Sierpniową wyprawę w Beskid Niski rozpoczynam niemal identycznie jak rok temu: od pojawienia się w południe na dworcu autobusowym w Jaśle.
Dworzec ten bez większych poprawek mógłby grać w filmach o Polsce z końcowej
epoki PRL-u 😏. Chociaż byłbym trochę niesprawiedliwy: pojawił się nowy
element, toi-toi. Nawet dość czysty, zamiast papieru można w nim było
znaleźć pogniecione puszki Harnasia oraz informacje, kto z
miejscowych jest dobry w rozmaitych rodzajach seksu. Niestety, nie podano
numeru telefonu.
Napisałem o "niemal identycznym rozpoczęciu", bo pewne różnice w porównaniu z
ubiegłym rokiem są: wtedy była pochmurna, grożąca deszczem pogoda, teraz
słońce pali aż za mocno. Wówczas był środek tygodnia, teraz niedziela (ale
handlowa!). No i w 2023 roku kręciło się tu mnóstwo osób, a tym razem długo
siedzę sam. Wreszcie pojawia się objuczona bagażami kobieta z trójką dzieci.
- Czy pan też jedzie tym autobusem do Krempnej? - pyta. Potwierdzam, bo to
moje połączenie. Oglądając mój plecak kontynuuje wywiad: - A poleciłby pan
jakieś szlaki do obejścia po okolicy? Gdzie pan pójdzie?
- Ja jadę do Grabia - mówię i widząc jej wielkie oczy uzupełniam: - To jest
dalej, za Krempną.
Jej dzieci słabo sobie radzą z upałem, jedno prawie zemdlało i ma gorączkę.
Kiepski początek urlopu.
Chwilę później zagaduje mnie druga pani, która siadła na ławce z mojej prawej.
Uśmiechnięta, atrakcyjna w przedziale trzydzieści - czterdzieści lat.
- Nie wie pan, czy ten autobus wraca dziś czy dopiero jutro?
- Nie mam pojęcia, ale podejrzewam, że dziś, bo to jedyny kurs.
- A ile może mu zająć droga z Krempnej na ostatni przystanek i powrót? Bo wie
pan, chciałabym trochę sobie po tej miejscowości pochodzić.
- Nie odpowiem dokładnie - rozkładam ręce. - Ale pewnie z godzinę, półtorej to
może potrwać.
Zjawia się busik. Wchodzimy do niego tylko my, to znaczy sześć osób. Pani z
trójką dzieci tak się zapętliła, że... zapomniała dokąd jedzie 😛.
- Do Krempnej - podpowiadam.
- A, faktycznie! Proszę pana, ile to będzie przystanków? - zwraca się do
kierowcy.
- O matko - ten także rozkłada ręce. - To jest cała litania, ze czterdzieści.
Powiem, kiedy trzeba wysiąść.
- Zawsze. Jest jeden kurs, więc nikomu to nie pasuje.
- Może jak byłoby więcej połączeń, to jeździłoby więcej osób?
- Było więcej, ale i tak nikt nie jeździł, takie czasy. Te kursy są dla firmy
zupełnie nieopłacalne, nawet jeśli gmina do nich dopłaca.
Też prawda.
Upał i nocne zmęczenie sprawiło, że pierwsze kilometry przedrzemałem, ale
potem nieco się ocknąłem i ponownie zacząłem rozmowę z uśmiechniętą kobietą.
Okazało się, że pochodzi z Dolnego Śląska, skąd przeprowadziła się do Krakowa,
a ostatecznie wylądowała w Jaśle. Pracuje jako psycholog lub neurolog przedszkolny, więc
mieliśmy ciekawą dyskusję na temat licznych zaburzeń u współczesnych
dzieciaków.
- Warto jechać do Krempnej na taką chwilę? - ta kwestia nie daje mi spokoju.
- Lubię góry, więc to dla mnie jedyna możliwość w weekend, bo nie posiadam
auta. Nie mam tu znajomych, a jasielski PTTK to sami emeryci i oni ciągle
Tatry i Tatry. Ja wolę Beskid Niski, jest piękny, więc chociaż przespaceruję
się po Krempnej.
Zrobiło mi się smutno, bo to kolejny przykład współczesności, że osoby
niezmotoryzowane są często pozbawione możliwości wycieczek w góry, nawet tak
bliskie. Rozmowa była jednak miłą odmianą w stosunku do podróży sprzed roku,
wtedy przez większość czasu słuchałem listy kto i jak umarł wśród rodzin współpasażerów.
