piątek, 1 lipca 2016

Nadbużańska przygoda, cz. VI: Poleski Park Narodowy, Włodawa i Chełm

Włodawa (וולאָדאַווע, Володава, Валодава) - miasto trzech kultur: polskiej, rusińskiej i żydowskiej. W przeszłości oczywiście, lecz miejscowość reklamuje się tym na każdym kroku. Dziś się o tym nie przekonamy, gdyż busik wywozi nas na dworzec autobusowy położony daleko od centrum.

Wychodzimy i zastanawiamy się co robić - odpowiedzią staje się pobliski bar "Rondo". Bardzo fajne miejsce z sympatyczną obsługą i smacznym jedzeniem. Dawno nie siedziałem w tak fajnym przybytku.


Spędzamy tu trochę czasu w oczekiwaniu na autobus; dziś mamy bowiem zamiar odbić od granicy i Bugu na zachód do Poleskiego Parku Narodowego. Stwierdziliśmy, że skoro jesteśmy w tych rejonach to grzechem byłoby tam nie zajrzeć.

Autobusem jest trzęsący się Autosan z kierowcą w rozpiętej koszuli - od razu czuć klimat ;).

Przesiadkę mamy w Starym Brusie, około 20 km od Włodawy. Senna siedziba gminy z kilkoma sklepami.


Zostawiam towarzystwo pod jednym z nich i idę zobaczyć jedyny zabytek miejscowości - kościół Matki Boskiej Częstochowskiej. Wybudowano go na początku XIX wieku jako cerkiew unicką, od 1875 była prawosławna, a od 1918 należy do katolików. Wejście ozdobione jest dwoma kolumnami przez co wygląda z daleka jak pałac.


Za kościołem rozciąga się przypałacowy park z resztkami zabudowań dworskich, ale są zamieszkałe, więc nie podchodzę bliżej.

Z góry obserwuje mnie bocian. Choć chyba bardziej swoje potomstwo.


Następnym połączeniem przemieszczamy się do Pieszowoli przy północnej granicy Poleskiego PN. Kierowca specjalnie dla nas zatrzymuje się pod samym sklepem ;).


Sklep jest z gatunku tych, gdzie człowiek ma ochotę usiąść, nawet jeśli początkowo chciał iść już dalej.


Wkrótce pojawia się miejscowy - Leszek. Twierdzi, że kosił za płotem trawę i zobaczywszy turystów postanawia się dosiąść. Niestety, Leszek jest namolny. To chyba jedyny osobnik podczas całego wyjazdu, który był tak męczący. Gada bez ładu i składu, żali się, iż obecnie jest samotny i szuka wybranki. W oko wpada mu Buba i nie przeszkadza mu fakt nawet jej stan cywilny ;). Zaczyna snuć jakieś plany o pierścionkach i kwiatach, my z kolei sobie wyobrażamy jak by je przyniósł w jednym zębie, który mu pozostał :D.

W końcu decydujemy się już pójść, bo kontakt z nim traci się coraz bardziej. Aby czasem nas nie odwiedził w nocy informujemy, że ruszamy pieszo w kierunku Włodawy, w co chyba nie wierzy :D.

Pieszowola nie posiada specjalnych zabytków, ale ogólna zabudowa komponuje z drzewami wzdłuż drogi, widać też jakiś pałacyk czy dawną szkołę (na ścianie jest tabliczka z napisem "Punkt filialny").


Drogę do Poleskiego PN znaczą tablice z żółwiem. Czyżby mieli tu więcej wolnych turystów?


Szutrowa droga kiedyś była aleją dworską. Po bokach widać rozległe łąki, charakterystyczne dla okolicy.


Po kwadransie wyłania się polana - jedno z czterech miejsc biwakowych w Poleskim PN. Jest na niej ogromna wiata, miejsce na ognisko, zapas drewna i wychodek. 


Za nocleg pobierane są opłaty - 3 złote za namiot i 1,5 złotego za osobę. Teoretycznie wpłat należy dokonywać po drugiej stronie Parku albo bankowo. Ani jednego ani drugiego nie mieliśmy możliwości zrobić, więc zadzwoniliśmy po prostu do dyrekcji i powiedzieliśmy, że chcemy tu spać. Nie ma problemu, niby jakiś leśniczy mógł się zjawić po opłatę, ale go nie było.

Rzuciwszy plecaki w mniej widoczne miejsca poszliśmy w głąb Parku. Spodziewaliśmy się mokradeł, torfowisk i jezior. A tu tylko łąki i lasy oraz pasące się owce.


Napisać, że byliśmy zawiedzeni to za mało - byliśmy wściekli! To po to oddaliliśmy się od Bugu?

Dopiero w drodze powrotnej okazało się, że poszliśmy trochę za daleko i po skręceniu dotarliśmy w końcu nad jezioro (Staw Głęboki). Z punktu podglądania zwierząt i wieży widokowej były wreszcie ładne widoki na wodę.


Po tak skromnym wycinku zobaczonego terenu ciężko coś stwierdzić na temat atrakcyjności Poleskiego Parku Narodowego. Na pewno jednak lepiej byłoby przyjechać tu na rowerach, żeby nie ganiać kilometrami piechotą wśród łąk.

Na polu biwakowym robimy ostatnie ognisko tego wypadu. Dzięki zapasowi drewna nie trzeba szukać go w lesie (co jest zresztą nielegalne w tym miejscu).


Ostatni dziki poranek jest upalny jak dwa dni wcześniej, niektórzy się jeszcze na słońcu opalają.


Po dotarciu na przystanek wyczekujemy autobusu, lecz ten się nie zjawia. Mijają minuty, coraz więcej. Eco dzwoni do informacji i dowiaduje się, że ten kurs... nie jeździ! To po cholerę jest w rozkładzie?! Kursuje podobno następny za półtorej godziny. Nie zostaje nam nic innego niż znowu poleźć do sklepu.

Tak jak przypuszczaliśmy od razu zjawia się Leszek, który znów coś niby kosił za płotem :D. Opowiada, że obudził się rano o 5.30 i od razu przystąpił do koszenia, co niezbyt spodobało się jego sąsiadom...

Rozmowa jest jeszcze bardziej beznadziejna niż wczoraj, ignorowanie go za bardzo się nie udaje, kontakt coraz mocniej urwany... w pewnym momencie ględzi coś o tym, że od chodzenia boso robią się siwe włosy łonowe i każe Eco ściągnąć spodnie, to się sam o tym przekona :lol. Przypomniała mi się rozmowa z lokalsem z Czeremchy sprzed dwóch lat, który poczuł się w naszym towarzystwie tak swojsko, że wspominał o wsadzaniu mydełka w dupę i podpalaniu :D.

Z ulgą poszliśmy na autobus, który prawie nam zwiał, bo przyjechał za wcześnie. Ale zdążyliśmy!


We Włodawie radośnie witają nas w barze "Rondo" :). Mamy znów trochę czasu, więc męska część ekipy poszła do centrum. O dawnej wielokulturowości przypominają murale czy raczej płotarze.


Do II wojny światowej Żydzi stanowili ponad połowę mieszkańców - pozostały po nich trzy synagogi, wyremontowane po zniszczeniach wojennych i PRL-owskich.

Najmłodsza jest synagoga bejt midrasz z lat 20. XX wieku, w której mieściła się m.in. szkoła talmudyczna.


Synagoga Mała (Nowa) pochodzi z XVIII wieku, a za komuny działało w niej kino i magazyn GS-u.


Najciekawsza jest barokowa Synagoga Wielka (ten sam czas budowy co mała) w stylu zupełnie nie przypominającym mi innych domów modlitwy starozakonnych.


Dziś wszystkie mieszczą Muzeum Pojezierza Łęczyńsko-Włodawskiego.

Miasto Czterech Kultur ;).


Przez zaniedbany i zastawiony autami rynek przemijamy szybko aby zobaczyć cerkiew prawosławną. Stanęła jako unicka w latach 1840-43, po kasacji w 1875 stała się prawosławna i tak jest do dnia dzisiejszego. Pod koniec XIX wieku przebudowano ją w stylu bizantyjsko-rosyjskim, jak większość w diecezji chełmskiej.


Eco z Grześkiem idą pomoczyć nogi do Włodawki i nad Bug (gdzie Andrzej będzie miał spotkanie ze SG), ja jeszcze robię zdjęcia barokowemu kościołowi św. Ludwika, który miał tego samego projektanta co Wielka Synagoga.


W drodze powrotnej do baru jeszcze kilka ujęć regionalnych.


Na ostatnim zdjęciu widać graffiti z mostem przerzuconym nad Bugiem - to chyba nawiązanie do prób otworzenia przejścia z Białorusią. Dotychczas spełzły na niczym, a przecież kiedyś stał tutaj most do zabużańskich terenów, a u Łukaszenki nadal działa stacja kolejowa o nazwie Włodawa, która była głównym dworcem dzisiejszego polskiego miasta.

Ostatnim już autokarem żegnamy Podlasie Południowe (ale jeszcze nie Polesie); naszym celem jest Chełm (Холм). To już historyczna Ruś Czerwona. Nazwa ta w Polsce praktycznie nie funkcjonuje, no bo jak to - Ruś u nas?? Podobnie jak bardziej na południe, w Sanoku czy Przemyślu - "panie, jak tam Ruś, toż to Podkarpacie"...

Z daleka widać górujące nad miastem wieże bazyliki.


Piątkowy nocleg zaklepaliśmy w PTSM-ie. Trochę luksusu przyda się przed powrotem, poza tym chcemy obejrzeć mecz otwarcia Mistrzostw Europy :).

Schronisko leży blisko starówki i mieści się w jakimś dawnym dworku.


Stare płytki i wysokie sufity dobitnie świadczą o tym, iż jest to obiekt starej daty.


Ogólnie to świetne miejsce z sympatyczną obsługą, warto polecić! Po prysznicu (dla innych pierwszym od tygodnia) ruszamy na miasto do knajpy, a przy okazji zobaczyć kilka zabytków. Przez chwilę gdy byliśmy w środku padał silny deszcz, były to jedyne opady od soboty!

Jest więc jedyna chełmska cerkiew św. Jana Teologa wybudowana dla stacjonującego w mieście silnego garnizonu rosyjskiego.


Chełmski rynek z niski kamieniczkami.


Barokowy kościół, najstarsza chełmska parafia.


Dawna Mała Synagoga, dziś "saloon" (drugi budynek z prawej).


Na więcej zabrakło czasu, trzeba będzie kiedyś wrócić.

Otwarcie ME oglądamy w pizzerii, gdzie pizze robią rzeczywiście ogromne. Niestety, nastrój psuje wygrana Francuzów z Rumunami.


W sobotę zostało nam już tylko dojść na dworzec. Po drodze zaglądamy na kirkut, niemal całkowicie zniszczony przez Niemców, a zrekonstruowany po 1989 roku. Większość nagrobków jest jednak nowa i symboliczna.


W XIX wieku Żydzi byli trzecią narodowością w mieście, po Rosjanach i Polakach. Mieszkali też Rusini i Ukraińcy, tu urodził Mychajło Hruszewski, de facto pierwszy prezydent Ukraińskiej Republiki Ludowej.


Z Chełma pociągiem jedziemy do Lublina mijając kilka starych dworców.


W Lublinie hałas i tłok, ostatnie piwo wypijamy w spelunce o wdzięcznej nazwie "Bar Perełka".


A potem już tylko TLK i do domu...

-------------
Wcześniejsze części wyprawy na wschód Polski w 2016 roku:
4. Hanna


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz