czwartek, 16 lipca 2020

Wielkopolskie muzea: w Biskupinie, Początków Państwa Polskiego w Gnieźnie i Pierwszych Piastów na Ostrowie Lednickim.

W tym wpisie chciałbym zaprosić do wirtualnego zwiedzenia trzech ważnych muzeów: jednego tradycyjnego w Gnieźnie i dwóch plenerowych w jego okolicy. Opiszę je zgodnie z chronologią moich wizyt.

Najpierw zajrzymy do Biskupina i jego słynnego Muzeum Archeologicznego. Administracyjnie to województwo kujawsko-pomorskie, ale historycznie jesteśmy na Pałukach, krainie wchodzącej w skład Wielkopolski. 

W Biskupinie odkrycie śladów przeszłości nastąpiło tak, jak zdarza się często, bo przez przypadek: w wyniku prac melioracyjnych poziom jeziora się obniżył i odsłonił starożytne pozostałości. Zaczęli je zbierać tutejsi chłopi, nie zdając sobie sprawy z tego jak są cenne, a w końcu dzieci pokazały je nauczycielowi, który nagłośnił sprawę. To jedna wersja historii, druga mówi, że nauczyciel sam w czasie spaceru zauważył, że z wody coś się wyłania. Ponieważ władze nie wykazały zainteresowania odkryciem, dotarł on do profesora archeologii z Uniwersytetu Poznańskiego, Józefa Kostrzewskiego i ten zainicjował prace badawcze. Na kalendarzu kartki wskazywały rok 1934.

Wykopaliska prowadzono w latach 30., następnie kontynuowali je Niemcy w czasie wojny (oczywiście im przyświecał cel dokładnie odwrotny niż Polakom), a potem już w PRL-u. Od 1950 roku działa muzeum/skansen, który zawsze chciałem odwiedzić. Teraz nadarzyła się okazja, choć znajomi ostrzegali: "Zawiedziesz się". Zapewne. Jak człowiek koniecznie chce coś zobaczyć, to bardzo często okazuje się, iż rzeczywistość nie nadąża za wyobrażeniami.


Na dzień dobry niemiły ceremoniał: płacimy za bilety wstępu, a dodatkowo za parking. Bez sensu. Okolica zorganizowała się turystycznie wokół skansenu: widać tablice kierujące do mniej lub bardziej interesujących miejsc, utworzono jakieś dziwne muzea, pokraczne place zabaw, punkty gastronomiczne i tym podobne. Staramy się nie zwracać na to uwagi i już mieliśmy przekroczyć bramę wejściową, gdy nadjechał pociąg! Nie byle jaki, tylko wąskotorowy. To fragment Żnińskiej Kolei Powiatowej, kursującej ze Żnina do Gąsawy. Nawet przez chwilę się zastanawiamy, czy również się nie przejechać tam i z powrotem, lecz w końcu udajemy się na zwiedzanie.


wtorek, 7 lipca 2020

Gniezno - miasto prymasa i królików.

Powiat gnieźnieński reklamuje się hasłem "tu powstała Polska", ale w dużym stopniu można je odnieść także do samego Gniezna (łac. Gnesna, niem. Gnesen). Co prawda raczej nie tutaj dokonano chrztu Mieszka I (choć tak uczono mnie w szkole), ale było ono prawdopodobnie pierwszą stałą stolicą państwa. Wcześniej Piastowie nie mieli jednego centralnego ośrodka, przenosił się on wraz z władcą, ale pod koniec X wieku taką rolę przyjęło właśnie Gniezno. Tu istniało już od kilku dekad książęce palatium, tu Mieszko wzniósł kościół, w którym miał pochować swoją czeską żonę, tutaj wreszcie w 1000 roku odbył się słynny zjazd gnieźnieński i ustanowiono pierwszą metropolię kościelną (pierwsze biskupstwo powstało w Poznaniu po chrzcie władcy i sam Poznań także bywa uznawany za pierwszy główny gród Piastów - dyskusja na ten temat trwa od kilkuset lat i nie ma końca). O Gnieźnie jako stolicy wyraźnie wspominał Gall Anonim, a pierwsi królowe zakładali tu koronę.

Gniezno swoją stołeczną rolę pełniło dość krótko, do czeskiego najazdu w 1038 roku, kiedy to zostało doszczętnie zniszczone przez księcia Brzetysława. Funkcję najważniejszego ośrodka kościelnego utrzymało jednak do dzisiaj, mimo, że czasami można odnieść wrażenie, iż przeniósł się on do Torunia 😏. Z tego też powodu najcenniejsze zabytki w mieście to obiekty sakralne, więc o nich będę się w tym wpisie rozpisywał.

Pierwszy z nich i to od razu "numer 1" widać znad jeziora Jelonek, kilkaset metrów od naszego miejsca noclegowego.


czwartek, 2 lipca 2020

Wschodnia Wielkopolska - od leśnej cerkwi w Chróścinie do łuku triumfalnego w Ślesinie

O tej porze roku zazwyczaj kręcę się przez kilka dni za polską granicą. Tym razem wirus wymusił zmianę planów - z powodu zamknięcia granic konieczne stało się zaplanowanie "czerwcówki" w Polsce. Bo jeśli nie teraz, to kiedy? Głównym celem stała się Wielkopolska, a konkretnie jej wschodnia część.

Zwiedzanie postanowiła torpedować pogoda. Na weekend zapowiadano same kataklizmy przewalające się przez Polskę - bardzo silne deszcze, gradobicia, burze, a nawet trąby powietrzne. Ostatnio często tak mam, gdy zamierzam gdzieś się ruszyć na dłużej, podejrzewam, że to celowe działanie kogoś odpowiedzialnego za aurę 😏. Piątkowy poranek przywitał mżawką, która z każdą chwilą robiła się silniejsza. W ostatniej śląskiej wiosce - Gołkowicach (Golkowitz, 1936–1945 Alteichen) - leje już tak mocno, że nie można bezpiecznie jechać. Zatrzymuję wóz pod murem otaczającym miejscowy pałac i czekamy na poprawę. Mija kwadrans, droga zmieniła się w potok, przejeżdżające obok auta wzbijają półtorametrowe fontanny. Wreszcie po pół godzinie poprawiło się na tyle, że można było ruszyć dalej, ale ostrożnie - asfalt przykrywa warstwa wody sięgająca połowy kół albo i wyżej. Liczne dziury w nawierzchni zaczęły pełnić rolę pułapek wciągających kierowców...

Na poniższym zdjęciu nie fotografowałem brzegu jeziora - to skraj drogi, a w tamtym momencie dość wartkiego strumienia 😏.


W pewnym momencie niespodziewanie wszystko się uspokoiło i tylko pojedyncze krople uderzają w karoserię. Staję przed mostem przerzuconym nad Prosną. W tym miejscu przez całe wieki znajdowała się granica. Początkowo Rzeczpospolitej i Śląska, potem Rosji i Prus. W okresie międzywojennym rozdzielała Polskę i Niemcy. Obecnie została zdegradowana do granicy województw. Na drugim brzegu, w Goli, jeszcze w ubiegłym roku stał budynek strażników granicznych lub celnych. Dziś zastąpił go... domek holenderski 😛.



piątek, 26 czerwca 2020

Rowerem po wschodnich obrzeżach Gór Opawskich

Pewnej czerwcowej soboty ruszyliśmy w Góry Opawskie. Samochodem, ale na tylnych siedzeniach i w bagażniku leżały rowery. Wschodnia część pasma jest na tyle niska, iż dobrze będzie się nadawać do tej formy transportu. Wysokości nad poziomem morza są tak małe, że w nowym podziale geograficznym rejon ten został zdegradowany do Przedgórza Paczkowskiego. Trzymamy się jednak klasycznego podziału Jerzego Kondrackiego i przyjmujemy, że jedziemy w najprawdziwsze góry.

Wybraliśmy się dość wcześnie, przynajmniej z naszego punktu widzenia. Powody ku temu były trzy: zapowiadane upały, zapowiadane popołudniowe burze oraz mój plan dotarcia wieczorem do koleżanki na grilla. Po godzinie 8-mej zjawiamy się w Prudniku (Neustadt) i parkujemy auto obok Parku Miejskiego. Bastek wyciąga sprzęt, a ja idę sfotografować pobliski pomnik z napisem "Bóg i Ojczyzna".



Oporządzeni i spakowani kierujemy się na siodełkach w kierunku południowym. Jeśli mnie pamięć nie myli, to moja ostatnia wyprawa na kołach w góry była chyba jeszcze w szkole średniej. Tylko poziomice nieco wyższe, bo dotarliśmy na Skrzyczne 😏.

piątek, 19 czerwca 2020

Ustrzyki Górne w deszczu, Mała i Wielka Rawka na pocieszenie

Ostatni poranek w Bieszczadach wita mnie deszczem... Jakoś mnie to wcale nie dziwi. Komplikuje jednak resztę dnia, skoro autobus powrotny na Śląsk mam dopiero o 21.40. Co ja będę robił cały dzień? Na wielogodzinne siedzenie w barze mnie nie stać...

Na początek próbuję się rozgrzać pod prysznicem, ale woda jest co najwyżej letnia. Jeszcze nie udało mi się spotkać w "Kremenarosie" ciepłej. Podobno to wina ogrzewania z paneli słonecznych, ale mało to interesuje człowieka przy tej pogodzie. Następnie wcinam na śniadanie jajecznicę, niechętnie się pakuję i punktualnie o 10-tej oddaję klucz. Plecak zostawiam w części restauracyjnej schroniska, w kącie - obsługa jest przyzwyczajona, bo turyści czekają na transport aż do wieczora, wczoraj tak robiło kilka osób.

Idę się przejść po Ustrzykach Górnych (Устрики Горішні). W deszczu wyglądają jeszcze bardziej ponuro niż zwykle...



Mijam zamknięte lokale... "Bieszczadzką Legendę" zlikwidowano. Podobno rzeczywiście była legendarna. No cóż, ja tam zajrzałem ze dwa razy i wszyscy w środku byli już w takim stanie, że ciężko było z kimkolwiek się dogadać.


niedziela, 14 czerwca 2020

Zobaczyć Tarnicę i zmoknąć. A potem się zachwycić.

