piątek, 19 czerwca 2020

Ustrzyki Górne w deszczu, Mała i Wielka Rawka na pocieszenie

Ostatni poranek w Bieszczadach wita mnie deszczem... Jakoś mnie to wcale nie dziwi. Komplikuje jednak resztę dnia, skoro autobus powrotny na Śląsk mam dopiero o 21.40. Co ja będę robił cały dzień? Na wielogodzinne siedzenie w barze mnie nie stać...

Na początek próbuję się rozgrzać pod prysznicem, ale woda jest co najwyżej letnia. Jeszcze nie udało mi się spotkać w "Kremenarosie" ciepłej. Podobno to wina ogrzewania z paneli słonecznych, ale mało to interesuje człowieka przy tej pogodzie. Następnie wcinam na śniadanie jajecznicę, niechętnie się pakuję i punktualnie o 10-tej oddaję klucz. Plecak zostawiam w części restauracyjnej schroniska, w kącie - obsługa jest przyzwyczajona, bo turyści czekają na transport aż do wieczora, wczoraj tak robiło kilka osób.

Idę się przejść po Ustrzykach Górnych (Устрики Горішні). W deszczu wyglądają jeszcze bardziej ponuro niż zwykle...



Mijam zamknięte lokale... "Bieszczadzką Legendę" zlikwidowano. Podobno rzeczywiście była legendarna. No cóż, ja tam zajrzałem ze dwa razy i wszyscy w środku byli już w takim stanie, że ciężko było z kimkolwiek się dogadać.


niedziela, 14 czerwca 2020

Zobaczyć Tarnicę i zmoknąć. A potem się zachwycić.

Najwyższy szczyt Bieszczad(ów) zdobyłem tylko raz, cztery lata temu. Od tamtego czasu wpisany jest na listę rezerwową miejsc do odwiedzenia, zawsze było coś ciekawszego. Tym razem także miałem inny pomysł: w trzeci dzień pobytu chciałem przejść się Połoniną Wetlińską i Caryńską do Ustrzyk Górnych, gdzie w "Kremenarosie" zarezerwowałem nocleg. No, ale plany są po to, aby je zmieniać! Wyjeżdżałem rano z bacówki w Jaworcu w otoczeniu prawie bezchmurnego nieba, te jednak bardzo szybko zaczęło niebezpiecznie się zaciągać. W głowie biły mi się różne myśli, lecz w końcu poprosiłem poznaną w schronisku koleżankę (która zgodziła się mnie podwieźć na szlak), aby wysadziła mnie dopiero w Ustrzykach.

W "Kremenarosie" czekają na mnie dwie wiadomości. Dobra to taka, że mimo wczesnej pory (godzina 10-ta) mój pokój jest już wolny i mogę tam zostawić swoje rzeczy. A zła, że o 11-tej ma zacząć padać!
- Ale jak to? - dziwię się. - Jak długo?
- Do końca dnia - odpowiada beznamiętnie facet zza baru. 
Poczułem, jakby ktoś mi skrzydła obciął... Szybko jednak otrząsam się i pędzę do pokoju. Wyrzucam z plecaka zbędne rzeczy i wybiegam na dwór, w kierunku skrzyżowania w stronę Wołosatego. Jeszcze świeci słońce, lecz dookoła coraz ciemniej...


Próbuję łapać stopa, ale widząc busik decyduję się na płatną podwózkę. 7 złotych za 6 kilometrów - niezła stawka. Gdybym chciał zajechać nad morze, to musiałbym zostawić większość wypłaty u takiego przewoźnika.


niedziela, 7 czerwca 2020

Bieszczady odnalezione: nieistniejące wioski, Sine Wiry i bacówka Jaworzec.

Wizyta w Bieszczadach to dla mnie coroczna święta górska tradycja. W tym roku wydawało się, iż zostanie zdominowana przez koronawirusa, a okazało się, że najwięcej do powiedzenia miała pogoda. Już dwa tygodnie przed wyjazdem prognozy bezlitośnie informowały, że będzie to bardzo deszczowy okres. Im bliżej terminu, tym większe miałem obawy, czy wyprawa w ogóle ma sens?? Co prawda wpłaciłem w schroniskach zaliczki, ale z kupnem biletów czekałem do ostatniej chwili... Miałem cichą nadzieję, że uda mi się zaliczyć jeszcze dodatkowy nocleg we własnym namiocie, lecz wobec zapowiadanej całodziennej ulewy z żalem odpuściłem.

Ostatecznie wsiadam do autobusu w niedzielę, ostatni dzień maja. Nietypowo, gdyż wyjeżdżam przed południem, a na miejsce mam dotrzeć po południu - to była jedyna możliwość. Zawsze starałem się jeździć w nocy, jednak obecnie komunikacja publiczna w tym rejonie prawie nie funkcjonuje, a przebijanie się autostopem w deszczu nie bardzo mi pasowało. Podróż była męcząca; większość pasażerów stanowili Ukraińcy, którzy nie do końca wiedzą jak się powinno zachowywać w towarzystwie innych osób, więc miałem nieustanny festiwal głośnych rozmów, śmiechów, telefonów, ruskich filmów ze strzelaniem i krzykami rannych, cmokaniem, mlaskaniem, smarkaniem i tym podobnym. Na szczęście w Rzeszowie 90% foteli się zwolniło, więc druga część jazdy była przyjemniejsza. 

Prawie przegapiam swój przystanek. Poprosiłem kierowcę, aby dał mi znać przez głośnik, jak to czynił w przypadku innych mijanych miejscowości, ale ten był zajęty pędzeniem przed siebie i ściganiem się na mostach z osobówkami. Wyskakuję z autobusu kilkadziesiąt metrów za wiatą przystankową w Kalnicy (Кальниця), przy Wielkiej Pętli Bieszczadzkiej. Niebo jest zaciągnięte, dookoła kałuże, lecz nie pada. Dobre i to. Prognoza na dziś twierdziła, że ma zacząć ponownie lać o godzinie 17-tej. Spoglądam na zegarek - mała wskazówka znalazła się równo na piątej cyfrze. Co ciekawe, planowo miałem tu dotrzeć 20 minut później. Jeśli ktoś chciałby wsiąść zgodnie z rozkładem, to nie miał na to szans, co akurat w przypadku tej firmy zdarza się regularnie.


Na najbliższym skrzyżowaniu skręcam w prawo, w stronę doliny Wetliny. Kiedyś wzdłuż dalszego biegu rzeki istniało kilka wsi zamieszkałych przez ponad tysiąc mieszkańców, dziś to okolica mało ludna i stworzona do spokojnego wypoczynku.


sobota, 30 maja 2020

Łambinowice/Lamsdorf - historia obozami pisana

Łambinowice, znane też jako Lamsdorf, to wieś gminna leżąca w powiecie nyskim, na pograniczu Górnego i Dolnego Śląska (ale historycznie na terenie tego drugiego). Liczy dwa i pół tysiąca mieszkańców, w centrum stoi neogotycki kościół, działa kilka marketów. Normalnie niczym by się nie wyróżniała, jednak na jej historii odcisnęły swoje piętno wielkie wojny XIX i XX wieku. W Lamsdorf przetrzymywano jeńców wielu narodowości, języków i ras. Najsłynniejszy jest obóz z czasów II wojny światowej, jednak przez kilkadziesiąt lat działało ich znacznie więcej:

* obóz dla jeńców francuskich z lat 1870-1871,
obóz dla żołnierzy Ententy z okresu I wojny światowej. Wykorzystano do tego budynki poprzedniego obozu oraz wzniesiono nowe,
* obóz funkcjonujący w czasie powstań śląskich. O nim wiadomo najmniej, właściwie znalazłem informacje tylko w jednym źródle. Może w ogóle nie istniał? Miano w nim przetrzymywać wziętych do niewoli powstańców oraz "podejrzanych" cywilów.
* obóz przesiedleńczy dla Niemców i Ślązaków, którzy nie mogli lub nie chcieli zostać w tej części Górnego Śląska, którą przyznano Polsce. Daty jego funkcjonowania to 1921-1924, lecz niektórzy mieszkali w nim dłużej. Jedyny obóz, do którego nie kierowano siłą,
* obozy jenieckie III Rzeszy. Było ich kilka: zaczęło się od obozu tymczasowego dla wziętych w niewolę polskich żołnierzy we wrześniu 1939 roku, potem pojawili się alianci zachodni (głównie Brytyjczycy) oraz wschodni (obywatele ZSRR). Do 1943 roku był to największy kompleks jeniecki w Niemczech,
* obóz polski, istniejący przez ponad rok, od lipca 1945. Oficjalnie był obozem pracy, choć określa się go również jako obóz koncentracyjny. Taka nazwa może budzić kontrowersje, lecz jest zgodna z definicją (izolacja na określonym terenie na czas nieokreślony, bez wyroku, ludność w dużej mierze cywilna), używała jej ówczesna administracja, a także niektóre publikacje IPN-u. Tym razem najliczniejszą grupą byli mieszkańcy okolicznych miejscowości - przeważnie Niemcy, ale o deklaracje narodowościowe nikt nie pytał. Ten etap dziejów Łambinowic przez cały okres PRL-u był tematem tabu.

W słoneczny, piątkowy dzień postanowiłem zwiedzić tereny dawnych obozów w ramach wycieczki rowerowej. Aby trochę skrócić dystans podjeżdżam pociągiem do Sowina (Sabine, od 1936 Annahof). Klimat z przystanku kolejowego jak na naszych wiosennych wycieczkach po Podlasiu i Suwalszczyźnie...


sobota, 23 maja 2020

Beskid Żywiecki klasycznie: Żabnica - Rysianka - Lipowska - Boracza - Żabnica

Nigdy bym nie przypuszczał, że pierwszy beskidzki wyjazd w tym roku nastąpi dopiero w połowie maja! Ale co się odwlecze to nie uciecze... Ponieważ granice nadal są zamknięte, to jako tegoroczny debiut w Beskidach oraz z tatą wybrałem znany i lubiany Beskid Żywiecki. A jak Żywiecki, to musi być coś klasycznego (żeby nie napisać oklepanego 😏), czyli trzy hale: Boracza, Lipowska i Rysianka. Co prawda początkowo planowałem jakąś dłuższą trasę, lecz niedawno kupiłem sobie nowe buty i uznałem, że na przetarcie wystarczy kilkanaście kilometrów.

Wyruszamy tym razem z Czarnego Śląska, we czwórkę. Niezbyt wcześnie, więc mam pewne obawy odnośnie wolnych miejsc parkingowych, gdyż od miesiąca w góry wybiera się tyle osób, że wszystko wszędzie jest zablokowane. Tym bardziej, że dziś sobota. W Żabnicy Skałce moje podejrzenia się potwierdzają - stoi auto obok auta. Podjeżdżamy kawałek dalej i tam znajdujemy pusty fragment drogi. Przy okazji zmieniamy kolejność wędrówki - najpierw pójdziemy na Rysiankę, zamiast na Boraczą. Okazało się, iż był to doskonały pomysł!

Z czwórki zostaje trójka, gdyż mój brat będzie biegał, dokładając jeszcze odcinek przez Słowiankę i Romankę. Pozostała część grupy rusza radośnie asfaltem w górę. Za nami podąża również trochę osób, lecz zdecydowanie mniej niż właziło czarnym szlakiem do schroniska na Hali Boraczej.


Mimo utwardzonej nawierzchni idzie się przyjemnie z widokami na małą "architekturę".



piątek, 15 maja 2020

Czernica w Górach Bialskich. I to co po drodze.

Po dwóch tygodniach znowu nas wywiało na ziemię kłodzką. Tym razem celem były Góry Bialskie, czyli południowa część Gór Złotych (Rychlebów). A przynajmniej tak je klasyfikują autorzy wszystkich najważniejszych podziałów fizycznogeograficznych z Jerzym Kondrackim na czele. Jest jednak pewna grupa "ekspertów" (głównie związanych ze zdobywaniem odznaki Korony Gór Polski), która wydzieliła je jako osobne pasmo. Na podstawie jakich przesłanek? Nie wiadomo. Ponieważ również dla czeskich geografów samodzielne Góry Bialskie nie istnieją, zatem mamy tutaj do czynienia z unikalną sytuacją, że ta jednostka geograficzna kończy się równo na granicy państwowej. Rzadki ewenement 😛!


W drodze na miejsce nastąpił smutny moment, ale musiałem to zobaczyć: zaglądamy do wioski Kamienica obok Paczkowa, która do wojen śląskich stanowiła jedną miejscowość z Bilą Vodą. Po wejściu Polski do strefy Schengen znowu tworzyły jeden organizm, a teraz... nie podjechałem nawet na odległość 100 metrów, a z namiotu już wyskoczył żołnierz z długą bronią. Przechadzając się nerwowo z zapaloną cygaretą rzucał okiem w naszą stronę. Drogę przedzielono barierkami i czymś ciężkim, za żywopłotem zaparkowano ciężarówkę. Jeszcze jesienią przechadzałem się w tym miejscu tam i z powrotem, natomiast dzisiaj mamy powrót już nawet nie do komuny, ale wręcz do stanu wojennego! Zresztą strzały na granicach niedawno padały...


poniedziałek, 11 maja 2020

Powiat brzeski: kraina pałaców, pomników i gotyckich kościołów.

Powiaty brzeskie są w Polsce dwa: jeden leży w Małopolsce, drugi na Śląsku. I do tego drugiego zajrzymy w tym wpisie. Pod względem administracyjnym to część województwa opolskiego, pod względem przynależności historycznej większość jego terenu zaliczana jest do Dolnego Śląska. Tego "prawdziwego", który jest znacznie rozleglejszy niż województwo dolnośląskie.

Pisałem już kiedyś o Grodkowie, Skorogoszczy i Kopicach, teraz pokręcimy się głównie po małych miejscowościach we wschodniej części powiatu. 

Pierwszy postój w Buszycach (Buchitz), gdzie w środku wioski bieleje gotycki kościół zwieńczony wieżą z renesansową attyką. Powstał w XIV wieku jako fundacja Zakonu Kawalerów Maltańskich i w ich rękach pozostawał aż do 1810 roku.


Kaplica przedpogrzebowa wygląda, jakby nasadziła się na murze.