poniedziałek, 12 kwietnia 2021

Mędralowa - Lachów Groń - Lasek, czyli od szałasu do chatki.

W nocy temperatura spadła tylko lekko poniżej zera, więc w szałasie na Mędralowej nie zmarzliśmy. Za to miałem poobijane biodra, bo na twarde deski poddasza moja mata samopompująca niewiele pomagała... Zastanawialiśmy się nad wstaniem na wschód słońca, ale plany te skończyła krótka wymiana zdać o piątej trzydzieści:
- Chce ci się wychodzić na tą zimnicę?
- Nie.
 
O siódmej obudzili się współlokatorzy. Chcieli niby wyjść jak najwcześniej, lecz jeszcze ponad godzinę pakowali się, szurali, gadali o pierdołach i krzątali wokół chatki. Następnie zmieniła ich trójka innych turystów; podejrzewam iż oglądali wschód na Babiej Górze i przyszli na Mędralową się przespać. Położyli się w drugim, dolnym pomieszczeniu, więc nie przeszkadzaliśmy sobie wzajemnie.
 
Poranek jest słoneczny i ciepły. Widoki spod szałasu nie są zbyt porywające - możemy popatrzeć jedynie na Lachów Groń i Jałowiec, a z tyłu majaczy zamglony zarys Beskidu Małego z Leskowcem i Potrójną.


Wieczorem Kasia wymyśliła kolację z ciepłych kiełbasek i do ich zagotowania zużyliśmy większość posiadanych zapasów wody. Reszta poszła na herbatę i mycie zębów. Na szczęście o tej porze roku nie ma problemu z ich uzupełnieniem: co prawda miejscowe źródełko jest zakryte, ale od czego okoliczny śnieg? 😊


Na zewnątrz jest tak przyjemnie, że grzechem byłoby nie usiąść na ławeczce i nie napić się piwa, które przytargałem.



Fot. Kasia.
Szałas ma jeden poważny minus - nie posiada wychodka. Najbliższy las znajduje się dopiero na Słowacji, więc za potrzebą należy udać się za granicę.


Ze szlaku prawie w ogóle chatki nie widać. Po prawej stronie polana pod Kolistym Groniem, gdzie za jakiś czas będziemy szli.


Dziś mamy do przebycia mniej kilometrów i mniej przewyższeń niż wczoraj, dlatego nie musimy się spieszyć. Z drugiej strony prognozy mówią o zbliżającym się pogorszeniu pogody, co już teraz zwiastują ciągnące z oddali chmury, zatem nie ma sensu siedzieć przy szałasie aż do południa. Opuszczamy nasze miejsce noclegowe, gdy na zegarku jest wpół do jedenastej.


Mędralowa (Modrálová lub Beskydok), czyli najwyższy szczyt Beskidu Makowskiego, jak i najbardziej wysunięty na północ punkt Słowacji. Przynajmniej obecnie, bo w okresie II wojny światowej, gdy Słowacy zajęli całą Orawę, to rolę najsevernejšího bodu pełniła prawdopodobnie Polica.


Schodzimy żółtym szlakiem do wspomnianej polany pod Kolistym Groniem. Na otwartej przestrzeni spotykamy kilka osób, najliczniejszą grupę dzisiejszego dnia.



Widoczność nadal jest kiepska. Ale Mędralową i szałas dojrzeć można 😏.


Dalej schodzimy, tym razem za zielonymi znaczkami; momentami tracimy wysokość dość mocno, co wcale mi się nie podoba, bo to oznacza, że wkrótce trzeba będzie podchodzić. Na razie jednak przed nami przełęcz Klekociny. Muszą tu mieszkać ludzie albo bardzo strachliwi albo bardzo wredni, bo wszędzie powbijano pełno tabliczek z informacją o terenie prywatnym i zakazie wstępu.

Przyszła mi ochota na wlanie czegoś do brzucha, więc proponuję, abyśmy zeszli jeszcze trochę w dół, gdzie na skraju podmokłej łąki przycupnęło schronisko Zygmuntówka. Wiemy, że działa, bo wczoraj odwiedziła je dwójka marudnych współnocujących z szałasu.

Z komina się dymi, jak tylko stajemy na werandzie uchyla się okienko. Właściciel skryty za plastikiem, ale pieniądze przyjmuje 😏. Wydaje też posiłki - zamawiamy dwie zupy, a ja dokładam sikacza. Zawsze coś.

Według mapy teraz przed nami największe podejście - najpierw na Beskidek, a potem Czerniawę Suchą. Na szczęście poziomice gorzej wyglądały na kartce, niż w rzeczywistości.


Z tej polanki ładnie prezentuje się Pilsko, a także Rysianka i zbocze Romanki.

Babia Góra. Całkiem całkiem. Ale Beskid Śląski już słabo.


Jałowiec widziany z Czerniawy Suchej Zachodniej. Wielokrotnie planowałem wybrać się na niego w czasie pobytu na Lasku, ale zawsze na planach się kończyło.

Cóż to za ślady? Pies czy wilk?

Na Czerniawej Suchej mijamy się z facetem i babką; facet ma minę, która świadczy, że pobyt w górach nie sprawia mu przyjemności. Znów musimy zejść, tym razem do nienazwanej przełęczy, a następnie łagodne podejście wynosi nas na Lachów Groń. Pod szczytem znajduje się tam nieduży szałas, mogą w nim przenocować trzy-cztery osoby, ale nie posiada pieca. Zatrzymujemy się na postój, a ja zmieniam fusekle na wersję suchą. Buty nie wytrzymały takiej ilości mokrego śniegu.

Na samej górce białego jest mniej. Mam wrażenie, że wraz ze zwiększającym się zachmurzeniem trochę poprawiła się widoczność, choć szału nie ma.


Po lewej można dostrzec trójkątny kształt Wielkiego Chocza. Niecałe sześćdziesiąt kilometrów, a w obecnych czasach odległość nie do przebycia.

Ostatni spotkani dziś turyści - trzy osoby i dwa psy, które tak szczekają podczas spotkania, iż właściciele określili ich zachowanie jak "u Dżesiki i Brajana" 😛.

Z Lachów Gronia do doliny Koszarawy trzeba zgubić ponad pięćset metrów wysokości. Sądziliśmy, że będzie ostro, ale zejście okazało się dość przyjemne (jednak nie chciałbym tamtędy wchodzić). Przechodzimy m.in. obok "chatki pod szczytem Lachów Groń". Nie wiem czy ten obiekt jest ogólnodostępny, ale imprezuje przy nim grupa facetów z terenówkami. W ogóle im niżej, tym więcej słychać ryków crossów, quadów i samochodów - znak, że w polskich górach trwa wiosna.

Po wyjściu z lasu, na skraju Koszarawy i doliny Koszarawy, siadamy sobie na trawie. Nie wiedziałem, że stąd jest taki fajny widok na Pilsko! W powietrzu czuć zbliżający się deszcz.


W Koszarawie to prawie jak w domu. Zahaczamy o sklep, a wtedy zaczyna padać. W ostatnim momencie chronimy się na przystanku, potem leje jak z cebra. Opady uzupełnia straszliwy smród palonego plastiku, masakra!

Zostało nam już tylko podejście na Lasek. Nadal trochę siąpi, ale zrobiło się ciepło, powietrze przesycone jest wilgocią.

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz byłem na chatce tak wcześnie. Wita nas grupa osób usiłujących rozpalić ognisko, co przy mokrym drewnie nie jest proste. Na zewnątrz znowu leje, lecz w środku atmosfera jak zwykle gorąca.

W niedzielę mieliśmy ambitny plan dotarcia do Jeleśni, lecz okazało się, iż na końcówce chatkowego szlaku... nie ma mostu. Przy takim stanie wód przekraczanie potoku w bród było mało sensowne. W efekcie znowu wylazłem z Lasku dopiero po południu i znowu zszedłem do Koszarawy, gdzie podjechał po mnie Turystykon, kończąc w ten sposób kolejny górski weekend.




4 komentarze:

  1. Myślałam, że Zygmuntówka już nie funkcjonuje, a jednak! Bardzo fajny dzień, szczególnie podobają mi się zdjęcia z poranka przy chatce. Leniwa atmosfera i słońce... Z Beskidka są niezłe widoki, ale widoczność już mieliście taką sobie. A na Jałowcu jeszcze nie byłeś?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem jak funkcjonowali do października, ale teraz gdyby ktoś nie wiedział, to uznałby raczej, że zamknięte. Przy okienku to ani cennika nie ma, ani żadnej kartki, nic...

      Na Jałowiec zawsze się wybieram, gdy jestem na Lasku i zawsze zatrzymuje mnie siła wyższa ;)

      Usuń
  2. Dużo otwartych, widokowych miejsc. Mimo nie najlepszej widoczności i tak można oczy nasycić pięknymi panoramami. Lubię takie wędrówki, chociaż niekoniecznie o tej porze roku.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  3. Takie chatki na pustkowiu robią wrażenie. Podziwiam Was że chodzicie w zimie. Ja bym się już nie odważyła. Wspaniałe widoki zapierają dech w piersiach. Naprawdę macie mnóstwo km w nogach. Z przyjemnością czytam o naszych Beskidach. Ostatnio nie chciało mi się na Lubaniu wstać na wschód słońca i żałuje okropnie, ale cóż zrobić, może następnym razem się uda.

    OdpowiedzUsuń