wtorek, 20 września 2016

Aurel Vlaicu i garść kościołów warownych

Aurel Vlaicu był rumuńskim pionierem lotnictwa. Urodził się w miejscowości Binținți (niem. Benzendorf, węg. Bencenc) w południowo-zachodnim Siedmiogrodzie. Pierwszy Rumun który wzniósł się w powietrze na własnoręcznie skonstruowanym samolocie bez silnika, a jego siostra była prawdopodobnie pierwszą kobietą która odbyła lot. Zginął w 1913 roku podczas próby pierwszego przelotu nad Karpatami.

W okresie międzywojennym jego rodzinną wioskę nazwano... Aurel Vlaicu. To ona będzie naszym miejscem wypadowym po okolicy przez następnego dni.

Już na wjeździe wita model samolotu.


Aurel Vlaicu leży obok głównej rumuńskiej autostrady A1 i linii kolejowej Arad-Deva. W oddali Góry Fogaraskie.


Życie w miejscowości toczy się własnym, wolnym rytmem. Są trzy sklepiki, które służą jednocześnie jako spelunki i jedna knajpa z telewizorem. Miałem tam okazję obejrzeć mecz eliminacji Ligi Mistrzów, gdy Steaua Bukareszt przegrała u siebie 0-5 . Czyli ciut lepiej niż Legia...


Wieczorem trzeba jedynie uważać na przepędzanie bydła do domostw .


Śpimy na fajnym kempingu zorganizowanym na tyłach dawnego gospodarstwa. W oddali widać górki.




Dużym plusem przy obecnej pogodzie jest basen. Nie taki krystalicznie czysty jak na węgierskich wodach, ale do schłodzenia idealny.


Miejscowy jegomość - straszna wiercipięta i dzikus.


Z Aurel Vlaicu możemy wyskakiwać do atrakcji turystycznych. A Siedmiogród słynie chociażby ze swoich kościołów warownych. Siedem z nich wpisano na listę dziedzictwa UNESCO, w tym opisywany już Câlnic, który jednak był nietypowy, gdyż należałoby go uznać raczej za zamek chłopski.

Ogólna liczba kościołów warownych przekracza 150 sztuk! Większość z nich leży na uboczu, jest mało znana i rzadko odwiedzana. Pokażę więc tutaj kilka z nich o których mało kto pisze.

Codlea (Zeiden, Feketehalom) to miasto pod Braszowem. Tutejszy kościół szczyci się największą wieżą zegarową wśród obronnych świątyń, mierzącą 85 metrów.


Po przekroczeniu bramy starsza kobieta informuje mnie, iż w środku trwa nabożeństwo, które za chwilę się skończy. To był jedyny kościół, w którym wewnątrz coś się działo.


Przy bocznym ołtarzu węgierski pastor odprawiał mszę dla kilkunastu wiernych w wieku mocno zaawansowanym. Zapewne odbywają się one regularnie, gdyż w mieście mieszka dziś jeszcze ponad pięciuset potomków Arpada i o połowę mniej Niemców.

W oczekiwaniu na koniec modlitw opiekunka prowadzi mnie i kilka Rumunek do niewielkiego muzeum upamiętniającego Eduarda Moressa, autochtona - malarza. Potem już samodzielnie łażę tu i tam.

Na trawniku pomnik poległych z 1928 roku, a na ścianie tablice poświęcone ofiarom drugiej wojny i wywózkom do ZSRR.


Nad przyklejonymi do murów komórkami góruje poszarpana wieża obronna.


Sebeș (Mühlbach, Szászsebes) klasycznego kościoła warownego nie ma, ale tutejsza bazylika też jest otoczona murami, więc można ją na upartego do takowych zaliczyć. Świątynia powstała po zniszczeniu poprzedniej przez Tatarów w XIII wieku. Niestety z racji późnego popołudnia zderzamy się z zamkniętą bramą, więc możemy obejrzeć tylko wieżę z daleka.


Ewentualnie kaplicę św. Jakuba z XIV stulecia.


Miejscowość jest oficjalnie dwujęzyczna; rumuńsko-niemiecka i to mimo, iż Niemcy stanowią około 1% obywateli (261 mieszkańców).


Nietypowe jest, iż niemieckie nazwy ulic nie mają zazwyczaj nic wspólnego z rumuńskimi. Chyba wzięto je ze starych czasów.


Mühlbach założyli Sascy osadnicy (Melnbach w ich dialekcie) w XIII wieku po spustoszeniu tych ziem przez Mongołów. Był jednym z siedmiu pierwszych miast/zamków saskich od których wzięła się nazwa Siebenbürgen i jej polska wersja.

Śladów po Sasach jest sporo. Na budynku szkoły duży napis "Edukacja to wolność".


Na starym cmentarzu też głównie nagrobki niemieckie i trochę węgierskich.


Przy głównym placu odnowione budynki mieszają się z zaniedbanymi. Żółty ratusz kłuje po oczach.


Zachowały się fragmenty murów miejskich z kilkoma basztami, które potem zaadaptowano do innych celów.


Cristian (Grossau, Kereszténysziget) jest z kolei wioską przed Sybinem. Przy drodze przelotowej rzędy równych siedmiogrodzkich domków.



Trójnawowa bazylika powstała w XIII wieku, a dzisiaj oglądamy efekt przebudowy późnogotyckiej przeprowadzonej 200 lat później. Najbardziej efektownie prezentuje się zza rzeczki Cibin.


Najgrubsza wieża to Speckturm. Wejdziemy do niej od środka, ale na razie musimy znaleźć otwarte drzwi w murach, bo jedne drogowskazy przeczą drugim. W końcu się udaje. Przed domem położonym między fortyfikacjami wita nas po niemiecku wesoła pani w średnio-późnym wieku. Rozmawiając z inną grupą zwiedzających płynnie przechodzi na rumuński, więc albo miała męża-Niemca albo sama należy do liczącej kilkadziesiąt osób mniejszości saskiej.

W chłodnych wnętrzach kościoła panuje cisza. Lekko przykurzone tkaniny, położone z boku śpiewniki. Właśnie w takich momentach mam wrażenie, że to wszystko dekoracja, miejsce martwe utrzymywane tylko dla turystów.



Na trawniku tradycyjnie pomnik z nazwiskami ofiar. Nie ma dat śmierci, a tylko urodzin. Wśród tych z ostatniego konfliktu sporo kobiet.


Dostajemy klucze do wieży "szpekowej". A tam - bogactwo lokalnych produktów!



Są nalewki, dżemy, przetwory, mięso... brak cen, tylko skarbonka. Nikt nie pilnuje. Co łaska? Na to wygląda, ale nie jesteśmy pewni. Zjadamy tylko kilka kawałków suchej kiełbasy i zostawiamy odpowiednio kilka lejów. Przy wyjściu okazało się, że słusznie podejrzewaliśmy, iż wierzą tu w ludzką uczciwość - należało wziąć sobie interesujące produkty i zapłacić według uznania .

Wokół murów fotografuję jeszcze napisy na domach.





Przeciwieństwem Cristiana jest niewielki kościół warowny w Miercurea Sibiului (Reußmarkt, Szerdahely). Stoi przy ogromnym placu na którym spokojnie można by organizować miesięcznice albo apele smoleńskie.


Brama jest zamknięta. Już mamy się cofać, gdy widzimy jak idzie do nas mężczyzna z pobliskiej knajpy. Ten opiekun też mieszka za murami, ale w odróżnieniu od dwóch poprzednich miejsc mówi tylko po rumuńsku. Sądzi, że jesteśmy Węgrami . Rozumiem, że nie każdy jest poliglotą, ale jednak języki ugro-fińskie od słowiańskich są wyraźnie odróżnialne, no i masa Węgrów w Rumunii mieszka.

Wchodzimy przez boczne wejście. Widać lekki bałagan, bo mieszkający tu ludzie używają tego terenu jako podwórka, a dawne pomieszczenia przy murze w roli komórek.


Miercurea Sibiului to jedno z najmniejszych miast w Rumunii, więc i obiekt sakralny nie musiał być duży. Z XIII wieku, rozbudowany kilkaset lat później. Wnętrza zdradzają wpływy baroku.


Tablica pamiątkowa liczy tylko kilka nazwisk.


Dajemy opiekunowi kilka lejów za otwarcie. Uwieczniam białe mury obronne z zewnątrz...



...i ruszamy do Orăștie (Broos, Szászváros). Miejscowy kościół obronny jest nietypowy, bo występuje w liczbie... dwóch.


Starszy kościół (na prawo - przynajmniej tak sądzę) stanął w XIV/XV wieku w miejscu wcześniejszej bazyliki, a ta z kolei zastąpiła rotundę. Od czasów reformacji używali go wspólnie kalwini, sascy luteranie i węgierscy arianie. W 19. stuleciu obok wybudowano nowy - tylko dla ewangelików.

Ledwo zdążyłem zrobić to ujęcie, gdy zawołał nas facet z nowszego kościoła. Kolejny opiekun, przesiąknięty zapachem tanich papierosów, bardzo gadatliwy, stosujący znaną zasadę, że jak będzie mówił głośno i wolno to na pewno zrozumiemy także rumuński . No dobra, coś tam skumaliśmy, więc może działało...

Wysyła mnie na wieżę. Teresa nie ma ochoty i zostaje na dole, gdzie pan zagra jej koncert na organach. Wejście na szczyt po schodach z gatunku mocno skrzypiących.


I tak nie zrobię spod dzwonu ciekawych zdjęć, bo wszystko za siatką.


Schodząc w dół mijam skrzynkę z nietypowymi winami z niemieckich ziem.


Nawę kościelną spowija mrok.



Dostajemy ulotki informacyjne o kościołach, Teresa nawet dwie. Widać, że lepiej łapała rumuński .
Na zewnątrz stoją białe pomniki wojenne - tablica z Wielkiej Wojny wisi na ścianie w środku.


Podczas spaceru dookoła murów mijamy cerkiew i dawną synagogę.




Korzystamy z okazji i w knajpie przy deptaku postanawiamy zjeść obiad. Żarełko smaczne i w rozsądnej cenie, lecz kelnerka chyba tam wylądowała za jakieś grzechy.


Wskoczyłoby się do fontanny...


Z Orăștie to mamy już tylko kilka kilometrów do naszego kempingu...

4 komentarze:

  1. Świetnie oddane rumuńskie klimaty. Czyżby Teresa uczyła się w szkole jakiegoś romańskiego języka czy po prostu zadziałała intuicja?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za pochwałę, oddanie klimatu to ciężka sztuka ;)

      Teresa uczyła się kiedyś hiszpańskiego, ale tutaj raczej ja ciut więcej rozumiem, a z tym chłopem z kościoła to było z przymrużeniem oka ;) Człowiek się po czasie jednak osłuchuje i zapamiętuje pewne słowa, do tego gestykulacja - jak dwie osoby chcą się dogadać to zrobią to i bez słów :)

      Swoją drogą to przed pierwszym wyjazdem do Rumunii nauczyłem się trochę słówek i potem były głupie sytuacje, bo się coś pytałem po rumuńsku, a ci myśleli, że ja naprawdę sporo rozumiem i używali bardziej skomplikowanych słów których już nie kojarzyłem :P

      Usuń
  2. Przybliżyłeś w ciekawy sposób niesamowitą karpacką krainę, która pozostaje chyba po dziś dzień ewenementem w tej części Europy.
    Mam znajomych którzy w Rumunii byli już po kilka razy i opowiadali, że to kraj niesłychanych kontrastów, ale jednocześnie jakiejś magii i otoczki czegoś trudno wyrażalnego. Czegoś, czego doświadczyli może jeszcze w Albanii i już nigdzie indziej. Ja co prawda tam nie byłem, ale miałem kontakt z prozą Stasiuka, który fascynująco opisuje owe ziemie. I myślę że trafnie.

    Wielkie dzięki za ten cykl.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Faktem jest, że ciężko znaleźć tak wymieszany kulturowo i narodowościowo region, choć zapewne można by dodać do tego Wojwodinę i północną Bukowinę leżącą dziś na Ukrainie. Co ważne - tutaj te narodowości żyją ze sobą w miarę spokojnie, po sąsiedzku, czego nie można powiedzieć chociażby o Bałkanach (np. w BiH znowu robi się gorąco)...

      Stasiuk jechał też do Babadag ;)

      Usuń