Otmęt (Ottmuth) to obecnie wschodnia dzielnica
Krapkowic (Krappitz), oddzielona od centrum Odrą. Historycznie były
to dwie osobne miejscowości, obie wzmiankowane po raz pierwszy w XIII wieku.
Potem jednak ich dzieje potoczyły się odmiennie: Krapkowice szybko uzyskały
prawa miejskie, a Otmęt pozostał wsią aż do 1962 roku, kiedy to został
zdegradowany to roli dzielnicy. Do dzisiaj w dużym stopniu zachował
charakter wiejski: pomimo, że mieszczą się w nim najważniejsze urzędy miasta,
to zabudowa w większości składa się z domów jednorodzinnych. Są jednak
wyjątki, którym się przyjrzymy, ale zaczniemy od cmentarza!
Starych grobów zachowało się bardzo mało, a te które są, niemal wszystkie mają
skute napisy. Czasem zostawiono imiona i nazwiska z datami, co wygląda jeszcze
bardziej strasznie. Udało nam się znaleźć
jeden przedwojenny grób, który uchował się w całości, może dlatego, ze tablicę
zasłania zielsko - dziś z kolei grozi mu usunięcie z powodu... nie opłacenia
kwatery. W przypadku człowieka zmarłego w 1939 roku faktycznie może być z tym
problem...
O przeszłości przypomina dwujęzyczny pomnik poświęcony ofiarom
czerwonoarmistów i wszystkich "wojen i tyranii". Sowieci weszli do
Otmętu w styczniu 1945 roku, a do Krapkowic przedarli się przez rzekę w
marcu.
Jeden z grobów pomalowany jest w barwy greckiej flagi. To plus alfabet
sugeruje, że spoczywa tutaj Greczynka przybyła po wojnie domowej na Śląsk.
Obok cmentarza znajdują się dwa budynki urzędu gminy. Starszy z nich był
kiedyś klasztorem sióstr miłosierdzia. Pomnik poświęcony pamięci pomordowanych
i męczonych przez Armię Czerwoną jest dedykowany również dawnym lokatorom: w
1945 zginęło w nim pięć zakonnic i proboszcz.
Pantofelek, czyli element Obuwniczego Szlaku Krapkowic. W sumie to znalazłem
tylko ten jeden, ale pewnie w centrum jest ich więcej.
Miejscowości partnerskie Krapkowic. Aż dziw, że nie ma wśród nich
morawskiego Zlína. Dlaczego powinien być? O tym za chwilę.
Otmęt, jak każda znacząca wioska, powinien już dawno temu posiadać świątynię, no
i ma ją od średniowiecza. Kościół Wniebowzięcia NMP datowany jest na
XIV wiek, według legendy wybudowali go templariusze, ale w rzeczywistości byli
to cystersi z Jemielnicy. Po rozbudowach i spaleniu w 1945 ma dziś formę
neobarokową.
Otaczający go mur również jest zabytkiem. Znalazło się pod nim miejsce na
kilka zniszczonych nagrobków, jedynie groby księży są kompletne.
Obok kościoła są ruiny zamku, które legenda również uparcie wiąże z
templariuszami. Zachowało się niewiele, m.in. fragmenty bastei, a możliwe, że wieża kościelna była kiedyś zamkową.
Zaglądam do środka kościoła, ale zbliża się msza, więc robię tylko kilka
zdjęć. W przedsionku przyczepiono do ścian dwa epitafia, lecz także z nich
usunięto napisy, więc można się tylko domyślać, kogo przedstawiają. To jednak
bardzo rzadki widok, że pozbywano się opisów na grobach z czasów renesansu,
nawet jeśli były w archaicznym niemieckim.
Oprócz zamku z kościołem sąsiadował też pałac, ale prawie nie znalazłem o nim
informacji. Widnieje on na pocztówkach z XIX wieku opisany jako
Schloss Ottmuth, możliwe, że powstał, gdy zamek przestał się nadawać do
mieszkania. Ponieważ nie znam dokładnej datacji, to nie wiem nawet która
rodzina go wybudowała, bowiem w tamtym stuleciu właściciele często się zmieniali.
Ostatnimi byli hrabowie von Pückler, a po nich hrabowie von Sponeck. Do
pałacu prowadzi średniowieczna brama zamknięta na kłódkę, ale znalazłem
przejście pomiędzy murami i oto wyszedłem w niedokończonej dobudówce, chyba
dość świeżej daty!
Są tu różne mądre sentencje oraz wyznania miłości lub nienawiści do partii politycznych...
Pałacowe piwnice są kompletnie wybebeszone. Po schodach wychodzę na piętro
dobudówki, skąd widać pałacową bryłę.
Za komuny w pałacu mieścił się Zakładowy Dom Kultury, dziś to obraz nędzy i
rozpaczy. Obok rozpoczęto budowę ośrodka dla chory dla alzheimera, lecz też go
nie dokończono i też straszy. Cały teren jest mocno porośnięty i trzeba
uważać, żeby nie wpaść do żadnej dziury.
Wracając do samochodu mijam szkołę. Przed budynkiem rozciąga się asfaltowe
boisko lekko nadgryzione upływem czasu. Kiedyś w tym miejscu stał sporej
wielkości Pomnik Poległych.
Szkołę kazał wybudować niejaki Tomáš Baťa, dyrektor przedsiębiorstwa
Bata. W 1931 zaczęła się nowa era w historii wioski: w Otmęcie otworzył
on filię swojej firmy pod nazwą Deutsche Schuh Aktiengesellschaft Bata. Powstały
charakterystyczne budynki z żelbetowym szkieletem, ze ścianami z czerwonej cegły i wielkimi oknami, a także cała architektura socjalna dla pracowników. "Kapitalizm z ludzką
twarzą" opiekował się robotnikami, aby wydajniej pracowali, lecz jednocześnie
ściśle ich kontrolował.
W 1938 filia została upaństwowiona przez hitlerowców, po wojnie wznosiła pracę
pod polskim zarządem jako Śląskie Zakłady Przemysłu Skórzanego "Otmęt". Dom Kultury przynależał właśnie pod te zakłady. Działały do 1999 roku,
potem dopadł je kapitalizm, ale już nie z ludzką twarzą. Teoretycznie w ich
miejsce powstały różne mniejsze firmy. Podjeżdżam pod dawną bramę główną i już
z daleka widzę, że większość obiektów produkcyjnych jest opuszczonych.
Większość budynków jako żywo przypomina Zlín, choć tamtejsze konstrukcje są
elegancko wyremontowane i nadal używane. Inne to jakieś hybrydy
architektoniczne, ale w końcu od czasów Baťy mieli pół wieku na
dobudówki.
Dziwnie wyglądają ściany, na których zostały same okna.
Nalepki firm ochroniarskich nadal straszą.
Po niektórych piętrach został tylko gruz.
Ciekawostka: zachowane częściowo hasło propagandowe. "ODRA NYSA" i słupek
graniczny, poniżej słabo widoczne "GRANICA POKOJU". Bąkiewicz zamalował?
Wychodząc zauważam dawną nazwę zakładu zakrytą tablicą reklamują firmę
powstałą na resztkach "Otmętu", ale chyba też już nieaktualną.
Wielkie przedsiębiorstwo produkcyjne posiadało wielki biurowiec, który obecnie
służy jako starostwo powiatowe i urząd pracy. Nad głównymi drzwiami powieszono
aż sześć flag, są też dwujęzyczne napisy, ale jakiś geniusz postanowił, że
nazwy pozostaną w języku polskim. Lingwistyczna porażka, lecz pewnie polityczny
sukces.
W położonym obok starostwa parku niedawno postawiono pomnik Tomáša Baťi.
Też go spolonizowano, konsekwencja musi być.
Zachodzę nad pobliską Odrę, płynącą zaraz obok zakładów. Na brzegu
siedzi sobie chłop i wiąże buty. Grunt to znaleźć sobie jakieś hobby.
Od końca XIX wieku nad rzeką przerzucony był most kolejowy na linii
Gogolin-Prudnik. Wysadzono go w 1945 roku, odbudowano, a w 1997 roku zerwała
go "powódź tysiąclecia". Linia i tak była wcześniej rzadko używana, przewozy
pasażerów zawieszono na początku lat 90., ale powódź okazała się gwoździem do
trumny. Most podniesiono, jednak służył jedynie jako kładka dla pieszych, a od
niedawna również dla samochodów osobowych.
Odcinek torów w kierunku Gogolina został całkowicie rozebrany, a dworzec
kolejowy Krapkowice Otmęt stoi pośrodku niczego.
W internecie często można przeczytać, że jak się komuś nie podoba w Polsce, to
ma spadać za Odrę. Może to wywołać pewną dezorientację u osób mieszkających za
Odrą, czyli mniej więcej u połowy ludności Śląska, ale internet nie kłamie,
więc i ja przekraczam Odrę do Krapkowic "właściwych". Na drugim brzegu tory
nadal istnieją, a nawet je wyremontowano.
Służą wyłącznie składom towarowym, zatem Krapkowice są jednym z licznych
polskich miast powiatowych pozbawionych kolejowego ruchu pasażerskiego. Nawiasem pisząc z
ruchem autokarowym też jest słabo, a na początku tego roku doszło do
zawieszenia większości kursów realizowanych przez PKS Opole. Nie przeszkadza
to władzom miasta snuć planów wybudowania... centrum przesiadkowego za kilka
milionów. Jednak Polska to bogaty kraj!
Zaglądam na dworzec kolejowy, ktoś w nim mieszka. Boczne tory używane są jako
rabatki 😊.
Cisza, spokój i rozgrzany słońcem beton. Wagony wyglądają, jakby stały tu już
długo.
Zalane asfaltem odbicie do pobliskich, nadal działających zakładów
mechanicznych.
W okolicy dworca, oddalonej o kilometr od rynku, jest kilka interesujących
miejsc i konstrukcji. Na początek coś dla miłośników heraldyki: rozsypująca
się mozaika przedstawiająca herb Krapkowic.
Dla miłośników innego rodzaju sztuki zapomniana rzeźba leżącej kobiety i wyciskającej piłkę. Podobno kiedyś była to fontanna, a piłka to tak naprawdę dzban 😛.
Dla miłośników Żydów jest cmentarz między ulicami Obuwników i
Kolejową. Zachował się dom przedpogrzebowy, który teraz służy chyba jako szopa
sąsiedniego budynku, zachowały się mury i kilkadziesiąt macew. Problem jest
taki, że nie ma bramy, mury są trochę za wysokie na przeskoczenie, a nad nimi
nic nie widać, bowiem kirkut całkowicie zarósł.
Obchodzę cmentarz z drugiej strony, ale tam też nie ma wejścia. Znajduję za to
ukryte wśród deszcz klomby oraz zaniedbane korty tenisowe. Jest to teren
dawnego zakładowego ośrodka wypoczynkowego z lat Gierka. Oprócz kortów działał
tu też basen.
I wreszcie coś dla miłośników przemysłu: trzy wapienniki stoją pomiędzy
różnymi warsztatami i niszczeją. Powstały prawdopodobnie pod koniec XIX wieku,
a w okresie międzywojennym właścicielem interesu wapienniczego był facet
nazywający się Conrad Kluczny
Prawdziwą gratką są jednak zakłady papiernicze. Tak jak Otmęt szył
buty, tak po drugiej stronie Odry produkowano papier, tyle, że wcześniej.
Fabrykę zaczęto stawiać w 1899 roku, uczyniła to firma z Wrocławia, a
uruchomiono ją dwa lata później jako Krappitzer Papierfabrik A.G.. Wkrótce jej śladem poszli okoliczni arystokraci: hrabia von Donersmarck
rozbudował swój dotychczasowy zakład o papiernię, a hrabia von Haugwitz
uruchomił własny niedaleko dworca kolejowego. W latach 30. wszystkie trzy
podmioty zostały przejęte przez koncern ze Szczecina, a potem z Berlina,
tworząc przedsiębiorstwo Natronzellstoff und Papierfabriken A.G.,
będące w czołówce niemieckiej branży papierniczej.
Armia Czerwona nie mogła przejść obok takiego czegoś obojętnie, więc zakłady
doszczętnie rozkradła. Mimo wszystko Polakom udało się dość szybko wznowić
produkcję już pod szyldem Krapkowickich Zakładów Papierniczych -
ich siedziba przez kilka pierwszych lat mieściła się w Kaletach. Miały nieco
więcej szczęścia niż te w Otmęcie, bo przejęła ja fińska marka Metsa Tissue
i papiernictwo trwa, choć już nie w zabytkowych halach, które w większości
niszczeją. A jest tu na czym oko zawiesić, szczególnie na wieży ciśnień
opanowanej obecnie przez gołębie.
Dokładnie naprzeciwko wieży po drugiej stronie ulicy stoi willa dyrektora, a
dziś chyba noclegi pracownicze. Przed willą stoi jakiś dżentelmen i wydziera się
do telefonu.
Pomiędzy starymi halami wzniesiono dwie wartownie: jedna jest używana, druga już
nie.
Biurowiec, kiedyś dyrekcja, współcześnie chyba opuszczony. Lata 30. czy
powojenny? Z boku zdewastowany pomnik poświęcony ofiarom faszyzmu.
Średnia wiekowo część fabryki, czyli ewidentnie końcówka lat międzywojennych
wraz z późniejszymi dobudówkami. Okna powybijane albo dla odmiany zasłonięte
deskami.
Najnowsza część fabryki, która nadal działa. Tylko kapliczka (?) starsza.
I już chciałem wsiadać do auta kończąc wizytę w Krapkowicach, gdy dojrzałem,
że w krzaki prowadzi wydeptana ścieżka. Poszedłem nią i dotarłem do
zablokowanych drzwi, za którymi kiedyś działał bar albo sklepik.
Z boku widzę wybite okno na parterze. Chwilę się waham, bo szkoło
niebezpiecznie sterczy ze wszystkich stron, ale myślę "jak nie teraz, to
kiedy?", po czym włażę do środka.
W czasach niemieckich gdzieś tu mieściła się gospoda, a potem stołówka,
natomiast większość pomieszczeń pełniła funkcje biurowe. Próżno szukać jednak
jakiś istotnych pozostałości, zabrano nawet instalacje. Przechadzając się
korytarzami z chrupaniem szkła pod butami widzę wszędzie ten sam obrazek.
Wyglądam na wewnętrzny dziedziniec, gdzie strzela w górę wysoki komin, a
roślinność powoli odzyskuje teren. Nie wiem, czy budynki w tle są jeszcze
używane.
Krapkowice nie są zbyt często odwiedzane przez turystów, a jeśli tacy się
zjawią, to zazwyczaj odwiedzają rynek i jego przyległości. Ta wizyta dowodzi,
że czasem warto zajrzeć w rejony na obrzeżach 😊.































































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz