnia Bratysławy i jej największe blokowisko (a swojego czasu największe
blokowisko całej CSRS). Środkiem rzeki płynie statek wycieczkowy, pełno ich
tutaj na odcinku od Wiednia do Budapesztu.
Bratysława jest jedyną stolicą na świecie, która graniczy z dwoma innymi
krajami. Do Austrii jest rzut beretem - z punktu, w którym stoję, około trzech
kilometrów. Wiatraki widoczne na zdjęciu to już Austria.
Do Węgier mamy dalej, bo dwanaście kilometrów, ale również można je dojrzeć z
różnych miejsc w Bratysławie.
Wdrapujemy się na wzgórze zamkowe. Uwierzcie mi: z plecakami i w upale
nie było lekko. Inni turyści patrzą się na nas jak na idiotów. Ale w końcu
zamek to jeden z najważniejszych symboli miasta, więc nie wypadało go
odpuścić. Dzisiejszy wygląd to efekt odbudowy w czasach komuny:
zrekonstruowano wówczas sporą część bryły spalonej jeszcze przez żołnierzy
napoleońskich...
Wśród kręcących się tu ludzi dominują Węgrzy, jest też trochę Rumunów (a
na Starym Mieście sporo Polaków). Madziarzy przyjeżdżają na swoje Kresy:
Pozsony przez sto pięćdziesiąt lat było stolicą Węgier, kiedy to w Budzie i
Peszcie rządzili Turcy. W tutejszej katedrze koronowano jedenastu węgierskich
monarchów i monarchiń. Patrząc na demografię miasto nigdy nie powinno znaleźć się w
Czechosłowacji: najliczniejszą grupą byli Niemcy, zaraz potem Węgrzy, a
Słowianie stanowili jedynie kilkanaście procent. Życie narodowe i
kulturalne Słowaków toczyło się gdzie indziej, głównie w miejscowościach
środkowej części obecnej Słowacji. Wielokulturowa społeczność
Pozsony/Pressburga po Wojnie Światowej próbowała proklamować wolne miasto, ale do akcji wkroczyli
Czesi i mocarstwa zachodnie. Etniczność, historia i powiązania gospodarcze nie
miały znaczenia. To trochę tak, jakby w tym samym czasie Kraków dołączyć do
Czechosłowacji. Po zmianie nazwy na Bratysławę zaczęła się
konsekwentna słowakizacja.
Sami Słowacy mają problem ze swoją historią, bo tak naprawdę przez wiele
wieków jej nie było. Stawiają zatem różne pomniki mające udowadniać swoje
prawa do grodu nad Dunajem, jak na przykład pomnik Świętopełka (Svätopluka),
władcy Wielkich Moraw. Nie był on Słowakiem, a jego państwo Słowacją, ale
najważniejsze, że nie był Madziarem 😛.
Ikoniczny obraz z zamkowego wzgórza: starówka z katedrą św. Marcina, w których
koronowano węgierskich królów. Kiedyś tuż przy niej stała główna
synagoga, dziś pomykają samochody.
Tam, gdzie wieża telewizyjna, musimy wkrótce dotrzeć. Oczywiście nie całą
trasę pieszo, skorzystamy z autobusu.
Po krótkim błądzeniu (nie umieliśmy znaleźć wyjścia z terenu zamkowego)
schodzimy do drogi i murów miejskich, gdzie znajduje się przystanek
autobusowy. W ten sposób błyskawiczne (nieco ponad godzina) zwiedzanie
Bratysławy uznajemy za skończone.
Autobusy oczywiście są spóźnione - dwa, bo musimy skorzystać z przesiadki.
Stoimy w słońcu i pot leje się strumieniami. W końcu udaje się ruszyć dalej i
komunikacja miejska wywozi nas na wzgórza pod... szpital onkologiczny. Na
szczęście nie będziemy z niego korzystać, ale w jego pobliżu biegnie szlak
turystyczny.
Zanim jednak zaczniemy wędrówkę, zaglądamy do pobliskiej gospody
U Josefa. Spelunka, lecz piwo kosztuje i tak dwa euro, czyli więcej niż
płaciliśmy rok temu. Inflacja i stolica...
Bastek skoczył do pobliskiego marketu po jedzenie i wrócił... z dwoma
austriackimi sikaczami 😏.
Termometr w knajpie pokazuje 23 stopnie, ale to chyba w piwnicy... powietrze
jest tak rozgrzane, że przypomina upalne lato. Z upalnych ulic wychodzimy
do lasu, gdzie urządzono współczesną drogę krzyżową. Spoglądam do tyłu i
wołam:
- Zobacz, to jednak są tu jakieś widoki - bo faktycznie na moment odsłonił się
fragment terenu.
Wzdłuż stacji prowadzi niebieski szlak,
ale my wkrótce go porzucamy i leśną ścieżką wspinamy się do położonej z boku
polany o nazwie Americké námestie. Nie wiem co ma ona wspólnego z
Amerykanami, lecz stoi na niej wieża widokowa, na którą trzeba się wspiąć!
Z góry można przyglądamy się centrum Bratysławy. Jest zamek, wyglądający jak
odwrócony stołek. Są blokowiska Petržalki. Są mosty na Dunaju i sam
Dunaj, rozszerzający się w wielki zbiornik wodny. Są płaskie jak stół tereny
na południu, gdzie widać zakłady w węgierskim mieście Mosonmagyaróvár.
W drugą stronę tylko las i wieża telewizyjna.
W początkowej fazie planowania majówki myślałem o noclegu w tym miejscu.
Sądziłem, że w Bratysławie spędzimy więcej czasu i przyjdziemy spać właśnie
tu. Niestety, ktoś lub coś zniszczyło połowę wiaty, a zresztą byłoby to za
blisko.
Z polany ruszmy dalej, tym razem czerwoną Cestą hrdinov SNP, czyli najdłuższym słowackim szlakiem ciągnącym się
przez cały kraj. Po chwili zdobywamy Kamzík (Zerge-hegy, Gemsenberg, 439 metrów n.p.m.). Kiedyś pasły się tu zagubione kozy, dzisiaj wznosi się ponad dwustumetrowa wieża, którą widać z prawie każdej dzielnicy Bratysławy.
Na wieżę można wjechać, ale kosztuje to pięć euro, w dodatku w robieniu zdjęć
przeszkadzają szyby, więc tylko przechodzimy dołem. Wkrótce ponownie zaczyna
się cywilizacja: asfalt, parkingi i coraz więcej turystów. Ta część Małych
Karpat jest traktowana jako wielki park miejski. Są kolejki linowe, ścianki
wspinaczkowe i tory bobslejowe. Ludzie spacerują, jeżdżą na rolkach, najwięcej
jest rowerzystów. Tylko z plecakiem nikt nie chodzi... O, i znowu mamy
panoramę, jednak wcale te góry nie są pozbawione widoków 😏.
Wśród kilku mijanych pomników zwraca uwagę ten poświęcony ofiarom wojny
austriacko-pruskiej z 1866 roku. Oryginalne napisy są po węgiersku i
niemiecku, natomiast ten po słowacku zupełnie tam nie pasuje. Pewnie dodano go
po 1919 roku albo i jeszcze później, bowiem w 1866 żadnej Bratislavy jeszcze
nie było.
Postanawiamy skorzystać z powrotu cywilizacji i siadamy na ławeczkach przy
jednym z dwóch bufetów. Ceny standardowego piwa znowu oscylują w okolicach
dwóch euro, ale tym razem zaszalałem i dołożyłem po pięćdziesiąt centów za
szklankę 😏. W zamian za to dostaliśmy bardzo smacznego Bernarda,
wiosenną wersję sezonową.
Temperatura w cieniu szybko spada... Przyglądamy się kręcącym się ludziom:
głównie Słowacy, ale czasem słychać też ciężki dialekt bawarski języka
niemieckiego, więc Austriacy. Rodzin z dziećmi powoli ubywa, za to nadal
przewalają się dziesiątki rowerzystów. Małe Karpaty wydają się dla nich
stworzone, a bufety takie jak te pozwalają uzupełnić płyny.
Korzystamy z publicznej, bezpłatnej toalety, co zajmuje trochę czasu, bo jakiś
facet urządził sobie w jedynej zamykanej kabinie... pokaz filmowy ze
smartfona. Wypadałoby jednak ruszyć dalej, bo na zegarku już szósta, a
przeszliśmy może jedną trzecią dzisiejszej trasy.
Zaczepia mnie pewien dziadek, widząc, że robię zdjęcia "panoram".
- Widoczność dziś słabiutka... Idziecie na nocleg?
- Idziemy. Ale jeszcze daleko, siedem kilometrów.
- Siedem kilometrów to nie jest daleko - zaśmiał się dziadek, a mnie zrobiło
się głupio, bo najwyraźniej trafiłem na człowieka, któremu wędrówka nie była
straszna. Zazwyczaj, gdy się rzuci taką liczbę, to ludzie robią wielkie oczy.
- Noo, tak, ale mamy plecaki pełne piwa, więc dla nas daleko - próbowałem
nieudolnie się tłumaczyć. Dziadek znowu się zaśmiał i pożyczył powodzenia.
Cesta hrdinov odbija z asfaltu. Raz schodzi lekko w dół, raz lekko w
górę. Nie ma mocnych podejść ani zejść, więc maszeruje się energicznie. Czasem
mijamy jakieś słupki graniczne, ale nie mam pojęcia czego to mogła być
granica.
Regularnie trafiamy na nieduże wiaty, wszystkie według tego samego projektu.
Przy prawie każdej jest również przygotowane miejsce na zrobienie ogniska:
wybetonowane, zabezpieczone. Wszystko to w lesie lub na skraju lasu, wszędzie
w takich miejscach można legalnie rozpalać ogień.
Pod jedną z wiat robimy krótki postój z widokiem na Kamzík.
Cienie robią się coraz dłuższe, czuć zbliżający się koniec dnia.
Na trawersie szczytu Bratislavský Drieňovec powinna stać mała
wieża widokowa. I rzeczywiście stoi, ale zdecydowanie nie jest to cel godny
odwiedzenia. Widać z niej... las i jeden zarośniety kopczyk, w dodatku pod
słońce.
- Dokąd idziecie spać? - pyta tata.
Nagle wypadła mi z głowy nazwa. Wymienia więc kilka, ale dopiero za czwartym
lub piątym razem trafia.
- Červený kríž? Super miejsce, spałem tam dwa tygodnie temu!
Na zdjęciach rzeczywiście wyglądało kapitalnie, została nam do niego niecała godzina drogi. Na szlakach zrobiło się puściej, to znaczy pieszych nie
ma już wcale, ale rowerzyści jeszcze cały czas się zdarzają.
Kilka minut po ósmej, gdy zaczyna robić się szarawo, dochodzimy na
nocleg. Dolný Červený kríž to węzeł szlaków rowerowych. Obok
asfaltu rozciąga się wielka polana z równie wielką wiatą. Właściwie
wiaciskiem! Oprócz sporej części z ławkami są również dwa strychy, a do
jednego z nich można wejść przez... drewnianą wieżę!
Oprócz kominka pod dachem miejsc przygotowanych na ognisko jest chyba z pięć. "A więc jednak można zaufać obywatelom w tej kwestii" - powtarzam pod nosem. Do
tego plac zabaw. Stół do ping-ponga! Wychodek w lesie - nieco zaniedbany, ale
zawsze. Kosze na śmieci - najwyraźniej Słowacy wolą je w workach, niż wśród
drzew. Słowem, mamy nocleg idealny. Byłem ciekaw, czy w wieczór przed świętem
państwowym spotkamy tłumy, jednak jesteśmy sami. Po pół godzinie przychodzi para
młodych Słowaków, na lekko: tylko mały plecak, mały śpiwór i małe zapasy. To
jedyni nocujący oprócz nas. Na minutę wpadła też jakaś dwójka z dużym psem,
lecz szybko zniknęli w ciemności.
Zbieramy drewno i wkrótce ogień przyjemnie skacze po suchych patykach.
Młodzi Słowacy nie wykazują większej ochoty do integracji. Co prawda trochę
rozmawiamy, ale odnoszę wrażenie, że to raczej z grzeczności, choć chyba nie
do końca potrafią zrozumieć, dlaczego przyjechaliśmy ze Śląska aż w Małe
Karpaty. Proponuję im zeleną, lecz trzęsą ze wstrętem głową. Sami
oferują... musztardę do kiełbasy.
Słowacy kładą się spać dość wcześnie, nie było jeszcze nawet jedenastej -
wybierają drugi stryszek. My siedzimy co najmniej półtorej godziny dłużej. Las
też nie śpi, regularnie słyszymy, jak i widzimy kręcące się wokół polany
sarny. Tymczasem na pobliskiej trasie rowerowej ruch nie ustaje do końca.
Rzadko, bo rzadko, ale czerń przerywają światełka czołówek i pojedynczy lub
grupowi kolarze przemykają z nicości w nicość. Jedyne stałe światło to
niewielka lampka przy kapliczce.
Wieczorem zrobiło się chłodno, również noc była o wiele zimniejsza niż upalny
dzień. Poranek pierwszego maja wstaje rześki i początkowo zachmurzony, ale z
każdą godziną będzie przybywało słońca.
Udaje mi się zdopingować Bastka do pobudki o rozsądnej godzinie, abyśmy mogli
pójść do oddalonego o kilkaset metrów źródełka Zbojníčka. Do
niedawna posiadało zadaszenie, lecz szlag je trafił, podobnie jak drzwi do
jednego ze stryszków przy wiacie. Woda jest lodowata i podobno niepijalna, o
czym informuje stosowna tabliczka.
Przy wiacie jeszcze panuje cisza...
...ale pierwsi świętujący Święto Pracy zjawiają się o dziewiątej. I od razu
walą z kieliszków 😏. Potem ludzi zaczyna przybywać w szybkim tempie, rodziny
z dziećmi mnożą się jak króliki. Wstają "nasi" Słowacy, lecz w ogóle nie
zwracają na nas uwagi, nie odezwali się ani słowem. Czyżby nie spodobały im
się nocne rozmowy o polityce, historii i dupie Maryny?
Bastek sprawdził niespodziankę i przez cały wczorajszy dzień targał cztery
dodatkowe jajka, więc na śniadanie zjedliśmy jajecznicę! Po takich posiłku aż
chce się iść!
Korzystamy głównie z dróg rowerowych, bo są krótsze. Ruch jest bardzo duży,
nie ma chwili bez jakiegoś użytkownika dwóch pedałów. Połowa na elektrycznych,
lecz wcale nie ci najstarsi. Trasa to oczywiście las, w jednym miejscu na
przecince objawiła się wieża na Kamzíku.
Nieodłączny element krajobrazu: małe wiatki i rozpalone przy nich ogniska,
wokół których radośnie skaczą dzieciaki.
O jedenastej dochodzimy do lokalnego centrum turystycznego: przy węźle szlaków
stoi Horská chata Klinec oraz bufet. Tam już jest naprawdę
tłoczno, rowerzyści stanowią jakieś dziewięćdziesiąt procent. Udaje mi się
kupić piwo zanim utworzy się gigantyczna kolejka, wybieram bardzo smaczną IPĘ
z małego browaru. Trzy euro, ale było warto. Siadamy sobie na ławeczce w
cieniu. Dziś jest chłodniej niż wczoraj, w dodatku wieje bardzo silny wiatr,
więc przydaje się długi rękaw.
Z ciekawością przyglądam się innym biesiadnikom. Jest kobieta z tak
sterczącymi pod bluzką sutkami, że potrafiłyby wybić zęby. Jest inna z
prześwitującymi majtkami. Jest chłop z jajkami niemal na wierzchu. Tylko
plecakowców nie ma. No dobra, zjawiła się para, gdzie chłop miał spory plecak, więc stwierdziliśmy, że to "półtora prawdziwego turysty" 😏.
Biely kríž z XIX wieku z zatartymi niemieckimi napisami.
Piękna leśniczówka, obecnie pensjonat. Zastanawialiśmy się, czy odnowiona, czy
wybudowana od nowa, ale według internetu to stara konstrukcja.
Dalsza część wędrówki będzie prowadziła
żółtym szlakiem pieszym. Mijamy
bokiem Malý Javorník (584 metry) z obserwatorium meteorologicznym
(widać je między drzewami).
Jest nawet punkt widokowy! I to chyba jakiś wyjątkowy, skoro postawiono ramkę!
😛
Spotkamy wiele kapliczek. Pierwszą z nich ufundowała w 1910 roku rodzina
Menschik. Tu napis się zachował.
Szlak początkowo prowadził asfaltem, więc nadal śmigały nim kawalkady
rowerzystów. W końcu jednak odbijamy na ziemną, leśną drogę, gdzie - owszem -
jacyś rowerzyści też się zdarzali, ale głównie pojedynczy desperaci.
I kolejne kapliczki lub krzyże:
* ceglana z 1942,
* z 1904 (facet miał nazwisko niemieckie, a imię węgierskie),
* niebieski krzyż z 1937,
* Matulov kríž z 1922, upamiętniający tragiczną śmierć młodego chłopaka
zabitego drzewem.
Na pniach powiły się dziwne żółte znaczki, nie wiedzieliśmy, co one znaczą.
Być może ktoś zostawił nam podpowiedź...
