wtorek, 10 czerwca 2014

Podlasie Południowe - cz. I (od Czeremchy do Mętnej)

Miłe złego początki...

To powiedzenie sprawdziło się w 100 procentach! Mój wyjazd na Podlasie zaczął się sympatycznie - piwko w Opolu, piwka w pociągu, spotkanie ze znajomymi we Wrocławiu i w dobrych humorach wsiadaliśmy do nocnego zuga w kierunku stolicy.

A potem nad ranem zorientowałem się, że mój aparat zniknął :( Nie wchodząc w szczegóły, tej nocy sporo osób zostało w pociągu okradzionych, działała jakaś zorganizowana szajka, prawdopodobnie przy udziale części konduktorów.

W pierwszej chwili chciałem wrócić do domu - dla mnie wyjazd bez możliwości robienia zdjęć jest zupełnie bezcelowy. Eco tylko się modlił, aby opóźnienie naszego pociągu wzrastało, abym mógł nieco ochłonąć i zmienić decyzję. W sumie wymodlił, bo z ciężkim sercem przesiadłem się do kolejnego pociągu na Siedlce i zdecydowałem się kontynuować wędrówkę - Buba obiecała mi dowieźć swoją zapasową małpkę, a przez pierwsze dwa dni robiłem zdjęcia do spółki z Eco. Tak więc galeria zdjęć jest nieco mieszana...

A przecież licho już wcześniej dawało znać - Eco zapomniał mapnika, prawie zapomniał namiotu i spóźnił się przez to do pracy, w robocie zapomniał jedzenia. Potem narastające opóźnienia kolejnych pociągów... w pociągu KM licho znów się objawiło, bo bilet na wcześniejszy kurs nie obowiązywał na ten! zapowiadał się ciężki tydzień!

Do Czeremchy (Черемха) dojechaliśmy tylko we dwójkę - resztę dopadło życie i mogli dojechać dopiero dzień później. Z ulgą wylazłem z pociągu, miałem wszystkiego serdecznie dość.


Na szczęście tuż obok zbyt dużego dworca (Czeremcha powstała w 1906 jako osada kolejarska i właściwie tylko tym się charakteryzuje) jest sklep, funkcjonujący jako knajpa. Ledwo jednak kupiliśmy piwo, dosiadł się miejscowy. Niby miły, niby sympatyczny, na pewno oczytany bardziej niż wskazywał jego wygląd, ale jednocześnie namolny i na siłę chcący ukazać, że wie więcej od nas. Drażniło zwłaszcza poprawianie naszej wymowy (facet, dla którego językiem domowym był raczej białoruski, mówi nam, że powinniśmy poprawić akcent), potem jakieś niby żartobliwe docinki, typu, że Andrzej nie powinien nosić brody, bo jest na to za młody :D Na koniec zaczął wspominać coś o wsadzaniu mydełka w dupę i podpalaniu - w tym momencie stwierdziliśmy, że czas na nas, tym bardziej, że akurat burza się skończyła ;) "Zagroził" nam, że jutro odnajdzie nas swoim Zetorem :D

Jeszcze składanie sztabówki i można iść :)


Podlasie jak to Podlasie - śpiewny akcent, cyrylica, cerkwie, a przede wszystkim drewniane, zdobione domy, których jednak coraz mniej.


Próbujemy złapać stopy - zatrzymuje się tylko strażnik graniczny w cywilnym wozie.
- Eee, ja tylko do roboty, 300 metrów... - tłumaczy. To po co stawał?

Po wyjściu z Czeremchy fotka przy drodze nr 66 do przejścia granicznego z Białorusią.


Idziemy sobie niespiesznie przez las, bo w sumie nic nas nie goni.


Krótki postój przy przystanku, pod którym znajdujemy odkrywczy wierszyk:

TY BĘDZIESZ MOJA,
JA BĘDĘ TWÓJ,
RAZEM BĘDZIEMY
WYWOZIĆ GNÓJ

Brawo.

Około godziny 20-tej dochodzimy na skraj wsi Zubacze.


Od razu skręcamy w prawo, w pylistą drogę, szukając miejsca pod namiot. Nie jest łatwo, bo dookoła krzaczki albo koleiny, jedyne rozsądne miejsce to prawosławny cmentarz, zwany Wesołym, z racji kolorowych nagrobków.


W końcu udaje się znaleźć całkiem niezłą miejscówkę w niskim, ale gęstym lasku - podłoże jest piaszczysto-mchowe, ale namiot całkiem dobrze stoi. Obok jest kilka dołów, w którym można rozpalić ognisko, a z racji gęstości iglaków to nie jesteśmy widoczni z pobliskiej wsi. 

