poniedziałek, 2 grudnia 2019

Borówkowa, Javorník i Bílá Voda w nieśmiałych kolorach jesieni.

W pewien październikowy piątek postanowiłem wykorzystać słoneczną pogodę i skoczyć na jeden dzień w Rycheby (Góry Złote). Zanim jednak wejdziemy na szlak, to zaglądamy do wioski Bílá Voda (Weißwasser). Ta niewielka miejscowość, najbardziej wysunięta na północ czeskiego Śląska, jest z trzech stron otoczona polskim terytorium.

Kilkaset metrów za granicą rośnie piękna aleja ze złotymi kolorami.


Na jej końcu znajduje się barokowy pałacyk myśliwski. Kiedyś należał m.in. do królowej holenderskiej Marianny Orańskiej, dziś mieści psychiatryk. Obok wejścia wywieszono czarne flagi - tego dnia w Pradze odbywał się pogrzeb Karla Gotta.


Podjeżdżamy do centrum i pierwsze kroki kierujemy na cmentarz. Ścieżka otoczona szpalerami drzew prowadzi do dużej figury Chrystusa.



Większość grobów posiada jeszcze napisy niemieckie. W obsadzonych kwiatami rzędach spoczywają czeskie zakonnice. Sporo ich, gdyż w okresie komunistycznym Bílá Voda służyła jako miejsce przetrzymywania sióstr z likwidowanych zakonów.


Zakonnice mieszkały w dawnym kolegium pijarskim.


Do dużego gmachu przylega kościół. Zdjęcie robię mu już z polskiej strony, bo kilkanaście metrów za świątynią stoją słupki graniczne i zaczyna się Kamienica (Kamitz, 1936–45 Grenztal), która do wojen śląskich stanowiła z Bílą Vodą jedność.


Zabudowa "rynku".



Droga w kierunku Javorníka przez kilka kilometrów prowadzi wzdłuż granicy. Za polami widać kościół w Kamienicy.



Jeśli będę chciał w przyszłości sprzedać swój samochód to dla zachęty rzucę takie zdjęcie jak z folderu 😏.


Horní Hoštice (Ober-Gostitz) były kiedyś częścią wioski Gościce (Gostitz, Gostal), dopóki po wojnie austriacko-pruskiej nie zostały, podobnie jak cały Śląsk, przedzielone granicą. Czeski fragment to zamieszkały przez nieco setkę osób nieduży przysiółek, administracyjnie wchodzący w skład miasta Javorník.




Kawałek dalej widzimy cudnie ukwieconą łąkę (jak mi podpowiedziano na forum sudeckim - to facelia błękitna) oraz najbliższe wzniesienia Rychlebów. A z drugiej strony zabudowa Gościc z kościołem.




Javorník (Jauering) również nie jest metropolią, liczy 3 tysiące obywateli. Posiada ładną starówkę z ratuszem, a nad wszystkim góruje zamek, należący przez kilkaset lat do biskupów wrocławskich.





Spod tynków wychodzą niemieckie reklamy; w okresie międzywojennym Czesi stanowili mniej niż 3 procent mieszkańców.



Zostawiamy samochód pod urzędem gminy i uderzamy do najbliższej knajpy, aby się nieco nawodnić. Przydałoby się także coś zjeść, ale kuchnia jeszcze nie działa.



Wnętrze jest sympatyczne, dziadek gra w odmianę bilarda bez dziur (karambol?), lecz babka za barem leje piwo tak dramatycznie wolno, że na kolejny kufelek przenosimy się na drugą stronę ulicy, do Herny, czyli piwiarni z automatami do gry. Holba kosztuje tam jedynie 25 koron, a barman... chce od nas dowody osobiste.
- Panowie, to jest Herna, muszę was spisać - tłumaczy i znika na chwilę z dokumentami.
- Zobaczysz, weźmie na nas kredyt - stwierdza Bastek. Póki co, nie przyszło mi  jeszcze żadne wezwanie do zapłaty 😛.


Dziwna sprawa, pierwszy raz się z czymś takim spotykam. Nadgorliwa obsługa czy przepisy się zmieniły? Nie tylko my byliśmy zaskoczeni: przyszedł starszy facet, zamówił piwo i też poproszono go o dowód.
- Ale ja dawno jestem pełnoletni - tłumaczy, drapiąc się po siwej głowie.
- To jest Herna - odpowiada barman.
- Ale ja nie chcę grać, chcę tylko się napić!
- Nieważne, muszę mieć dokument!
Hmm, ciekawe...

No dobra, trzeba w końcu ruszyć tyłki. Niektóre drzewa są pięknie kolorowe, inne jeszcze czekają na zmianę barwy.



W pewnym momencie stwierdzam, że może by tak złapać stopa? Bastek jak zwykle jest sceptyczny, ale wkrótce zatrzymuje się auto na polskich blachach. Podjeżdżamy za wioskę Travná (do 1948 Krutvald, niem. Krautenwalde), skąd niebieskim szlakiem pójdziemy w kierunku Borówkowej.