Dolnoślązaczka wychodzi w centrum Krempnej, babka z trójką dzieci na następnym
przystanku, na górce.
- O Boże! - woła. - To jest koniec świata!
- Nie, koniec świata to będzie miał ten pan z plecakiem! - śmieje się kierowca
wskazując na mnie.
I rzeczywiście. Ostatni przystanek, na pograniczu Grabiu (Граб) i Ożennej (Ожынна) można nazwać końcem świata. Ale takim małym.
Przed wojną były to wioski liczące kilkuset mieszkańców, dzisiaj po kilkadziesiąt. W sumie jak na Beskid Niski to jeszcze nie tragedia, lecz próżno szukać tu objawów cywilizacji typu sklep. Był niedaleko przystanku, ale jakiś czas temu zamknięto go na głucho. Są za to cmentarze z czasów Wielkiej Wojny.
Oryginalny austriacki słupek. Pierwotnie dwujęzyczny, niemiecko-polski. Dziś napisy zostały w większości skute i stan jest raczej agonalny, ale stoi, oczywiście nie wpisany do żadnego rejestru zabytków. Co ciekawe, kierował on nie do najbliższych cmentarzy, ale znacznie dalej: do Długiego, Lipnej i Czarnego.
I od cmentarza rozpocznę wędrówkę z plecakiem. Ruszam zatem w kierunku dawnego przejścia granicznego, z asfaltu mam ładny widok na masyw Wysokiego, gdzie byłem w ubiegłym roku, a potem nocowałem w Ożennej. To była wybuchowa noc, bo w wiosce palił się wówczas dach gospodarstwa i strzelał eternit.
Plecak zostawiam w krzakach, a potem przez zarośniętą łąkę przebijam się do leżącego na wzgórzu cmentarza wojennego nr 4. Już z daleka widać, że to interesująca nekropolia.
Patrząc na zachodniogalicyjskie cmentarze wojenne trzeba zdawać sobie sprawę, że w wielu przypadkach są to rekonstrukcje. Dotyczy to zwłaszcza obiektów wznoszonych z drewna, a w nim gustował Dušan Jurkovič, najbardziej znanych z twórców. Nietrwałe materiały zazwyczaj nie przetrwały próby czasu, zwłaszcza, że przez kilkadziesiąt lat nikt o nie nie dbał. Nieco lepiej miały nekropolie z dużym udziałem kamienia, tam do zniszczenia przyczyniali się głównie źli ludzie. Remonty cmentarzy zaczęły się po 1989 roku i, niestety, w wielu przypadkach były to działania nie do końca udane. Tak zdarzyło się i tutaj.
Cmentarz numer 4 to dzieło Jurkoviča. Głównym elementem jest pomnik w kształcie wieży łemkowskiego
kościoła. Oryginał nie przetrwał, odtworzono go w zmniejszonej i zmienionej
formie.
Ogólnie cmentarz w Grabiu w latach 90. był totalną ruiną: wśród chaszczy leżały porozrzucane fragmenty podstawy wieży, tablic, wejścia. Zrekonstruowano murek, zrekonstruowano ciekawą w formie kamienną bramę. Większość krzyży i tabliczek również jest nowa.
Tablica z niemieckim napisem zachowała się częściowo, jej dwa środkowe elementy. Boki dorobiono, po czym znaleziono jeszcze jeden brakujący fragment oryginału, lecz już go nie dołączono.
Podchodząc tu miałem wrażenie, że słyszę rozmowy dwóch mężczyzn, jednak nie spotkałem nikogo. Tylko ciepły wiatr i ćwierkające ptaki.
Schodząc do plecaków wybieram bardziej okrężną ścieżkę, żeby uniknąć ponownego spotkania z pokrzywami i ostami. Przy asfalcie do granicy stoi samotna pobielona kapliczka.
Teren na prawo od drogi należy do Ożennej, na lewo do Grabia. Na skrzyżowaniu skręcam więc w lewo, aby przejść przez Grab. Od razu zaczynają się rzucać w oczy liczne rusińskie kapliczki i krzyże; większość z nich jest pomalowana na niebiesko lub zielono.
Grab jest wioską, która powstała przy średniowiecznym szlaku handlowym na Węgry w XIV lub XV wieku. Trakt ten wielokrotnie służył nie tylko kupcom, ale też armiom: jednym ze słynniejszych przypadków takiego użycia był przemarsz wojsk rosyjskich w 1849 roku udających się do Madziarów w celu stłumienia powstania. Aż do przełęczy Beskid żołnierzy odprowadzał sam cesarz Wszechrosji. Wydarzenie to zrobiło ogromne wrażenie na Rusinach, którzy odkryli, że carskie wojsko wyznaje tę samą religię co oni i mówi bardzo podobnym językiem, a monarcha ze wschodu widać musi być potężniejszy od tego z Wiednia, skoro udziela mu pomocy. To od tego czasu wśród części Łemków zaczął się rozwijać ruch orientacji na Moskwę, prorosyjski. Stał on w sprzeczności nie tylko wobec opcji proukraińskiej, ale umiejętnie podgrzewany przez Moskali rozwijał się również w pozycji antyaustriackiej. W czasie Wielkiej Wojny Austriacy traktowali go jako zdradę stanu ze wszelkimi tego konsekwencjami.
Przedwojenna populacja wioski - około sześciuset osób - nie była wyjątkowa dla tych terenów: niemal sami grekokatolicy oraz garstka rzymskich i Żydów. Była też grupa osób, które w wyniku schizmy tylawskiej przeszła na prawosławie (choć pierwsze powroty do prawosławia były już przed I wojną światową). W 1945 roku większość mieszkańców wyjechała do ZSRR w ramach "dobrowolnej" wymiany ludności, w 1947 pozostałą setkę pognano na Ziemie Wyzyskane. W czasie odwilży gomułkowskiej niektórym Łemkom udało się wrócić. Idąc wzdłuż drogi spotykamy kilka drewnianych starych domów, w jednym z nich urządzono coś w rodzaju małej wystawki sprzętów za szkłem.
Cmentarz wojenny numer 5 położony jest zupełnie nietypowo, bowiem dojście do niego prowadzi przez prywatne podwórko! To chyba jedyny taki przypadek, a wynika z błędów poczynionych przez polskich geodetów, którzy nie wyznaczyli ścieżki przy tworzeniu mapy ewidencyjnej działek. Właściwe podwórze wskazuje mi sąsiadka gospodarzy, zaglądam tam z lekkim niepokojem, lecz dwójka starszych państwa siedzących na ławeczce macha ręką, abym wchodził. Padają pytania: skąd, dokąd, dlaczego samemu, czy się nie boję... I czy na Śląsku też jest taka susza, bo u nich tragedia pod tym względem.
Zaglądam na cmentarz. Spoczywają tu wyłącznie żołnierze rosyjscy.
Autorem ponownie jest znany Słowak.
Tę nekropolię również podniesiono z ruiny. Oryginalna jest ściana pomników i, podobno, główny krzyż. Ocalałe krzyże nagrobne położono za płotem i zastąpiono replikami. Ciekawe czy ławeczka na tylnej ścianie też wchodziła w skład pierwotnego założenia?
Ostatnią cerkiew w Grabiu wybudowano w 1808 roku i nosiła imiona świętych
Kosmy i Damiana. Spłonęła od pioruna w 1953, resztki rozebrali wopiści.
Dwadzieścia lat później dokładnie w tym samym miejscu wzniesiono drewniany
kościół Matki Boskiej Śnieżnej. Dobre i to, zwłaszcza, że bryła świątyni
jest całkiem przyjemna, choć ten drewniany blaszak na tyłach wiele psuje.
Na cmentarzu zaskoczenie: pisałem, że niektórzy Łemkowie wrócili do wioski,
ale wśród współczesnych nagrobków więcej niż połowa jest pisana cyrylicą i
posiada ortodoksyjne krzyże. Jest ich aż tak dużo? Spisy powszechne tego nie
potwierdzają, ale one właściwie nie potwierdzają niczego. W każdym razie
chodząc między grobami można odnieść tak rzadko pojawiające się wrażenie, że Łemkowszczyzna
nadal żyje.
Droga przez Grab tylko na zdjęciach wygląda spokojnie. W rzeczywistości co
chwilę coś tu przemyka z wielką prędkością, różne typy lansują się w
słoneczną niedzielę. Zjawia się nawet ukraińskie auto ze Lwowa; myślałem, że
zaproponują podwózkę, lecz pasażerowie pytali się o kierunek na Duklę. Kiedy
na chwilę zapanuje cisza i pojawi się półnagi chłop na kole, to od razu robi
się swojsko 😏.
Kierunek jest jasny: dzisiejszy pierwszy dzień, choć w górach, będzie bardziej krajobrazowy niż górski, gdyż poruszam się drogami. Wcale mi to nie przeszkadza (poza dużym natężeniem ruchu), bo i z tej perspektywy Beskid Niski potrafi cieszyć.
Pojawiły się pierwsze chmury, lecz według prognozy nie ma szans na jakiekolwiek większe ich zagęszczenie.
Wyszowatka (Вышоватка, do 1968 i nadal w niektórych przewodnikach pisana jako Wyszowadka) była mniejszą wioską od Grabia i Ożennej, ale dziś jest większą. W międzywojniu mieszkali w niej wyłącznie Rusini i kilku Żydów. W okresie schizmy tylawskiej większość unitów przeszła na prawosławie. To pokazuje, że powodem powrotu do religijnych korzeni niekoniecznie musiały być kwestie stricte religijne, skoro w sąsiednich wioskach procent konwersji nie był tak duży. Prawosławni wybudowali pierwszą i jedyną cerkiew w historii osady. Świątynia stała w centrum wioski, a nie na wschodnim skraju, jak pokazują mapy. Nie został po niej żaden ślad; najprawdopodobniej wszystko zostało zalane asfaltem i służyło jako plac manewrowy PGR-u. W przewodniku przeczytamy, że taki sam los spotkał cmentarz, lecz w internecie można zobaczyć, że jednak przetrwał wraz z... jedynym nagrobkiem.
Prawie wszyscy mieszkańcy wyjechali do Kraju Rad w 1945, akcji Wisła doczekało kilkanaście osób. Starej zabudowy tu brak. Jedną z nielicznych pamiątek po dawnych gospodarzach jest kaplica z
1924 roku.
Zupełnie innym przykładem architektury jest jedna z wypasionych wiat
ogniskowych, które wybudował poprzedni rząd za pół miliona trzysta dziesięć
złotych (te trzysta dziesięć to wkład gminy, pół miliona dołożyli podatnicy).
Wiaty niby zawsze się przydadzą, ale wszystkie ulokowano wśród zabudowy,
więc ich wartość dla turystów plecakowych lub długodystansowych jest
minimalna.
Wyszowatka posiada natomiast prawdziwą perełkę, a mianowicie działający nawet
w niedzielę sklep! To wielka rzadkość w tej okolicy. Już od dłuższego czasu
maszerowałem opanowany wizją zimnego piwa, lecz po wejściu do środka spotkał
mnie... zimny prysznic 😏. Jedyny wybór to pomiędzy paskudnymi sikaczami a
jeszcze bardziej paskudnymi sikaczami! Wybrałem te najbardziej schłodzone,
lecz z bólem serca i żołądka...
Za rogiem grupka miejscowych prowadzi ożywioną dyskusję. Dosiadam się za
zezwoleniem do ławeczki, ale widać, że nie są zbytnio zadowoleni z mej
obecności. No cóż, trudno. Nasłuchałem się trochę opowieści o tym, gdzie ktoś
ostatnio miał wypadek i co powyrabiał po pijanemu, komu okociły się borsuki
(chodziło o chomiki), oprócz tego zjawił się pan z ostrzeżeniem, że jakieś
drapieżne ptaki krążą po niebie, więc trzeba uważać na drób.
Nie mam nawet ochoty na drugiego sikacza, więc idę dalej. Dziś Wyszowatka to
głównie dawny PGR. Niektóre obrazki są jak z horroru.
Jeden z bodajże trzech krzyży łemkowskich, które jakoś się ostały. Napisy
wykonano w dość prymitywnej formie cyrylicy.
Całkiem przyjemny widoczek na południowy-wschód. Jest nawet kościół w Grabiu.
Jakiś czas temu przez internetowe media przetoczyła się potężna awantura
związana z planami Lasów Państwowych wyasfaltowania niektórych dróg w okolicy.
Chodziło o łatwiejszy dojazd do wielkiego wrzodu na tkance Beskidu Niskiego,
czyli ośrodka LP w Radocynie. Protestowali turyści i część z nielicznych
mieszkańców, grupa popierających asfalizację była stosunkowo nieliczna.
Ostatecznie z asfaltowania niby się wycofano, ale chyba nikt dzisiejszym
leśnikom nie wierzy, bo od dłuższego czasu krok po kroku wprowadzają coraz
więcej cywilizacji w spokojne do niedawna okolice. Niestety, cicho i odludnie
to już tu było i nie wróci. Z Wyszowatki do Radocyny prowadzi przez połowę
trasy asfalt i ruch panuje tu jak w ulu: właściwie nie ma pięciu minut, aby
ktoś mnie nie minął, najczęściej ze sporą prędkością. Smaczku dodają... progi
zwalniające pośrodku niczego.
Przełęcz Długie (550 metrów n.p.m.) to granica pomiędzy województwem
małopolskim i podkarpackim, a także pomiędzy powiatami i gminami. Na przełęczy
stoi wiata, w której na chwilę siadam.
Przede mną zejście do doliny Wisłoki.
Na przełęczy kończy się asfalt i zaczyna dramat: co chwilę coś mnie mija i
wzbija tumany kurzu! Momentami naprawdę masakra! Turyści z połowy Polski
przyjechali pooddychać czystym powietrzem i zaznać ciszy. Zacząłem się
zastanawiać, czy jednak asfalt nie byłby lepszy, ale wtedy pewnie jeździłoby
jeszcze więcej aut!
Na pocieszenie znowu pojawiają się krzyże i małe kapliczki. Jesteśmy na
terenie wioski Długie (Долге), która już nie istnieje. Łemkowie stąd również wybyli do
ZSRR, ale polskie osadnictwo się nie pojawiło, być może było za daleko do głównych dróg. Krzyże są przeważnie z początku XX wieku, ale trafił się i taki
z 1869 roku.
Grupa drzew w wąwozie, nad potokiem. Może stały tam kiedyś jakieś budynki? Wioska ciągnęła się mniej więcej wzdłuż drogi, zaczynając pod przełęczą a kończąc na Wisłoce.
Symboliczne drzwi upamiętniające wioskę. Studiując mapę osadnictwa zauważam,
że przy nazwach sąsiednich osad autorzy nie byli konsekwentni: większość
jest w wersji łemkowskiej, ale na przykład Wyszowatki po ukraińsku...
Kolejne ładne dla oka krzyże. Można sobie wyobrazić, że kiedyś za prawie
każdym z nich stało jakieś gospodarstwo.
Własność prywatna jednak nie zanikła, o czym świadczy tabliczka
zaplątana w krzakach 😏.
W chwilach, gdy akurat nic nie jedzie, słyszę jakby beczenie. Po jakimś
czasie zza drzew wychodzi stado owiec wraz z pasterzem i psami.
Niedaleko drogi położony jest cmentarz wojenny numer 44. Nie poznałem go!
Zupełnie nie przypomina obiektu, jaki widziałem kilka lat temu!
Z tego cmentarza po czasach komuny nie zostało praktycznie nic, co
widać na zdjęciu
podesłanym mi na forum austro-węgierskim. Dewastacja totalna. Odbudowano go
w 1998 roku, lecz w tragicznej formie: na oko, a w dodatku obszar nekropolii
zmniejszono o 3/4, co spowodowało, iż większość żołnierzy spoczywała poza
ogrodzeniem! Coś niezrozumiałego. Dopiero niedawno dokonano pełnej,
prawidłowej rekonstrukcji, przywracając oryginalne rozmiary, wygląd grobów i
krzyży. Wszystko lśni nowością, z pierwotnego założenia są jedynie
pojedyncze kamienie i słupki graniczne. Zawsze się w takich przypadkach
zastanawiam, czy to jeszcze zabytek, czy już nie, skoro praktycznie nic
zabytkowego się nie zachowało?
Pochowano na nim ponad dwustu Rosjan, a także kilkudziesięciu Austriaków ze
Styrii i Istrii. Autor: ponownie Dušan Jurkovič.
Zaraz za cmentarnym płotem do lat 50. stała cerkiew św. Dymitra. Wiele map,
jak i tabliczka na drzwiach, błędnie pokazuje jej położenie, nie ma bowiem
wątpliwości, że sąsiadowała z poległymi żołnierzami. Była to starsza cerkiew
unicka, natomiast po przejściu całej wioski na prawosławie w latach 30.
powstała świątynia tego wyznania. Stała wyżej w stronę przełęczy. Jedyną
pamiątką po cerkwi greckokatolickiej jest samotny krzyż, być może to
pozostałość po cmentarzu przycerkiewnym.
Patrzę na drogę i obserwuję wzbijające się w powietrze tumany kurzu. Zbliża się
wieczór, więc wszyscy spragnieni wypoczynku wśród natury zaczynają powrót do
domów. Gdzieś pomiędzy nimi usiłują złapać oddech rowerzyści.
Oczyma wyobraźni cofam się o wiek do tyłu i widzę wszystko jak dawniej:
cmentarz żołnierski, cerkiew i krzyże na cmentarzu przy świątyni, a dookoła drewniane chałupy.
Na szybko zerkam na cmentarz wiejski z kilkoma zachowanymi nagrobkami. Ze
zgrozą stwierdzam, że na jednej z tablic istnieje napis niepoprawnych
politycznie, wręcz szowinistyczny! Pojawiło się tam bowiem sformułowanie "na
Ukrainie", co może sugerować pogardzanie Ukraińcami i ich niepodległym
państwem! Należałoby Łemków nauczyć pisać poprawnie!
Dotarłem nad Wisłokę: mostkiem omijam bród i siadam na drugim brzegu
wyciągając piwo. Do punktu docelowego mam już kawałeczek, więc nie muszę się
spieszyć.
Przy brodzie stoją dwa auta, w tym zabytkowa Škoda. Kierowca
kilkukrotnie przejeżdża przez rzekę, żeby jego kolega mógł nakręcić
zjawiskowe filmiki, ale ciągle coś nie wychodzi: a to silnik nie odpala, a
to smartfon się buntuje. Po ich odjeździe naiwnie liczę na chwilę spokoju,
ale nie ma ku temu szans: ruch przez bród na Wisłoce jest nieustanny,
samochody jeżdżą tam i z powrotem jakby dostały sraczki.
Na trakcie wzdłuż Wisłoki (biegnie nią
żółty szlak z Wołowca) wcale nie jest
lepiej: kiedyś była to droga strasznie dziurawa, dziś ją poprawiono i
utwardzono, więc dosłownie trwają tam wyścigi. Bynajmniej nie są to
samochody miejscowe - dominują rejestracje krakowskie, warszawskie,
rzeszowskie i krośnieńskie. Niestety, ale jak dla mnie te okolice są dla
pieszej turystyki stracone. M.in. właśnie po to przyszedłem tu w tym roku,
aby zobaczyć to miejsce zanim wszelkie odwiedziny stracą jakikolwiek sens.
Mały akcent humorystyczny: na drodze zjawia się rodzina, mama i tata plus
kilkuletnie dziecko na rowerku. Dzieciak ma dość i chce kończyć spacer,
rodzice mówią, że idą dalej.
- Taka była umowa - wyjaśnia tata.
- Nie przypominam sobie takiej umowy - woła poważnym głosem bajtel 😏.
Kilkaset metrów od brodu zaczyna się teren Radocyny (Радоцина),
przynajmniej w zbiorowej świadomości, bo w rzeczywistości rozpoczynała się
ona kawałek dalej, a znajdujemy się w granicach Czarnego (Чорне).
Przeszłość Radocyny będę wspominał jutro w trakcie dalszej wędrówki, teraz
chcę tylko dotrzeć na nocleg. Mijam źródło wszelkich problemów, czyli
świecący się jak psu jajca ośrodek Lasów Państwowych. A także położony po
drugiej stronie drogi "ekopark", gdzie dzieci z wielkich miast mają się
uczyć czym jest las i przyroda. Wielkie tablice, informują, iż: "Ekopark to
edukacja ekologiczna w oparciu o zrównoważoną gospodarkę leśną". Prawie się
poplułem ze śmiechu.
Za ośrodkiem znajduje się skręt do bazy namiotowej SKPG Kraków. Na
parkingu tylko jeden samochód, dziwnie...
No i na bazie też pusto, pierwszy raz się z taką sytuacją tu spotykam.
