Do Bułgarii wracam po ośmiu latach. Nie napiszę, że to mój ulubiony
kraj bałkański, ale wspominam go miło, więc chętnie tu ponownie zawitam. Na
przejściu wita nas tablica.. z Kielc. Hmm, scyzoryk chyba gdzieś mam w
schowku.
Kibelek, czyli krzaki. Dobrze, że oznaczono dojście.
Wjazd nastąpił przez przejście Vama Veche - Durankulak niejako z konieczności:
w lipcu władze Bułgarii w swej nieograniczonej mądrości zdecydowały, iż turyści
mogą przybywać do ich kraju tylko przez wyznaczone punkty graniczne. Powodem
takich działań miały być braki w personelu medycznym, który miał sprawdzać
paszporty COVID-owe - nie starczyło go na wszystkie przejścia. Nie wiem jaki
jest średni poziom inteligencji w Bułgarii, ale jeśli do rzucenia okiem na
kartkę papieru i wydania kilku dziwnych dźwięków (bo tak to wyglądało w naszym
przypadku) potrzeba wykształcenia medycznego, to nie mam pytań... Efekt był
taki, że na granicach tworzyły się korki, których normalnie można częściowo uniknąć, co z epidemiologicznego punktu widzenia było pięknym
strzałem w stopę. W zawodach pod tytułem "Najgłupsze decyzje rządzących w
czasie pandemii" poziom byłby bardzo wyrównany.
Dziś jednak mamy szczęście - odprawa zajęła około kwadransa. Rumun zbierał
dokumenty i przekazywał Bułgarowi, ten znikał na chwilę w budynku i jakoś to
szło.