niedziela, 22 października 2017

Curtea de Argeş i Droga Transfogaraska

Curtea de Argeş wybraliśmy do swojej trasy nieprzypadkowo: w późnym średniowieczu była to siedziba hospodarów i prawosławnych metropolitów wołoskich. Po licznych zniszczeniach wojennych miasto na przełomie XVI i XVII wieku podupadło i dziś nie ma znaczenia we współczesnej polityce, może jednak pochwalić się kilkoma ważnymi zabytkami sakralnymi.

Najważniejszym z nich jest cerkiew metropolitalna Zaśnięcia Matki Bożej. To jedna z najładniejszych świątyń jakie widziałem.


Jej budowę rozpoczął na początku 16. stulecia hospodar Basarab, ale wkrótce zmarł. Półtora wieku później doczekała się renowacji, a kolejnej już w XIX wieku po pożarze. Cerkiew miała być formą rekompensaty za przeniesienie stolicy do innego miasta.


Dekoracja zewnętrzna jest bardzo bogata, ponoć występuje tu 150 rodzajów wzorów. Wiele motywów inspirowanych było sztuką perską i arabską. Orient miesza się z Europą.




Wnętrza cerkwi wypełnia złoto i czerwień. Uwieczniając na karcie tą ucztę dla oczu... zostaję złapany przez "ochroniarkę". Prowadzi mnie do drzwi i każe zapłacić kilka lei "opłaty fotograficznej" 😛. Dawno mi się to nie zdarzyło, straciłem czujność wśród przeciskających się ludzi 😉.


Większość oryginalnych fresków nie przetrwała, bowiem świątynia kilkukrotnie była dewastowana i profanowana, także przez żołnierzy z terenów dzisiejszej Rumunii. To, co oglądamy, pochodzi przeważnie z okresu ostatniej restauracji.



Ranga kościoła wzrosła po utworzeniu niezależnego państwa rumuńskiego: wybrano go jako miejsce spoczynku monarchów. W przednawie pochowano pierwszych królów: Karola i Ferdynanda wraz z żonami.



W sąsiedztwie cerkwi stoją dwa małe pawilony-kaplice: w jednym z nich złożono trumnę Karola II, który zmarł na wygnaniu w Portugalii.


Drugi budynek wydawał się pusty, ale być może pochowano tam zmarłą rok temu Annę, żonę ostatniego króla Michała. Co prawda stała się członkiem rodziny królewskiej już po obaleniu monarchii przez komunistów, ale obecny rząd rumuński uznaje dawne tradycje, a król Michał cieszy się dużym szacunkiem w społeczeństwie. Zapewne kiedyś i on swoją ziemską drogę zakończy w Curtea de Argeş (późniejszy dopisek: niestety, król Michał zmarł kilka miesięcy później, w grudniu 2017 roku i rzeczywiście został tutaj pochowany. Pogrzeb miał charakter państwowy, wzięło w nim udział kilku monarchów oraz ich przedstawicieli).


Oprócz cerkwi i pawilonów w skład kompleksu wchodzi jeszcze pałac arcybiskupi, w przeszłości letnia rezydencja królewska. Wybudowany w II połowie XIX wieku w stylu nawiązującym do niemieckiego. Wieńczy go wysoka wieża, w której znajduje się kaplica św. Filoftei (osobliwe imię).


Ostatnie spojrzenie na piękną cerkiew metropolitalną...


...i wychodzimy na zastawione samochodami ulice.


Architektura świecka Curtea de Argeş nie powala: typowo rumuńska mieszanka socjalistycznych blokowisk, nowoczesnego kiczu i ocalałych zabytków. Ale na końcu głównej drogi znajduje się kolejna religijna perełka: cerkiew książęca. Jest ona znacznie starsza niż poprzednia świątynia, bowiem wybudowano ją w połowie 14. stulecia.


Kilkukrotnie ją przebudowywano, ale sto lat temu w wyniku prac specjalistów przywrócono oryginalny, bizantyjski styl. Najmłodsze wewnętrzne malowidła są z XVIII wieku, część jest starsza. Ikonostas też zachwyca.



Cerkiew znajdowała się kiedyś w granicach murów pałacu hospodarów, który został spalony przez Węgrów około 1330 roku. Tu i ówdzie odsłonięto jego pozostałości.


Cerkiew książęca jest tak cenna, iż wpisano ją na listę rezerwową (informacyjną) UNESCO. To pierwszy (choć odległy) krok do znalezienia się we "właściwym spisie" - trafiają do niego tylko obiekty, które rządy umieściły najpierw w rezerwie.


Naprzeciwko wznosi się częściowo zarośnięty kopiec z ruinami cerkwi Sân Nicoara. Była jeszcze starsza niż książęca, ale nie przetrwała próby czasu. Do dziś zachowała się część murów oraz fragment wieży. W środku szaleje wesoła kocia banda 😉.



Z nowszych świątyń zdjęcie cerkwi św. Jerzego, wybudowanej w 1936 roku.


Okey, nasyciliśmy ducha oraz ciało, bo przy okazji zajrzeliśmy i do sklepu i do piekarni. Nadeszła pora na zajęcie miejsca w samochodzie i udanie się na północ, w Karpaty.

A tam już czeka...


...słynna Trasa Transfogaraska (Transfăgărăşan), jedna z dwóch najbardziej znanych dróg w Rumunii. Która jest ładniejsza - ta czy Transalpina? Dowiem się, gdy zaliczę obie, choć podejrzewam, że to dyskusja na poziomie wyższości jednych świąt nad drugimi 😜.

Transfogarską chciałem obejrzeć już rok temu, ale zrezygnowaliśmy z niej z powodu napiętego grafiku. Nie ma sensu pędzić nią na złamanie karku, zresztą byłoby to mało wykonalne. Tegoroczne zahaczenie o Rumunię było powodowane przede wszystkim  drogą!

Początkowe kilkadziesiąt kilometrów jest nudne. Las, las, las, las. Nawierzchnia zmęczona potokami aut. Mijamy zbiorowisko wozów pod zamkiem Poenari, który, jak wiadomo, jest tym oryginalnym związanym z Wladem Palownikiem. Tym razem wizytę musimy sobie darować, zresztą opinie o sensie pokonywania ponad tysiąca schodów są podzielone.

Pierwsze ładne miejsce to zapora przy sztucznym jeziorze Vidraru. Widoki są zacne i fotogeniczne, ale okolica jest całkowicie zapełniona pojazdami wszelkiej maści: oprócz osobówek cisną się tutaj busiki oraz wielkie autobusy turystyczne co chwilę blokujące ruch na wąskiej drodze. O zaparkowaniu nawet nie ma co marzyć! Klnąc pod nosem jadę dalej, gdzie znowu jest nudno jak flaki z olejem, a przyjemność jazdy skutecznie psuje zawalidroga na polskich blachach wlekący się z przodu.

Po ponad półtorej godzinie gramolenia się w górę robię krótki postój przy osadzie turystycznej Piscul Negru. Zdaje się, że to ostatni punkt, gdzie można dojechać zimą, dalej szosa jest zamykana.


Wreszcie las zaczyna się przerzedzać, dając przedsmak tego, co będzie za chwilę.


Jedno z wielu miejsc noclegowych - głównie różnego rodzaju hoteli o odpowiednio wysokich cenach. No, ale jeśli ktoś nie lubi na dziko, to musi bulić.


Zaczyna się bajka - asfaltowe zawijasy i dolinki z rączymi strumykami.



Nie będę ukrywał - było pięknie! A chmury zakrywające częściowo słońce nawet dodawały wszystkiemu uroku.





Co chwila mijamy stojące z boku stragany z pierdołami, przy których gromadzą się podróżni. Jest jednak sporo innych zatoczek, gdzie można stanąć na spokojnie i oglądać potęgę natury. Duży ruch temu nie przeszkadza. Termometr pokazuje temperaturę w przedziale 16-19 stopni, wieje dość silny wiatr.




Transfogaraska powstała w latach 1970-1974. Początkowo miała służyć głównie do lepszego wykorzystania zasobów górskich (czytaj: wyrębów) oraz poprawienia możliwości turystycznych. Potem jednak Nicolae Ceaușescu zmienił zdanie oraz projekt z drogi leśnej na krajową. Po niedawnej inwazji wojsk Układu Warszawskiego w Czechosłowacji wolał dmuchać na zimne: nowy trakt umożliwiał szybsze przerzucanie wojska przez Karpaty.


Drogę budowali głównie żołnierze; oficjalnie kosztowała życie 20-40 osób, nieoficjalnie kilkaset. Zużyto 6 milionów kilogramów dynamitu. Asfalt położono do 1980 roku.


Surowy krajobraz dopełniają stada owiec i wodospady.



A tam pojedziemy dalej: za winklem ze schroniskiem zaczyna się najdłuższy rumuński tunel, a jeszcze dalej siedmiogrodzka część Karpat.


Naciskam pedał gazu i słyszę przeraźliwy dźwięk miażdżonego metalu! Ku...a, wielki kamień! Leżał na poboczu, kompletnie o nim zapomniałem. Stojący obok Rumun aż się złapał za głowę. Bardzo wolno cofam do tyłu. Zaglądam pod drzwi: chyba nic poważnego się nie stało. Szczęście w nieszczęściu, dobrze, że nie wystartowałem w stylu rajdowym. Mój niepokój budzą krople spadające z podwozia na ziemię, ale potem okazało się, że to tylko klima. Takie niespodzianki także się tutaj zdarzają, trzeba uważać.

Po drugiej stronie tunelu armagedon: jeden wielki korek i tłum ludzi! Masakra! Tu znajdują się parkingi, restauracje, schroniska, stragany, początki szlaków. I masa człowieków zapragnęła przyjechać do nich właśnie dziś!


Transfogaraską odradzają na wizyty w weekendy, ponieważ bywa oblegana - wychodzi na to, że w czwartek jest nie lepiej! Rumuńskie ciołki w srebrnym brytyjskim aucie cisną się z boku na chama, krzyczą i trąbią. No to ja też krzyczę i trąbię. Przerywają, gdy widzą zagraniczną rejestrację - od razu uśmiech, gest przeproszenia... ale i tak dalej się pchali 😛.


Nieee, w takim miejscu zatrzymywać się nie będziemy, zresztą nie ma nawet gdzie, bo auta czekające na pozwolenie na wjazd do parkingu tworzą największy zator. Niektórzy zostawili wozy na poboczu, ale to dobre dla osób chcących pozbyć się lakieru.

Zjeżdżamy w dół. Już po chwili robi się spokojniej, a widoki na północną stronę także są bardzo ładne.



Wysokość 2034 metry n.p.m. na którą wbija Transfogaraska to prawdopodobnie mój rekord samochodowy; pobił o niecałe sto metrów poprzedni, pochodzący z bułgarskich gór.

Podróż północną stroną jest znacznie szybsza niż wjazd od południa: raz, że w dół, dwa - bliżej do cywilizacji.




Droga przez Karpaty zajęła nam około dwóch i pół godziny. Warto ją połączyć z wcześniejszą albo późniejszą wizytą w Curtea de Argeş, bo tamtejsze cerkwie naprawdę godne są zobaczenia. Dzięki temu można mieć cały dzień pełen pięknych widoków 😀.

19 komentarzy:

  1. No pogodę to całkiem dobrą trafiliście. Ja za to miałem niemal pustki na przełęczy :D Zawieszenia w tunelu nie zgubiliście?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jechaliśmy wolno, bo już wtedy zaczynało się korkować ;) Tam była aż taka zła nawierzchnia? Ja byłem jeszcze w szoku po kamieniu, więc mogłem nie zwracać uwagi :D

      Usuń
    2. W samym tunelu najgorszy stan nawierzchni na całej trasie. Mało mi kierownicy nie wyrwało z rąk ;)

      Usuń
    3. Z tego wynika, że jechałeś szybciej ode mnie :P

      Generalnie na Bałkanach i w Rumunii trzeba uważać w tunelach, bo większość jest nieoświetlona i można znaleźć tam wszystko, łącznie z kamieniami...

      Usuń
  2. Hehe, ja za to o mało co nie spaliłam hamulców zjeżdżając z Transfogaraskiej. Na tej trasie nauczyłam się hamowania silnikiem ;-) Jak masz ochotę na wyższe przełęcze, polecam Gruzję i Armenię - widoki też są przednie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Noo, zjazd może być niebezpieczny dla hamulców ;)

      Kaukaz to jedno z marzeń, ale nie wiem czy ma sens pchać się tam własnym wozem na maksymalnie 2 tygodnie ;)

      Usuń
    2. Fakt, na Gruzję z Armenią braliśmy bite trzy tygodnie urlopu. No ale nam sam dojazd do Gruzji zajął 55 godzin. Teraz na Turcję wschodnią wystarczyło dwa i pół tygodnia. Z innej beczki, jakiej wtyczki używasz do mapki głównej strony?

      Usuń
    3. Na google maps tworzę własną mapę i później kod html umieszczam na stronie jako gadżet. Ale ta u Ciebie wydaje się bardziej czytelna ;)

      Na takie dłuższe odległościowo podróże to tylko samolot, bo jakże to mknąć tak daleko bez zatrzymywania się i zwiedzania? :D

      Usuń
    4. Toteż "do" zazwyczaj mkniemy a "z" ustawiamy tak, by można było coś zwiedzić. Ale fakt, rzadko kiedy dosypiamy... ;-)
      Dzięki za info o mapie. Może i nasza jest czytelniejsza, za to Twoja mapa otwiera się na osobnej stronie. W wolnej chwili coś pokombinujemy.

      Usuń
    5. Jeszcze jedno, Gruzja jest na tyle cywilizowanym krajem, że bez problemu wynajmiesz tam samochód (z kierowcą albo bez). Wizzair z Katowic do Kutaisi też lata, więc to też nie problem. Tak na marginesie, za każdym razem gdy planowaliśmy wyjazd w tamte okolice, namawiałam W. na Ładę Nivę, ewentualnie żiguli. Zupełnie nie wiem dlaczego, W. nie wierzy w moc radziecko/rosyjskiej techniki... :D

      Usuń
    6. Moja partnerka ma zawsze lekkie obawy co do krajów poradzieckich (mimo, że w czterech już byliśmy ;)), ale myślę, że to kwestia czasu, bo zaczyna brakować nam już ciekawych państw w Europie do zwiedzania :D W takie regiony to faktycznie radziecka myśl techniczna może być lepsza, choćby z powodu łatwiejszej naprawy :D

      Usuń
  3. Coś pięknego, ta trasa to marzenie mojej żony. Pewnie kiedyś ją pokonamy. Chyba zjadło mi komentarz do poprzedniego postu, szkoda bo pytałem o miejsca noclegowe w północnej części Rumunii. Tak przy okazji, jakiego aparatu używasz, bo zdjęcia pierwsza klasa.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A o co konkretnie pytałeś z tymi noclegami? W poprzednim poście jeździłem po południowo-zachodniej Rumunii, ale generalnie zazwyczaj sypiamy na kempingach, czasem zdarza się pod dachem, ale raczej bez planowania (chyba, że chcemy spędzić kilka dni w jednym miejscu).

      Aparat Nikon D3100, typowy amatorski, ale można trochę programami też poprawić ;)

      Usuń
    2. Bardziej mi chodziło o adresy sprawdzonych kater na terenie północnej Rumunii, jeśli takie znasz.
      Pozdrawiam.

      Usuń
    3. Tu niestety nie pomogę, znam tylko sprawdzone kempingi ;)

      Usuń
  4. Odpowiedzi
    1. Okolica bardzo fotogeniczna, więc wystarczy tylko trafić na nienajgorszą pogodę i... robić zdjęcia :D

      Usuń
  5. Cudowne krajobrazy :) Ty już chyba że 2 miesiące w trasie. Gratuluję i pozdrawiam 😀

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak dobrze to nie ma, to było w sierpniu, tylko tyle materiału, że wrzucam to stopniowo :)

      Pozdrawiam :)

      Usuń