czwartek, 11 kwietnia 2019

Samolotem na weekend do Lwowa.

Budzik dzwoni o drugiej w nocy. Pogańska godzina! Spałem niecałe 3 godziny, ale adrenalina szybko stawia mnie na nogi. O trzeciej siedzimy już w samochodzie, tata wiezie nas na lotnisko nazywane "Katowice Aiport". Przed czwartą jesteśmy na miejscu. Spoglądam na tablicę odlotów, nie ma mowy o opóźnieniach.

Na kontroli bezpieczeństwa burdel, bo bagaże jadą daleko przed skanowanymi podróżnymi. Przechodzę bez wywołania piszczenia, ale muszę się wrócić, bo pani nie podobają się moje płyny w podręcznym. Za drugim razem włącza się alarm - może w ciągu kilkunastu sekund opadł na mnie metalowy kurz?

Strażniczka graniczna wyjątkowo długo przegląda mój paszport. Potem jest już tylko lepiej... Na bezcłowym szalejemy i kupujemy... wodę mineralną 😏. Inni mieli ciekawsze pomysły, więc co chwilę ktoś dyskretnie coś pociąga, facet w kiblu przelewa i miesza wódkę z jakimiś nalewkami, a ogólnie robi się bardzo wesoło...


Wreszcie boarding. Mamy piority, więc nigdzie nam się nie spieszy. Wchodzimy prawie ostatni, a i tak przed resztą "zwykłych" pasażerów. Jeszcze kilka minut, wdrapanie się po schodach i wciśnięcie w swoje miejsca.

Na dworze zaczyna wstawać dzień, moje zdenerwowanie podnosi się tak samo jak słońce. Ostatni raz leciałem samolotem ponad dekadę temu i pamiętam, że nie polubiłem tego. Nie jako środka transportu, ale odczuć, które mi w czasie lotu towarzyszą.


Ruszamy, słychać ryk silników, pędzimy przed siebie po pasie lotniska i szybko przypominam sobie, dlaczego tak mi się to nie podobało: podczas wznoszenia, opadania, skrętów i tym podobnych mam wrażenie jazdy jak w dzikiej kolejce lunaparku. Nic na to nie poradzę, mój błędnik, oczy i żołądek szaleją 😛.

-----
Na Ukrainę chciałem wybrać się już od wielu lat. To wstyd, że nigdy nie udało mi się tam dotrzeć. Zawsze było nie po drodze albo brakowało czasu/pieniędzy/możliwości. Pierwszy mały krok zrobiłem rok temu stawiając stopę na ukraińskiej ziemi przy bieszczadzkim Kremenarosie 😏.
Drugim miał być "prawdziwy" wyjazd. Na samiuteńki początek wybrałem Lwów, bo to w końcu chyba najbardziej europejskie ukraińskie miasto. No i do tego historyczny, architektoniczny i polityczny misz-masz.

A co ze środkiem transportu? Samochód na kilka dni to rzecz bezsensowna, do tego nie wiemy ile czasu spędzimy na granicy. Pociąg jedzie wiele godzin. Dla mieszkańca Śląska najlepszą opcją jest samolot - z Pyrzowic do Lwowa planowany czas przelotu to niecała godzina (50 minut "tam" i ledwie 40 "z powrotem"), do tego ceny zaczynają się od kilkudziesięciu złotych w jedną stronę. W przypadku wycieczki dla jednej lub dwóch (a może i trzech) osób będzie to także opcja najtańsza.

Zatem lećmy!

-----
Krótko po starcie w dole pojawiła się biała kołderka i z widoków na Małopolskę wyszło psinco.



Następnie jeszcze się pogorszyło, bo chmury dotarły i na wysokość przelotową. Lecąc we mgle i trzęsąc się od turbulencji przez głowę przelatywało mi mnóstwo filmów o katastrofach lotniczych: od 9/11 na "Czy leci z nami pilot?" kończąc 😛. Na szczęście trwało to chwilkę i zaraz potem znowu wróciło słońce, a nad Rusią Czerwoną zrobiło się czysto. W pewnym momencie dojrzałem przejście graniczne w Korczowej i zaorany pas graniczny...


Od tego momentu zaczęliśmy schodzić do lądowania.
Mijamy Jaworów (Яворів), podmokłe tereny Roztocza - na zdjęciu Lelechówka (Лелех́івка) - i samotną cerkiew w wiosce Domażyr (Домажир). A potem już przedmieścia Lwowa. Szkoda tylko, że szyby takie ubabrane.






Na lotnisku imieniu Daniela Halickiego jesteśmy przed czasem, mimo, że wystartowaliśmy z lekkim opóźnieniem. Ludzie cisną się do drzwi jakby na zewnątrz dawali darmową wódę, a my znowu opuszczamy podkład prawie jako ostatni.


Dzięki temu przy odprawie granicznej jest już niemal pusto (dostaję pierwszą od lat pieczątkę w paszporcie), szybka kontrola celna (moja walizka wydała się podejrzana) i wreszcie oficjalnie można napisać, iż witamy na Ukrainie.

Lotnisko we Lwowie to nowoczesny kompleks wybudowany przed Euro 2012.


Miłośnikom socrealizmu bardziej spodoba się stary, nieużytkowany budynek terminala nr 1 otwarty w 1955 roku.


Do centrum można dostać się komunikacją miejską, a konkretnie to trolejbusem. Nie ma rozkładów jazdy (przynajmniej ja takowego nie widziałem), więc po prostu czekamy na pierwszego, który się zjawi. I to był błąd, bo razem z nami do środka chciało wejść pół samolotu 😏.


Kierowca najpierw się zdziwił, a potem wkurzył. W pewnym momencie przestał sprzedawać bilety. Na niektórych przystankach ludzie nie byli w stanie wejść do środka albo ruszyć nogami.

Wśród pasażerów dominowali turyści z Polski. W pewnym momencie słyszę głos stojącego obok chłopaka:
- O, ulica Batorego.
We Lwowie nie już takiej od dawna. Jechaliśmy ulicą Bandery, ale w końcu i ten Stefan i ten Stefan, to mogło mu się pomylić.

Nasz przystanek znajdował się przy uniwersytecie i był ostatni na linii, więc udało się go opuścić bez strat razem z całą resztą bandy. Stąd mieliśmy tylko kilkaset metrów do hostelu, gdzie zarezerwowałem nocleg. Kamienica, w klatce stare płytki i balustrady, które osładzały wdrapywanie się na trzecie piętro (określane tutaj jako czwarte). Z kolei na parterze mieścił się chyba burdel szumnie nazywany "klubem z biletami".


Dziewczyna w recepcji zdziwiona, że ktoś pojawia się o tej porze. Fakt, na zegarku nie ma nawet 9-tej ukraińskiego czasu, ale przecież tak mieliśmy samolot. Dzięki temu cała sobota jest do naszej dyspozycji. Zostawiamy w kącie bagaże i ruszamy na Stare Miasto, do którego dojście zajmuje mniej niż 10 minut spaceru.

Wychodzimy na Prospekcie Swobody (Prospekt Wolności, Проспект Свободи) obok pomnika Tarasa Szewczenki.


Następnie udajemy się pod Operę i zagłębiamy w się w uliczki starówki. Jest na tyle wcześnie, że jeszcze nie ma tłumów, a handlarze dopiero rozstawiają swoje stragany.


Przed wyjazdem prognozy pogody były różne - od kiepskich po trochę lepsze, ale ogólnie nie spodziewałem się dobrych warunków do zdjęć. Większa część lotu zdawała się to potwierdzać, a tymczasem na Ukrainie przywitało nas słońce. I teraz także dzielnie walczy z chmurami ciesząc moje serce.


Trzeba wykorzystać okazję, więc wspinamy się na wieżę ratuszową, najwyższą w kraju. Bagatela, tylko ponad 300 schodów.


Z góry roztacza się panorama całego miasta. To świetny punkt startowy do zwiedzania Lwowa.





Zaczęło burczeć w brzuchu, więc przyszła pora na śniadanie. Angielskie.


Powłóczyliśmy się jeszcze trochę po rynku, zaglądając m.in. do dwóch muzeów i wróciliśmy do hostelu zameldować się. Konieczna też była sjesta związana z nocnym niewyspaniem.

Po południu zachowaliśmy się jak typowi turyści z Polski i podążyliśmy na Cmentarz Łyczakowski. Jako Ślązak mogłem spojrzeć na nekropolię (i na cały Lwów) wolny od sentymentów do "zawsze polskich Kresów", zatem nie był to czas stracony. Wieczór upłynął nam na stołowaniu się w różnych lokalach i unaocznianiu tezy, że dawna stolica Galicji jest wręcz oblegana przez obcokrajowców.

(Kolacja dla dwojga 😏)

W niedzielę miało rano porządnie lać, ale tylko trochę pokropiło, kiedy jeszcze spaliśmy. Znowu wyszło słoneczko, więc tym razem postanowiliśmy zagubić się w uliczkach Cmentarza Janowskiego. Tam panuje nieco inna atmosfera niż na Łyczakowskim.


Łudziłem się, iż ponieważ następnego dnia trzeba iść do pracy lub szkoły, więc na rynku będzie mniej osób, ale nadzieja matką głupich... Znowu po sfatygowanym bruku przewalały się tłumy.


Poniedziałek przyniósł temperaturę wręcz letnią. Tego dnia oglądaliśmy kilka miejsc poza ścisłym centrum, a także chciałem na spokojnie wejść do najciekawszych świątyń (w niedzielę co rusz trafialiśmy na jakąś mszę lub nabożeństwo).




Wieczorem przeżyliśmy chwilę grozy, bo wydawało nam się, iż obsługa hostelu ukradła nasze dowody osobiste. A okazało się, że schowaliśmy je do innego polara tak głęboko, że nawet złodziej by ich nie znalazł 😏.

We wtorek trzeba było już wracać. Znowu więc podjechaliśmy trolejbusem na lotnisko...

Odprawa przebiegła znacznie sprawniej niż w Pyrzowicach. Obsługa też jakaś taka bardziej sympatyczna, a pogranicznicy mniej zmanierowani. Tym razem nie wypadało nie skorzystać z oferty sklepów wolnocłowych, bo litrowy Nemiroff za 4 euro był zbyt wielką pokusą 😛.


Ostatnie spojrzenie na Lwów - południowe dzielnice miasta z nowym parkiem im. Jana Pawła II w środku.


W drodze powrotnej mniej trzęsło, więc przeżyłem ją trochę spokojniej 😏. Przed lądowaniem udało mi się uchwycić węzeł kolejowy w Łazach oraz drogową krzyżówkę obok Siewierza.



W Pyrzowicach straż graniczna okazała swoje wielkie serce i otwarła pięć stanowisk do obsługi. I choć jakieś 3/4 pasażerów było Ukraińcami, to wyznaczono im dwa okienka, a schengenowskie paszporty podchodziły na luzie do trzech. Ot, żeby od razu było widać, że pracowników sezonowych witamy bardzo serdecznie...

-----
Muszę przyznać, że Lwów bardzo mi się spodobał. Ten wypad to była tylko krótka próbka, takie liźnięcie wielkiego tortu.

Jak w każdym miejscu, z którym historia mało łagodnie się obniosła, szukałem śladów przeszłości. Widać je na każdym kroku... Lwów wywołał takie wrażenia jak m.in. Berlin, gdzie duchy dawnych lat mówią do mnie z każdego rogu. Oczywiście nie umiałem też nie porównywać miasta Lwa choćby z Wrocławiem: stolica Śląska została jednak zdecydowanie skuteczniej spolonizowana, niż Львів zukrainizowany.


A w kolejnych wpisach będzie więcej szczegółów 😏.

12 komentarzy:

  1. Świat się kończy - Hanys Pudelek na Ukrainie! Nie sądziłam, że tego dożyję ;-) Czekam na dalsze relacje, ostatnio mnie tam widzieli w 2011. Jestem ciekawa, co się od tego czasu zmieniło.

    OdpowiedzUsuń
  2. Swoją drogą, Twój opis przeżyć lotniskowo-samolotowych jest jak wstęp do thrillera. Masz talent do pisania ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To wstyd, że tak późno z tą Ukrainą! Człowiek jeździł daleko dalej, a tutaj zaraz za miedzę nie zajrzał. Może kiedyś grały rolę jakieś obawy o "dzikim wschodzie", gdzie osobnik bez znajomości rosyjskiego zginie ;)

      A co do wstępu, to dla mnie lot rzeczywiście zawsze przypomina thriller :P W pewnym momencie zacząłem sam sobie opowiadać kawały o katastrofach lotniczych :D

      Usuń
    2. Na Zachodniej Ukrainie nie zginiesz bez rosyjskiego ;-) Poza tym, tyle teraz darmowych lekcji choćby na YouTube, że bez problemu w kilka tygodni załapiesz podstawy.

      Usuń
    3. Na zachodniej nie, ale kuszą też te tereny bardziej wschodnie ;) Co do nauki to ze mną był zawsze ten problem, że lekcje języka obcego zawsze mocno mnie męczyły. No, może poza czeskim.

      Ale w sumie to znajomość języka nie jest taka bardzo ważna, jeśli dwie strony chcą się dogadać. Np. po węgiersku też jakoś biegle nie gadam, a przeważnie docieram tam gdzie chcę i dostaję to co chcę ;)

      Usuń
  3. Też nie przepadamy za samolotami, ale czasem jest to najłatwiejszy środek transportu..
    Lwów przepiękne miasto. Może kiedyś się uda, na razie nawet nie ma go na liście miast do odwiedzenia :) ale kto wie, za jakiś czas może się to zmieni :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawsze powtarzałem, że człowiek z natury nie jest przeznaczony do latania :P Poza tym jak taka kupa żelastwa może utrzymywać się w powietrzu? :>

      Usuń
  4. Szkoda, że chyba paszport chyba trzeba mieć :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzeba. Ale to przecież żaden problem wyrobić. Zdjęcia, wniosek, opłata, urząd wojewódzki i po kilku tygodniach jest w kieszeni.

      Usuń
  5. Oooo, Lwów też mnie od wieków ciągnie - wciąż sobie pluję w brodę, że 18 lat mieszkałam w Lublinie, a nigdy mi nie było po drodze na Ukrainę! Ale w czerwcu planuję Kijów, więc w końcu jakiś przedsmak będzie :)
    No proszę, tyle podróżujesz, a nie samolotem? W życiu bym nie pomyślała :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Samolot ma plusy i minusy. Na zwiedzanie jednego miasta jest ok, ale gdy chcemy zajrzeć trochę w kraj, to już na takie Bałkany jednak lepszy samochód. Chociaż np. w Norwegii byłem tylko samochodem, a pojeździło się sporo komunikacją publiczną.

      Kijów też mam na celowniku :)

      Usuń