Ze stolic czeskich krajów Ústí nad Labem (Aussig an der Elbe) było
jednym z dwóch, w którym jeszcze nie byłem. Zmieniłem to w grudniu 2025 roku, wybierając
się tam na jarmark adwentowy, a przy okazji zwiedzając miasto.
Ústí posiada oczywiście polską nazwę, ale jest to jeden z tych przypadków,
gdzie lepiej mi brzmi w uszach oryginał, dlatego nie będę tutaj używał
Ujścia nad Łabą, lecz wersję czeską. Zatem Ústí... nie jest zbyt
popularne wśród turystów, choć to jedno z najstarszych czeskich miast, gdyż
prawa miejskie otrzymało w XIII wieku. Gdy siedzieliśmy w przytulnej,
wypełnionej wesołymi miejscowymi knajpie, zagadała do nas zaciekawiona
barmanka:
- Po co tutaj przyjechaliście?
- Bo to fajne miasto.
- Nie, to nie jest fajne miasto! - zareagowała gwałtownie. - Tu nie ma nic
fajnego!
- Z turystycznego punktu widzenia wydaje się fajne.
- Nie, nawet dla turystów nie jest fajne! - kręciła głową. - Byliście
na Severní Terasach? No właśnie...
Severní Terasa to jedno z licznych blokowisk ulokowanych na wzgórzach wokół
centrum i ma dość dobre opinie w internecie. Nie da
się jednak ukryć, że w Ústí wiele jest terenów zaniedbanych, wiele domów
opuszczonych i zapewne nie jest to raj do życia na ziemi. Niektóre ulice
zdominowane są przez grupy w ciemniejszym kolorze skóry - według statystyk
Cyganów wcale nie ma zbyt dużo, jednak wydają się bardziej widoczni niż w
innych dużych miastach, a na mapach wydziela się trzy lokalizacje zasiedlone
przez "osoby wykluczone społecznie". W Republice Czeskiej najwięcej z nich
jest właśnie w kraju usteckim i mieszka w nich ponad trzydzieści tysięcy osób.
- Jeśli chcecie zobaczyć fajne miasta, to musicie jechać gdzieś indziej -
kontynuuje kobieta w knajpie i wymienia różne znane miejscowości, ale we
wszystkich już byliśmy. - A może Karlovy Vary? - proponuje.
- Tam jest drogo i zawsze było dużo Ruskich - odpowiadam, na co kiwa ze
zrozumieniem głową.
- No tak, ale lepsze to niż Ústí.
Negatywną opinię na temat Ústí może potęgować pogoda - jak często w czasie
grudniowych wyjazdów niebo było zakryte ciężką kołdrą chmur, wiało i
piździało. Miasto jest bardzo ciekawie położone nad Łabą, a śródmieście
otaczają wzgórza i formacje skalne, ale dziś aura nie pozwala cieszyć się
takim krajobrazem.
Historia Ústí nierozerwalnie związana jest z rzeką, więc zwiedzanie najlepiej
zacząć od niej. Na zdjęciu Łaba na tle centrum, widać kilka
charakterystycznych punktów zabudowy.
Przy zbliżeniu dojrzymy sylwetkę kościoła św. Wojciecha,
Interhotel Bohema, jedną z secesyjnych willi oraz bloki na osiedlach
ulokowanych na wzgórzach. Każde z tych budynków pochodzi z innego okresu, ale
dobrze obrazuje architekturę miasta, bo takie właśnie jest Ústí, gdzie
występuje totalny, stylowy misz-masz.
Jak rzeka, to muszą być mosty. Najsłynniejszy z nich to Most Dr. Edvarda Beneše z drugiej połowy lat 30. ubiegłego stulecia. Szczęśliwie uniknął wybuchów z szykowanych mu ładunków wybuchowych, był świadkiem pogromu ludności
niemieckiej, a teraz jest w remoncie. Można obejść go tymczasową kładką albo
innymi mostami.