Zawsze baza tętniła życiem, ba, zdarzało się, że nie było miejsc w
namiotach dla ludzi ze szlaku (zwłaszcza, gdy przez całe tygodnie siedziały
tu mamuśki z dzieciakami na tanich wakacjach). Wczoraj zresztą ponoć też było tu tłoczno, bawiła się m.in. rodzina z ósemką (!) dzieci, która zostawiła niezły syf. A teraz jestem ja, bazowa i
jeszcze jeden facet rozkładający własny namiocik.
Na szczęście godzina jeszcze względnie wczesna, bo przyszedłem kilka minut przed dziewiętnastą i trochę ludzi potem dotarło. Była kobieta z SKGP z mamą, ojciec (mój imiennik) z synem Stanisławem, jakiś chłopak z psem, który przytargał wino aż z Popradu i jeszcze dziewczyna, która miała chyba pomagać przy bazie, ale też uczyć się do kursu przewodnickiego.
Przed zmrokiem zdążyłem sobie usmażyć wuszty na kolację i wykąpać się w
rzece poniżej ośrodka LP. Bazowa przestrzegała przed piciem wody z Wisłoki,
bo ma bakterie coli. Kurde, pamiętam, że już przed kilku laty był z tym
problem. Ktoś ewidentnie spuszcza nieczystości do rzeki, powyżej bazy są
jedynie dwa lub trzy domy, więc czy to naprawdę takie trudne aby znaleźć
winowajcę??
Zakończenie dnia okazało się zaskakująco udane biorąc pod uwagę niską
frekwencję. Może dlatego, iż zaproponowałem serbską rakiję.
- Sklepowa, więc nie ręczę za smak - ostrzegam. Miała mi starczyć na cały
wyjazd do rozgrzewania się przed snem, a... skończyła się pierwszego
wieczoru 😛. Nawet mama działaczki SKGP, która twierdziła, że pije tylko
swojskie nalewki, regularnie prosiła o dolewkę 😏. No i jeszcze pozytywna wiadomość: w
2021 roku przy tutejszym ognisku stwierdzono, iż nie jestem Ślązakiem,
natomiast teraz bez rozpalania ognia jednoznacznie ogłoszono, że na pewno
nim jestem 😛.
Bardzo fajne rozpoczęcie Beskidu Niskiego, choć ilość samochodów i
tworzonego przez nie syfu mocno mnie zniesmaczyła. Lepiej już tu nie będzie.
Jest klimat, pomimo że to BN to już nie ten sam co sprzed kilkudziesięciu lat jak ja się po nim włóczyłem, gdzie często nie było nawet mostków nad potokami, a o asfaltowych drogach nawet pomarzyć nie szło. Jednak to dalej inny świat niż Beskid Śląski :) Pozdrawiam i podziwiam :)
OdpowiedzUsuńGdyby nie wypędzenia, to Niski mógłby wyglądać podobnie jak Śląski, w końcu przed wojną były to tereny gęsto zaludnione. Pewnie działały by liczne ośrodki narciarskie (raczej niewielki, bo niskie), schroniska, gospody, no i wszędzie asfalt. Pozdrowienia!
UsuńŻałuje, że nie dotarłem tam wcześniej...bo to tereny dla mnie nie znane...
OdpowiedzUsuńTereny nie uciekną, ale okolice Radocyny, niestety, degradują się coraz bardziej...
UsuńBardzo lubię tereny, po których wędrowałeś. Z Ożenną mam miłe wspomnienia, gdy jeszcze był tam sklep, jakoś w końcówce lat 90. Drogą przez Długie do Radocyny jechaliśmy kiedyś autem, pamiętam, że bardzo powoli przez tę nawierzchnię. I rowerem kiedyś tam się miło mykało. Tłumów nie pamiętam... Bazę w Radocynie muszę kiedyś odwiedzić w celach noclegowych, ale szkoda, że teraz w okolicach tak tłumnie. Ja pamiętam Radocynę spokojną. No ale wszystko się zmienia... Czekam na dalszy ciąg :)
OdpowiedzUsuńJeśli dobrze liczę, to w Radocynie spałem trzeci raz i po raz pierwszy tak na pusto... W środku wakacji bywają tam tłumy i to niekoniecznie takie, jakie chce się spotkać na bazie. A sama Radocyna... no cóż, smutne to wszystko. Niewiele zostało spokojnych miejsc w Beskidach, ale widać i one muszą w końcu upaść przed idiotyczną w tej formie komercjalizacją.
Usuń