Nastrój wieczoru nieco mąci kolejny atak licha - Eco zostawił całą butelkę wody w sklepie - ale potem jest już tylko trzaskanie ognia, kowbojskie skręciki i rozgwieżdżone niebo.


Niedzielny poranek jest tak gorący, że po 7:30 nie można już wysiedzieć w namiocie. Dodatkowo okazało się, że rozbiliśmy się tak naprawdę na jednym wielkim mrowisku - mrówki są wszędzie! W nocy chyba spały, a teraz tylko łyk swojskiego wina i trzeba się ewakuować.


Śniadanie odkładamy na później, więc o dość wczesnej porze przechodzimy przez Zubacze (Зубачы). Wioska to niewielka, choć w dokumencie z 1580 roku określana jest jako miasteczko. Dzisiaj to rząd drewnianych domów z wszechobecnymi bocianami.


Ozdobą jest drewniana cerkiew p.w. Opieki Matki Bożej z 1895 roku, choć po dokładnym remoncie wygląda tak świeżo, iż myślałem, że to nowy obiekt.


Akurat w środku trwa nabożeństwo, więc nie zaglądamy i po krótkim odpoczynku odbijamy ze wsi na wschód, w kierunku Bobrówki (Баброўка). To już kompletne zadupie, położone nad potokiem Brodziec, będącym dopływem Pulwy (która z kolei jest dopływem Bugu). Leży tuż przy granicy - co więcej, przynależny do niej dawny majątek Turowszczyzna (Туроўшчына), po sztucznym wytyczeniu granicy został przecięty na pół. Po radzieckiej stronie pozostał niszczejący dwór i park, po polskiej pola, ogrody i domki służby.

W sumie wleźliśmy tutaj aby sprowokować Straż Graniczną - chcieliśmy zobaczyć jak szybko zareaguje :D Wzbudzaliśmy spore zainteresowanie wśród mieszkańców, na Eco rzucił się nawet pies o wdzięcznej nazwie Dracula (właściciel przywołał go gromkim "Job twoju mać") i wydawało się, że patrol zaraz się zjawi.

Nagle droga gwałtownie się kończy, druty, zaorany, podmokły pas i słupki graniczne.



Siadamy niedaleko i robimy śniadanie, czekając na tą SG - nadaremnie! Zwyczajnie nas olali! Może w tym roku nie wyglądamy na przemytników?


Upał jest nieziemski, więc wracając postanawiamy wziąć kąpiel w Brodźcu. Kapitalna sprawa, choć żeby umyć bardziej wrażliwe części ciała należało usiąść na kamieniach!


Jakoś się tak złożyło, że potem mamy z półtorej godziny maszerowania właśnie w największym upale - mało jest drzew, topi się nawet pseudo-asfalt, a o stopie można zapomnieć - jakieś auta co prawda jeżdżą, ale nic nie staje.



W Klukowiczach (Клюковичі) ku naszej nieopisanej radości działa sklep! Siadamy więc w cieniu, wkrótce też dosiadają się miejscowi i integracja trwa w najlepsze, są też i lokalne specjały ;) Andrzejowi najbardziej podoba się sprytny uchwyt w miejscowym rowerze, z kolei naszym rozmówcom jego bagnet ("o, tu jest rowek na krew!").


W międzyczasie idę do pobliskiej szkoły zagłosować, wzbudzając sporą panikę wśród wypindrzonych panienek - tylko zastępca komisji wie, gdzie mnie dopisać. Po raz kolejny zadaję pytanie czego oni się uczą na tych szkoleniach? Na samym budynku ciekawostka - przedwojenny napis "SZKOŁA POWSZECHNA".


Inna ciekawostka - bardziej tragiczna - z ławek spod sklepu dobrze widać las graniczny z wyraźną przerwą - to miejsce, gdzie kilka lat temu spadł śmigłowiec SG i zginęła cała załoga. Szczątki podobno były po białoruskiej stronie i ciężko je było odnaleźć.


Trzecia ciekawostka - Klukowicze i okolice to jedyna część przedwojennego województwa poleskiego ze stolicą w Brześciu, która po 1945 pozostała w Polsce (z ocalałych dla Polski kawałków utworzono wówczas gminę Klukowicze).

Jeden z miejscowych (którzy między sobą mówią mieszanko białorusko-polską, z naciskiem na tą pierwszą) - Seba - obiecuje załatwić nam transport. Dzwoni po znajomych i rzeczywiście - po jakimś czasie zjawia się jego znajomy. Trochę dla nas za wcześnie, ale nie marudzimy, bo zamiast 2 godzin to po 5 minutach jesteśmy pod sklepem w Siemichoczach. Razem z nam dociera Iza, która dotarła do Klukowicz na własną rękę.

Piękna pogoda zaczyna się psuć, zbliża się burza, więc szukamy jakiegoś daszku. Niedaleko jest budynek marowni, a przynajmniej tak mi się zdaje - ze schodami i sporym daszkiem. Siadamy tam więc, po jakimś czasie dodzwania się Grześ, że on z Bubą i Toperzem rozłożyli się przed wsią. Potem, już w deszczu, Grzesiu do nas przychodzi, a po nim mniej spodziewany gość - jakiś facet wywala nas spod dachu, bo to, jego zdaniem, miejsce nie do siedzenia, miejsce święte i że nie mamy wstydu. Przed deszczem "sugeruje" schronić się pod przystanek... Dopiero po powrocie przeczytałem, że owa marownia to jakaś nowa kaplica katolicka - może stąd taka agresja, bo facet mieszkał zaraz obok?

Przestaje padać, więc idziemy z Grzesiem na obozowisko - miejsce faktycznie niezłe, na polance pod laskiem. Pozostaje coś wychylić na przywianie :)

W poniedziałek znowu pięknie i gorąco.


Wracamy do Siemichoczów (po drodze większość wzięła kąpiel w mulistym strumyku), gdzie pod otwartym dziś sklepem robimy cały garniec jajecznicy. Miejscowi są bardzo mili i uczynni - pani ze sklepu czyści nam stolik, jeden pan wsadza Bubę i Toperza do auta i wozi po wsi w poszukiwaniu jajek, a sam dodaje od siebie boczek i sałatę! Dwóch piwoszy również cieszy się z naszego towarzystwa i wzajemnie.




Jajecznica jest sycąca, atmosfera zachęca do drzemki, ale znowu się chmurzy, więc chcąc nie chcąc musimy iść dalej. Za kaplicą wyskakuje do nas z pyskiem babsztyl, zapewne żona wczorajszego awanturnika. Jakim prawem robimy zdjęcia, tu nie wolno robić zdjęć, byliśmy tu już wczoraj i zawczoraj, a w ogóle to spokojna miejscowość i proszę opuścić wieś! :D Dopiero gdy Iza sugeruje, że jak się babie coś nie podoba to niech wezwie policję, tamta się nieco uspokaja. Jacyś wyjątkowi frustraci mieszkają koło tej kaplicy... kompletne przeciwieństwo wszystkich spotykanych do tej pory lokalsów.

A licho jest coraz bliżej...



W ostatnim momencie chronimy się pod niezbyt szczelnym przystankiem, zaczyna lać i walić gradem! Nie tracimy jednak rezonu - wspominam coś o tańcu na rurze, więc Eco dzielnie wskakuje na słupek, za co dostaje nagrodę ;)


Gdy przestaje padać pora w końcu iść przed siebie wśród parującej drogi.


W lesie mijamy kaplicę, wystawioną przez hrabinę Potocką, aby powstrzymać w swoich dobrach pomór bydła. Nie wiadomo czy pomogło, ale dziś modlą się tu i katolicy i prawosławni.


Po wyjściu z lasu widzimy kolonię Anusin, a przy niej rozległy cmentarz z kaplicą prawosławną z 1930 roku...


...oraz cerkiew Kosmy i Damiana z lat 1902-1904, która jeszcze niedawno była zielona (dzisiaj te wszystkie po remontach są brązowe).


Szukamy jakiegoś miejsca na zrobienie obiadu i nasz wybór pada na zadaszone ujście strumyka, być może służące kiedyś jako chrzcielnica.



Przed nami jeszcze sporo drogi, więc niektórych trzeba do ruszenia tyłka jakoś zmotywować ;)


Za Werpolem (Верпіль), należącym w przeszłości, podobnie jak m.in. Siemichocze, do Sapiehów, kończy się asfalt i zaczyna się piaszczysta droga przez Puszczę Mielnicką, południową pozostałość po Puszczy Białowieskiej. Najbardziej charakterystyczne miejsca to skrzyżowania.



Dziewczyny i Toperz wyrywają nam do przodu (co do nich zupełnie niepodobne), męska trójka spokojnie maszeruje na tyłach. Mijamy osadę Adamowo-Zastawa (Адамова), leżącej przy drodze w kierunku zamkniętej granicy, w której znajduje się przepompownia rurociągu Przyjaźń.


Przez chwilę łudzimy się sklepem, bo widzimy reklamę piwa, ale to tylko jakaś prywatna impreza. Podczas postoju na opłotkach wsi dostajemy informację, że w Mętnej (Мутна) czeka na nas nocleg przy świetlicy wiejskiej - jest tam wiata, miejsce pod namiot i ognisko, wychodek, drewno, kran z wodą - i to wszystko za darmo!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz