poniedziałek, 16 grudnia 2019

Jerozolima pachniała moczem i mówiła po rosyjsku.

Stara Jerozolima to cyrk, brakuje tylko kuglarzy i mietków z 3 kubkami.     

To cytat z pewnego forum podróżniczego, który jednym zdaniem trafnie określa centralny fragment stolicy Izraela. Miasto, zwłaszcza starówka, jest niesamowite: burzliwa i krwawa historia, totalna mieszanka narodowościowa i religijna, setki zabytków, a wszystko to stłoczone na bardzo niewielkiej powierzchni. Ciężko ująć wszystko w tekście, bo przewala się tu tyle różnych wątków... Mimo wszystko spróbuję - w kilku etapach 😏.       


Stare Miasto zajmuje mniej niż 1 kilometr kwadratowy, więc wszędzie tam blisko. Na takiej przestrzeni mieszkają 34 tysiące ludzi, w tym 24 i pół tys. Arabów - muzułmanów, 4,2 tys. Arabów - chrześcijan, 3,2 tys. żydów oraz 2,3 tys. Ormian. To dane z National Geographic, inne trochę się różnią, m.in. zwiększając liczbę Arabów obu wyznań, a zmniejszając populację ormiańską, ale nie ulega wątpliwości, że jest tu wyjątkowo ciasno! Dodajmy do tego tłumy, naprawdę tłumy turystów, w dużej mierze zorganizowanych - szacuje się, że rocznie zjawia się ich ponad 3 i pół miliona (cała wielka Jerozolima ma niecały milion obywateli). O samotność i ciszę będzie ciężko, choć zdarzają się miejsca wolne od tłoku.


Starówkę otaczają mury miejskie istniejące w obecnej formie od XVI wieku. Żeby dostać się do środka należy skorzystać z którejś z ośmiu otwartych bram: nasze pierwsze kroki uczyniliśmy przechodząc Bramą Nową. Jak sama nazwa wskazuje jest to konstrukcja stosunkowo młoda, bo powstała w 1887 roku.


W ten sposób znaleźliśmy się w dzielnicy chrześcijańskiej. Stare Miasto podzielone jest na cztery dzielnice - także muzułmańską, żydowską i ormiańską. Podział ten w formie jaką znamy dzisiaj istnieje dopiero od 19. stulecia, granice dzielnic się zmieniały, podobnie jak nazwy - np. dzielnicę chrześcijańską nazywano kiedyś dzielnicą patriarchy. Do lat 60. ubiegłego wieku czasem wyróżniano niewielką dzielnicę marokańską, ale o niej jeszcze wspomnę w stosownym czasie. Nazwy dzielnic nie zawsze pokrywają się ze strukturą religijną i etniczną, ich znaczenie jest właściwie tylko symboliczne.

Ta część sektora chrześcijańskiego wyróżnia się spokojem - można włóczyć się uliczkami i nie być rozdeptywanym przez ludzką masę.










Współczesne oznaczenie ulic, a poniżej starsze sprzed 1967 roku, więc nie ma tekstu po hebrajsku.



Wot, technika!


Czasem zaglądam w wąskie wejścia na podwórka - ostatnie zdjęcie to dziedziniec z antyczną kolumną i suszącym się praniem przy Greckim Patriarchacie Prawosławnym.





W Jerozolimie doskonale widać jak rozdrobnione jest chrześcijaństwo - główne odłamy, dzielące się na jeszcze mniejsze i mniejsze... Ale w takim miejscu każde wyznanie pragnie mieć swoją świątynię. Dziś jednak nie będę się w to za bardzo wgłębiał. 

Na kolejnym ujęciu dawne hospicjum Zakonu Maltańskiego, a konkretnie jego protestanckiej, niemieckiej "gałęzi". Współcześnie chyba udziela noclegów turystom.


Meczet Al-Chanka (Al-Khanqa), wybudowany w XII wieku na miejscu dawnego pałacu patriarchów łacińskich.


Specjalnie pomijam tutaj opisy kościołów i miejsc świętych - tekstu byłoby tak dużo, że nikt by tego nie strawił 😏. Przyjdzie na to czas.

Potem zaczyna się robić bardziej tłoczno...


Przekraczamy niewidzialne granice między dzielnicami - muzułmańska jest największa i oczywiście najgęściej zaludniona. Wychodzimy na tyłach Bramy Damasceńskiej,  najciekawszej ze wszystkich.


Tak się prezentuje od głównej facjaty.


W sektorze chrześcijańskim dominują sklepy i stanowiska z dewocjonaliami oraz pamiątkami dla turystów. U muzułmanów sporą część stanowi sprzedaż dla miejscowych z mydłem i powidłem, mijamy wielu rzeźników z wypatroszonymi zwierzakami wiszącymi na hakach.






Oczywiście sklepów z suvenirami także nie brakuje, zwłaszcza przy głównych trasach. Często pojawia się motyw "Wolnej Palestyny" z Jerozolimą jako stolicą. I w tym momencie pozwolę sobie na małą dygresję: dla miasta byłoby najlepiej, aby to nigdy nie nastąpiło!


Po pierwsze: miasto stanowi obecnie jedną całość. Nie wyobrażam sobie, aby nagle przeciąć je w samym centrum granicą, szlabanami, pogranicznikami i murami. Sami mieszkańcy odczuliby najmocniej gdyby wróciły obrazki sprzed 1967 roku. A turyści? Przecież każdego dnia przechodziłbym kontrolę co najmniej dwa razy!


Po drugie: Izrael często bardzo brzydko traktuje Arabów (zwłaszcza na Zachodnim Brzegu), ale generalnie szanuje ich prawo (i każdego innego wyznania) do swoich miejsc kultu. Wszystkie meczety i całe Wzgórze Świątynne jest nadal zarządzane przez muzułmanów! Ba, przecież wierni spod zielonego sztandaru nadal stanowią większość mieszkańców Starego Miasta, nie zostali wypędzeni po przegranej wojnie sześciodniowej. Tymczasem co zrobiła Jordania w 1948 roku, kiedy zajęła jerozolimską starówkę? Wypędzono wszystkich Żydów, zniszczono niemal całkowicie całą dzielnicę żydowską, wręcz wymazano ją z mapy. Zburzono wszystkie lub prawie wszystkie synagogi, niszczono słynny żydowski cmentarz pod Górą Oliwną. Chrześcijanie zostali objęci ochroną, ale i tak stopniowo ograniczano ich swobodę, utrudniano dostęp pielgrzymom, postępowała powolna islamizacja wschodniej, jordańskiej Jerozolimy. Zresztą przez długi okres Jordania miastem się specjalnie nie interesowała, to była miejscowość na dalekich rubieżach ich państwa. Dziś się często zapomina o warunkach we Wschodniej Jerozolimie pod władzą Ammanu.
Jaką mamy gwarancję, że nowo powstałe Państwo Palestyna będzie tak tolerancyjne dla innowierców jak Izrael? Że nagle nie dojdą do władzy skrajni islamiści, którzy zaczną mordować niewiernych, burzyć kościoły i synagogi? Żadnej. Już w tej chwili chrześcijanom wcale lekko się nie żyje w Autonomii Palestyńskiej, a co dopiero, gdyby zostali tam całkowicie sami.