...a może to po prostu szlak konny? Spotkaliśmy trzy panie na swoich rumakach,
z których jedna, mijając nas, zawołała tylko:
- Ježiš Mária!
Schodzimy do miasteczka Svätý Jur (Szentgyörgy, Sankt Georgen). Od
XIII wieku górował nad nim zamek Biely Kameň (Fehérkő, Weißer Stein). Włażę bez plecaka po stromej ścieżce, aby
zobaczyć, co z niego zostało. No cóż, niewiele, trwają prace rekonstrukcyjne,
więc w powietrzu unosi się pył. Są resztki murów, fosa, kawałek ściany. I
kilka miejsc na ognisko, przy których bawią ludzie.
O, i znowu są widoki! Cudnie.
Zakładem, że pokręcimy się trochę po miejscowości, bo Svätý Jur pełen jest zabytków, jak pozostałe winne miasteczka położone pod Małymi Karpatami. Wychodząc pomiędzy ulice czuję nagle mocny ból z boku pleców! Jakby ktoś mnie rąbnął bejsbolem! Zapewne nerki, kamienie się odzywają. Ciężko mi ustać, a co dopiero zwiedzać. Patrzymy za jakąś knajpą, żeby je szybko przepłukać. A tu... bida z nędzą. Mimo kilku zaznaczonych lokali wszystko jest zamknięte!
Otwarte jest w "renesansowym domu" ze starymi napisami na ścianach, lecz to
winiarnia, więc nie dla nas.
Naiwnie liczyłem, że uda się tu zrobić jakież zakupy w święto? W Polsce
działałyby sklepy znanej sieci z płazem, w Czechach otwarte byłoby u
Wietnamczyków, ale na Słowacji nic. Zresztą nawet nie spotkaliśmy żadnego
zamkniętego sklepu!
Ból zelżał, więc zachodzimy na przypadkowo znaleziony cmentarz ewangelicki,
zlokalizowany tuż za murami miejskimi. Sto lat temu Svätý Jur był
zamieszkały w większości przez Słowaków, ale Niemców i Węgrów także było
sporo, do tego ponad setka Żydów. Na cmentarzu dominują groby niemieckie i
trochę powojennych słowackich. Stoi tam również odrestaurowany Pomnik Poległych.
Gdzieś jednak usiąść trzeba! Jest lodziarnia, ale bez piwa. Piwo mają w
kebabie, lecz tam z kolei nie ma wolnego krzesła ani toalety. Wreszcie trafia
się coś, co wygląda na irlandzki pub. Santcus Georgius. W środku
elegancko, ale towarzystwo raczej spelunkowate. Chłopy oglądają w telewizorze Asterixa i Obelixa, a potem Szwejka (u Słowaków to chyba
ulubiony film na Święto Pracy) i rechoczą jak dzicy. Piwo trochę tańsze niż w
Bratysławie, ale w smaku słabe... Najważniejsze, że moczopędne.
To był pierwszy etap w Małych Karpatach. Niby mało górski, ale przyjemny.
Teraz przenosimy się kilkanaście kilometrów dalej. Czekamy na autobus. Jedzie
z Bratysławy, więc się spóźnia. Pięć minut, dziesięć, piętnaście. Co jest??
Mamy dzień wolny od pracy i mniejszy ruch! Jedna babka nudząc się wyszła na
środek drogi i zaczęła machać rękami... Może to normalne? Może, bo przez
całą majówkę ani jeden środek transportu nie był punktualny! W końcu autobus
się zjawia i możemy wcisnąć się do środka...
Zresztą nie po to się jeździ w góry, aby podziwiać widoki, prawda? - prawda!
OdpowiedzUsuńBardzo ciekawie się zapowiada, coś świeżego ;) w końcu :)
Może gdybym mieszkał daleko od gór i bywał w nich raz na rok, to wtedy, tak, interesowałyby mnie głównie widoki. Ale bywając w nich często jeździ się dla samych gór, zobaczyć też coś, czego jeszcze nie widziałem. Co prawda w Małych Karpatach już kiedyś byłem (ponad dekadę temu), ale tylko w jednym miejscu, a tego odcinka obok Bratysławy nie robiłem, więc jest nowość :)
Usuń"lecz to winiarnia, więc nie dla nas." - serio ty nie lubisz wina???? To co robił eco zawsze chetnie piłes!
OdpowiedzUsuńNigdy nie czytałam relacji w tego pasma i nic o nim nie wiedziałam, wiec bardzo sie ciesze, ze mam teraz okazję cos sie o nich dowiedziec. Widziałam je tylko raz z daleka, znad ciepłego źródełka pod Bratysławą, i się zastanawiałam co to za tajemnicze góry! Fajnie, ze tam pojechales!
Jestem umiarkowanym zwolennikiem wina, ale domowe oczywiście chętnie skosztuję. A tam w winiarni byłoby drogo, no i chodziło o przyjęcie większej ilości płynu, żeby przepłukać nerki :)
UsuńNo jak, buba, nawet skomentowałaś kiedyś moją relację z tych gór! :)
UsuńFajnie się zapowiada, jestem ciekawa dalszych części, gdy zaczną się nieco wyższe szczyty. Też kiedyś spędziłam tam majówkę i bardzo mi się podobało. Morze zieloności widoczne z punktów widokowych (są tam, są!) robi niesamowite wrażenie! I widzę, że "wymieniamy się" pasmami w słowackie majówki, bo ja pojechałam tym razem na wschód, gdzie byłeś parę lat temu.
OdpowiedzUsuńNa wschód może wrócę za rok, a może na południe... Jest w czym wybierać w majówkowej Słowacji :)
UsuńMałe Karpaty mam na swojej liście od dawna - w końcu to tak blisko ;) Zwłaszcza, że to tez fajny region winiarski - i najchętniej wcelowałabym w okolicy otwartych piwnic, które są w maju, ale ani rok temu ani w tym roku nie pasowało mi czasowo :D Ale popatrzę, co tu zwiedzasz, będę wiedziała, co można jeszcze robić poza piciem wina ;)
OdpowiedzUsuńMałe Karpaty to wręcz przedmieścia Wiednia, więc to już powinnaś mieć dawno obcykane :P
Usuńtrochę mnie zniechęcały dojazdy transportem publicznym, nie mam najlepszych doświadczeń z punktualnością słowackich kolei :D
UsuńO słowackich pociągach można napisać wszystko, tylko nie to, że są punktualne ;) O czeskich zresztą coraz częściej też...
UsuńJakoś nigdy nie natknąłem się na to pasmo górskie. Okolice Bratysławy widać urocze i mieszkańcy stolicy mają blisko w Karpaty, choćby małe jako namiastkę tych prawdziwych. Trochę podobnie jak w okolicy czeskiego Mikolova ;) Tam też są fajne winiarnie a i piwa dobrego też sie można napić ;)
OdpowiedzUsuńNiecały miesiąc temu, Filip Hlavinka mnie uświadomił, że Czesi piją wino dla przyjemności, a następie idą na piwo by się odkwasić. Mnie to pasuje!
UsuńAle to raczej na południu Czech, w środkowej części i północnej zdecydowanie góruje piwo. No, ewentualnie jeszcze jakiś tuzemak ;)
UsuńRacja, co nie znaczy że Czesi z północy nie wpadają na weekendy na Morawy napić się wina. Wpadają, i to często.
UsuńWitam jak można się z Panem skontaktować ? można prosić o FB albo adres email ?
OdpowiedzUsuńNa FB również jestem jako "Hanys w podróżach"
UsuńBratysława jako miasto nie zachwyca. Początkowy szlak faktycznie mało górski, słuszne spostrzeżenie o tym parku "miejskim" dla stolicy, bo takie też mam skojarzenia, trochę jak Las Wolski w Krakowie. Ja jednak chodzę w góry głównie dla widoków, ale rozumiem motywację, poza tym świeżość nowego pasma zawsze wskazana! IPA za 3 euro to miła odmiana w piciu lagera, zawsze na Słowacji mam żal do miejscowych, że nie dotarła do nich piwna rewolucja. Coś tam się powoli pojawia, ale do różnorodności polskich piw kraftowych to im jeszcze duuuużo brakuje.
OdpowiedzUsuńMnie się Bratysława bardzo podoba, miasto kompaktowe, bo jest w nim wszystko... Starówka wiedeńska w miniaturze, bardzo dużo zabytków - siłą rzeczy nie pokazałem tego zbyt wiele na zdjęciach, bo to w końcu miała być relacja górska ;) Do tego Dunaj, rzymskie ruiny, parki (jedne z najstarszych w Europie)... I chyba ta opinia też zaczyna być coraz popularniejsza, bo turystów tam z roku na rok coraz więcej. A piwa, cóż... w połowie knajp i tak na kranie jest również czeskie, co najlepiej świadczy o stosunku Słowaków do swojego trunku!
Usuń