czwartek, 8 lipca 2021

Zamość. Perełka na koniec.

Zamość. Perła renesansu wpisana na listę UNESCO. Najładniejsze miasto dawnej ziemi chełmskiej, a dziś zapewne całego województwa lubelskiego, a może i południowo-wschodniej Polski. Tak mówią. Faktycznie, kolorowa starówka może się podobać, zwłaszcza Rynek Wielki.


Po tygodniowym włóczeniu się wzdłuż granicy na sam koniec czeka nas wizyta w tak turystycznym miejscu. Nietypowe w naszym przypadku. Początkowo jednak nie mamy okazji podziwiać pięknych zabytków dawnej architektury, bowiem dworzec autobusowy w Zamościu to dość obskurny plac (przypominający parking) otoczony blokami. Daleko z niego zarówno do centrum, jak i do dworca kolejowego. Odnoszę wrażenie, że takie lokalizacje (podobnie jak np. w Lublinie) podyktowane były chęcią przypodobania się lobby taksówkowemu, bo to one najbardziej na nim skorzysta.

Suniemy z plecakami między wielką płytą, garażami i dziurawymi chodnikami. Plus tej wędrówki jest taki, że czasem miniemy obiekt, który w innym przypadku byśmy ominęli: cerkiew prawosławną (na pierwszym planie kaplica-wejście na cmentarz) oraz kościół polskokatolicki (jego otwarcie w okresie międzywojennym wywołało silny opór "prawdziwych" katolików, a także władzy państwowej).


Przekraczamy linię kolejową, zaczyna się strefa parkowa i pomnikomania. Na tym egzemplarzu starano się upchać tyle elementów, ile się zmieści.

Jan Zamoyski lokując w XVI wieku miasto Zamość od razu zaczął otaczać je fortyfikacjami. Mimo, że były to tereny niemal w centrum ówczesnej Rzeczpospolitej, to tak naprawdę niespokojne południowe granice wcale nie były tak odległe, a Turcy czy Kozacy potrafili zapuszczać się daleko. Twierdza Zamość była wówczas jedną z najnowocześniejszych w Europie i przez wiek z powodzeniem zdawała egzaminy: odparła atak w czasie powstania Chmielnickiego, nie zdobyli jej także Szwedzi. Wikingom udało się to dopiero podczas wojny północnej. Trzy ostatnie oblężenia przypadły na 19. stulecie: w 1809 roku twierdza padła po szturmie Polaków (bronili się Austriacy), a w 1813 oparła się Rosjanom, ale polska załoga skapitulowała na wieść o klęsce Napoleona pod Lipskiem. Podobnie było pod koniec powstania listopadowego - nie było sensu trwać w dalszym oporze. Po tych wydarzeniach straciła na znaczeniu, rozpoczęła się jej likwidacja. Administracja carska rozbierała ją jednak pobieżnie i wykorzystywała jako koszary, więc wiele elementów pozostało do dzisiaj - przed nami jedyny zachowany bastion wraz z nadszańcem, noszący numer VII.

Na starówce trwa "rewitalizacja". Oczywiście zgodnie z obecną modą ma być betonowo, kostkowo i bezdrzewnie.

Ekipa się rozdziela, bo Szymon i Iwona śpią w pobliżu dworca PKP, a ja z Bubą i Krwawym na Starym Mieście. Hostel "Starówka" jest świetnie położony, do ratusza w linii prostej mamy dwieście metrów. Przyjechaliśmy dwie godziny przed oficjalnym czasem meldunku, ale nie było problemu, aby dostać się do środka. Czysta pościel, ciepła woda w łazience - luksus! A dla miłośników odpadającego tynku jest podwórko 😏.

Wykąpani i wyczesani ruszamy na zwiedzanie. Co prawda byłem już raz w Zamościu, ale przed kilkunastu laty i to na weselu, więc zobaczyłem niewiele. Pogoda znowu postanowiła przypomnieć, że podczas tego wyjazdu nam sprzyjała: po porannych opadach nie ma już śladu! Kurde, przez cały tydzień ani razu nie udało mi się założyć długich spodni 😏.


Najpierw zaglądamy w okolice Parku Miejskiego, gdzie stoi okazała Brama Lubelska. Tą bramą kanclerz Zamoyski prowadził do miasta swego najznakomitszego jeńca - arcyksięcia Maksymiliana, pokonanego w starciu pod Byczyną.


Na park adaptowano tereny poforteczne, ale nadal możemy obejrzeć resztki bastionu IV. W bramie zachowana interesująca pamiątka - napisy w cyrylicy wykute w XIX wieku, autorstwa rosyjskich żołnierzy z zamojskiego garnizonu.


Jedną z pierwszych budowli twierdzy był arsenał, który razem z prochownią i tzw. pawilonem pod kurtyną (chodzi o "kurtynę" między dwoma bastionami) tworzy dziś Muzeum Fortyfikacji i Broni.

Czytamy plakaty i wpadamy z Krwawym na pomysł, aby zajrzeć na jakąś wystawę: on wybiera ekspozycję z bronią starszą (arsenał), a ja z tą z XX wieku (pawilon). Musimy się spieszyć, bo za kilkadziesiąt minut zamykają, w dodatku początkowo nie umiem znaleźć odpowiednich drzwi wejściowych, więc robię się trochę nerwowy. Z racji pory jestem w pawilonie sam, natomiast sama wystawa jest dość dziwna. Zaprojektowana w nowoczesny sposób, ale spora część wyposażenia to kopie: wszystkie mundury i chyba wszystkie pojazdy do okresu II wojny światowej. Jeszcze dziwniejszy był dla mnie fakt, że w całej sali nie ma... ani jednej tablicy informacyjnej!