Po trzecie: mam poważne wątpliwości, czy byłoby to takie dobre dla samych jerozolimskich Arabów. Nie sądzę, aby poprawiłaby się ich sytuacja ekonomiczna, zwłaszcza po podziale miasta. A polityczna? Demokracja w społeczeństwach muzułmańskich to skomplikowana sprawa, delikatnie pisząc.
Po czwarte: to dyskusja akademicka, trudno sobie wyobrazić, aby Żydzi dobrowolnie oddali swoje święte miejsca muzułmanom. Dla nich byłaby to forma mentalnego samobójstwa.
Zatem dla dobra Jerozolimy, jej mieszkańców, turystów i miejsc kultu, mam nadzieję, że Wolna Palestyna w granicach sprzed 1967 roku nigdy nie powstanie, choć oczywiście rozumiem marzenia i pretensje Arabów. Ale to jeden z tych konfliktów światowych, który nie ma dobrego rozwiązania...


Wracamy na ulice dzielnicy muzułmańskiej: w przeciwieństwie do terenu chrześcijańskiego tu na każdym kroku widoczne są służby mundurowe. Wbrew powszechnej opinii nie jest to zazwyczaj wojsko, lecz straż graniczna (Magaw). Oprócz nich często widać ubranych na czarno policjantów.



O ile na głównych trasach dzielnicy turyści są mile widziani (a przynajmniej tak się czują), to w bocznych, pustych uliczkach wygląda to już inaczej. Gdy kręciliśmy się między Bramą Heroda a Lwów odprowadzały nas niechętne spojrzenia, a w pewnym momencie jakiś gówniarz... opluł Teresę! Na skrzyżowaniach hebrajskie napisy zostały zamazane.



Nie samym łażeniem żyje człowiek - warto zajrzeć do Austrian Hospice, najstarszego nadal działającego domu dla chrześcijańskich pątników. Dziś to bardziej hotel z elegancką restauracją, czyściutkimi korytarzami i wypasioną toaletą. Fragment Europy w Azji! Założono go w 1854 roku, więc na ścianach nie mogło zabraknąć portretów postaci z dynastii panującej.


Nie po to jednak przyszliśmy - budynek posiada ogólnodostępny dach (wstęp 5 szekli) z całkiem fajną panoramą starówki. Stąd po raz pierwszy ujrzałem złotą Kopułę na Skale, najbardziej charakterystyczny obiekt świętego miasta.



Wśród świątyń chrystusowych najwyższy jest neoromański Kościół Odkupienia, jedyny luterański w obrębie murów. Po prawej mało wyróżniająca się kopuła Bazyliki Grobu Świętego.


Od Austriaków przejdziemy się kilkaset metrów na wschód, do Bramy Lwów (Świętego Szczepana). Nazwa wzięła się od rzeźb zwierząt umieszczonych od zewnętrznej strony. Według legendy sułtana Sulejmana Wspaniałego męczył koszmar, w którym pożera go lew. Specjaliści od snów orzekli, że to lew Judy, symbol Jerozolimy, zajętej przez ojca władcy, a pozbawionej obwarowań. Sulejman kazał odbudować mury obronne i mógł od tej pory spać spokojnie.



Dla Żydów to brama szczególnie ważna - właśnie przez nią w 1967 roku izraelscy komandosi wkroczyli na teren starówki.

Niedaleko Lwów znajduje się eksterytorialna posiadłość Francji w Ziemi Świętej czyli bazylika św. Anny. Ją na razie pominiemy, natomiast tuż obok warto zerknąć na stanowisko archeologiczne przy sadzawce Owczej znanej jako Betesda.


Według Biblii Jezus uleczył tu paralityka, a historycy na pewno potwierdzą, że w czasach rzymskich istniały tu cysterny na wodę. Zresztą można o tym przekonać się osobiście, bowiem do antycznego basenu wystarczy zejść po kamiennych schodach.


Ruiny sadzawki głęboko w dole - poziom gruntu od czasów Heroda znacznie się podniósł.


W kolejnych okresach wzniesiono obok świątynie - najpierw Rzymianie czcili egipskiego Serapisa, następnie Bizantyjczycy uruchomili kościół św. Marii, a krzyżowcy swoją kaplicę.


