piątek, 23 września 2016

Bieszczady na gibko - Połonina Caryńska i Dział

W ramach krótkiej przerwy od tematyki rumuńskiej relacja z mojego szybkiego wypadu górskiego na początku września. Wtedy właśnie już od dziesięciu lat spotykam się ze znajomymi z forum austro-węgierskiego w Sanoku. Tym razem po raz pierwszy musiałem tam jechać z Górnego Śląska transportem zbiorowym, w dodatku sam, zatem postanowiłem skorzystać z okazji i wyskoczyć od razu w jakieś góry dzień przed imprezą. Początkowo chodził mi po głowie Beskid Niski, ale ostatecznie stanęło na Bieszczadach. Co prawda w tym roku już nie planowałem tam się zjawiać, ale... życie płata figle.

1 września zamiast na mszę rozpoczynającą rok szkolny świtem stawiam się w Katowicach, skąd biały autobus wiezie mnie aż do Ustrzyk Dolnych. Jesteśmy spóźnieni, więc odpada mi pierwsza planowana przesiadka, jednak wychodzi to na plus, gdyż dzięki temu mogłem zrobić zakupy.

Autobus miejscowy wlecze się straszliwie i chyba połowę trasy ciągnie na jedynce, a mimo to wychodzę kilka minut przed czasem w Bereżkach. Jednoosobowo, cała reszta pasażerów jedzie na Ustrzyki Dolne.


Pogoda jest piękna - dokładnie taka jak zapowiadali. Końcówka lata naprawdę się udaje w  tym roku!


Cofam się kilkaset metrów do węzła szlaków. Stoi budka Parku Narodowego obwieszona, podobnie jak cała okolica groźnymi kartkami, że każdy musi nabyć bilet, jeśli chce wejść na połoninę. Na szczęście budka jest zamknięta, więc spokojnie idę dalej. Pole namiotowe wypasione - miejsca na ognisko, normalne toalety z prysznicami. Aha, toalety dla "zwykłych" turystów są dalej, nie powinni korzystać z tych dla namiotowców, ale ignoruję ten zakaz jak i nakaz, aby przez pole przechodzić wyłącznie jego górną częścią ;).


Jest kwadrans po 15-tej gdy wchodzę na żółty szlak. Niby późno, ale liczyłem się z taką sytuacją. Trasa prowadzi głównie przez las, czasem przekraczam jakiś potoczek, raz jest widok w kierunku Tarnicy. Szału widokowego nie ma.


Po trzech kwadransach dochodzę do przełęczy Przysłup Caryński. Stąd mam pierwszy widok w kierunku połoniny.


Kawałek niżej jest schronisko Koliba. Teoretycznie studenckie, ale przypomina bardziej pensjonat.


W środku czysto, że można jeść z podłogi. Ceny noclegów dochodzą do ponad 40 złotych. Aha, studencko... Politechnika Warszawska faktycznie miała tu kiedyś chatkę studencką, ale zamarzyła im się klasa wyższa, więc postawili nową. Jedyny akcent "studenckości" to brak sprzedawanego alkoholu. "Wiadomo, Warszawa" - jak już słyszałem w Beskidzie Niskim.

Zamawiam pomidorową, którą dostaję na plastikowym talerzu. Po kilku łyżkach zaczyna boleć mnie brzuch. Fajnie!

Plusem jest panorama powyżej schroniska na Bukowe Berdo, Krzemień i lekko schowaną Tarnicę.


Jeśli ktoś chce tu dojechać samochodem, to też nie ma problemu - przy szutrowej drodze stoi ich cały rząd. Studencko jak cholera...

Sprawdzałem przed wyjazdem, że zachód słońca mam o godzinie 19.15. A więc kupa czasu, bo nie ma nawet 17-tej. W pewnym momencie zdaję sobie jednak sprawę, że w górach słońce może zachodzić wcześniej, bo są... góry! Według mapy na szczyt Caryńskiej jest od schroniska 1:30, drogowskazy wskazują 1:45! Kretyn jestem, mogę nawet nie obejrzeć zachodu!