Skorzystaliśmy z metalowej kładki przy moście kolejowym, który jest nieco
młodszy, bo poprzednia przeprawa została uszkodzona pod koniec wojny i
koniecznie stało się postawienie nowej. Za nami dzielnica Střekov (Schreckenstein), na brzegu której ktoś wymalował wielki napis.
Schodząc z mostu trafiamy na wielki wodowskaz, na którym zaznaczono poziom
największych powodzi. Powyżej niego tabliczka z narysowanym poziomem wody w
2002 roku.
Zanim wejdziemy pomiędzy ulice starówki, to postanawiamy skorzystać z...
gondoli! Uruchomiono ją po wybudowaniu centrum handlowego, dolna stacja
znajduje się w galerii. Górną ulokowano obok secesyjnej restauracji na wzgórzu
Větruše (Ferdinandshöhe).
Bilet w obie strony kosztuje 60 koron, a podróż trwa krótką chwilkę. Pod nami
część węzła kolejowego...
...za nami gotycki kościół Wniebowzięcia NMP, najważniejszy zabytek centrum
miasta. Od czasu otwarcia galerii handlowej nie ma możliwości podziwiania go z
dalszej perspektywy, bo z każdej strony coś go zasłania.
Na górze mamy dwadzieścia minut do kursu powrotnego (nie chce nam się czekać
na kolejny), więc szybko ogarniam panoramę. Doskonale widać skręcającą Łabę
oraz trzy mosty, na pierwszym planie kolejowy, którym szliśmy. Za nim
wspomniana dzielnica Střekov.
Ústí nie było miastem wielkich uczonych, znanych studentów czy ważnych
polityków. Tu rządził biznes, przynajmniej od czasów rewolucji
przemysłowej. Przyniósł on wielki rozwój, w okresie międzywojennym Ústí
było piątym pod względem ilości mieszkańców miastem Republiki (dziś jest
dziesiątym). Potem przemysł przyczynił się do częściowego upadku - w okresie
komunizmu miasto było bardzo zanieczyszczone, więc nowe osiedla budowano na wzgórzach, gdzie powietrze było lepsze, a po
zmianie systemu większość zakładów zamknięto, przyczyniając się do skokowego
wzrostu bezrobocia. Niektóre jednak zostały i Ústí nadal jest ważnym
ośrodkiem przemysłowym.
Na Střekovie działała kiedyś firma Schicht, jedna z czołowych w
Europie w produkcji środków higienicznych i mydeł, zwłaszcza słynnych "mydeł z
jeleniem". Komuniści zmienili ją na Severočeské tukové závody, w skrócie STZ (także Setuza), wyrabiających również tłuszcze jadalne.
Połowicznie funkcjonuje do dzisiaj, a oprócz niej wiele innych mniejszych
zakładów.
Główny dworzec kolejowy.
Mam jeszcze kilka minut, więc uderzam do pobliskiego lasu, gdzie znajduje się
pomnik Karla Eichera. Był on założycielem towarzystwa turystycznego Gebirgsverein Aussig.
Po zjeździe w dół zaglądamy do głównego kościoła. Wybudowany został w XIV
wieku i gotyk jest tu nadal doskonale widoczny.
Przed głównym ołtarzem trwa spotkanie księdza z niewielką grupą wiernych.
Słychać śmiechy i okrzyki, ksiądz biega tam i z powrotem wyraźnie zadowolony.
U nas wielu panów w sutannach nawet by się nie pofatygowało na miting z
kilkoma parafianami, ale tu muszą się naprawdę starać, aby przetrwać.
Kościół jest o tyle ciekawy, że posiada krzywą wieżę! To efekt alianckich
bombardowań, o których jeszcze wspomnę; na świątynię i jej najbliższe
sąsiedztwo spadły cztery bomby, jedna nie wybuchła. Zawaliły się niektóre
ściany nawy, zniszczone zostało wejście do wieży, a ona sama nabrała odchyłu,
który obecnie sięga już dwóch metrów! Na pierwszy rzut oka tego nie widać, ale
wystarczy stanąć przed głównymi drzwiami: portal jest popękany, a wieża
wyraźnie chyli się w prawo!
Jest to najbardziej przechylona wieża w państwie, a czwarta na świecie (wieża
w Pizie zajmuje trzecią pozycję).
Kościół św. Józefa jest prosty, ale drzwi ma zamknięte. Proboszczem jest
ksiądz z Polski o niepokojącym nazwisku.
Od kościołów kawałeczek tylko do rynku, ale Mírové náměstí nie
należy do placów, które zachwycają. Wykostkowany, praktycznie pozbawiony
zieleni plac, przez który biegnie droga dla samochodów z pozwoleniem oraz dla
tramwajów. Zabudowa to znowu mieszanina stylów od Annasza do Kajfasza. Na
pierwszym zdjęciu widzimy gmach banku z pierwszej dekady tego wieku, kolejny
budynek bankowy z okresu międzywojennego (wtedy mieściła się tu Aussiger Sparkasse) i znany już Interhotel.
Południowa pierzeja prezentuje się nieco bardziej klasycznie, ale to tylko
pozory, bowiem jedynie kilka kamienic oraz słup ma więcej niż sto lat.
Dzisiejszy wygląd rynku jak i sporej części centrum to efekt rozmaitych
katastrof XX wieku. W skrócie można napisać, że zapracowali na niego faszyści,
alianci i komuniści. Ale po kolei. W pierwszej Czechosłowacji, jak na
większości terenów przygranicznych, dominowała tu ludność niemiecka, było ich
około osiemdziesięciu procent. Radośnie witali w 1938 roku Wehrmacht, a pod
koniec wojny miasto stało się celem bombardowań prowadzonych przez
Amerykanów. Dwa najgorsze miały miejsce w kwietniu 1945; celem miał być węzeł
kolejowy, ale alianci tradycyjnie nie przesadzali z dokładnością, więc
większość bomb spadła na budynki cywilne. Ich ofiarą stała się większa część
starówki i jedna z dzielnic - w sumie zniszczonych ponad pięćset budynków, a
prawie tysiąc zostało uszkodzonych. Zginęło pół tysiąca osób, oprócz Niemców
także Czesi, robotnicy przymusowi z kilku krajów i radzieccy jeńcy wojenni.
Ruch na torach przywrócono po kilku godzinach.
Uszkodzone budynki zostały rozebrane przez nowe władze, ale komuniści na tym
nie poprzestali. W kolejnych dekadach rozbiórki dotykały coraz to następne
obiekty i jeszcze w latach 80. wyburzano całe rzędy kamienic i były to
największe demolki w całej Czechosłowacji. W ich miejsce stawiano gmachy w
stylu, który średnio komponuje się ze starszymi sąsiadami, ale może być gratką
dla fanów takiej architektury.
Przykładem niech będzie regionalna siedziba Komunistycznej Partii
Czechosłowacji, która przycupnęła w północno-zachodnim rogu rynku.
"Przycupnęła" w cudzysłowie, bo to wielka, brutalistyczna budowla, dodatkowo
teren przed nią straszy niedokończoną budową.
Konstrukcja jest tak dziwna, że aż zaczęła mi się podobać, zwłaszcza ta wielka
dobudówka, wyglądająca jak donica! Musiałem sobie zrobić przed nią zdjęcie.
Za demokracji partyjniaków zastąpili urzędnicy z sądu krajowego. Z poprzedniej
epoki pozostał natomiast umieszczony na fasadzie sierp i młot. Długo trwały
dyskusje co z nim zrobić, przez trzy dekady zakryty był płachtą i dopiero w
2021 roku został usunięty. Obecnie zamiast niego wisi tam zdjęcie z Czeskiej
Szwajcarii.
Tuż obok wznosi się kompleks ratusza. Pierwszą siedzibę władz zniszczyły
bomby. Drugą wybudowano na przełomie lat 50. i 60. w dość przyjemnym,
brukselskim stylu.
W latach 80. dołożono nową część z dużą ilością szkła. Pomiędzy nimi znajduje
się wewnętrzny plac z rzeźbą pod tytułem "Rodzina".
Na zewnętrznej fasadzie umieszczono największą w Europie mozaikę
przedstawiającą historię Czechów od czasów legendarnych po socjalistyczny raj
😊. Mocna rzecz.
Innym bliskim sąsiedztwem siedziby partii jest Dom Kultury, który przez długie
lata należał do związków zawodowych. Powstał w stylu "abstrakcyjnego
klasycyzmu" w miejscu neogotyckiej willi, którą rozebrano w 1959 roku.
Widzimy zatem, że w Ústí nie ma typowej starówki otoczonej murami
obronnymi. Była, bo to wszak miasto średniowieczne, a obwarowania wzniesiono
pod koniec XIII wieku i broniły one mieszkańców aż do połowy XIX wieku. Potem
zaczął się gwałtowny rozwój miejscowości, który oznaczał likwidację
niepotrzebnych obiektów, a dwa totalitaryzmy dołożyły swoje do aktu
zniszczenia.
Na szczęście bombardowania i wyburzenia koncentrowały się głównie na ścisłym
centrum. Im dalej od rynku, tym większa szansa, że trafimy na budynki z
dłuższą metryką. Obok siebie stoją neobarokowy teatr miejski i neorenesansowe
muzeum, oryginalnie szkoła dla chłopców.
Od pewnego momentu zaczynają się całe ulice z zabytkową tkanką, rzędami
kamienic, willi lub budynków użyteczności publicznej, jak dawny sierociniec,
otwarty w 1888 roku.
Jeśli miniemy jakiś blok z czasów demokracji ludowej, to jest duża szansa, że
został wkomponowany w linię. Tak jest w przypadku socrealistycznego domu
wielorodzinnego, który udaje renesans. Stoi na ulicy przy odpowiedniej nazwie,
bo Moskiewskiej (przed ponad stuleciem patronował jej cesarz Franciszek
Józef).
Dotarliśmy do parku Městské sady, a w nim zobaczymy kilka
pomników. Najpierw połowicznie zakopana Gwiazda Dawida, symbol Zagłady
usteckich żydów. Dawno temu mieścił się tu kirkut, lecz zlikwidowano go, gdy
jeszcze nikt nie słyszał o nazizmie.
Pomnik "wyzwolenia". Armia Czerwona nie natrudziła się zbytnio w Ústí , w
dużym stopniu wyręczyli ją cywile. W ostatnich dniach wojny Niemcy związani
przed wojną z socjaldemokracją oraz Czesi założyli komitet, który przejął
władzę, podporządkowała mu się policja, burmistrz, urzędnicy, kolejarze, a w
końcu wojskowy komendant miasta. Gauleiter z NSDAP zastrzelił siebie oraz
rodzinę i tylko niektóre wycofujące się oddziały esesmanów otwierały ogień do
radzieckich czołgów.
Na pomniku widać jak Sowieci szturmują czekającą po prawej ludność.
Przejmujący w swojej formie pomnik ofiar komunizmu.
Brakuje pomnika ofiar masakry z lipca 1945 roku. Na jednym z przedmieść
doszło wówczas do eksplozji w składzie amunicji, w której zginęło prawie
trzydzieści osób, a kilkadziesiąt zostało rannych, byli to zarówno Czesi, jak
i Niemcy. Natychmiast oskarżono ludność niemiecką o zamach i rozpoczęły się
zamieszki, połączone z polowaniem i brutalnym mordowaniem przypadkowo
złapanych ludzi noszących na ubraniach litery N. Głównym punktem masakry był
most Dr. Edvarda Beneše; Niemców zrzucano do wody i strzelano do
nich, ciała płynęły aż do Saksonii. Niektórych zabito przy dworcu kolejowym,
innych utopiono w zbiorniku przeciwpożarowym lub zadźgano bagnetami na
ulicach. Zabójstw dokonywała przede wszystkim komunistyczna Gwardia
Rewolucyjna we współpracy z grupami cywili, z drugiej strony wielu Czechów
próbowało pomagać Niemcom, ostrzegało ich i ukrywało.
