Dzień od samego początku zapowiadał się piękny. A zaczął się wcześnie, bo już
po piątej mieliśmy pierwszy autobus. Potem pierwszy pociąg, drugi pociąg i
trzeci pociąg. I drugi autobus. W ten sposób przed południem dotarliśmy do
Stryszawy.
Pędzimy na drugą stronę drogi, bo zaraz powinien jechać bus pod sam szlak,
ale... okazało się, że akurat ten kurs wykreślono długopisem. W internecie on
nadal istnieje, na stronach gminy istnieje, w rzeczywistości nie istnieje. Lata mijają,
a w polskiej komunikacji regionalnej nic się nie zmienia. W tym momencie do
wyboru mamy dwie opcje: pójść do właśnie otwieranej pizzerii i przez dwie
godziny wydawać pieniądze na paskudne piwo albo łapać stopa. Wybór jest
oczywisty i nie chodzi o piwo.
Ruch w naszą stronę jest zaskakująco duży, ale większość aut pewnie jedzie do
Zawoi, a nie w dolinę Roztoki, gdzie chcemy się dostać. Mija nas jedno auto,
drugie auto, zatrzymuje się trzecie: pani w wypasionej terenówce. Nie tylko
atrakcyjna, ale też miła, bo - rzeczywiście jadąc do Zawoi - nadkłada drogi i
zawozi nas do przysiółka Matusy. A tam czeka już na nas
zielony szlak.
W ostatni weekend października na Adamach Mariusz wyprawiał swoje
urodziny, nie wypadało go nie odwiedzić. Szlakowskaz informuje, że do
celu mamy niecałe półtorej godziny, ale przecież nie przyjdziemy tam tak
wcześnie. Mamy plan zdobycia Jałowca, więc odbijamy w drugą stronę na przełęcz
Kolędówki.
O ile tydzień wcześniej w Górach Opawskich kolorów jesieni było niewiele, o
tyle w dzisiejsze piątkowe południe jest ich znacznie więcej. W ten sposób
nawet podejście asfaltową drogą może zachwycać.
Przed nami osiedle Siwce lub Siwcówka. Na skraju czai się
głęboki rów, którego nie widać, lecz został opisany.
Siwce/Siwcówka znane są z klasztoru sióstr zmartwychwstanek znajdującego się w
długim budynku obitym deskami. Obok niego działa Izba Pamięci Kardynała
Wyszyńskiego. Zastanawiałem się, co wspólnego z tą okolicą miał Wyszyński, a okazało się, iż... spędzał tu wakacje. Izby, niestety, nie odwiedzimy, bo gdy
się zbliżaliśmy, to ktoś pospiesznie zamknął furtkę do niej prowadzącą.
Czy w takim miejscu spotkamy pomnik papieski? Obowiązkowo musi być! Ale czy
będzie pomnik prymasowski? Wypadałoby. No i są dwa w jednym: na polanie, gdzie szlak opuszcza asfalt, jest upamiętnienie obu postaci. A co miał z Siwcami
wspólnego Jan Paweł II? Odwiedzał Wyszyńskiego na urlopie. I wszystko jasne.
Zanim wejdziemy w lasu podziwiamy kolory na okolicznych zboczach.
W lesie też jest kolorowo.
Podejście na przełęcz momentami jest strome, więc dotarcie na
Kolędówki przyjmujemy z radością. Tym większą, że od razu pojawiają
się widoki na południe. Przygrzewa słońce, nie ma wiatru, jest pięknie!
Na południowych stokach przycupnęły gospodarstwa należące do
Zawoi.
W pierwszej chwili nie byliśmy pewni, czy na pewno widzimy Babią Górę 😛,
zazwyczaj bowiem oglądamy ją z innej perspektywy i tu wygląda nieco inaczej.
Ale przecież co innego mogłoby być tak wielkiego? Zresztą na szczycie
dobrze wyróżnia się charakterystyczna kopuła Diablaka.
W takich warunkach to można chodzić po górach! Z lewej strony wystaje wieża na
Mosornym Groniu.
Szlak (zmiana koloru na żółty) prowadzi
raz lasem, a raz skrajem polan. Ten odcinek jest już znacznie bardziej
płaski niż wejście ze Stryszawy na przełęcz, wędrówka nim to czysta
przyjemność.