Idę więc pospiesznie przed siebie - najpierw dość długo przez las. Na przecince widać połoninę ze znakiem. Hmm, wcale nie aż tak daleko.


Słońce jednak zaczyna potwierdzać moje obawy - jest coraz bliżej zielonej kopuły. Klnę pod nosem przemierzając oświetlone jeszcze polany na których pełno jagód.


W końcu zaczynam piąć się w górę. Im wyżej tym ładniej z tyłu, choć coraz większe połacie zajmuje cień.


Wychodzę z lasu i zaskoczony stwierdzam, że jestem pod ostatnim podejściem na połoninę. Kurczę, juuż?


Jest ono ostre (jak każde), ale wysiłek wynagradzają widoczki po bokach:
- na zachód


- i w kierunku Tarnicy.


Staję co chwilę aby złapać oddech, ale panorama tylna jest doskonałym pretekstem ;).


Jeszcze trochę wysiłku i dochodzę na jeden z niższych szczytów Połoniny Caryńskiej o wysokości 1234 (w sumie na mapach jest inna liczba niż w terenie).


Od Koliby zajęło mi to godzinę, czyli znacznie pobiłem podawane czasy. Nie podejrzewam się o jakieś nadzwyczajne zdolności, więc chyba są one dla kogoś kto idzie po kolanach...

Słońce jeszcze oczywiście wysoko, więc do zachodu rzeczywiście mam kupę czasu .


Jestem tu sam. Kilka osób spotkałem idąc do schroniska, w Kolibie kolejnych kilka, natomiast z połoniny schodziła tylko jedna rodzinka. Po chwili siedzenia przy słupku minęła mnie jakaś parka i kierowała się do Ustrzyk Dolnych a potem znowu nastała cisza.

Fotografuję głównie okolice Tarnicy i Bukowego, bo są dobrze oświetlone.


Po odpoczynku ruszam dalej połoniną. Ludzi w zasięgu wzroku brak.


Rawki, droga do bacówki i Dział.


Z racji zbliżającego się zachodu znów najładniejsze kolory są za mną.


Mijam odbicie na przełęcz Wyżnańską.


Tu już raz byłem - w listopadzie z Eco. Wtedy miałem taką pogodę.


Można więc powiedzieć, iż jestem w tym miejscu po raz pierwszy ;). Postanawiam podreptać jeszcze kawałek dalej na najwyższy wierzchołek - Kruhly Wierch (1297).


Spotykam tam trzy cudzoziemki, które właśnie zaczynają schodzić do Brzegów Górnych.


Zostaje ze mną facet ze smartfonem.
- Co, też na zdjęcia? - pyta.
- No, może coś będzie z tego zachodu - odpowiadam i są to nasze ostatnie słowa, bo potem każdy siada w swoim kącie szczytu i robi swoje ;).

Im niżej słońce tym kolory robią się bardziej soczyste.


Do zachodzenia za górami mam nadal trochę czasu, więc siadam sobie i dumam w kierunku Działu.


W tak pięknych okolicznościach przyrody żal byłoby czegoś nie łyknąć, więc wyciągam napój kupiony w Ustrzykach - niby piwo z prawdziwym sokiem. Smakuje dziwnie, ale dość smaczne, no i cytryna dobrze pasuje do nastroju ;).


Zaczyna się spektakl...


Ciekawe ile ludzi jest teraz na Wetlińskiej i Chatce Puchatka?


Bo ja zostaję kompletnie sam, gdyż facet od smartfonu zniknął... nie słyszałem jak odchodził, nigdzie go nie było widać, po prostu rozpłynął się w powietrzu.

Tylko ja, wiatr i pohukiwania jeleni w całej okolicy.


Słońce najpierw chowało się za wąskim pasmem chmur na horyzoncie.


Gdy było go jeszcze trochę widać zarzuciłem plecak i ruszyłem w kierunku odbicia do przełęczy Wyżniańskiej; dobrze by było przejść jak najdłuższy odcinek coś widząc.


I ostatnie kawałki tarczy już przy skrzyżowaniu szlaków.


Pięknie . Ciężko to porównywać ze wschodem znad Chatki Puchatka w listopadzie, ale niewątpliwie warto było tu wejść. Teraz trzeba jeszcze zejść.


Spojrzenie w kierunku Ustrzyk gdzie widać światła masztu przy placówce SG.


O ile na szczycie było trochę chłodno, to poniżej grani zrobił się ukrop. Cisza także się spotęgowała, gdyż nie było wiatru, zarazem wraz z zapadającym zmrokiem nasilały się okrzyki jeleni.

Końcówka połoniny...


...i resztki światła na zachodzie.


Większość trasy w dół zszedłem bez czołówki, dopiero w którymś z lasków ją założyłem. Ludzie narzekają na schody i drewniane barierki w Bieszczadach, ale bardzo ułatwiły one sprawne poruszanie się po zmierzchu.

Na przełęczy było już niemal kompletnie ciemno. Został mi kwadrans do bacówki pod Małą Rawką. Po drodze przyszła mi do głowy myśl, aby może wstać o dzikiej godzinie i wejść na Rawki na świt...

...ale już pierwsze chwile w bacówce wybiły mi to z głowy ;). Schronisko to bardzo sympatyczne, obsługa jeszcze nie zachowuje się jakby pracowała tam za karę (są zniżki dla nocujących!), spotkałem ekipę z autobusu do Ustrzyk, no i wreszcie rozpalono ognisko. Były śpiewy i napitki, tak więc budzik z czystym sumieniem ustawiłem na 8 rano ;).

Piątkowy poranek jest tak samo słoneczny jak wieczór. W bacówce zjadam wczorajszą kromkę i zapijam herbatą z cytryną. Smaczna .


Około 9-tej ruszam na szlak często opisywany jako jeden z najostrzejszych w Bieszczadach - na Małą Rawkę. Ściana płaczu i tym podobne. Początkowo jednak idzie się po płaskim z widokami na Połoninę Caryńską.


Znikam w lesie. Powoli zwiększa się nachylenie, trochę sapię i pocę się.


Kiedy mijam zakręt i pojawiają się schodki stwierdzam dzięki mapie, że mam już za sobą połowę trasy. A wkrótce las zaczyna rzednąć i z powrotem widzę za sobą Caryńską.


Na Małej Rawce jestem po niecałych trzech kwadransach. Szybko i bez bólu - jest faktycznie strome podejście, ale niezbyt długie. Poza nim to raczej standard. W sumie się zawiodłem ;). Za gorsze uważam chociażby wdrapywanie się z Wyżniańskiej na  Caryńską.

Przy słupku szczytowym kilka osób - musiały chyba przyjść z Ustrzyk, bo w bacówce nie nocowali. Wielka Rawka widoczna na wyciągnięcie ręki.


Tam mnie jeszcze nie było. Początkowo planowałem ją zaliczyć i zejść do Kremenarosa, ale eksperci zasugerowali drogę przez Dział. I to był dobry pomysł.


Turyści wokół mnie smrodzą cygaretami, więc daruję sobie dłuższy postój i po kilku minutach wchodzę na zielony. Idzie się przyjemnie - szlak prowadzi prawie cały czas lekko z góry, są liczne polanki (znowu masa jagód!), na lewo mam pasmo graniczne ze Słowacją, na prawo zaś Caryńską i coraz więcej Wetlińskiej.


Rawki zostają z tyłu.


Specyficzna sytuacja - dyrekcja PN ostrzega turystów przed... zabezpieczeniami szlaku.


To gdzie te łańcuchy??

Chatka Puchatka jak na dłoni. Zastanawiam się ile tam wtedy musiało być ludzi? Bardzo dużo czy masakrycznie dużo?


Tymczasem u mnie na razie pustawo. Minąłem za szczytem kilka osób, lecz od dłuższego czasu idę sam.

Dochodzę do deszczochronu i postanawiam tutaj uskutecznić zaległy popas.


