wtorek, 20 czerwca 2023

Roztocze cerkwiami malowane (3): Teniatyska - Hrebenne - Siedliska

Podobnie jak dzień wcześniej miejscowość (wtedy Bełżec, teraz Lubyczę) opuszczamy przez las i szlakiem. Podobnie ów szlak nie występuje na wszystkich mapach - tym razem czerwony Szlak Wolnościowy jest w wersji papierowej, ale nie ma go, na przykład, na stronie mapy.cz, a to przecież Biblia współczesnego podróżnika.


Wśród drzew znajduje się stary cmentarz, na którym chowano mieszkańców wioski Teniatyska (Тенетиська). Gdzieś w pobliżu stała drewniana cerkiew św. Dymitra, która rozpadła się ze starości już za polskiej demokracji. To stąd przeniesiono dzwonnicę do Lubyczy. Podobno na miejscu cerkwi postawiono współczesną kaplicę, ale ani jej ani cerkwiska nie udaje nam się znaleźć, więc chodzimy tylko wśród grobów wystających z zielonego podłoża.



Jakiś facet na rowerze ostrzega nas, że kawałek dalej trwa wycinka i nie przejdziemy, że najlepiej podejść do torów i iść wśród nich. Po szybkiej burzy mózgów decydujemy się zaryzykować i maszerujemy dotychczasową drogą. Drwale musieli zrobić sobie przerwę obiadową albo coś ich porwało, bo panuje cisza jak makiem zasiał.

Teniatyska były kiedyś dużą, półtoratysięczną wsią ukraińską, których uzupełniali pojedynczy Polacy i Żydzi. Dziś liczba mieszkańców nie dochodzi do setki. Według polskiej Wikipedii są to głównie grekokatolicy, ale żadne inne źródła tej informacji nie potwierdzają.


niedziela, 11 czerwca 2023

Roztocze cerkwiami malowane (2): Zatyle - Lubycza - Kniazie

Opuszczamy Bełżec i kierujemy się na południe idąc za znakami niebieskiego szlaku. Dziwny to szlak, bo występuje tylko na niektórych mapach, nie ma go natomiast na tablicach gminnych, choć nosi on nazwę Centralnego Szlaku Roztocza.
Przez długi czas ścieżka prowadzi przez las. Spotykamy znaki informujące, że to otulina obozu zagłady, więc w ziemi mogą znajdować się szczątki ofiar.


W pewnym momencie wychodzimy przy niedużym jeziorku z wiatą i pomostem, co oznacza, że źle skręciliśmy. Korzystamy z okazji i robimy sobie przerwę w pięknych okolicznościach przyrody. Gdyby była późniejsza godzina, to zastanowilibyśmy się nawet nad noclegiem tutaj, ale jest dopiero piętnasta.


Wracamy się do leśnego przejścia kolejowego i przez krótki odcinek idziemy wzdłuż torów. Szyny są pordzewiałe, pociągi pasażerskie kursują rzadko (w wybrane weekendy), większa jest szansa spotkać składy towarowe na Ukrainę.


wtorek, 6 czerwca 2023

Roztocze cerkwiami malowane (1): Lublin - Tomaszów - Bełżec

Tradycyjnie maj jest okresem naszej grupowej wędrówki wzdłuż granic Polski. Rok temu maszerowaliśmy po Mazurach, więc zgodnie z zasadą naprzemienności w tym roku wypada kierunek południowy blisko granicy z Ukrainą. Administracyjnie będzie to pogranicze województwa lubelskiego i podkarpackiego, historycznie ziemia bełska na Rusi Czerwonej, a geograficznie w większości Roztocze. Brzmi nieźle.

Co ciekawe, prognozy wieściły nam bardzo dobrą pogodę. To zaskakujące, bo zazwyczaj pogodynka sugeruje różne katastrofy w aurze i rok temu częściowo się to sprawdziło, bo dolewało nas prawie codziennie. Tym razem deszcz ma być wyjątkiem. No cóż, zobaczymy.

Jako pierwsza podróż zaczyna Buba. Po niecałej godzinie dosiadam się i we dwójkę mkniemy na wschód. Za oknem migają kolejne stacyjki, pierwszy dłuższy postój wypada w Koniecpolu. Nigdy go nie odwiedzałem, więc wyskakuję rozprostować kości. Robię spacer wokół dworca i zaglądam przez płot na pobliskie ruiny poprzemysłowe.


Kolejna przerwa w podróży (doczepiania składu i zmiana kierunku jazdy) to Kielce. Te wizytowałem z pociągu już dwa lata temu, zatem liczę, że zrobię jakieś szybkie zakupy. Niestety - cały dworzec jest w rozsypce, znaczy w remoncie, a dosłownie wszystkie lokale w pobliżu, również gruzińskie, akurat w tę sobotę postanowiły zrobić sobie wolne.