Najwyższy szczyt Bieszczad(ów) zdobyłem tylko raz, cztery lata temu. Od tamtego czasu wpisany jest na listę rezerwową miejsc do odwiedzenia, zawsze było coś ciekawszego. Tym razem także miałem inny pomysł: w trzeci dzień pobytu chciałem przejść się Połoniną Wetlińską i Caryńską do Ustrzyk Górnych, gdzie w "Kremenarosie" zarezerwowałem nocleg. No, ale plany są po to, aby je zmieniać! Wyjeżdżałem rano z bacówki w Jaworcu w otoczeniu prawie bezchmurnego nieba, te jednak bardzo szybko zaczęło niebezpiecznie się zaciągać. W głowie biły mi się różne myśli, lecz w końcu poprosiłem poznaną w schronisku koleżankę (która zgodziła się mnie podwieźć na szlak), aby wysadziła mnie dopiero w Ustrzykach.

W "Kremenarosie" czekają na mnie dwie wiadomości. Dobra to taka, że mimo wczesnej pory (godzina 10-ta) mój pokój jest już wolny i mogę tam zostawić swoje rzeczy. A zła, że o 11-tej ma zacząć padać!
- Ale jak to? - dziwię się. - Jak długo?
- Do końca dnia - odpowiada beznamiętnie facet zza baru. 
Poczułem, jakby ktoś mi skrzydła obciął... Szybko jednak otrząsam się i pędzę do pokoju. Wyrzucam z plecaka zbędne rzeczy i wybiegam na dwór, w kierunku skrzyżowania w stronę Wołosatego. Jeszcze świeci słońce, lecz dookoła coraz ciemniej...


Próbuję łapać stopa, ale widząc busik decyduję się na płatną podwózkę. 7 złotych za 6 kilometrów - niezła stawka. Gdybym chciał zajechać nad morze, to musiałbym zostawić większość wypłaty u takiego przewoźnika.


niedziela, 7 czerwca 2020

Bieszczady odnalezione: nieistniejące wioski, Sine Wiry i bacówka Jaworzec.

Wizyta w Bieszczadach to dla mnie coroczna święta górska tradycja. W tym roku wydawało się, iż zostanie zdominowana przez koronawirusa, a okazało się, że najwięcej do powiedzenia miała pogoda. Już dwa tygodnie przed wyjazdem prognozy bezlitośnie informowały, że będzie to bardzo deszczowy okres. Im bliżej terminu, tym większe miałem obawy, czy wyprawa w ogóle ma sens?? Co prawda wpłaciłem w schroniskach zaliczki, ale z kupnem biletów czekałem do ostatniej chwili... Miałem cichą nadzieję, że uda mi się zaliczyć jeszcze dodatkowy nocleg we własnym namiocie, lecz wobec zapowiadanej całodziennej ulewy z żalem odpuściłem.

Ostatecznie wsiadam do autobusu w niedzielę, ostatni dzień maja. Nietypowo, gdyż wyjeżdżam przed południem, a na miejsce mam dotrzeć po południu - to była jedyna możliwość. Zawsze starałem się jeździć w nocy, jednak obecnie komunikacja publiczna w tym rejonie prawie nie funkcjonuje, a przebijanie się autostopem w deszczu nie bardzo mi pasowało. Podróż była męcząca; większość pasażerów stanowili Ukraińcy, którzy nie do końca wiedzą jak się powinno zachowywać w towarzystwie innych osób, więc miałem nieustanny festiwal głośnych rozmów, śmiechów, telefonów, ruskich filmów ze strzelaniem i krzykami rannych, cmokaniem, mlaskaniem, smarkaniem i tym podobnym. Na szczęście w Rzeszowie 90% foteli się zwolniło, więc druga część jazdy była przyjemniejsza. 

Prawie przegapiam swój przystanek. Poprosiłem kierowcę, aby dał mi znać przez głośnik, jak to czynił w przypadku innych mijanych miejscowości, ale ten był zajęty pędzeniem przed siebie i ściganiem się na mostach z osobówkami. Wyskakuję z autobusu kilkadziesiąt metrów za wiatą przystankową w Kalnicy (Кальниця), przy Wielkiej Pętli Bieszczadzkiej. Niebo jest zaciągnięte, dookoła kałuże, lecz nie pada. Dobre i to. Prognoza na dziś twierdziła, że ma zacząć ponownie lać o godzinie 17-tej. Spoglądam na zegarek - mała wskazówka znalazła się równo na piątej cyfrze. Co ciekawe, planowo miałem tu dotrzeć 20 minut później. Jeśli ktoś chciałby wsiąść zgodnie z rozkładem, to nie miał na to szans, co akurat w przypadku tej firmy zdarza się regularnie.


Na najbliższym skrzyżowaniu skręcam w prawo, w stronę doliny Wetliny. Kiedyś wzdłuż dalszego biegu rzeki istniało kilka wsi zamieszkałych przez ponad tysiąc mieszkańców, dziś to okolica mało ludna i stworzona do spokojnego wypoczynku.