sobota, 7 grudnia 2024

Beskid Makowski: Jałowiec i Adamy na kolorowo.

Dzień od samego początku zapowiadał się piękny. A zaczął się wcześnie, bo już po piątej mieliśmy pierwszy autobus. Potem pierwszy pociąg, drugi pociąg i trzeci pociąg. I drugi autobus. W ten sposób przed południem dotarliśmy do Stryszawy


Pędzimy na drugą stronę drogi, bo zaraz powinien jechać bus pod sam szlak, ale... okazało się, że akurat ten kurs wykreślono długopisem. W internecie on nadal istnieje, na stronach gminy istnieje, w rzeczywistości nie istnieje. Lata mijają, a w polskiej komunikacji regionalnej nic się nie zmienia. W tym momencie do wyboru mamy dwie opcje: pójść do właśnie otwieranej pizzerii i przez dwie godziny wydawać pieniądze na paskudne piwo albo łapać stopa. Wybór jest oczywisty i nie chodzi o piwo.
Ruch w naszą stronę jest zaskakująco duży, ale większość aut pewnie jedzie do Zawoi, a nie w dolinę Roztoki, gdzie chcemy się dostać. Mija nas jedno auto, drugie auto, zatrzymuje się trzecie: pani w wypasionej terenówce. Nie tylko atrakcyjna, ale też miła, bo - rzeczywiście jadąc do Zawoi - nadkłada drogi i zawozi nas do przysiółka Matusy. A tam czeka już na nas zielony szlak.


W ostatni weekend października na Adamach Mariusz wyprawiał swoje urodziny, nie wypadało go nie odwiedzić. Szlakowskaz informuje, że do celu mamy niecałe półtorej godziny, ale przecież nie przyjdziemy tam tak wcześnie. Mamy plan zdobycia Jałowca, więc odbijamy w drugą stronę na przełęcz Kolędówki.


O ile tydzień wcześniej w Górach Opawskich kolorów jesieni było niewiele, o tyle w dzisiejsze piątkowe południe jest ich znacznie więcej. W ten sposób nawet podejście asfaltową drogą może zachwycać.



Przed nami osiedle Siwce lub Siwcówka. Na skraju czai się głęboki rów, którego nie widać, lecz został opisany.


Siwce/Siwcówka znane są z klasztoru sióstr zmartwychwstanek znajdującego się w długim budynku obitym deskami. Obok niego działa Izba Pamięci Kardynała Wyszyńskiego. Zastanawiałem się, co wspólnego z tą okolicą miał Wyszyński, a okazało się, iż... spędzał tu wakacje. Izby, niestety, nie odwiedzimy, bo gdy się zbliżaliśmy, to ktoś pospiesznie zamknął furtkę do niej prowadzącą.


Czy w takim miejscu spotkamy pomnik papieski? Obowiązkowo musi być! Ale czy będzie pomnik prymasowski? Wypadałoby. No i są dwa w jednym: na polanie, gdzie   szlak opuszcza asfalt, jest upamiętnienie obu postaci. A co miał z Siwcami wspólnego Jan Paweł II? Odwiedzał Wyszyńskiego na urlopie. I wszystko jasne.


Zanim wejdziemy w lasu podziwiamy kolory na okolicznych zboczach.




W lesie też jest kolorowo.



Podejście na przełęcz momentami jest strome, więc dotarcie na Kolędówki przyjmujemy z radością. Tym większą, że od razu pojawiają się widoki na południe. Przygrzewa słońce, nie ma wiatru, jest pięknie!




Na południowych stokach przycupnęły gospodarstwa należące do Zawoi



W pierwszej chwili nie byliśmy pewni, czy na pewno widzimy Babią Górę 😛, zazwyczaj bowiem oglądamy ją z innej perspektywy i tu wygląda nieco inaczej. Ale przecież co innego mogłoby być tak wielkiego? Zresztą na szczycie dobrze wyróżnia się charakterystyczna kopuła Diablaka.


W takich warunkach to można chodzić po górach! Z lewej strony wystaje wieża na Mosornym Groniu.



