"Stara miłość nie rdzewieje" - tak mogę określić swój stosunek do Beskidu Żywieckiego, a zwłaszcza jego części nazywanej Workiem Raczańskim. Po Beskidzie Śląskim było to pierwsze pasmo, w którym stawiałem początkowe kroki na górskich szlakach. Od razu się w nim zakochałem i choć minęły lata, to takie uczucie nadal we mnie tkwi. Co jakiś czas, gdy mam okazję, staram się zaglądać w znane mi okolice.
Tak też było w ostatni weekend lutego. Akurat na sobotę zapowiadano ładną pogodę, więc zarezerwowałem sobie wcześniej nocleg i wydrukowałem mapę. Wykorzystałem także sytuację, że moi rodzice wybierali się na narty, więc podwieźli mnie bezpośrednio do Rycerki Kolonii. Ten przysiółek Rycerki Górnej został założony w 1873 roku przez (jak sama nazwa wskazuje) kolonistów z głębi Cesarstwa: żywieccy Habsburgowie sprowadzili tutaj górali ze Styrii. Do dzisiaj niektórzy mieszkańcy noszą niemiecko brzmiące nazwiska, choć samą mową przodków zapewne już się nie posługują.
Ponieważ dotarliśmy tam wcześniej niż zakładałem, więc poprosiłem rodziców, aby wysadzili mnie wcześniej, w centrum Kolonii, przy dawnym ośrodku wypoczynkowym Huty Łaziska. Wielokrotnie bywałem w nim na wakacjach, zarówno latem jak i zimą. Kiedyś to miejsce tętniło życiem, ale w pierwszej dekadzie obecnego wieku obiekt trafił w prywatne ręce (nie wiadomo, czy do końca legalnie, były tam jakieś korowody sądowe). Szybko zaczął niszczeć, a dziś to obraz nędzy i rozpaczy:
Od mojej ostatniej wizyty (w 2017 roku) zawalił się łącznik między nową a starą częścią ("bacówką", zapewne oryginalnie czyimś domem). Dawno temu stał w nim stół do ping-ponga albo suszyły się narty... 😨.
