sobota, 17 maja 2025

Słowacka majówka: pociągi, knajpy i Predný Čebrať

Ani się człowiek obejrzał, a znowu minął rok i nadszedł czas majówki! Tradycyjnie oznacza to u mnie Słowację i góry, choć nie tylko. Również tradycyjnie moja majówka nie zawiera się w ramach czasowych tej z kalendarza, zaczynam ją wcześniej albo później. Początkowo mieliśmy ruszyć z Bastkiem we wtorek 29 kwietnia, ale oznaczało to pobudkę w środku nocy, aby zdążyć na pociąg o szóstej rano. Ostatecznie okazało się, że możemy jechać już dzień wcześniej - co prawdę będę lekko niewyspany po nocce, ale zyskujemy połowę poniedziałku!

Od momentu wyjazdu z domu do momentu wejścia na właściwy szlak minęła... ponad doba 😛. Nie dlatego, że tak daleko musieliśmy jechać, choć sama podróż takie trwała wiele godzin - po prostu nigdzie nam się nie spieszyło. Czasem ludzie pytają, czy nie szkoda mi czasu i pieniędzy, aby tak dużo czasu spędzać w podróży na "pierdołach", zamiast od razu walić w góry. Mogę wówczas odpowiedzieć pytaniem na pytanie, czy im nie szkoda czasu i pieniędzy, aby skupiać się jedynie na górach, ignorując wszystko inne. Dla mnie szlaki i szczyty nigdy nie były jedynym celem samym w sobie, zawsze ważna była też cała otoczka. Tak też było i w 2025 roku: przez tę dobę odwiedziliśmy kilka dworców, kilka knajp, mieliśmy kilka ciekawych spotkań, jechaliśmy kilkoma pociągam z pięknymi widokami, a był też całkiem fajny akcent górski. Czyli dla każdego coś miłego.


W poniedziałkowe wczesne popołudnie meldujemy się w Boguminie, gdzie zostawiamy auto na znanym nam parkingu osiedlowym, licząc, że okoliczni Cyganie i tym razem się na nie nie połaszą. Niestety, przybyliśmy do miasta nad Olzą zbyt późno, więc prysła nadzieja na spokojne wypicie pierwszego piwa w spelunce, a nawet na większe zakupy, bo kasa była całkowicie zablokowana przez mniejszość romską. Kilka rzeczy udało mi się nabyć w biegu dopiero w dworcowym sklepiku. Mimo tego pośpiechu humory dopisują, bo zaczyna się kolejna wiosenna przygoda!


środa, 14 maja 2025

Wielkanocny poniedziałek na przełęczy Pustevny

W wielkanocny poniedziałek, zamiast przyjmować kolejne kalorie, postanowiliśmy je spalić! I to całą rodziną, ponieważ po raz pierwszy od dawna zabrała się z nami w góry moja mama! W takiej sytuacji musiałem wymyślić jakieś sensowne miejsce w czeskich Beskidach, najlepiej z możliwością wjazdu kolejką. Ten drugi warunek ograniczał listę do zaledwie dwóch pozycji: Javorový i przełęcz Pustevny. Wybrałem tę drugą opcję, ponieważ zakładałem, iż tłumy turystów łatwiej się tam rozejdą niż na Javorovým.

Wbrew obawom nie było problemów ze znalezieniem wolnego miejsca na parkingu w Trojanovicach. Ba, było na nim mniej samochodów, niż podczas naszej ostatniej zmotoryzowanej wizyty w czasie zwykłej, nieświątecznej niedzieli. Płacimy za parking, przebieramy się i można uderzać w stronę dolnej stacji kolejki. Razem z nami ciągnie sporo osób, ale wkrótce się ten tłumek urywa.


Przy kasie zaczepia nas rodzina z Polski i chce odsprzedać jeden bilet, bo kasjerka źle ich policzyła. Kręcimy głową, gdyż tata płaci tu kartą, aby gotówka została do użycia w lokalach gastronomicznych. Odchodzą niepocieszeni, ale po chwili wracają i dają mi ten bilet.
- My i tak nie skorzystamy.
Miło i trochę tak głupio. Myślałem, że może spotkamy ich na górze i chociaż postawimy coś do picia, lecz już na nich nie trafimy.
Kolejka linowa na przełęcz to dwuosobowe krzesełka, strasznie wolne. Uruchomiono ją w 1940 roku jako pierwszy taki obiekt w Europie. Choć obecna konstrukcja pochodzi z lat 80., to sprawia wrażenie znacznie starszej, trzeszcząc wznosi się w górę, po czym zniża się w dół prawie dotykając ziemi. W ten sposób pokonuje czterysta metrów przewyższenia. Gołym okiem widać, że jest stromo.




środa, 7 maja 2025

Mysłowice, miasto przy Trójkącie

Co roku w Wielką Sobotę staram się zwiedzić jakieś górnośląskie zakątki. Tym razem wybrałem Mysłowice (Myslowitz). Liczące ponad siedemdziesiąt tysięcy mieszkańców miasto wydaje się być w cieniu innych ośrodków czarnego Śląska. Może jednak w przyszłości odegrać bardzo ważną rolę z racji swojego położenia: ponieważ na długim odcinku graniczy z Sosnowcem, więc w razie wybuchu wojny z Zagłębiem będzie musiało przyjąć na siebie pierwsze uderzenie 😏.


Centrum Mysłowic to także strefa nadgraniczna: rynek od Przemszy, która oddziela Śląsk i Małopolskę, dzieli zaledwie dwieście metrów. Parkujemy niedaleko, na ulicy Towarowej (kiedyś Güterbahnhofstrasse). Zaraz obok nas jest komisariat policji, dalej kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa oraz Sąd Rejonowy.


Kościół z najwyższą w mieście wieżą zostawimy na koniec wizyty w centrum. Najpierw pójdziemy w kierunku północnym, wzdłuż torów i starych kamienic...


...po czym skręcimy w prawo, aby nawiedzić inną świątynię: kościół Narodzenia NMP, najstarszy w Mysłowicach. Jego początki sięgają XIV wieku (wtedy też prawdopodobnie miała miejsce lokacja miasta na prawie magdeburskim), obecny wygląd to efekt renesansowej przebudowy.


sobota, 26 kwietnia 2025

Rowerowo wokół Łambinowic i Tułowic

Wysiadam z pociągu w Łambinowicach (Lamsdorf). Tym razem nie będę zwiedzał terenów dawnych obozów jenieckich, mam zamiar pokręcić się po okolicy na kole. 
Łambinowicki dworzec to typowa pruska konstrukcja z XIX wieku, na ścianach zachowały się jeszcze ślady niemieckich napisów. Przy okazji można dowiedzieć się, gdzie wylądowały drzewa z wyciętych lasów: gromadzą je tutaj.



Początkowo planowałem przejechać przez centrum wioski, ale zmieniam zdanie i postanawiam od razu ją opuścić, kierując się na południe. Przez długi czas będzie mi dziś towarzyszył widok na Sudety z odległą o zaledwie trzydzieści kilometrów Biskupią Kopą.


Pierwsza odwiedzana przeze mnie miejscowość to Wierzbie (Wiersbel, Weidengut). Na skrzyżowaniu z drogą wojewódzką fotografuję krzyż, postawiony w 1946 "z prośbą o błogosławieństwo pracy w duchu Rz-Kat kościoła". Podejrzewam, że krzyż jest w rzeczywistości starszy i po prostu "zagospodarowano" dzieło poprzednich, niemieckich mieszkańców.


piątek, 18 kwietnia 2025

Śląskie niedaleko: z Polskiej Cerekwi nad Odrę w Grzegorzowicach

Kierując się w stronę granicy czeskiej wielokrotnie przejeżdżałem przez Polską Cerekiew (Groß Neukirch), położoną przy drodze krajowej wioskę w powiecie kędzierzyńsko-kozielskim. Za każdym razem moją uwagę przykuwała masywna, ceglana bryła zamku i obiecywałem sobie, że kiedyś stanę i obejrzę ją sobie na spokojnie. Obietnicy dotrzymałem w pewną marcową sobotę, parkując w pobliżu urzędu gminy. Jego najbliższa okolica wygląda jak spełniony sen polskiego urzędnika: zero drzew, tylko goły bruk i płyty!


Zamek stoi w parku, gdzie na szczęście ostała się roślinność. Z daleka prezentuje się całkiem okazale.


Po bliższym spojrzeniu można dostrzec, że to częściowa rekonstrukcja. Obiekt wzniesiono być może w późnym średniowieczu, a w XVII wieku ród Opersdorffów przebudował go w stylu renesansowym. Później gospodarzyli w nim i dodawali swoje poprawki rodziny von Gaschin i Seherr-Thoß, wreszcie hrabiowie von Matuschka. W 1945 roku zamek spłonął. I tu pojawiają się różne wersje tego wydarzenia. Najpopularniejsza brzmi, że stał się po prostu ofiarą przechodzenia frontu. Ale znalazłem także informacje, potwierdzane ponoć przez mieszkańców, że podpalił go sam właściciel, aby nie dostał się w ręce wroga. Problem w tym, że Hans Eberhard, który jest wspominany jako ostatni pan na zamku, miał na froncie wschodnim dostać się do niewoli radzieckiej i tam umrzeć. Nie mógł więc tego uczynić osobiście. Być może jednak posiadał rodzinę, która została w Groß Neukirch i nie łudząc się niemieckim zwycięstwem, wolała puścić z dymem swój majątek, niż wydać go w ręce Sowietów.


niedziela, 13 kwietnia 2025

Nowy Cmentarz w Belgradzie

Novo groblje to najbardziej znany cmentarz Belgradu. Wbrew swojej nazwie nie jest aż taki nowy, bo otwarto go w 1886 roku. Była to trzecia nekropolia chrześcijańska na obecnym terenie stolicy Serbii, ale biorąc pod uwagę, że jeden starszy cmentarz zlikwidowano, a drugi znajduje się w dzielnicy Zemun (która do 1920 roku należała do Węgier), więc w praktyce jest to najstarszy ściśle belgradzki obiekt tego typu 😏. Dodatkowo Novo groblje był pierwszym w Serbii zaprojektowanym jako cmentarz pod względem architektonicznym i urbanistycznym. W naturalny sposób stał się miejscem pochówku dla najbardziej znanych i zasłużonych obywateli, artystów, polityków i wojskowych. Szacuje się, że na 30 hektarach znajduje się prawie 50 tysięcy grobów, 1500 rzeźb i kilkadziesiąt grobowców. Co ciekawe, istnieje spory rozrzut pomiędzy potencjalną liczbą pochowanych: od 380 tysięcy do... 700 tysięcy! W latach 80. ubiegłego wieku został on uznany za zabytek o wielkim znaczeniu.


Choć bardzo lubię odwiedzać cmentarze, to pewnie bym go pominął, bo w Belgradzie jest tyle ciekawych miejsc do zobaczenia. Tak się jednak złożyło, że nocowałem tuż obok niego. To, co dla niektórych gości hostelu było minusem, dla mnie okazało się wielkim plusem 😊. Być tak blisko i nie zajrzeć? Niemożliwe. Niestety, miałem na wizytę zdecydowanie za mało czasu, bo jakieś półtorej godziny, momentami był to wręcz sprint!


Novo groblje w chwili swego otwarcia leżał na odległych peryferiach, więc mieszkańcy nie bardzo chcieli grzebać na nim bliskich. Wkrótce jednak nie mieli wyboru: dotychczasowy cmentarz na Tašmajdanie, w centrum miasta, zaczął ograniczać przyjęcia "lokatorów", aż w końcu całkowicie go zamknięto. Przez kilkadziesiąt lat przenoszono stamtąd groby do nowej lokalizacji, potem zamieniono go w park, ale wielu zmarłych nie zostało ekshumowanych. W XX wieku nowy cmentarz stał się europejskim w stylu: międzynarodowym i międzywyznaniowym. Tragiczne wydarzenia ubiegłego stulecia także odcisnęły na nim piętno, bowiem chowano na nim ofiary wszelkich wojen. I właśnie kwatery wojenne najbardziej mnie interesowały.


sobota, 5 kwietnia 2025

Polskie Morawy: wioski wokół Kietrza

Kontynuuję zwiedzanie enklawy kietrzańskiej, czyli jedynej enklawy morawskiej na Śląsku położonej na terenie Polski. Po odwiedzeniu stolicy, czyli Kietrza (Ketscher, Ketř), przyszła pora na otaczające go wioski. Jest ich sześć, okrążają stolicę enklawy ze wszystkich stron. Patrząc od zachodu i poruszając się zgodnie ze wskazówkami zegara:
* Kozłówki (Kösling, Kozlůvky),
* Księże Pole (Knispel, Kněží Pole),
* Langowo (Langenau, Langov),
* Tłustomosty (Stolzmütz, Tlustomosty),
* Pietrowice Wielkie (Groß Peterwitz, Velké Petrovice),
* Krotoszyn (Krotfeld, Krotin).

Zaczynamy w kolejności takiej, jaką podałem wyżej, a więc jako pierwsze odwiedzam Kozłówki. Nie jest to ludna wioska, liczy około stu pięćdziesięciu mieszkańców. Przy głównej ulicy, równoległej do szosy wojewódzkiej, większość domów ma długą metrykę, ale wiele z nich jest zaniedbanych lub opuszczonych.


Ludzi za bardzo nie widać, bo jest przed południem w dzień roboczy. Pojawił się tylko jeden chłop z reklamówką na zakupy, ale nie wiem, gdzie mógłby je zrobić, bo sklepu tu brak. Tu i ówdzie na asfalcie walają się bryłki węgla, w które oczywiście kilka razy wjechałem.

Za centrum wioski można uznać skrzyżowanie, przy którym stoi kaplica św. Anny z 1842 roku. Czasem określana jest jako kościół, taki też drogowskaz do niej prowadzi. Wymiarami zdaje się być czymś pośrednim pomiędzy jednym a drugim. Przed budynkiem krzyż ufundowany w 1887 roku przez rodzinę Mosler.