poniedziałek, 15 czerwca 2026

Otmęt i Krapkowice - spojrzenie nieoczywiste

Otmęt (Ottmuth) to obecnie wschodnia dzielnica Krapkowic (Krappitz), oddzielona od centrum Odrą. Historycznie były to dwie osobne miejscowości, obie wzmiankowane po raz pierwszy w XIII wieku. Potem jednak ich dzieje potoczyły się odmiennie: Krapkowice szybko uzyskały prawa miejskie, a Otmęt pozostał wsią aż do 1962 roku, kiedy to został zdegradowany to roli dzielnicy. Do dzisiaj w dużym stopniu zachował charakter wiejski: pomimo, że mieszczą się w nim najważniejsze urzędy miasta, to zabudowa w większości składa się z domów jednorodzinnych. Są jednak wyjątki, którym się przyjrzymy, ale zaczniemy od cmentarza!


Starych grobów zachowało się bardzo mało, a te które są, niemal wszystkie mają skute napisy. Czasem zostawiono imiona i nazwiska z datami, co wygląda jeszcze bardziej strasznie. Udało nam się znaleźć jeden przedwojenny grób, który uchował się w całości, może dlatego, ze tablicę zasłania zielsko - dziś z kolei grozi mu usunięcie z powodu... nie opłacenia kwatery. W przypadku człowieka zmarłego w 1939 roku faktycznie może być z tym problem...


O przeszłości przypomina dwujęzyczny pomnik poświęcony ofiarom czerwonoarmistów i wszystkich "wojen i tyranii". Sowieci weszli do Otmętu w styczniu 1945 roku, a do Krapkowic przedarli się przez rzekę w marcu. 


Jeden z grobów pomalowany jest w barwy greckiej flagi. To plus alfabet sugeruje, że spoczywa tutaj Greczynka przybyła po wojnie domowej na Śląsk.


Obok cmentarza znajdują się dwa budynki urzędu gminy. Starszy z nich był kiedyś klasztorem sióstr miłosierdzia. Pomnik poświęcony pamięci pomordowanych i męczonych przez Armię Czerwoną jest dedykowany również dawnym lokatorom: w 1945 zginęło w nim pięć zakonnic i proboszcz.


Pantofelek, czyli element Obuwniczego Szlaku Krapkowic. W sumie to znalazłem tylko ten jeden, ale pewnie w centrum jest ich więcej.


Miejscowości partnerskie Krapkowic. Aż dziw, że nie ma wśród nich morawskiego Zlína. Dlaczego powinien być? O tym za chwilę.


Otmęt, jak każda znacząca wioska, powinien już dawno temu posiadać świątynię, no i ma ją od średniowiecza. Kościół Wniebowzięcia NMP datowany jest na XIV wiek, według legendy wybudowali go templariusze, ale w rzeczywistości byli to cystersi z Jemielnicy. Po rozbudowach i spaleniu w 1945 ma dziś formę neobarokową.


Otaczający go mur również jest zabytkiem. Znalazło się pod nim miejsce na kilka zniszczonych nagrobków, jedynie groby księży są kompletne.



Obok kościoła są ruiny zamku, które legenda również uparcie wiąże z templariuszami. Zachowało się niewiele, m.in. fragmenty bastei, a możliwe, że wieża kościelna była kiedyś zamkową.


Zaglądam do środka kościoła, ale zbliża się msza, więc robię tylko kilka zdjęć. W przedsionku przyczepiono do ścian dwa epitafia, lecz także z nich usunięto napisy, więc można się tylko domyślać, kogo przedstawiają. To jednak bardzo rzadki widok, że pozbywano się opisów na grobach z czasów renesansu, nawet jeśli były w archaicznym niemieckim.



Oprócz zamku z kościołem sąsiadował też pałac, ale prawie nie znalazłem o nim informacji. Widnieje on na pocztówkach z XIX wieku opisany jako Schloss Ottmuth, możliwe, że powstał, gdy zamek przestał się nadawać do mieszkania. Ponieważ nie znam dokładnej datacji, to nie wiem nawet która rodzina go wybudowała, bowiem w tamtym stuleciu właściciele często się zmieniali. Ostatnimi byli hrabowie von Pück­ler, a po nich hrabowie von Sponeck. Do pałacu prowadzi średniowieczna brama zamknięta na kłódkę, ale znalazłem przejście pomiędzy murami i oto wyszedłem w niedokończonej dobudówce, chyba dość świeżej daty!


Są tu różne mądre sentencje oraz wyznania miłości lub nienawiści do partii politycznych...


Pałacowe piwnice są kompletnie wybebeszone. Po schodach wychodzę na piętro dobudówki, skąd widać pałacową bryłę.



Za komuny w pałacu mieścił się Zakładowy Dom Kultury, dziś to obraz nędzy i rozpaczy. Obok rozpoczęto budowę ośrodka dla chory dla alzheimera, lecz też go nie dokończono i też straszy. Cały teren jest mocno porośnięty i trzeba uważać, żeby nie wpaść do żadnej dziury.