Nie wiadomo co spowodowało wybuch, ale możliwe, że zarówno on, jak i masakra,
były prowokacją opanowanych przez komunistów służb, aby mieć pretekst do przyspieszenia wypędzeń niemieckich cywilów. Faktycznie dzień po masakrach do Ústí przybyła
rządowa komisja i z miejsca o zamach oskarżyła... Wehrwolf. Nie znana jest
również dokłada liczba ofiar: Czesi mówią, że mogło ich być maksymalnie setka
lub dwie, Niemcy, że nawet ponad dwa tysiące. W każdym razie jest to jedna z
bardziej znanych masakr na terenie ziem czeskich.
Oczywiście w czasach komunizmu był to temat tabu. W 2005 roku na moście
umieszczono pamiątkową tabliczkę, ale nie podano narodowości ani ofiar ani
sprawców. Czesi też nie lubią, jak wypomina się im ich zbrodnie. Obecnie z
racji remontu tabliczkę można obejrzeć w muzeum miejskim, bo most stawiany
jest praktycznie od nowa.
A wracając do parku, to oprócz pomników mają tam też scenę koncertową i
nieczynne fontanny.
Na krótki czas opuszczamy tereny mieszkalne i pokręcimy się przy zakładach
przemysłowych. Chcę zobaczyć dwa zabytkowe budynki zarządu firmy
Spolchemie. Wywodziła się ona ze spółki Österreichischer Verein für Chemische und Metallurgische Produktion, założonej w połowie XIX wieku. Dała ona impuls do rozwoju niewielkiego do
tej pory miasteczka i wkrótce stała się jednym z najważniejszych producentów
chemii w środkowej Europie.
Stara siedziba pochodzi z końca 19. stulecia. Nową otwarto w 1930 roku i przez
cztery lata była najwyższym budynkiem w Czechosłowacji, uchodzi też za
pierwszy czeski wieżowiec.
Sprywatyzowana firma nadal działa, właśnie ma nadjechać do niej pociąg
towarowy. Czekam i czekam, ale żaden skład się nie zjawia, choć auta
posłusznie stoją.
Kręcimy się po najbliższym osiedlu zbudowanym dla pracowników. Uliczki albo
okazują się ślepe albo prowadzą do zamkniętych bram...
Najdłuższą ulicą w centrum jest Masarykova. Patronów zmieniała już
czterokrotnie - była znana jako Goethe-Strasse, Adolf Hitler-Strasse, Fučíkova, a od 1990 roku wróciła do nazwy, którą miała
też krótko po wojnie. Mimo znanych nazwisk to właśnie ją dotknęły w latach 80.
wielkie wyburzenia, zniszczono co najmniej kilkanaście kamienic z okolicy zwanej
"Małym Paryżem". Co prawda stare domy były w fatalnym stanie technicznym, ale
można odnieść wrażenie, że specjalnie doprowadzono je do ruiny.
W ich miejscu powstało centrum usługowe, bloki z wielkiej płyty i hotel
Vladimir (od nazwy miasta partnerskiego w Związku Radzieckim).
O ile hotel po remoncie jest jednym z najbardziej luksusowych w mieście, o
tyle pawilon centrum sprawia wrażenie częściowo opuszczonego, a jego otoczenie
przypomina mi zaniedbane dzielnice Berlina Wschodniego.
Do tej pory kręciliśmy się po centrum, a jak to wygląda w bardziej oddalonych
dzielnicach? Mieszkaliśmy we wspomnianym Střekovie, tuż za Łabą.
Niektóre jego fragmenty są opanowane przez "elementy wykluczone społecznie".
Faktycznie kręciło się tam trochę romskich obywateli, ale naszą uwagę przykuło wielkie pastwisko z wydeptanymi ścieżkami leżące pomiędzy kilkoma rzędami
domów. Na niemieckich mapach widać, że istniała tam gęsta zabudowa; ciekawe,
czy została zniszczona w czasie bombardowań czy przez komunistów?
Mieszkanie w naszej kamienicy miało bardzo wysoki sufit, nieobecny we
współczesnych pokojach. Przedwojenne pochodzenie zdradzała też metalowa klapka skrzynki na listy z napisem "Briefe".
W szarzyźnie kończącego się dnia wszystko zaczynało wyglądać bardziej
tajemniczo.
O tej samej porze byliśmy też w dzielnicy Krásné Březno (Schönpriesen, Prießnitz). To kolejny z rejonów z dużą ilością cygańskiej społeczności, sporo ich
wystawało pod nielicznymi sklepami. Z powodu zaawansowanej godziny wszelkie
kolory zdawały się zanikać, przechodząc w różne odcienie szarości.
W Březne znajdował się kiedyś browar. Na początku XX wieku produkował on
szesnaście marek piwa, w tym takie rodzaje jak porter i bock. Po
ukradzeniu go przez państwo czechosłowackie zmienił się w typowy zakład
nastawiony na masową produkcję jednego typu. Dawny Aussiger Bier stał się Zlatopramenem i warzony był w Ústí aż do 2011 roku,
aż aktualny właściciel - Heineken - zrobił to, z czego słynie, czyli zamknął
browar (po trzech latach od kupienia). Dzisiaj Zlatoprameny powstają w
różnych, odległych od siebie miejscach.
Latam po ulicach z aparatem, co w czasach smartfonów jest dość nietypowe, ale
jedyna osoba, która mnie zaczepia, to pewna mama, która domaga się, abym
sfotografował jej córkę wystrojoną na jakąś imprezę 😏. Przy okazji uwieczniam
też renesansowo-barokowy pałac, który w towarzystwie bloków wydaje się być z
innej bajki.
Wiemy już jak wygląda miasto za dnia i wieczorem. A w nocy? Mało budynków było
dobrze oświetlonych, wyjątkiem jest m.in. muzeum miejskie.
Najciekawiej prezentują się okolice Łaby. Remontowany most Beneša wraz z
pałacykiem Větruše tworzą ciekawą kompozycję, zaś najnowszy Mariánský
most to w ogóle kosmos.
Patrząc na zdjęcia można dostrzec, że Ústí nie jest miastem pięknym,
niektórzy twierdzą, że nawet ładnym, a wręcz wyjątkowo brzydkim. Jak dla mnie
to przesada, ale zależy, kto czego szuka. Nie ma tu wiekowej starówki, ale są
liczne zabytki secesyjne, modernistyczne, socrealistyczne i przemysłowe. Jak
dla mnie tutejsza mieszanka architektoniczna była bardzo interesująca. Trzeba
też dodać, że w Ústí znajdziemy najprawdziwszy średniowieczny zamek
wznoszący się na skałach, ale zrezygnowaliśmy z niego, bo i tak nic
nie byłoby widać. Niskie chmury i pełne zachmurzenie uniemożliwiały
skorzystanie z licznych punktów widokowych na miasto i rzekę, co jest jedną z
główny atrakcji miejscowości.
Zatem czy Ústí jest fajne dla turystów? Dla nas było. A że miasto jest
naprawdę rozległe, to podejrzewam, iż można tu spędzić tydzień ciągle
oglądając coś nowego. Dodatkowym plusem będzie fakt, że na pewno nie spotkamy
tłumów innych zwiedzających.