Francuzi za wstęp na swój teren pobierają opłatę (10 szekli), a dodatkowo kwadrans po kupieniu biletu wygoniono nas, gdyż zaczynała się... przerwa południowa. Zabrakło tylko bagietek!

Jeśli od żabojadów skręcimy w prawo to wkrótce pojawią się tabliczki informujące, iż jesteśmy na najsłynniejszej ulicy Starego Miasta - Via Dolorosa.


(Doklejony napis w hebrajskim, a więc dolne płytki są także sprzed czasów żydowskiej administracji).

Stacje Drogi Krzyżowej zaczynają się w dzielnicy muzułmańskiej, a kończą w chrześcijańskiej, w Bazylice Grobu Świętego. Czasem są niepozorne i łatwe do przegapienia, innym razem mają bardziej rozbudowaną opcję, ale przy każdej przeważnie kręcą się grupy pielgrzymów. Dominującym językiem wśród nich jest... rosyjski!



Rosjanie są wszędzie. Już w samolocie stanowili przynajmniej jedną trzecią pasażerów. W Jerozolimie wyskakują z każdej dziury i z każdej ulicy. W Bazylice Grobu Świętego tak ze 70% wszystkich osób rozmawiało po rosyjsku. Nie wiem czy Putin zaczął dofinansowywać pielgrzymki czy dostali jakiś prikaz, ale strach było zaglądać do lodówki...

Obowiązkowym elementem rosyjskiego pielgrzyma w czasie Drogi Krzyżowej był krzyż. Inne nacje też je nosiły, ale raczej jeden wielki, a wśród Rosjan każdy musiał mieć swój, im cięższy, dłuższy i bardziej zdobiony, tym lepiej. Takie stoisko musiało zaspokoić ich wszystkie wymagania, chodzili potem z tymi krzyżami w podniesionych rękach niczym z mieczami, torując sobie drogę.


Dzielnica żydowska wygląda inaczej niż pozostałe - zabudowa jest tu przeważnie nowa, kilkudziesięcioletnia. Jordańczycy, po wygnaniu w 1948 wszystkich Żydów z terenu Starego Miasta, rozpoczęli wyburzanie ich sektora. W ciągu 19 lat rozebrano trzecią część budynków, uszkodzili wiele pozostałych. Występują rozbieżności odnośnie miejsc kultu: niektóre dane mówią, iż z 27 synagog zniszczono 22, inne, że na terenie całej starówki rozpieprzono wszystkie z wyjątkiem jednej. Synagogi i bożnice wysadzano w powietrze i bezczeszczono, zamieniano w stajnie i kurniki. Nie oszczędzono nawet kilkusetletnich zabytków. W miejsce Żydów ulokowano uchodźców z terenów zajętych przez Państwo Izrael, a ostatecznie planowano utworzyć tu wielki park. Na mapach turystycznych wydawanych przez Jordanię dzielnica żydowska nie istniała.


Karta historii odwróciła się w 1967 roku, gdy po błyskawicznym pokonaniu wszystkich arabskich przeciwników Żydzi zajęli całą Jerozolimę i oczywiście swoją dawną dzielnicę. Rozpoczęła się odbudowa, ale też... wyburzanie. Jej północno-wschodnią część zajmował niewielki kwartał marokański - taka dzielnica w dzielnicy. Pechowo leżał tuż przy największej współczesnej świętości wyznawców judaizmu, czyli Ścianie Płaczu. "Marokańczyków" eksmitowano w trybie natychmiastowym, a kilkaset domów i dwa meczety zrównano z ziemią, aby zrobić miejsce dla żydowskich tłumów przybywających do odzyskanego miejsca modlitw.

Dziś zamiast dzielnicy marokańskiej rozciąga się wolna przestrzeń, choć tej też ubywa, bo ciągle coś się tam nowego buduje. Poniżej punkt widokowy na święte obiekty obu nienawidzących się religii i zalewany cementem dach, który psuje kompozycję.


Niedaleko można obejrzeć ruiny romańskiego kościoła i szpitala Najświętszej Maryi Panny. Wybudowany w czasie wypraw krzyżowych dla pielgrzymów z krajów niemieckich, przez pewien okres czasu był w rękach Zakonu Krzyżackiego, który właśnie od tej świątyni wziął swą oficjalną nazwę.


Ulice i place są czyste, bez śmieci, zupełnie nie jak na Starym Mieście. Brak odpadających tynków i wszechobecnych kabli. Można odnieść wrażenie, że to w ogóle inna miejscowość! Nie słychać krzyków sprzedawców oraz nawołujących się znajomych, prawie nie widać wycieczek, za to sporo osób z przewieszonymi przez ramię karabinami, ale ubranych po cywilnemu - pewnie na urlopie lub po służbie.




Dzisiaj dzielnicę żydowską zamieszkuje około 2 tysięcy osób (w tym wielu ortodoksów), jest więc luźno w porównaniu z częścią arabską i chrześcijańską. A jeszcze na początku XX wieku populacja mojżeszowa liczyła 19 tysięcy!

Zamiast straganów mamy eleganckie sklepy: to najbogatsza i najdroższa część starówki, ceny w podziemnym pasażu są wyraźnie wyższe niż u sąsiadów.


W środku znajduje się synagoga Hurwa (Churba) zwieńczona charakterystyczną kopułą. Zrekonstruowano ją dziewięć lat temu.


Ciekawostką historyczną jest Cardo Maximus - antyczna ulica przecinające niegdysiejsze rzymskie i bizantyjskie miasto na osi północ-południe. Położona 6 metrów poniżej obecnego poziomu ulicy - taka jest różnica wysokości między Jerozolimą XXI wieku a Jerusalem z Nowego Testamentu.



"Protokoły Mędrców Syjonu", wydanie kolekcjonerskie.


Pora na ostatnią, najmniejszą dzielnicę - ormiańską. Często się o niej zapomina, choć znajduje się w niej kilka ważnych obiektów i restauracji z kuchnią kaukaską.





Kościoły pominę (miałem wrażenie, że tam prawie nie ma żadnych "normalnych" mieszkańców, a sami księża😏), ale warto wspomnieć o cytadeli Dawida - tureckiej twierdzy, najmasywniejszym fragmencie murów miejskich - leży ona właśnie na terenie dzielnicy ormiańskiej.



Jeśli ktoś jakimś cudem dotrwał do tego momentu, to przekonał się, że jest co oglądać w Jerozolimie, a przecież opisałem tylko Stare Miasto i to wybiórczo, bez najważniejszych punktów. Nie wyobrażam sobie, jak niektórzy próbują zaliczyć stolicę w jeden dzień lub kilka godzin. Fakt, główne atrakcje zobaczymy, ale goniąc się jak spuszczony z łańcucha pies.


Kiedy człowiek tak nieustannie chodzi i chodzi, to mimo niewielkiej odległości między murami miejskimi w końcu nadejdzie taka chwila, że będzie chciał usiąść i coś zjeść. Wybór jest spory, ceny też.

Posiłek u chrześcijan, przy tabliczce informującej Jezusa aby nie palił (rosyjska wycieczka była niepocieszona, że nie ma piwa).



I obiad u muzułmanów: menu wszędzie podobne - szawarmy, souvlaki, hummus i nieśmiertelne falafele. Za taki zestaw liczą sobie 80-110 szekli. Oczywiście można konsumować taniej, zwłaszcza poza śródmieściem i w budkach, ale nie chciało nam się daleko biegać.


Niektóre lokale przeżywają prawdziwe oblężenie - do tego na zdjęciu prawie cały czas stała nawet kilkunastoosobowa kolejka! Jak tylko zwolnił się stolik, to natychmiast zjawiali się kolejni chętni - zazwyczaj bogaci Arabowie w strojach pasterzy i - rzecz jasna - Rosjanie. Później dowiedziałem się, że podobno serwują tu najsmaczniejsze falafele w mieście... Podobno. Na pewno żadna kulka się nie zmarnuje: jeśli ktoś nie zje falafela, to kelnerzy ładują go z powrotem do miski i podają następnym.


Pragnienie nieźle gasi sok z wyciskanych owoców - najlepsze są z granata lub cytryny z miętą. Cena stała, z małą szansą na stargowanie.


Jerozolima to mieszanka obrazów, dźwięków, smaków i zapachów. Wiecie jaka woń najczęściej i najbardziej uderzała w mój nos? Nie przyprawy, nie grille, nie ćwiartowane zwierzaki, nie owoce... Zapach moczu! Czułem go niemal cały czas, wystarczyło tylko wyjść z kościoła albo jakiegoś cywilizowanego miejsca. Szczynami cuchnęło w uliczkach, w zaułkach, wśród zieleni, a także poza Starym Miastem. Mocz i Rosjanie - oto co utkwiło mi w głowie 😛.


14 komentarzy:

  1. Prawda jest taka, że tam gdzie "robi się pieniądz" inne, bardziej szlachetne rzeczy schodzą na dalszy plan - nawet jeśli w grę wchodzi profanacja miejsc świętych.
    Ładne fotki i ciekawy tekst:)
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za miłe słowa ;)

      W Jerozolimie można czasem odnieść wrażenie, że miejsca święte są dodatkiem do biznesu ;)

      Usuń
  2. No bo kto to widział, żeby kobieta paradowała w krótkim rękawku i bez burki po dzielnicy muzułmańskiej i to w biały dzień!:) Jerozolima przepiękna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Paradować może, tylko nie w bocznych uliczkach, bo tam chłopy są nieprzyzwyczajone do takiego ekshibicjonizmu :P

      Usuń
  3. Ciekawie pokazałeś Jerozolimę (no wiem, małą część).
    Z jednej strony tłumy, na które reaguje niemalże alergicznie, z drugiej kawał historii...jak córa będzie większa, może warto będzie zwiedzić!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Warto na pewno, ale cały czas się zastanawiałem kiedy ten cały względny spokój rąbnie... Bo tam sytuacja zmienia się z godziny na godzinę, kilkanaście lat temu strach było jechać, bo bomby wybuchały regularnie w autobusach i restauracjach...

      Usuń
  4. Już sama świadomość wyjątkowości tego miejsca sprawia, że chce się tam być. Mimo tłumów ludzi, mimo iż mówią po rosyjsku i wszędzie czuć urynę. Mam nadzieję dotrzeć tam kiedyś. Na razie zwiedzam sobie z Tobą bez tych wszystkich niedogodności :) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na szczęście jeszcze nie wymyślono takiej techniki, aby przekazywać zapachy w relacjach :D

      Usuń
  5. Widzę, że masz takie podejście do Jerozolimy, jak ja do Stambułu - niby pięknie, historia, widoki ale zauważasz minusy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystkie duże miasta mają swoje minusy. Ważne, aby nie przesłoniły plusów ;)

      Usuń
  6. Można się pogubić, nie tylko w uliczkach Starego Miasta, ale i w ilości miejsc do zobaczenia. Trudno ogarnąć! Mimo tego chciałabym kiedyś się wybrać do Jerozolimy. Ciekawe, co opiszesz w kolejnych częściach :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tam jest taki natłok atrakcji, że człowiek może zgłupieć. Niekiedy dopiero po czasie na spokojnie ogarniam, co widziałem ;)

      A Ty byłaś chyba w Izraelu, prawda?

      Usuń
  7. Byłam, ale na południu, czyli Eilat i okolice. Tylko atrakcje przyrodnicze pustyni Negew. Fajnie było.

    OdpowiedzUsuń