poniedziałek, 20 czerwca 2016

Nadbużańska przygoda, cz. III: sanktuaria trzech wyznań (Kodeń i Jabłeczna)

W Kodniu (Кодень) na straży pokoju stoi polski żołnierz ściskający się z jakimś Azjatą, a wszystko to za plecami małej dziewczynki, która zdaje nie zdawać sobie sprawy z całego zajścia.


Nie motywy żołniersko-patriotyczne są jednak najważniejsze w tej miejscowości, lecz bazylika św. Anny - sanktuarium katolickie.


Dzieje Kodnia (początkowo nieprawidłowo odmienialiśmy "Kodenia") związane są z rodem Sapiehów. To oni w XVII wieku wznieśli świątynię w stylu renesansu i umieścili w niej cudowny obraz Matki Boskiej Kodeńskiej. W 1630 roku obraz ten książę Mikołaj Sapieha ... ukradł z pałacu papieskiego w Rzymie i unikając pościgu ściągnął nad Bug! Doskonały przykład, że cel uświęca środki ;).


Tak głosi legenda, powtarzana nam nawet przez lubelskich żulików. Prawdopodobnie jednak święte oblicze zostało zwyczajnie kupione w Hiszpanii, bo trudno sobie wyobrazić, aby ktoś tak bezczelnie okradł papieża i wyszedł z tego bez szwanku. Przynajmniej w tamtych czasach.

Wokół bazyliki rozciąga się coś w rodzaju katolickiego lunaparku - to pierwsze wrażenie po obejrzeniu mapy poglądowej.


My zaczęliśmy zabawę od odwiedzenia jadłodajni dla pielgrzymów - jedzenie było smaczne, w cenach umiarkowanych, a porcje bardzo duże. Można też było za darmo skorzystać z kibelka, bo koło kościoła pobierano opłaty.


Następnie w grupach rozpoczęliśmy szybkie zwiedzanie... jak widać na załączonym obrazku do Bugu tylko kawałek.


Ostatnie metry RP prezentują się kwieciście.


Za bazyliką są m.in. ogrody i powojenna droga krzyżowa z jedną okazałą stacją, zbudowaną na dawnym arsenale Sapiehów.


Z zamku książęcego zostały tylko piwnice, służące dziś jako podstawa ołtarza polowego.


Obok nich stoi gotycka, murowana cerkiew św. Ducha z XVI wieku.


Początkowo była prawosławna, potem unicka, a obecnie jest filią katolicką.

Kodeń posiada jeszcze jedną świątynię - zieloną cerkiew prawosławną wybudowaną kilka lat temu dzięki pomocy ortodoksów z Grecji.


Wieś była kiedyś miastem, o czym świadczy zalesiony rynek na środku którego stoi pomnik poświęcony pochowanym tutaj żołnierzom radzieckim, którzy mieli zginąć podczas zajmowania miejscowości. W rzeczywistości pod monumentem pochowano radzieckich jeńców, a o Kodeń nie toczyły się walki, gdyż Niemcy się wcześniej wycofali. Ciał zresztą już też tam nie ma, ekshumowano je jakiś czas temu. Kolejny obiekt do usunięcia w ramach dobrej zmiany...


Podczas gdy jedna osoba pilnowała na rynku plecaków reszta chodziła po ogrodach i robiła zakupy. W czasie gdy Andrzej pakował swój dobytek zauważył go przechodzący mały chłopczyk z mamusią.
- Mamo, a kto to jest?
- To jest turysta.
- A co on tam ma?
- To jest plecak.
- A po co mu plecak?
- W plecaku turysta nosi same niezbędne dla niego rzeczy.
I miała racje, ponieważ właśnie w tym momencie Eco chował do plecaka kolejne piwa :D.

Kolejny etap podróży pokonujemy autobusem: popołudniem jest jeden, jedyny busik kursujący z Terespolu na Włodawę i skorzystamy z niego kilkukrotnie.

PKS dowozi nas do centrum Jabłecznej (Яблочина), gdzie szybko lokalizuję sklep. Taki jaki powinien być na prowincji ;).


Siadamy pod fajną wiatką, choć sprzedawczyni ostrzega, że policja czasem wykazuje się tutaj bohaterstwem i lepi mandaty. Trudno, zaryzykujemy. "Najbardziej ćwiczą się mięśnie karku, od ciągłego odwracania głowy, aby zobaczyć kto jedzie" - usłyszeliśmy.


Wkrótce zaczynają schodzić się miejscowi. Niektórzy dzielnie walą pod wiatę, po czym nagle cofają się jak rażeni gromem, widząc obce gęby. Niewielu miało odwagę wejść ;). Jeden z nich usiadł na dłużej i usłyszeliśmy od niego historie m.in. o konfliktach religijnych w Jabłecznej. Młodzi mają wszystko gdzieś, ale starsi wiekiem do tej pory toczą wojnę katolicko-prawosławną. Objawia się ona choćby przy stawianiu krzyży albo znaków: skoro tamci postawili krzyż na 2 metry, to my postawimy na 3! Nawet tabliczka do kościoła katolickiego musiała być wyższa od prawosławnej - i rzeczywiście tak jest!


Do tego dochodzą jakieś waśnie narodowościowe, bo ci którym nazwisko kończy się na "-uk" uznawani są przez niektórych za Ukraińców, mimo, że wcale się nimi nie czują. Warto zwrócić uwagę, że mimo bliskości Białorusi nikt nie mówi o Białorusinach, tylko Ukraińcach, których terytorium osadnictwa sięgało Bugu aż do Mielnika.

Idę zobaczyć katolicką "świątynię pańską", która jest za zakrętem. To dawna cerkiew unicka, wybudowana w 1752 roku przez Radziwiłłów.


Po przebudowach nie widać w środku już żadnych śladów z wcześniejszego wyznania.


Podczas rozmowy pod wiatą miejscowy się rozkręca i mówi, że możemy u niego przenocować w stodole. Większości ekipy oczy się zaświeciły, bo tej atrakcji dawno nie było. Wkrótce jednak autochton gasi entuzjazm mówiąc, że ma groźnego psa, który nawet na jego żonę się rzuca. Grześ dopytuje, czy pies czasem nie był tak szkolony...
- Nie, skądże! No, ale fakt, parę razy mu mówiłem "bierz ją, bierz" :D.
Najwyraźniej pies to sobie zapamiętał :lol. Entuzjazm częściowo wraca, gdy okazuje się, iż zwierzę trzymane jest na łańcuchu. Wkrótce potem zjawia się żona Baśka - już z daleka widać burzę tlenionych włosów i wściekłą twarz, z której wyskakuje stek bluzg w kierunku małżonka.

Koniec marzeń, noclegu w stodole nie będzie! Ten pies chyba nie był taki głupi...

Sklep zamknięto, pora i na nas: zarzucamy plecaki i kierujemy się w kierunku Bugu. Po drodze widać efekty "wojny na krzyże".


Widać też, że wróciła piękna pogoda, w sam raz na wieczór i ładnie oświetla krajobraz wzdłuż drogi.


W międzyczasie mija nas na rowerze wściekła Baśka tuż po kolejnej awanturze małżeńskiej. Gdy przechodzimy koło ich gospodarstwa faktycznie jest tam jakieś psisko, gwałtownie ujadające.

Spotykamy też tabliczki z oznaczeniami "Szlaku nadbużańskiego". Są w stanie mocno sfatygowanym.


Jeziorko, chyba starorzecze Bugu.


Jabłeczna to kolejny, po Kostomłotach, ważny punkt na religijnej mapie kraju. Zdaje się tutaj prawosławny męski monastyr św. Onufrego.


Założono go w XV albo XVI wieku. Jako jeden z nielicznych w Rzeczpospolitej nie przyjął unii brzeskiej, o czym mnisi przypominają na każdym kroku.


Pozostanie przy prawosławiu powodowało liczne ograniczenia, które trwały aż do upadku państwa szlacheckiego. Sytuacja zmieniła się po rozbiorach - po krótkiej przynależności do Habsburgów monaster znalazł się w granicach Królestwa Kongresowego jako jedyny tego typu. W latach trzydziestych XIX wieku drewniane zabudowania zastąpiły trwalsze materiały - wybudowano m.in. klasycystyczną cerkiew główną.


Nowy etap w dziejach zaczął się w 1875 roku po skasowaniu przez cara diecezji unickiej. Od tego momentu Jabłeczna miała być motorem rusyfikacji oraz utrwalania prawosławia w regionie. Nie wywiązywała się jednak zbyt dobrze z tego zadania, gdyż mnichów było niewielu, najczęściej pochodzili ze wsi i posiadali zbyt słabe wykształcenie aby służyć jako narzędzie propagandy. Często nie znali nawet dobrze rosyjskiego. W dodatku początkowo nie grzeszyli bogactwem, co także nie poprawiało ich oceny w oczach wiernych.

Niewątpliwie jednak w tym okresie prestiż klasztoru wzrósł, wybudowano nowe budynki, stopniowo też poprawiała się sytuacja materialna mnichów.


Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości dawna działalność stała się przyczyną prób likwidacji monastyru - kombinowały tak władze państwowe oraz katolickie. Ostatecznie przetrwał, skonfiskowano mu jednak niemal wszystkie dobra a także wspominaną cerkiew w centrum Jabłecznej. Ocalał również z drugowojennej zawieruchy, choć Niemcy spalili część zabudowań i zastrzelili jednego z mnichów (był to kolejny napad na klasztor, wcześniej najeżdżali go m.in. powstańcy styczniowi, nieznani sprawcy na początku XX wieku, a krótko po wojnie polskie podziemie).

Od 1945 klasztor był jedynym męskim prawosławnym na terenie PRL (dziś jest ich już kilka). W wyniku reformy rolnej stracił resztkę swoich gruntów i zrobiło się tak biednie, że momentami zakonników żywił miejscowy PGR. Do tego w wyniku akcji Wisła liczba wiernych z okolicy spadła z 1500 do... 50! Swoją drogą nie wiedziałem, że akcja Wisła sięgała tak daleko na północ...


Współcześnie monastyr jest ponownie ważnym miejscem pielgrzymkowym i atrakcją turystyczną, choć pod sklepem ostrzegano nas, iż niektórzy mnisi nie lubią katolików i dają temu wyraz.

Można tutaj przenocować - dom pielgrzyma z początku XX wieku wzorowany jest na tradycyjnych rosyjskich domach.


O tej porze przy monastyrze panuje pustka, a cerkiew zamknięto. I tak zresztą nie porobilibyśmy w niej zdjęć, gdyż jest zakaz. Dochodzę do wniosku, że choć nie jestem wielkim miłośnikiem katolicyzmu, to jednak cenię, że w większości kościołów tego wyznania nie ma problemów z fotografowaniem.


Oprócz głównej cerkwi w pobliżu są jeszcze dwie mniejsze drewniane z 1908 roku. Zaśnięcia Przenajświętszej Bogurodzicy znajduje się naprzeciwko bramy (ujęcie z poranka następnego dnia).


Druga, pod wezwaniem św. Ducha, kilkaset metrów dalej wśród łąk, przy granicy i Bugu.


Co ciekawe w przeszłości rzeka miała tutaj inny przebieg i dopiero pod koniec XIX wieku dokonano zmiany biegu, a monastyr znalazł się po jej lewej stronie. Gdyby nie te działania leżałby dziś w państwie Łukaszenki albo w ogóle nie istniał.

Białoruś na wyciągnięcie ręki, wystarczy tylko przepłynąć :).


Zastanawialiśmy się nad noclegiem w tym miejscu, bo jest naprawdę ładne, ale komary cięły jak oszalałe oraz mielibyśmy gwarantowaną wizytę SG, więc postanowiliśmy znaleźć inny plac i znów ukryć się przed pogranicznikami.

Cofnęliśmy się za klasztor do "świętego drzewa".


Podobno też padało ofiarą przepychanek religijnych, bo zdarzało się, iż usuwano z niego katolickie krzyże i obrazy...

Za drzewem widać niewielką ścieżkę, którą poszliśmy. Ścieżka wkrótce zniknęła, zrobiła się wysoka trawa i właśnie tam postawiliśmy namioty.


Zrezygnowaliśmy jednak z ogniska, bo mogło być widoczne z drogi, wieczór spędziliśmy więc w namiocie, gdzie i tak było całkiem przyjemnie :).


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz