Ciężko było mi wstrzelić się w słoneczną lub bezdeszczową pogodę i ruszyć w
listopadzie w góry. Wreszcie w przedostatnią niedzielę miesiąca pojechaliśmy z
tatą w Beskid Śląsko-Morawski. Cel: tereny już nam dobrze znane, ale
nieodwiedzane od kilku lat. Zresztą mamy już przemierzone tyle szlaków tego
czeskiego pasma, iż naprawdę ciężko jest wymyślić coś całkowicie nowego.
Przyjeżdżamy do Kosarzysk (Košařiska, Kosarzisk), wioski położonej w
dolinie potoku Kopytná. Kosarzyska są do tej pory jednym z większych
skupisk ludności deklarujących narodowość polską (wójt nosi typowo czeskie
imię Janusz 😏), więc nie dziwi stojący w parku kamień w dwóch językach (choć
nazwa jest tylko po czesku). Z kolei na pobliskim drewnianym drogowskazie
dochodzą jeszcze napisy w śląskiej góralszczyźnie.
Skromny urząd gminy. Jak ci wszyscy urzędnicy się w nim mieszczą?
Wędrówkę zaczynamy korzystając ze ścieżki edukacyjnej, przynajmniej w teorii.
Istnieje ona na internetowej mapie, natomiast w terenie nie do końca, a
przynajmniej nie regularnie, w dodatku pojawiające się z rzadka znaczki są
dwóch kolorów, każdy prowadzi w inną stronę. Mijamy cmentarz ewangelicki i
kaplicę, wdrapując się stromo pod górę. Przez chmury przebijają pierwsze
promienie słońca.