Szlak (zmiana koloru na żółty) prowadzi raz lasem, a raz skrajem polan. Ten odcinek jest już znacznie bardziej płaski niż wejście ze Stryszawy na przełęcz, wędrówka nim to czysta przyjemność.




Cóż mogę napisać? Babia i Mała Babia Góra jesienią, coś, co w górach może być najpiękniejsze!


Bastek zarządza przerwę. Przy takiej pogodzie nie będę oponował. Niektórzy z nas spędzają ją na podziwianiu widoków, inni na podziwianiu swojego sprzętu 😛.


Jeszcze raz Babia, ten widok się nie nudzi.


Docieramy do przełęczy Opaczne. Kiedyś poniżej stał obiekt zwany "W Murowanej Piwnicy", cieszący się fatalnymi opiniami. Przestał funkcjonować w 2019 lub 2020 roku po śmierci właściciela, jego rodzina nie podjęła się kontynuacji. Jego dach widać między drzewami, ale my skupiamy się na panoramie Okrąglicy, Policy i Mosornego Gronia.


W wolnej przestrzeni pomiędzy Pasmem Policy i Pasmem Babiogórskim wyłaniają się oddalone o ponad sześćdziesiąt kilometrów Tatry. Jest nawet Świnica.


W kierunku północnym i północno-wschodnim widoki są zasłonięte przez las, ale czasem trafi się jakaś mała łączka albo teren po wycince i wtedy ukazuje się Beskid Mały. Wyraźnie wyróżnia się Łamana Skała oraz Potrójna, a gdzieś pomiędzy nimi kryje się chatka z zakazem wstępu do kuchni (przynajmniej dla pospólstwa).


Szersze ujęcie w kierunku zachodnim, aż po Czupel, Rogacz i stoki Szyndzielni. 


Znacznie bliższe okolice: Jaworzyna i Opuśnik, praktycznie sąsiedztwo Adamów. W dole dolina Stryszawki, którą jechaliśmy stopem. A domy pod Jaworzyną to chyba przysiółek o stylowej nazwie Wsiórz. 



Na trasie nie spotykamy żadnych turystów. Dopiero już niedaleko Jałowca, przy podejściu do rozwidlenia szlaków, gdzie niebieski z Lachowic schodzi do Zawoi, usłyszałem kobiecie głosy i ujadanie psa. Podchodzimy, nikogo ani widu, ani węchu, ani dam, ani zwierzaka. Dodam, że te głosy słyszałem tylko ja.


Na Jałowiec wkraczamy punktualnie o piętnastej, po raz pierwszy nie od strony Koszarawy. Liczący 1111 metrów szczyt jest najwyższą górą Pasma Jałowieckiego i to jedna pewna wiadomość. Bo gdzie leży Pasmo Jałowieckie? Oto od dawna toczono spory. Najczęściej padało hasło, że to Beskid Żywiecki. Jerzy Kondracki, którego podziałów zawsze się trzymam i wydają mi się najrozsądniejsze, włączał je do Beskidu Makowskiego. Najnowszy podział w 2018 roku wcisnął je do nieistniejącego wcześniej Beskidu Żywiecko-Orawskiego: w  ten sposób unicestwiono nie tylko dawny Beskid Żywiecki, ale uśmiercono również Górali Żywieckich, ciekawe, czy o tym wiedzą? 😛
Ja pozostaję przy Kondrackim, zatem cały czas jesteśmy w Beskidzie Makowskim.


Przez Jałowiec przebiegała granica pomiędzy III Rzeszą i Generalnym Gubernatorstwem. Dziś w inny sposób biegnie granica pomiędzy województwem małopolskim i śląskim., choć ze wszystkim stron mamy przecież Małopolskę. Nie mogło oczywiście zabraknąć krzyża oraz metalowej tabliczki dla papieża i kardynała, przymocowanej przez wierną pamięci ludność spod stoku Jałowca. Zastanawiałem się, o który konkretnie stok chodzi, ale musi on być rozległy, bo potem dodano podpis "Stryszawa".


Z infrastruktury świeckiej mamy wiatkę, jakiś czas temu ją wyremontowano i nadaje się na nocleg. Jest też ławeczka, na której siedzi dwóch facetów i pije piwo. Żadnych kobiet ani psów. My też wyciągamy piwo, ale trochę się od tych facetów różnimy: posiadamy krótkie rękawki i ja spodenki, a tamci ubrali się, jakby był właśnie środek zimy. Może potrzeba im czegoś bardziej rozgrzewającego niż browary?


Z Jałowca najlepszy widok jest na Pilsko, a także na Rysiankę i Romankę. Ale czasem z boku wyłazi też coś innego.



Stoh i Chleb. Odległość trochę mniejsza niż do Tatr. Na lewo od nich Magura Orawska.


Ciepło ubrani faceci sobie poszli, więc teraz my grzejemy się na ławeczkach pod wiatą. Przy okazji robimy sobie zdjęcie z faną; dopiero po fakcie zauważyłem, że trzymaliśmy ją odwrotnie.


Nawet na Jałowcu ruchu turystycznego praktycznie brak. Pojawiła się rowerzystka (naturalna, nie elektryczna), ale po minucie pomknęła dalej. A później przybył elektryczny crossowiec! Pierwszy raz takiego widziałem. Facet chyba sądzi, że jeżdżąc po lasach elektrycznym motorem nie łamie prawa, ale Ustawa o lasach wspomina o "pojazdach silnikowych" nie precyzując o jaki silnik chodzi, a silnik elektryczny też jest silnikiem. Nawet gdyby jego cross został zakwalifikowany jako motorower, to i tak obowiązuje go zakaz. Właściciel crossa czuje potrzebę wygadania się i pochwalenia się znajomością terenu, po czym odjeżdża w kierunku Opacznego. Tak cichutko, że nie ma szans go usłyszeć i uskoczyć mu z drogi.


Myśleliśmy nad poczekaniem na szczycie do zachodu słońca, ale pogoda zaczyna się psuć, nadciągają chmury. Prognozy tego nie przewidywały, czyste niebo miało być do końca dnia, lecz kto by tam wierzył bajdurzeniom meteorologów? Opuszczamy Jałowiec, gdy do zachodu jest jeszcze ponad pół godziny czasu.


Pamiętam, że niebieski szlak do przełęczy Cichej był stromy, lecz dopiero zejście uzmysłowiło jak bardzo. Kolana wołały o ratunek, trzeba było uważać na każdy krok, bo oczywiście nie wziąłem kijków (bo miało być sucho i mniej stromo). 


Chmury zakryły słońce, ale potem jeszcze na chwilę odsłoniły, wprowadzając bajkową atmosferę. Spotykamy idących z dołu turystów, ojca z synem. Mijamy się, pozdrawiamy, po czym synek zbiega do nas z góry i pyta się, czy mamy coś do rozpalania ognia. Bastek znajduje jakieś stare zapałki, życzymy im miłej zabawy na górze. Nie mieli śpiworów, więc zapewne tylko wieczorne ognisko, też fajnie.



Na przełęczy Cichej łapiemy ostatnie rzuty słońca. Zderzenie jasności dnia i zbliżającej się nocy jest wręcz namacalne. W tych warunkach nawet samotny, opuszczony wychodek sprawia magiczne wrażenie.


Ruiny niemieckiego posterunku granicznego. Stacjonowało w nim kilkunastu funkcjonariuszy Grenzschutzu, którzy swoje potrzeby naturalne też mieli: betonowa kloaka z trzema dziurami jest doskonale widoczna.



Byliśmy ciekawi, ile teraz trzeba będzie podejść do chatki na Adamach. W końcu zeszliśmy mocno do przełęczy, a że Adamy znajdują się na górce, to jasne, że musimy znowu nabyć wysokości. A tu niespodzianka: podejścia praktycznie nie było! Okazało się, że przełęcz Cicha leży o sto metrów wyżej niż chatkowa polana!

Do Naszej Chaty na Adamach wpadamy w szarówce. W środku kilka znajomych gęb, ale to jeszcze nie właściwa impreza urodzinowa, ta odbędzie się w sobotę. Piątkowy wieczór i część nocy mija nam na wstępnej integracji 😊.

A z innej beczki: kiedy Mariusz chatkował na Lasku, to niektórzy zarzucali mu bałagan, że niby cała przestrzeń jest czymś zastawiona. Na szczęście na Adamach taki scenariusz nie grozi 😏.


Niestety, sobota przynosi zmianę pogody na gorszą (to akurat meteorologom się sprawdziło). Jest dość ciepło, ale niebo całkowicie zakryte zostało chmurami. Trzeba się jednak rozruszać, więc pożyczam mały plecak i wybywamy z Bastkiem do Lachowic.



Szkoda trochę tych przytłumionych chmurami kolorów, ale cóż zrobić? Cieszymy się, że na Jałowiec poszliśmy wczoraj, a nie dziś.



Lachowice witają smrodem z kominów oraz okrzykami dzieciaków z boiska. Jako pobożni ludzie pierwsze swe kroki kierujemy do świątyni. Nie byle jakiej, bo drewnianej z 1789 roku, pod wezwaniem apostołów Piotra i Pawła. Była ona kandydatem do wpisu na listę UNESCO, ale ostatecznie trafiły na nią inne, starsze kościoły (choć niektórzy w Lachowicach wierzą, że na tej liście jest).
Ładne wnętrze i przyjemny zapach drewna.



Lachowice posiadają także knajpę na tyłach jednego ze sklepów. Pechowo nie ma dziś lanego piwa, ponoć nie dowieźli (pytanie, czy w ogóle je zamówiono?). Pijemy zatem butelkowe spędzając czas na rozmowach z miejscowymi i nad zastanawianiem się, czy Mariusz po nas przyjedzie. Jego wyjazd z chatki się opóźnia, zatem decydujemy się wdrapywać tam pieszo.
Gdzieś w trasie pojawiają się jedyne tego dnia nieśmiałe przebłyski słońca.


W chatce jest już tłoczno. Przybył Kaper, Marysia, po zmroku wpada Kaśka, więc można odbyć spotkanie AKT Pálinka. Ludzi jest tak dużo, że w pewnym momencie nie mieszczą się w kuchni, impreza rozbija się na kilka części. Mariusz dostaje różne ciekawe prezenty, ja podarowałem mu dwie książki: o zamachu smoleńskim i egzorcyzmach Jana Pawła. Będzie miał co czytać 😏.



W niedzielę, jak na złość, wraca piękna pogoda. Mało kto jednak planuje tego dnia długie trasy. Zabieramy się autem z Kaprem i Marysią, więc tylko krótki spacer do leśnego parkingu, na zakończenie jesiennego weekendu.



8 komentarzy:

  1. Wiatunia na Jałowcu wygląda obiecująco. Jaki stan w środku, w sensie podłoga w "modrzewiu" czy klepisko? Warunek faktycznie w dyszkie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedyś było klepisko, teraz po remoncie drewniana podłoga, dwie ławki poprzeczne i jedna taka prycza do spania, do tego stół. Solidne ściany i dach, zamykane drzwi - słowem: luksus. Ale podejrzewam, że w weekendy może być tam trudno z wolnym miejscem, przynajmniej w cieplejszym sezonie.

      Usuń
  2. Pudel i kolory - to zapewne przypadek ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przypadek to byłby, gdybym wdepnął w psią kupę :P Tutaj wszystko zostało precyzyjnie zaplanowane :)

      Usuń
    2. Czyli co roku planujesz rozminięcie się z kolorami w górach?
      Aha... ;)

      Usuń
  3. Piękna krajoznawcza wycieczka na łonie natury bez zbędnych wstępów (może poza torami). Śliczne jesienne kolorki, ale wg mnie Babia Góra to akurat nie jest coś najpiękniejszego jesienią, niższe góry są bardziej kolorowe. A poza tym Babia Góra najlepsza jest zimą!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bez wstępu, bo nie było co wstępiać. Gdyby to były dawne tereny niemieckie albo dzisiejsze czeskie czy słowackie, to pewnie byłoby tam na czym oko zawiesić, a tak... musieliśmy jechać na szlak :P

      Oj, wybrałoby się na Babią znowu zimą, ale wiosną też mi się tam bardzo podoba. Najgorsze są te okresy przejściowe, gdy jedno się już skończyło, a drugie dobrze nie skończyło i mamy albo pluchę, albo mokry śnieg albo coś innego...

      Usuń