Cóż mogę napisać? Babia i Mała Babia Góra jesienią, coś, co w górach może być
najpiękniejsze!
Bastek zarządza przerwę. Przy takiej pogodzie nie będę oponował. Niektórzy z
nas spędzają ją na podziwianiu widoków, inni na podziwianiu swojego sprzętu
😛.
Jeszcze raz Babia, ten widok się nie nudzi.
Docieramy do przełęczy Opaczne. Kiedyś poniżej stał obiekt zwany "W
Murowanej Piwnicy", cieszący się fatalnymi opiniami. Przestał funkcjonować w
2019 lub 2020 roku po śmierci właściciela, jego rodzina nie podjęła się
kontynuacji. Jego dach widać między drzewami, ale my skupiamy się na panoramie
Okrąglicy, Policy i Mosornego Gronia.
W wolnej przestrzeni pomiędzy Pasmem Policy i Pasmem Babiogórskim wyłaniają się
oddalone o ponad sześćdziesiąt kilometrów Tatry. Jest nawet Świnica.
W kierunku północnym i północno-wschodnim widoki są zasłonięte przez las, ale
czasem trafi się jakaś mała łączka albo teren po wycince i wtedy ukazuje się
Beskid Mały. Wyraźnie wyróżnia się Łamana Skała oraz Potrójna, a gdzieś
pomiędzy nimi kryje się chatka z zakazem wstępu do kuchni (przynajmniej dla pospólstwa).
Szersze ujęcie w kierunku zachodnim, aż po Czupel, Rogacz i stoki
Szyndzielni.
Znacznie bliższe okolice: Jaworzyna i Opuśnik, praktycznie sąsiedztwo Adamów.
W dole dolina Stryszawki, którą jechaliśmy stopem. A domy pod Jaworzyną to
chyba przysiółek o stylowej nazwie Wsiórz.
Na trasie nie spotykamy żadnych turystów. Dopiero już niedaleko Jałowca, przy
podejściu do rozwidlenia szlaków, gdzie
niebieski z Lachowic schodzi do Zawoi,
usłyszałem kobiecie głosy i ujadanie psa. Podchodzimy, nikogo ani widu, ani
węchu, ani dam, ani zwierzaka. Dodam, że te głosy słyszałem tylko ja.
Na Jałowiec wkraczamy punktualnie o piętnastej, po raz
pierwszy nie od strony Koszarawy. Liczący 1111 metrów szczyt jest najwyższą
górą Pasma Jałowieckiego i to jedna pewna wiadomość. Bo gdzie leży Pasmo
Jałowieckie? Oto od dawna toczono spory. Najczęściej padało hasło, że to Beskid
Żywiecki. Jerzy Kondracki, którego podziałów zawsze się trzymam i wydają mi
się najrozsądniejsze, włączał je do Beskidu Makowskiego. Najnowszy podział w
2018 roku wcisnął je do nieistniejącego wcześniej Beskidu Żywiecko-Orawskiego:
w ten sposób unicestwiono nie tylko dawny Beskid Żywiecki, ale
uśmiercono również Górali Żywieckich, ciekawe, czy o tym wiedzą? 😛
Ja pozostaję przy Kondrackim, zatem cały czas jesteśmy w Beskidzie Makowskim.
Przez Jałowiec przebiegała granica pomiędzy III Rzeszą i Generalnym
Gubernatorstwem. Dziś w inny sposób biegnie granica pomiędzy województwem
małopolskim i śląskim., choć ze wszystkim stron mamy przecież Małopolskę. Nie
mogło oczywiście zabraknąć krzyża oraz metalowej tabliczki dla papieża i
kardynała, przymocowanej przez
wierną pamięci ludność spod stoku Jałowca. Zastanawiałem się, o który
konkretnie stok chodzi, ale musi on być rozległy, bo potem dodano podpis
"Stryszawa".
Z infrastruktury świeckiej mamy wiatkę, jakiś czas temu ją wyremontowano i
nadaje się na nocleg. Jest też ławeczka, na której siedzi dwóch facetów i pije
piwo. Żadnych kobiet ani psów. My też wyciągamy piwo, ale trochę się od tych
facetów różnimy: posiadamy krótkie rękawki i ja spodenki, a tamci ubrali się, jakby był właśnie środek zimy. Może potrzeba im czegoś bardziej rozgrzewającego niż
browary?
Z Jałowca najlepszy widok jest na Pilsko, a także na Rysiankę i Romankę. Ale
czasem z boku wyłazi też coś innego.
Stoh i Chleb. Odległość trochę mniejsza niż do Tatr. Na lewo od nich Magura
Orawska.
Ciepło ubrani faceci sobie poszli, więc teraz my grzejemy się na ławeczkach
pod wiatą. Przy okazji robimy sobie zdjęcie z faną; dopiero po fakcie zauważyłem, że trzymaliśmy ją odwrotnie.
Nawet na Jałowcu ruchu turystycznego praktycznie brak. Pojawiła się
rowerzystka (naturalna, nie elektryczna), ale po minucie pomknęła dalej. A
później przybył elektryczny crossowiec! Pierwszy raz takiego widziałem. Facet
chyba sądzi, że jeżdżąc po lasach elektrycznym motorem nie łamie prawa, ale
Ustawa o lasach wspomina o "pojazdach silnikowych" nie precyzując
o jaki silnik chodzi, a silnik elektryczny też jest silnikiem. Nawet gdyby
jego cross został zakwalifikowany jako motorower, to i tak obowiązuje go
zakaz. Właściciel crossa czuje potrzebę wygadania się i pochwalenia się
znajomością terenu, po czym odjeżdża w kierunku Opacznego. Tak cichutko, że
nie ma szans go usłyszeć i uskoczyć mu z drogi.
Myśleliśmy nad poczekaniem na szczycie do zachodu słońca, ale pogoda
zaczyna się psuć, nadciągają chmury. Prognozy tego nie przewidywały, czyste
niebo miało być do końca dnia, lecz kto by tam wierzył bajdurzeniom
meteorologów? Opuszczamy Jałowiec, gdy do zachodu jest jeszcze ponad pół
godziny czasu.
Pamiętam, że niebieski szlak do przełęczy
Cichej był stromy, lecz dopiero zejście uzmysłowiło jak bardzo. Kolana wołały
o ratunek, trzeba było uważać na każdy krok, bo oczywiście nie wziąłem kijków
(bo miało być sucho i mniej stromo).
Chmury zakryły słońce, ale potem jeszcze na chwilę odsłoniły, wprowadzając
bajkową atmosferę. Spotykamy idących z dołu turystów, ojca z synem. Mijamy
się, pozdrawiamy, po czym synek zbiega do nas z góry i pyta się, czy
mamy coś do rozpalania ognia. Bastek znajduje jakieś stare zapałki, życzymy im
miłej zabawy na górze. Nie mieli śpiworów, więc zapewne tylko wieczorne
ognisko, też fajnie.
Na przełęczy Cichej łapiemy ostatnie rzuty słońca. Zderzenie
jasności dnia i zbliżającej się nocy jest wręcz namacalne. W tych warunkach
nawet samotny, opuszczony wychodek sprawia magiczne wrażenie.
Ruiny niemieckiego posterunku granicznego. Stacjonowało w nim kilkunastu
funkcjonariuszy Grenzschutzu, którzy swoje potrzeby naturalne też
mieli: betonowa kloaka z trzema dziurami jest doskonale widoczna.
Byliśmy ciekawi, ile teraz trzeba będzie podejść do chatki na Adamach. W końcu zeszliśmy mocno do przełęczy, a że Adamy znajdują się na górce, to jasne, że musimy znowu nabyć wysokości. A tu niespodzianka: podejścia praktycznie nie było! Okazało się, że przełęcz Cicha leży o sto metrów wyżej niż chatkowa polana!
Do Naszej Chaty na Adamach wpadamy w szarówce. W środku kilka znajomych gęb,
ale to jeszcze nie właściwa impreza urodzinowa, ta odbędzie się w sobotę.
Piątkowy wieczór i część nocy mija nam na wstępnej integracji 😊.
A z innej beczki: kiedy Mariusz chatkował na Lasku, to niektórzy zarzucali mu
bałagan, że niby cała przestrzeń jest czymś zastawiona. Na szczęście na Adamach
taki scenariusz nie grozi 😏.
Niestety, sobota przynosi zmianę pogody na gorszą (to akurat meteorologom
się sprawdziło). Jest dość ciepło, ale niebo całkowicie zakryte zostało
chmurami. Trzeba się jednak rozruszać, więc pożyczam mały plecak i
wybywamy z Bastkiem do Lachowic.
Szkoda trochę tych przytłumionych chmurami kolorów, ale cóż zrobić? Cieszymy
się, że na Jałowiec poszliśmy wczoraj, a nie dziś.
Lachowice witają smrodem z kominów oraz okrzykami dzieciaków z
boiska. Jako pobożni ludzie pierwsze swe kroki kierujemy do świątyni. Nie byle
jakiej, bo drewnianej z 1789 roku, pod wezwaniem apostołów Piotra i Pawła. Była ona kandydatem do wpisu na listę UNESCO, ale ostatecznie trafiły na nią inne,
starsze kościoły (choć niektórzy w Lachowicach wierzą, że na tej liście jest).
Ładne wnętrze i przyjemny zapach drewna.
Lachowice posiadają także knajpę na tyłach jednego ze sklepów. Pechowo nie ma
dziś lanego piwa, ponoć nie dowieźli (pytanie, czy w ogóle je zamówiono?).
Pijemy zatem butelkowe spędzając czas na rozmowach z miejscowymi i nad
zastanawianiem się, czy Mariusz po nas przyjedzie. Jego wyjazd z chatki się
opóźnia, zatem decydujemy się wdrapywać tam pieszo.
Gdzieś w trasie pojawiają się jedyne tego dnia nieśmiałe przebłyski
słońca.
W chatce jest już tłoczno. Przybył Kaper, Marysia, po zmroku wpada Kaśka, więc
można odbyć spotkanie AKT Pálinka. Ludzi jest tak dużo, że w pewnym
momencie nie mieszczą się w kuchni, impreza rozbija się na kilka części.
Mariusz dostaje różne ciekawe prezenty, ja podarowałem mu dwie książki: o
zamachu smoleńskim i egzorcyzmach Jana Pawła. Będzie miał co czytać 😏.
W niedzielę, jak na złość, wraca piękna pogoda. Mało kto jednak planuje tego
dnia długie trasy. Zabieramy się autem z Kaprem i Marysią, więc tylko krótki
spacer do leśnego parkingu, na zakończenie jesiennego weekendu.
Wiatunia na Jałowcu wygląda obiecująco. Jaki stan w środku, w sensie podłoga w "modrzewiu" czy klepisko? Warunek faktycznie w dyszkie.
OdpowiedzUsuńKiedyś było klepisko, teraz po remoncie drewniana podłoga, dwie ławki poprzeczne i jedna taka prycza do spania, do tego stół. Solidne ściany i dach, zamykane drzwi - słowem: luksus. Ale podejrzewam, że w weekendy może być tam trudno z wolnym miejscem, przynajmniej w cieplejszym sezonie.
UsuńPudel i kolory - to zapewne przypadek ;)
OdpowiedzUsuńPrzypadek to byłby, gdybym wdepnął w psią kupę :P Tutaj wszystko zostało precyzyjnie zaplanowane :)
UsuńCzyli co roku planujesz rozminięcie się z kolorami w górach?
UsuńAha... ;)
Rozminięcia to jest przypadek :P
UsuńPiękna krajoznawcza wycieczka na łonie natury bez zbędnych wstępów (może poza torami). Śliczne jesienne kolorki, ale wg mnie Babia Góra to akurat nie jest coś najpiękniejszego jesienią, niższe góry są bardziej kolorowe. A poza tym Babia Góra najlepsza jest zimą!
OdpowiedzUsuńBez wstępu, bo nie było co wstępiać. Gdyby to były dawne tereny niemieckie albo dzisiejsze czeskie czy słowackie, to pewnie byłoby tam na czym oko zawiesić, a tak... musieliśmy jechać na szlak :P
UsuńOj, wybrałoby się na Babią znowu zimą, ale wiosną też mi się tam bardzo podoba. Najgorsze są te okresy przejściowe, gdy jedno się już skończyło, a drugie dobrze nie skończyło i mamy albo pluchę, albo mokry śnieg albo coś innego...