Na koniec wspomnę o gastronomii. W piątkowy wieczór wybraliśmy się dość
późno na kolację, zakładając że w tak dużym mieście nie będzie problemu jej
zjeść. A jednak był. W pierwszym lokalu nadkomplet, w drugim też, w trzecim
jakaś potańcówka, w czwartym podobnie. Wylądowaliśmy w restauracji przy
browarze rzemieślniczym, drogiej i z jedzeniem niepowalającym. W sobotę
ruszyliśmy do knajp wcześniej. W pawilonie przy Masarokovej za niepozornymi
drzwiami skrywa się perełka: Restaurace U Vlastence to lokal wręcz
modelowy, jeśli pomyślimy o Czechach! Dużo drewna, wielkie stoły ze starymi
obrusami, a przede wszystkim tanie i proste dania obiadowe (125-135 koron,
zupy za 38 koron)! Lany regionalny Březňák za 48 koron. Wczesnym
popołudniem było jeszcze pustawo, ale z rozmów barmana wynikało, że na wieczór
prawie wszystkie stoliki są już zarezerwowane. I wcale się nie dziwię!
Jeśli chodzi o napój z pianką, to odradzam pivotékę, bo tam aż za
drogo, a atmosfera jakaś dziwna. Lepiej pójść do Hospůdki U Beránka
(obok muzeum), gdzie klimat jest odpowiedni. Nienapuszone, podchmielone
towarzystwo w różnym wieku i statusie, przyjazny gwar, sympatyczna kelnerka -
to właśnie ona twierdziła, iż Ústí nie jest fajne. I tylko zaskoczyło, że
jeden pijany koleś wziął nas za Ukraińców - co prawda języki słowiańskie są do siebie
podobne, ale bez przesady 😏.
Dodam, że zapomniałem w tej knajpie plecaka, ale przyszedłem w niedzielę
jeszcze przed godzinami otwarcia i udało mi się go odzyskać!
































































Miasto i fajne i nie, ale na pewno ciekawe. Ma sporo interesujących obiektów, ale jako całość nie zachwyca. Pozdrawiam serdecznie :)
OdpowiedzUsuńMożna napisać, że to miasto dla koneserów ;) Pozdrowienia!
UsuńJak zaczynałem czytać, to byłem ciekaw jak wyglądają te osiedla na wzgórzach i szkoda, że ich nie pokazałeś, nawet w tej pogodzie może by one się fajnie (nieco tajemniczo) prezentowały.
OdpowiedzUsuńMiasto ciekawe, mnie się trochę z niektórymi miastami Górnego Śląska kojarzy, pewnie komuna podobnie się do nich 'zachowywała'.
Zabrakło czasu :( Nie tylko na osiedla, ale też na punkty widokowe, których jest tam chyba z naście, zresztą bardziej oddalone dzielnice też są ciekawe. Na pewno będę chciał tam wrócić.
UsuńZawsze mnie intryguje, jak miejscowi reagują tak jak ta barmanka ;) Bo o ile rozumiem, że ktoś może uważać swoje miasto za nieciekawe czy że "nic w nim nie ma", ale wydawało mi się, że powinno budzić radość, jeśli turyści uważają inaczej, że interesują się też takimi mniej znanymi miejscami ;) A jak pokazujesz, trochę ciekawostek się tam znalazło :)
OdpowiedzUsuńMożliwe, że to jakaś forma frustracji -> tak nie lubią swojego miasta, z którego nie mogą się wyrwać, że odradzają je nawet turystom. Ewentualnie boją się, że jednak turyści stwierdzą, iż tak naprawdę ono nie jest wcale fajne i rozpowiedzą to dalej... A może po prostu wolą, żeby cudzoziemcy opisywali czeskie ładne miasta, a nie to, które ich zdaniem jest niefajne?
UsuńBardzo fajnie, się to czytało i na pewno wygląda to ciekawiej niż naszpikowane turystami centrum Pragi :)
OdpowiedzUsuńCieszy, że się podobało, no a Praga... cóż, to inny świat, podobnie jak inne zadeptane miejsca Europy ;)
Usuń