Po asfaltowej drogi skręcamy w leśną i przechodzimy obok kaplicy Matki Boskiej z La Salette. Na zamkniętych drzwiach wisi groźna kartka z zakazem fotografowania.


Wkrótce potem przegapiamy odbicie w wąską ścieżkę i radośnie podążamy w górę. Przeszliśmy z dobre pół kilometra, gdy zorientowaliśmy się, że chyba nie idziemy szlakiem. Trudno, trzeba się cofnąć.


Mijamy pomnik z piaskowca, ustawiony w 1830 roku na pamiątkę tragicznej śmierci niejakiej Johanny Rischer.


Chwila odpoczynku na picie i sprawdzenie smartfona.


Mniej więcej po godzinie znowu pojawiają się słupki graniczne, a to oznacza, że wierch już blisko.


Nieśmiałe widoki na ziemię kłodzką.


Po kwadransie szczytujemy. Borówkowa (Borůvková hora, Heidelkoppe) liczy dokładnie 900 metrów i zajmuje dopiero 11 miejsce w Górach Złotych/Rychlebach pod względem wysokości. Jest jednak jedną z najpopularniejszych z powodu stojącej na niej wieży widokowej.


Jestem tu drugi raz, parę lat temu odwiedziłem Borówkową, bo odbywał się na niej zlot forum sudeckiego. Natomiast turyści masowo pojawiali się już w XIX wieku i w 1870 roku wybudowano pierwszy pomost widokowy (okolica była wówczas mniej zalesiona). Nie przetrwał on długo, więc dwadzieścia lat później Glatzer Gebirgsverein postawiło drewnianą wieżę. Ta po dekadzie się zawaliła i w 1908 wzniesiono trzecią konstrukcję dla podziwiania panoram. Była tylko trochę bardziej wytrzymała niż poprzednie, bo dotrwała ledwie do 1922. Wreszcie w 1930 roku MSSGV (Mährisch-Schlesischer Sudetengebirgsverein) uruchomiło na górze schronisko Heidelkoppebaude. Po wypędzeniu Niemców nie zostało ono już otwarte i zburzono je w latach 60., a ruch turystyczny prawie zanikł.

Trzynaście lat temu miasto Javorník wybudowało nową (oby solidną) wieżę. Chyba jest otwarta przez cały rok, choć tablice informują, że zimą obiekt zamykają. Na pewno dziś nieczynny jest bufet, mimo, że reklamował się, iż w październiku działa zawsze, gdy panuje ładna pogoda. A taką przecież mamy!

Trochę nas to rozczarowało, więc wyciągamy własne kanapki i napoje. Oprócz nas przy wieży kręci się kilka osób, tłumów nie ma. Włazimy na górę.


Co my tam zobaczymy? Całkiem sporo, jeśli trafimy na odpowiednie warunki, a dziś widoczność nie jest powalająca. Najlepiej prezentują się Jesioniki z Pradziadem, Keprnikiem i Šerákiem. Nadajnik odległy jest od nas o 41 kilometrów.


Zerknijmy na wschód. Bliska góra nad polaną to Jawornik Wielki. Tam również znajduje się wieża, ale ponoć w ubiegłym roku ją zamknięto, bo była źle wykonana. Po lewej, na horyzoncie, są Góry Stołowe - Szczeliniec i Skalniak. To podobna odległość jak do Pradziada, choć trzeba przeciąć całą ziemię, a nawet Kotlinę Kłodzką. Jeszcze bardziej na lewo widać Grodczyn i Grzywacz na Wzgórzach Lewińskich. Tam mnie jeszcze nie było.


Jeśli się dobrze przyjrzymy, to powyżej Jawornika ujrzymy Karkonosze i oczywiście Śnieżkę. Dzieli nas 90 kilometrów.


Jest także zawsze dostojna i samotna Ślęża - do niej mamy tylko 54 kilometry. Po drodze, po prawej stronie, rozciąga się Kamieniec Ząbkowicki, na powiększeniu widać tamtejszy pałac i kościół.


Jeśli chodzi o obrazy mniej górskie, to ładnie wyglądają dwa niebieskie "oczka" - zbiornik Topola i Kozielno. Po prawej (dolno)śląskie Carcassone czyli Paczków.


Długa ulicówka - wspominane już wcześniej Gościce.


A tam się jakieś chmury zbierają. Zdaje się, że na prawo mamy Śnieżnik.


Nasyciliśmy oczy, więc schodzimy na powierzchnię. Drogą powrotną będzie tym razem szlak czerwony.

Większość trasy jest zalesiona, widoki pojawiają się tylko przy wycinkach (czasem poznikały także oznaczenia, więc trzeba się pilnować).


Wyjątkiem jest grupa skał Vysoký Kámen (Hoher Stein)


Bardzo na nich przyjemnie. W jednej części dawno temu przymocowano nawet barierkę, aby łatwiej się było utrzymać.







Widoki na Jesioniki - Wysoki oraz Góry Opawskie.



Teraz już tylko w dół, do Hoštickeho potoka. Przechodzimy obok niewielkiego zbiornika. Przeciwpożarowy?


Słońce niby jeszcze wysoko, ale w lesie zaczyna tworzyć się półmrok. Tylko górne partie drzew są ciągle dobrze oświetlone.


Na szlaku nie spotykamy prawie nikogo. Pierwszym sygnałem o zbliżającej się cywilizacji jest gajówka, z której właśnie ktoś wyjeżdża. Kawałek dalej pasą się samopas kozy.



Skręcamy w prawo, na południe i kolejne trzy kilometry będziemy szli przeważnie skrajem lasu.


Długi czas idziemy wzdłuż pastwisk. Niektóre krowy są nami zainteresowane, a inne wręcz przeciwnie.



Za zwróconymi w naszą stronę zadami smuga Jeziora Otmuchowskiego wraz z miastem. Nie ma problemów z rozpoznaniem tamtejszego zamku.


Cień obejmuje coraz większą powierzchnię. Zbliża się Sauron!


Doszliśmy do asfaltowej drogi, na której kilka godzin wcześniej łapaliśmy stopa. Tym razem do centrum Javorníka przejdziemy się piechotą.


Zamek Jánský Vrch (Johannesberg) w ostatnich chwilach słonecznego światła.


Skąd w ogóle się tutaj wzięli biskupi wrocławscy? Miejscowość od średniowiecza znajdowała się na terenie księstwa nyskiego, rządzonego przez purpuratów z głównego miasta Śląska. Zamek pierwotnie pełnił funkcje obronne, potem stał się letnią siedzibą biskupów. Gdy Śląsk w XVIII wieku podzielono, Javorník awansował do nieformalnej stolicy tego fragmentu księstwa, który pozostał przy Habsburgach. Biskupi czasem przebywali tu na stałe, zwłaszcza kiedy byli skłóceni z pruskimi politykami (a bywało tak często). O ile Prusacy zlikwidowali u siebie księstwo już w 1810 roku, to po tej stronie granicy majątki ziemskie w rękach archidiecezji wrocławskiej pozostały aż do końca II wojny światowej. I nawet komuniści bali się tak po prostu zamek znacjonalizować - oficjalnie państwo przejęło go dopiero w 1984 roku, po wielu latach polsko-czeskich kościelnych targów finansowych.

Przy rynku robimy małe zakupy i ładujemy się do samochodu. Zanim jednak opuścimy Republikę Czeską to odwiedzamy jeszcze Bílý Potok (Weißbach). Podobnie jak Horní Hoštice i Travná wioska jest jednocześnie administracyjnie częścią Javorníka. Zatrzymujemy się obok głównej drogi, gdzie stoi kilka opuszczonych budynków i działa sympatycznie wyglądająca restauracja.


Nad zabudową góruje kościół św. Wawrzyńca z końca XIX wieku. A przed nim można podziwiać Pomnik Poległych ustawiony w 1922 roku. Uszkodzony po wojnie został niedawno odnowiony za pieniądze Ministerstwa Obrony i wpisany na listę zabytków.



I tym akcentem zakończyliśmy dzisiejszą jednodniówkę.

8 komentarzy:

  1. Miód na moje oczy. Złota jesień w...Górach Złotych. I pomyśleć, że jesienią jeszcze nigdy tam nie byłem. Widoczki z Borówkowej i tak super, mimo nie do końca dobrej przejrzystości. Najbardziej klimatycznie wyszedł chyba Śnieżnik z przyległościami. :)
    Na Vysoky kamen niestety nie dotarłem, choć w okolicy Bilej Vody kiedyś łaziłem. Bardzo miło wspominam tamtejsze szlaki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja byłem jednak niecałkowicie usatysfakcjonowany tym złotem, bo jednak sporo jeszcze zielonego zostało, a to już jednak było kilka tygodni po rozpoczęciu jesieni ;) Nie umiem tak ostatnio trafić na czerwień, zostaje złoto :)

      Usuń
  2. Piękna ta jesienna aleja. Bardzo lubię te rejony Sudetów. Javornik jest mi znany, a w zamku byłem już dwukrotnie. Za to nie wędrowałem po czeskiej części Gór Złotych. Ciekawy wygląd ma wieża na Borówkowej. Fajna relacja i piękne widoki gór.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Patrząc na tę aleję stwierdziłem, że najładniejsze zdjęcia zrobię na samym początku wyjazdu :D

      A zamek na razie oglądałem tylko z zewnątrz.
      Pozdrowienia.

      Usuń
  3. Tegoroczna jesień, w moim mniemaniu, była bardziej złota niż czerwona. Zeszłoroczny październik szalał kolorami, ten był nieco stonowany i sama byłam lekko zawiedziona.
    Ale zdjęcia z początku dnia mają jesienną moc (szczególnie z facelią - pewnie na poplon posiana).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przypominały mi się słowackie zdjęcia sprocketa sprzed roku i właśnie liczyłem, że uda mi się gdzieś zobaczyć coś podobnego, a tu tylko złoto :P

      Usuń
  4. Ta facelia (roślina miododajna) kwitnąca w październiku to raczej poplon, bo o tej porze roku nie ma już miodobrania - pszczelarze robią ostatnie przeglądy uli i szykują pszczoły do zimowania.

    OdpowiedzUsuń