Wracając do samochodu mijam szkołę. Przed budynkiem rozciąga się asfaltowe boisko lekko nadgryzione upływem czasu. Kiedyś w tym miejscu stał sporej wielkości Pomnik Poległych.


Szkołę kazał wybudować niejaki Tomáš Baťa, dyrektor przedsiębiorstwa Bata. W 1931 zaczęła się nowa era w historii wioski: w Otmęcie otworzył on filię swojej firmy pod nazwą Deutsche Schuh Aktiengesellschaft Bata. Powstały charakterystyczne budynki z żelbetowym szkieletem, ze ścianami z czerwonej cegły i wielkimi oknami, a  także cała architektura socjalna dla pracowników. "Kapitalizm z ludzką twarzą" opiekował się robotnikami, aby wydajniej pracowali, lecz jednocześnie ściśle ich kontrolował.
W 1938 filia została upaństwowiona przez hitlerowców, po wojnie wznosiła pracę pod polskim zarządem jako Śląskie Zakłady Przemysłu Skórzanego "Otmęt". Dom Kultury przynależał właśnie pod te zakłady. Działały do 1999 roku, potem dopadł je kapitalizm, ale już nie z ludzką twarzą. Teoretycznie w ich miejsce powstały różne mniejsze firmy. Podjeżdżam pod dawną bramę główną i już z daleka widzę, że większość obiektów produkcyjnych jest opuszczonych.


Większość budynków jako żywo przypomina Zlín, choć tamtejsze konstrukcje są elegancko wyremontowane i nadal używane. Inne to jakieś hybrydy architektoniczne, ale w końcu od czasów Baťy mieli pół wieku na dobudówki. 




Dziwnie wyglądają ściany, na których zostały same okna.



Nalepki firm ochroniarskich nadal straszą.


Po niektórych piętrach został tylko gruz.


Ciekawostka: zachowane częściowo hasło propagandowe. "ODRA NYSA" i słupek graniczny, poniżej słabo widoczne "GRANICA POKOJU". Bąkiewicz zamalował?


Wychodząc zauważam dawną nazwę zakładu zakrytą tablicą reklamują firmę powstałą na resztkach "Otmętu", ale chyba też już nieaktualną.


Wielkie przedsiębiorstwo produkcyjne posiadało wielki biurowiec, który obecnie służy jako starostwo powiatowe i urząd pracy. Nad głównymi drzwiami powieszono aż sześć flag, są też dwujęzyczne napisy, ale jakiś geniusz postanowił, że nazwy pozostaną w języku polskim. Lingwistyczna porażka, lecz pewnie polityczny sukces.



W położonym obok starostwa parku niedawno postawiono pomnik Tomáša Baťi. Też go spolonizowano, konsekwencja musi być.


Zachodzę nad pobliską Odrę, płynącą zaraz obok zakładów. Na brzegu siedzi sobie chłop i wiąże buty. Grunt to znaleźć sobie jakieś hobby.


Od końca XIX wieku nad rzeką przerzucony był most kolejowy na linii Gogolin-Prudnik. Wysadzono go w 1945 roku, odbudowano, a w 1997 roku zerwała go "powódź tysiąclecia". Linia i tak była wcześniej rzadko używana, przewozy pasażerów zawieszono na początku lat 90., ale powódź okazała się gwoździem do trumny. Most podniesiono, jednak służył jedynie jako kładka dla pieszych, a od niedawna również dla samochodów osobowych.


Odcinek torów w kierunku Gogolina został całkowicie rozebrany, a dworzec kolejowy Krapkowice Otmęt stoi pośrodku niczego.


W internecie często można przeczytać, że jak się komuś nie podoba w Polsce, to ma spadać za Odrę. Może to wywołać pewną dezorientację u osób mieszkających za Odrą, czyli mniej więcej u połowy ludności Śląska, ale internet nie kłamie, więc i ja przekraczam Odrę do Krapkowic "właściwych". Na drugim brzegu tory nadal istnieją, a nawet je wyremontowano.


Służą wyłącznie składom towarowym, zatem Krapkowice są jednym z licznych polskich miast powiatowych pozbawionych kolejowego ruchu pasażerskiego. Nawiasem pisząc z ruchem autokarowym też jest słabo, a na początku tego roku doszło do zawieszenia większości kursów realizowanych przez PKS Opole. Nie przeszkadza to władzom miasta snuć planów wybudowania... centrum przesiadkowego za kilka milionów. Jednak Polska to bogaty kraj! 

Zaglądam na dworzec kolejowy, ktoś w nim mieszka. Boczne tory używane są jako rabatki 😊.



Cisza, spokój i rozgrzany słońcem beton. Wagony wyglądają, jakby stały tu już długo.


Zalane asfaltem odbicie do pobliskich, nadal działających zakładów mechanicznych.


W okolicy dworca, oddalonej o kilometr od rynku, jest kilka interesujących miejsc i konstrukcji. Na początek coś dla miłośników heraldyki: rozsypująca się mozaika przedstawiająca herb Krapkowic.


Dla miłośników innego rodzaju sztuki zapomniana rzeźba leżącej kobiety i wyciskającej piłkę. Podobno kiedyś była to fontanna, a piłka to tak naprawdę dzban 😛.


Dla miłośników Żydów jest cmentarz między ulicami Obuwników i Kolejową. Zachował się dom przedpogrzebowy, który teraz służy chyba jako szopa sąsiedniego budynku, zachowały się mury i kilkadziesiąt macew. Problem jest taki, że nie ma bramy, mury są trochę za wysokie na przeskoczenie, a nad nimi nic nie widać, bowiem kirkut całkowicie zarósł.



Obchodzę cmentarz z drugiej strony, ale tam też nie ma wejścia. Znajduję za to ukryte wśród deszcz klomby oraz zaniedbane korty tenisowe. Jest to teren dawnego zakładowego ośrodka wypoczynkowego z lat Gierka. Oprócz kortów działał tu też basen.


I wreszcie coś dla miłośników przemysłu: trzy wapienniki stoją pomiędzy różnymi warsztatami i niszczeją. Powstały prawdopodobnie pod koniec XIX wieku, a w okresie międzywojennym właścicielem interesu wapienniczego był facet nazywający się Conrad Kluczny



Prawdziwą gratką są jednak zakłady papiernicze. Tak jak Otmęt szył buty, tak po drugiej stronie Odry produkowano papier, tyle, że wcześniej. Fabrykę zaczęto stawiać w 1899 roku, uczyniła to firma z Wrocławia, a uruchomiono ją dwa lata później jako Krappitzer Papierfabrik A.G.. Wkrótce jej śladem poszli okoliczni arystokraci: hrabia von Donersmarck rozbudował swój dotychczasowy zakład o papiernię, a hrabia von Haugwitz uruchomił własny niedaleko dworca kolejowego. W latach 30. wszystkie trzy podmioty zostały przejęte przez koncern ze Szczecina, a potem z Berlina, tworząc przedsiębiorstwo Natronzellstoff und Papierfabriken A.G., będące w czołówce niemieckiej branży papierniczej.


Armia Czerwona nie mogła przejść obok takiego czegoś obojętnie, więc zakłady doszczętnie rozkradła. Mimo wszystko Polakom udało się dość szybko wznowić produkcję już pod szyldem Krapkowickich Zakładów Papierniczych - ich siedziba przez kilka pierwszych lat mieściła się w Kaletach. Miały nieco więcej szczęścia niż te w Otmęcie, bo przejęła ja fińska marka Metsa Tissue i papiernictwo trwa, choć już nie w zabytkowych halach, które w większości niszczeją. A jest tu na czym oko zawiesić, szczególnie na wieży ciśnień opanowanej obecnie przez gołębie.



Dokładnie naprzeciwko wieży po drugiej stronie ulicy stoi willa dyrektora, a dziś chyba noclegi pracownicze. Przed willą stoi jakiś dżentelmen i wydziera się do telefonu.


Pomiędzy starymi halami wzniesiono dwie wartownie: jedna jest używana, druga już nie.


Biurowiec, kiedyś dyrekcja, współcześnie chyba opuszczony. Lata 30. czy powojenny? Z boku zdewastowany pomnik poświęcony ofiarom faszyzmu.


Średnia wiekowo część fabryki, czyli ewidentnie końcówka lat międzywojennych wraz z późniejszymi dobudówkami. Okna powybijane albo dla odmiany zasłonięte deskami.



Najnowsza część fabryki, która nadal działa. Tylko kapliczka (?) starsza.


I już chciałem wsiadać do auta kończąc wizytę w Krapkowicach, gdy dojrzałem, że w krzaki prowadzi wydeptana ścieżka. Poszedłem nią i dotarłem do zablokowanych drzwi, za którymi kiedyś działał bar albo sklepik.


Z boku widzę wybite okno na parterze. Chwilę się waham, bo szkoło niebezpiecznie sterczy ze wszystkich stron, ale myślę "jak nie teraz, to kiedy?", po czym włażę do środka.


W czasach niemieckich gdzieś tu mieściła się gospoda, a potem stołówka, natomiast większość pomieszczeń pełniła funkcje biurowe. Próżno szukać jednak jakiś istotnych pozostałości, zabrano nawet instalacje. Przechadzając się korytarzami z chrupaniem szkła pod butami widzę wszędzie ten sam obrazek.





Wyglądam na wewnętrzny dziedziniec, gdzie strzela w górę wysoki komin, a roślinność powoli odzyskuje teren. Nie wiem, czy budynki w tle są jeszcze używane.


Krapkowice nie są zbyt często odwiedzane przez turystów, a jeśli tacy się zjawią, to zazwyczaj odwiedzają rynek i jego przyległości. Ta wizyta dowodzi, że czasem warto zajrzeć w rejony na obrzeżach 😊.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz