wtorek, 14 czerwca 2016

Nadbużańska przygoda, cz. I: w kierunku Terespola

I nastał czas wiosny, kiedy to już od kilku lat wesoła kompania moich znajomych przemieszcza się wzdłuż wschodnich granic Polski. Mają taki kaprys, aby przejść kraj dookoła, co zajmie zapewne z 20 lat. Ja nie snuję takich planów, od czterech lat jeżdżę dla zwykłej przygody. Tym razem zaczęliśmy później niż zwykle - w czerwcu - ale okazało się, że był to doskonały wybór.

Rok temu robiliśmy odcinki na północnym Podlasiu i Suwalszczyźnie. Działamy na zmianę, więc w tym roku wypadł znów kierunek południowy, czyli poniżej Bugu, więc... no właśnie, gdzie? Administracyjnie to województwo lubelskie, co - jak wiemy - nic nie znaczy. Historycznie to zachodnie Polesie, natomiast w XIX wieku zaczęto określać teren, po którym będziemy się przemierzali, jako południowe Podlasie, choć bardziej w rozumieniu administracyjnym. Na miejscu okazało się jednak, że używa się niemal wyłącznie określenia "Podlasie", "Polesie" pojawia się dopiero w jego dolnej części...

Z Eco zaczynam start w Opolu, skąd przemieszczamy się do stolicy Śląska. Tam dociera Buba i spędzamy kilka miłych godzin w towarzystwie znajomych. Przezornie nie robię żadnych zdjęć, aby nie kusić licha - w 2014 roku ukradło mi ono aparat, a rok temu stracił go Eco, więc kto wie, na kogo napadnie teraz??

Mocno zapełnionym Polskim Busem docieramy o 4.30 rano do Warszawy, do stacji metra Młociny. Pierwszy autobus umożliwia nam wycieczkę po wyludnionych ulicach stołecznych opłotków i tylko czasami gdzieś daleko widać wielki świat.


W Warszawie Zachodniej jest knajpa, którą Eco z Bubą bardzo polecali. Co prawda były obawy czy po remoncie nie zniknęła jako pozostałość spelunkowatej przeszłości, jednak istnieje, gdyż znajduje się w przejściu podziemnym. Co prawda działa dopiero od 6, ale już pół godziny wcześniej ma otwarte drzwi. "Bar na luzie zaprasza".

Wbrew nazwie na luzie jednak nie jest. Pani zza baru jakaś taka zafuczała, Andrzej dostaje zjebkę za robienie zdjęć bez pytania o zgodę :o-o. Ja przezornie się pytam i takową dostaję...


Wystrój fajny, lecz piwo paskudne i nie ma toalety, prócz płatnej dworcowej oraz pobliskiego parku. Jakoś wymęczamy kufelki i suniemy na najbliższy pociąg. 

W kasie chcemy bilet do Międzyrzeca. Kobieta z okienka coś tam marudzi, że konieczne będą przesiadki. Tak, wiemy! Ale w Siedlcach będziecie mieli godzinę czekania! Tak, wiemy to również! W końcu jednak nam sprzedaje, sprawdzając kilka razy, czy na pewno jest to, o co nam chodzi; tak bywa, gdy kasjer jest mądrzejszy od podróżnego...

Żeby było zabawniej po dojechaniu do Siedlec okazuje się, że przesiadka stoi na sąsiednim torze. Od razu, bez żadnego czekania! Jakim cudem pani z Warszawy tego nie widziała u siebie w komputerze? Nie wiem.

Wysiadamy w Łukowie przy ładnym dworcu w "stylu polskim".


Nigdzie nie chce nam się iść, bo do centrum daleko i chyba niezbyt tam wiele interesujących rzeczy, a że mimo wczesnej pory żar leje się z nieba to idziemy usiąść pod dawne magazyny kolejowe.


Sączymy domowe piwko i cieszymy się tym nastrojem, który najfajniejszy jest właśnie na początku każdej podróży :).

Następnym zugiem dojeżdżamy nareszcie do Międzyrzeca Podlaskiego


Już na początku zderzenie dwóch światów - starego i nowego:


Pod dawnym młynem zatrzymuje się wesoły rowerzysta i pyta skąd jesteśmy. Gdy dowiaduje się że m.in. z okolic Opola to dziwi się, iż nie zostaliśmy na festiwalu.
- Właśnie stamtąd uciekliśmy, jest za głośno i tłoczno!
Rowerzysta zgadza się całkowicie z nami ;).

Pod pałacem Potockich (nijakim, gdyż w obecnej formie pochodzi z okresu międzywojennego) odbywa się impreza pod tytułem Wiwaty Królewskie.


Wiwatują faktycznie dość głośno, co chwilę ktoś strzela.


Są rycerze i świnie.


Liczyliśmy na jakieś swojskie jadło i napitki, lecz stragany dopiero się rozstawiają, więc zostaje nam wypić piwo pod drzewami w parku, co jest dość utrudnione z powodu kręcącej się wszędzie policji...

Nieco później idziemy w kierunku rynku, szukając jakiegoś lokalu na obiad. A tam - dotarł korowód z Wiwatów, machający duńskimi flagami.


Rynek, jak rynek, nic specjalnego, lecz w rogu znajduje się "hotel", pod którym w dość sympatycznej knajpie zjadamy obiad.


Choć była jedna rzecz która na rynku przykuła moją uwagę - rzeźba poświęcona miejscowym Żydom. Jej tytuł to "Modlitwa".


Mnie kojarzy się z czymś zupełnie innym...

Kilka kroków od głównego placu uliczki są już puste i zaniedbane.


Przechodzimy przez rzekę Krznę, dopływ Bugu, którą jeszcze dziś spotkamy.


I znów pociąg... Eco wyciąga szachy.


Po co? Bo w końcu jesteśmy w Szachach :D.


Przechodzący obok konduktor mówi: "Noo, to mi się podoba". Następnym razem trzeba coś wziąć do Misiów i Borsuków ;).

Wyłazimy stację dalej w Sokulach.


Nie ma tam kompletnie nic ciekawego, lecz jest na tyle młoda pora, że chcemy trochę się przejść. Trasa niezbyt skomplikowana, bo centralnie wzdłuż torów.


Już na samym początku znajdujemy rozwalający się dom - można w nim nieźle się ubrać, mają laćki, marynarkę i bryle :).


A potem 7,5 kilometra w słońcu i ciężkim powietrzu, machając do przejeżdżających pociągów, które odpowiadają syrenami.


Widziana ciekawostka - lokomotywa "holuje" skład białoruski.


Tak przynajmniej mi się wydawało, widząc cyrylicę po bokach, ale najprawdopodobniej jest to skład serbski, produkowany w rosyjskich zakładach, stąd jego obecność w tym miejscu.

Podczas wędrówki mijamy bagienko.


Przy mikroskopijnym przysiółku jest przejazd kolejowy. Po obu stronach wylano kilka metrów asfaltu, po czym z powrotem wraca droga gruntowa.


Mieliśmy też widzieć groby lotników z 1939 roku, ale żadnego nie spotkaliśmy, mimo iż jeden leży podobno tuż przy ścieżce. Jedyny jaki rzucił nam się w oczy to ofiary jakiego potrącenia...

Przy przystanku w Porosiukach wita nas banda gimnazjalistów jeżdżąca w tem i nazad swoimi piździkami. Dumni, jakby co najmniej harleyów dosiadali, hałasują niczym stado owadów. Dodatkowo niebo zasnuwają ciężkie chmury, a z oddali słychać nieśmiałe odgłosy burzy. Po krótkim odpoczynku rzucamy się do wsi, którą znamy z wizyty sprzed dwóch lat. Wtedy w centrum działał sklep.


Dwa lata to jednak dużo i dziś straszy tylko tablica z numerem telefonu na sprzedaż. Zaczyna też kropić, więc w deszczu idziemy szybko nad Krznę, gdzie kiedyś stała wiata. Ta na szczęście nie została wystawiona do handlu i jest zamieszkała przez czterech miejscowych.

Szybko znajdujemy z nimi wspólny język, choć oni nie mogą nadziwić się, że ktoś przyjechał turystycznie do Polski B. W czasie gdy lecą do domów po flaszki rozstawiamy w ostatniej chwili namiot, bo wkrótce nadciąga spora ulewa (burza przechodzi bokiem).


Dach wiaty przecieka, więc gramy w grę pod tytułem "znajdź suche miejsce", co wiąże się z ciągłym przesuwaniem tobołków. Humory jednak dopisują :).


Opady nie trwają długo, rychło wraca słońce, a integracja trwa w najlepsze. Mamy zaszczyt pić z jedną trzecią rady sołeckiej!


Dzwonimy, zgodnie z tekstem postawionej tablicy, do pani sołtys z informacją, że tutaj będziemy nocować. Sołtys jest niesłychanie zadowolona, iż jeszcze tacy uczciwi ludzie są i nie żąda opłaty (całe 1 zł za osobę ;)), lecz życzy udanego wypoczynku :). Przed zachodem zajedzie jeszcze do nas samochodem, aby zobaczyć kto to z tak daleka przyjechał i stwierdza, że Bubę poznaje ;).

Miejscowe chłopaki spisały się na medal - przynieśli swoją część alkoholu, uwalili się dość szybko i grzecznie poszli spać ;). Miły początek wypadu :). W ich zastępstwie zjawia się kolega forumowy Wiesio, który mieszka w nieodległej Białej Podlaskiej i dowozi zaopatrzenie :).


Reszta wieczoru mija na rozmaitych rozmowach, wędzeniu się przy ogniu i obserwowaniu pięknego końca dnia, gdy wokół szaleją mgły.


Jest na tyle ciepło i sucho, że śpimy z Bubą pod wiatą i dzięki temu udaje nam się zobaczyć wschód słońca, nie różniący się za bardzo od zachodu.


Poranek jest piękny i upalny, zakłócany jedynie przez dwóch rybaków w Krznie.


Kąpiel była fantastyczna, człowiek dostał takiego kopa, że od razu miał ochotę góry przenosić! Zwłaszcza, że nie było wiadomo kiedy znów nadarzy się okazja do kontaktu z wodą. Wszystko byłoby idealnie, gdyby nie nagły atak licha, po którym wypada mi świeża plomba z zęba :(.

Zbieramy się wolno, przez co później będziemy mieli problem zdążyć na czas - to stanie się tegoroczną tradycją. Porosiuki śpią, co w niedzielne przedpołudnie nie dziwi, podobnie jak brak naszych wczorajszych współbiesiadników.

W pociągu niespodzianka - w przedziale bydlęcym siedzi już Grześ, czwarty towarzysz kompanii! Eco o tym wiedział, lecz rzecz jasna nie powiedział! Uściski, ściski, wyciąganie piwek, studiowanie mapy...


Zarabiam też 100 złotych po wizycie SOK-istów. Akurat gdy przechylałem zimnego browara.
- Głupia sprawa - mówię.
- Bardzo głupia.
- To przez upał, nie mamy wody, a coś pić trzeba - wyjaśniam.
- A to jest woda przecież - mundurowy pokazuje butelkę przy moim plecaku.
- To z rzeki, brudna, spaliliśmy przy wiacie - mówię niewzruszony.

Na szczęście machają ręką i idą dalej. Bywają jednak ludzcy SOK-iści...

W Białej Podlaskiej kolejny biały dworzec, styl "renesans polski".


Po widokach za oknem widać, że jesteśmy coraz bliżej granicy - wagony opisane cyrylicą, cysterny, transporty drewna. W Małaszewiczach jest duża stacja przeładunkowa obsługująca dostawy ze wschodu.


Jeszcze parę minut i będziemy w Terespolu, zaczynając właściwą część przygody!

2 komentarze:

  1. Dawno nie oglądałam Polski z perspektywy PKP. Trzeba przyznać, że ma swój urok ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. tylko to dość mało ekonomiczne, gdy się jeździ na krótkich odcinkach ;)

      Usuń