Ślązacy też lubią kebaby, ale tu ich nie zjemy.

W południe docieramy do Lublina. Doświadczeni rokiem 2021, kiedy to okazało się, że spod dworca kolejowego praktycznie nic nie jeździ, rozpisałem sobie rozkład komunikacji miejskiej i dość sprawnie dotarliśmy na dworzec autobusowy. A tam można się poczuć jak na Ukrainie: więcej kursów jest do tego kraju niż w Polskę, częściej słychać ukraiński i rosyjski niż polski. Praktycznie każdy facet zaopatrzony jest w pederastkę - torebkę, która jeszcze kilka lat temu była szczytem obciachu i kojarzyła się z gastarbeiterami zza Buga, a dziś wydaje się być ikoną męskiej mody 😏. Burdel organizacyjny także panuje nieziemski, gdyż okazuje się, że część busów odjeżdża z innej części dworca i nie ma ich na głównym rozkładzie. Szukaj człowieku, a może znajdziesz. 
 
 

wtorek, 30 maja 2023

Słowacka majówka wśród wież widokowych (2): Budatin - Dubeň - Strečno

Wysiadamy z autobusu w Budatinie, północnej dzielnicy Żyliny oddzielonej od reszty miasta Wagiem. Wita nas przedziwny pomnik, którego dziesiątki razy widziałem z okien samochodu: jeździec konny na stylizowanego słowackiego herbu. To Jozef Miloslav Hurban, jeden z inicjatorów słowackiego odrodzenia narodowego w XIX wieku.


Zaglądamy do przyjemnego parku, aby sfotografować pałaco-zamek Budatin. Rezydencja należąca kiedyś do rodu Csáky z zewnątrz wygląda ciekawie, ale zdarzało mi się ją zwiedzić i w środku nie ma nic specjalnie interesującego.


Wieczór zbliża się szybkimi krokami, więc wracamy znów do głównej drogi, z której dobrze widać nowoczesny kościół wśród jednorodzinnej zabudowy.


czwartek, 18 maja 2023

Słowacka majówka wśród wież widokowych (1): Czadca - Zákopčie - Tábor

Czadca wita nas deszczem i chłodem. Wiwat maj, trzeci maj... Nie, w tym momencie nie ma powodów do wiwatowania. Opuszczamy modernistyczny dworzec kolejowy w kształcie piramidy, aby poszukać jakiegoś miejsca schronienia.


Nie przeszliśmy daleko: kilkaset metrów dalej działa od bladego świtu spelunka. Opinie w internecie ma tak fatalne, że grzechem byłoby ją ominąć 😏. "Śmierdzi fajkami, piwem i moczem", co potwierdził Bastek, ale w rzeczywistości nie było aż tak źle. Mimo, że na zegarku nie pojawiło się jeszcze południe, to ludzie kręcili się tam jak w ulu, a my mogliśmy patrzeć z zainteresowaniem na telewizor. Pokazywano program udający rozprawę sądową, a konkretnie rozwodową łysego męża i młodszej żony lafiryndy. Sędzina orzekła rozwód, łysy musiał płacić 150 euro alimentów na potomka, choć to ją uznano za winną rozpadu małżeństwa, a w dodatku jej nowy chłop okazał się damskim bokserem posiadającym ukrytą dwójkę dzieci 😏. Słowem - proza życia.


Po opuszczeniu lokalu robimy zakupy i ruszamy na zwiedzanie. I tu pojawia się problem. Jeśli gdzieś czytam, że w danej miejscowości nie ma nic ciekawego, to zazwyczaj podchodzę do tego sceptycznie, gdyż mnie prawie wszędzie udaje się coś interesującego znaleźć. Ale w Czadcy (Čadca, węg. Csáca) naprawdę nie ma nic, co przykułoby oczy na dłużej niż kilka sekund!


Miasto było pierwszą słowacką mieściną jaką w życiu odwiedziłem: był to 1993 albo 1994 rok, przyjechałem z rodzicami pociągiem ze Zwardonia, korzystając z niedawno otwartego przejścia kolejowego. I wtedy Czadca zrobiła na mnie wrażenie, to był powiew nowości, wręcz egzotyki! Pamiętam, że dużo czasu spędziłem w księgarni wertując słowackie mapy górskie (wówczas u nas niedostępne), kręciliśmy się też po ulicach i z zachwytem czytałem obce napisy. To jednak zamierzchła przeszłość i poszukujący ciekawostek w Czadcy musi się sporo namęczyć, a i tak najprawdopodobniej poniesie porażkę. Na zdjęciu ponura, mokra Kisuca (Kysuca), dopływ Wagu.


sobota, 13 maja 2023

Wiating w Beskidzie Żywieckim: Muńcuł i Przysłop Potócki

Nadeszła wiosna, więc można rozpocząć turystykę górską z alternatywnymi w stosunku do schronisk i chatek noclegami, a mianowicie z wiatami, szałasami i bacówkami. W kwietniu postanowiłem spędzić w ten sposób moje urodziny. Miejsce? Beskid Żywiecki, czyli jeden z moich ulubionych. Nadal, pomimo coraz większej dewastacji, wycinek i zabudowy wdzierającej się coraz dalej.

Ruszamy w czwartkowy poranek. W Katowicach widzimy fajne malowanie pociągu - "Niebo nad Beskidami". Idealnie w temacie 😏.


Wysiadamy w Rajczy. Nie w Rajczy Centrum, gdyż tutaj jest bliżej do przystanku autobusowego.
- Ale do busa mamy jeszcze pół godziny - marudzi Bastek. - Co będziemy przez ten czas robić?
Odpowiedź przyszła szybciej niż się spodziewaliśmy: obok cesarsko - królewskiego dworca działa niewielki sklep. Nie spodziewałem się go tutaj. Wpadamy i kupujemy piwo. Ledwo z nim stanęliśmy na zewnątrz, a zjawił się jegomość na rowerze i konspiracyjnie poinformował:
- Panowie, uważajcie, bo tu często jeżdżą pały i mandaty wypisują.
No tak, Polska, zapomniałem. Przenosimy się zatem w mniej eksponowane miejsce i wdajemy się w pogawędkę z kierowcą autobusu tam stojącego.
- Czekacie na to połączenie po trzynastej? - pyta.
- Nieee, o dwunastej pięćdziesiąt dwa.
- Nie ma takiego - dziwi się.
- Jest w rozkładzie.
- Niemożliwe. Jedyny kurs to ten, na który i ja czekam, bo zbieram z niego ludzi i jadę na Rycerkę!
Rzeczywiście! Okazało się, że połączenie na które się nastawialiśmy... nie istnieje, choć widnieje w internetowej rozpisce. Za to tego późniejszego autobusu w internecie nie ma. Logiczne, prawda? Więc po co w ogóle rozkład w sieci, skoro nijak ma się do rzeczywistości?
Czas oczekiwana nam się wydłuża, umilamy go sobie czytaniem tablicy pełnej różnych ogłoszeń. Głównie zaproszenia na mecze, pikniki i festyny - a kiedy czas na pracę?


poniedziałek, 8 maja 2023

Telcz (Telč). Warto zajrzeć na rynek

Telcz (Telč, Teltsch) to miasto leżące w południowo-zachodniej części Moraw. Miasto niewielkie, liczące nieco ponad pięć tysięcy mieszkańców, ale pod względem urody przebijające wiele metropolii. Przed ponad trzydziestu laty zostało wpisane na listę UNESCO w pierwszej trójce ówczesnej Czechosłowacji (obok Pragi i Czeskiego Krumlowa). "Bajkowe miasto, najpiękniejsze miasto Moraw, perełka" - takie opisy wyskakują po wpisaniu do przeglądarki odpowiedniego hasła. Nie podejmę się oceny, czy to rzeczywiście numer jeden na Morawach, lecz niewątpliwie ścisła ich czołówka.

Jądro Telcza (lub Telczi, bo w języku czeskim jest ona rodzaju żeńskiego) stanowi Vnitřní město (Innenstadt), centralna dzielnica otoczona z trzech stron wodą. A w jej środku znajduje się rynek - náměstí Zachariáše z Hradce - jeden z najciekawszych w kraju: długi na kilkaset metrów, szeroki na kilkadziesiąt, otoczony w całości zabytkową zabudową. Dziesiątki kamienic zdobionych fasadami renesansowymi i barokowymi, rzadziej klasycznymi i empire. To właśnie on stał się podstawą wpisu dla UNESCO.


Pierwotnie domy na rynku były drewniane, dopiero po pewnym czasie zaczęły pojawiać się kamienne kamienice, ale miasto padało ofiarą pożarów, więc dzisiejszy wygląd starówki to efekt kolejnych odbudów po niszczycielskiej sile ognia. Najwięcej wniósł w 16. stuleciu Zachariáš z Hradce (Zacharias von Neuhaus), którego imię nosi rynek. Był najważniejszym cesarskim urzędnikiem na Morawach, ale przede wszystkim właścicielem Telcza i dobrym gospodarzem.


Przebywałem w Telczu kilka dni, więc widziałem rynek w różnych porach dnia i nocy oraz przy zmiennej pogodzie. Za każdym razem robił takie samo duże wrażenie. Północna pierzeja jest często opisywana jako najdłuższy rząd kamieniczek w Republice Czeskiej, lecz nie mam pewności, czy rzeczywiście tak jest.