Niemieckie piwo konsumuję z widokiem na okolice Czerteża .


Przez 40 minut przy wiacie nadal nie pojawił się żaden człowiek. Dopiero gdy się zebrałem to od strony Wetliny przyszło dwóch facetów. Zrobiłem im zdjęcia i pomaszerowałem dalej.


Ostatnie spojrzenie na Rawki, które są daleko z tyłu.


Niespodziewanie zaczyna robić się tłoczno. Mijam jedną rodzinkę, drugą, kolejną. Ze dwie grupy wieloosobowe - jak komuś się chce łazić taką bandą??


Po ich minięciu ucinam sobie krótką rozmowę z jakąś parą, która chce wiedzieć jak dalej wygląda szlak. No cóż - 90% pod górę, choć delikatnie.
- Jeszcze? To gdzie się ta wysokość wytraca? - kręci głową facet. No właśnie wytraca się przy ostrzejszym zejściu, co nie spodobało się jego małżonce, która wybrała się na wędrówkę pierwszy raz po kontuzji.

Na szczęście po tej wymianie zdań tłum ludzi zostaje obcięty. W dole widać Wetlinę i inne wioski.


Pogoda, jak pisałem, rano była ładna lecz z każdą godziną pojawia się więcej chmur przysłaniających słońce. Smerek i przełęcz Orłowicza już nie taka oświetlona.


Kończą się polanki i na stałe wchodzę do lasu. Jest w nim jeden ostrzejszy odcinek i znów się wypłaszcza. Mijam kilka osób i nagle słyszę jakby jakieś pomruki. Patrzę do góry - niebo niebieskie, więc o co chodzi? Zdawało mi się.

Gdy ów pomruk powtarza się raz, drugi i trzeci przyspieszam kroku, bo ewidentnie nie są to złudzenia. Gdzieś czai się burza.

Wychodząc na drogę mijam budkę BdPN czekającą na dopływ łatwej gotówki.


Na asfalcie w Wetlinie widzę skąd było słychać grzmoty - Słowacja robi się ciemnawa.


Mnie to już zwisa ale ci co idą na Rawki mogli mieć bliskie spotkanie z wyładowaniami...

Ostatni odcinek do pierwszego czynnego przystanku autobusowego maszeruję w towarzystwie mijających mnie samochodów. Przy drodze stoi dawny budynek WOP-istów (zachował się skrót nad wejściem), potem SG a teraz w rozpierdusze.


Czekając na autobus do Sanoka mam jeszcze wizytę jegomościa z grubą kitą, którego początkowo wziąłem za psa wybiegającego z gospodarstwa :D.


Jak widać wypad nawet na tak krótki czas ma sens jeśli posiadamy dogodne skomunikowanie i wtedy nawet późna godzina rozpoczęcia wędrówki nie szkodzi. Możemy wtedy podziwiać Bieszczady w spokoju i ciszy, rozkoszując się kolorami zachodu słońca .

4 komentarze:

  1. Nieraz krótki wypad może mieć ogromną wartość, kiedy- jak sam zauważyłeś, skumuluje się tych kilka istotnych czynników. Trochę więc odbiłeś sobie za tę wyrypę listopadową, gdzie miejscami "brakowało" pogody :)
    Zachód słońca przepyszny. Warto było poczekać...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W listopadzie wschód spod Chatki Puchatka wynagrodził wszystko, ale na Caryńskiej miałem mgłę, prawie smoleńską ;) A teraz... zdjęcia mówią wszystko :) Ale też miałem szczęście - śledziłem prognozy, akurat w czwartek miało być najbardziej klarownie, bo i dzień wcześniej i dzień później już pojawiło się znacznie więcej chmur.

      Usuń
  2. Jak tak oglądam twoje zdjęcia, nabieram coraz większej ochoty, by zaprzyjaźnić się z Bieszczadami od strony lądu, a nie tylko wody. Jak widać, Solina to jeszcze nie wszystko.

    OdpowiedzUsuń