Użyłem skrótu myślowego, więc spróbuję wyjaśnić o co mi chodzi: zazwyczaj chodząc po muzeum dochodzimy do kolejnym etapów, gdzie jest jakaś tablica z historią albo myślą przewodnią, np.: "I wojna światowa w Zamościu, Działania partyzanckie na Zamojszczyźnie, Garnizon Zamość" i tym podobne. A tu nie. Mamy kącik z żołnierzami z Wielkiej Wojny, oni są opisani ("kopia, kopia, rekonstrukcja"), po czym idziemy do kolejnego kącika, gdzie stoi żołnierz z okresu międzywojennego, a potem następni z II wojny światowej. Gablota z oryginalnymi pistoletami pierwszowojennymi i druga z drugowojennymi. I tak dalej. Jest po prostu prezentacja (nie zawsze chronologiczna) kolejnych etapów, bez żadnego zarysowania szerszego kontekstu (bo za taki trudno uznać kilka schematycznych map). Nie wiadomo dlaczego obok siebie umieszczono żołnierza Legionów Polskich i dwóch w mundurach austriackich (tzn. ja to wiem, ale inni zwiedzający niekoniecznie), czemu ramię w ramię stoi Niemiec i człowiek radziecki. Podejrzewam, że wiele wyjaśniłyby liczne ekrany multimedialne zawieszone na ścianach, lecz te... zostały wyłączone z powodu wirusa! Przychodzi więc turysta i jest skazany albo na swoją wiedzę albo na domyślanie się, o co autorom chodziło. Tym bardziej, że - jak już wspomniałem - na co najmniej połowie wystawy umieszczono współczesne kopie, więc czułem się trochę jak w muzeum figur woskowych albo w sklepie dla rekonstruktora, bo wartości muzealnej nie ma to żadnej.


Samochód pancerny wz. 34 i armata Boforsa. Repliki ładne, ale takie to mogę sobie zobaczyć na jakiejś inscenizacji bitwy czy happeningu WOT, a niekoniecznie w muzeum.

Druga część wystawy to już oryginały, ale trudno się dziwić, gdyż to radziecki sprzęt z okresu powojennego - przed remontem kurtyny był częścią ekspozycji plenerowej.

Oprócz nieśmiertelnego T-34 (wyprodukowanego w Polsce już po wojnie) zaparkowała pod szklanym dachem amfibia, opancerzony samochód rozpoznawczy BRDM, śmigłowiec Mi-2 oraz mniej bojowe urządzenia jak piekarnia polowa, kuter holowniczy i kuchnia polowa. Dodatkowo kilka dział.


Gustowne wdzianko pilota samolotu "Iskra".

Wychodząc z muzeum nie stwierdziłem, że pieniądze za bilet wyrzuciłem w błoto, ale chyba jednak spodziewałem się czegoś ciut innego.

Podczas gdy ja z Krwawym dokształcałem się militarnie, to Buba kręciła się po pobliskim pałacu Zamoyskich. Początkowo była to bardzo okazała budowla w stylu renesansowym, potem barokowym, aż w końcu klasycystycznym, ale po licznych zawieruchach sprawia obecnie mało atrakcyjne wrażenie. W głównej części mieści się liceum, a w dobudówkach mieszkania. No i tam na jednej z klatek schodowych podejrzewano Bubę o to, że... chce ukraść kartofle.

Wystający spod tynku napis "Apotheke" to zapewne pamiątka po szpitalu polowym.

Będąc ponownie w trójkę wracamy na starówkę mijając potężną renesansową katedrę Zmartwychwstania Pańskiego z towarzyszącą jej okazałą dzwonnicą.


Najwięcej turystów spotkamy na Rynku Wielkim. Zgodnie z nazwą rzeczywiście jest duży - 100 na 100 metrów. Główny obiekt to oczywiście ratusz: zlokalizowany w północnej pierzei, lekko wysunięty do przodu z imponującymi schodami. Na wieży umieszczono orła białego w wersji z lat 20. ubiegłego wieku - podczas mojej ostatniej wizyty w jego miejscu widniało obecne godło (pamiątka PRL-u z dołożoną koroną), zatem zmiany tej dokonano około 2009 roku.

Sąsiadujące z nim kamienice ormiańskie są tak kolorowe i bogato zdobione, że nie sposób ich nie zauważyć. Piękne fasady miały podkreślać zamożność zamojskich Ormian, sprowadzonych do miasta przez samego założyciela i tradycyjnie parających się handlem, głównie z szeroko rozumianym Wschodem.



Spotykamy Iwonę z Szymonem i jako całość zaczynamy szukać miejsca do spożycia obiadu, zwłaszcza, że to był pierwszy dzień, kiedy rząd w swojej łaskawości pozwolił na konsumpcję we wnętrzach lokalu. W tym celu udajemy się na Rynek Solny, jeden z dwóch (obok Rynku Wodnego) rynków "pomocniczych". Jak sama nazwa wskazuje kiedyś handlowano na nim solą, a z kolei leżąca na środku kotwica pochodzi ze statku M/S "Ziemia Zamojska". Zbudowano go w Buenos Aires, a dziś pływa pod banderą liberyjską, choć inne źródła podają, że sprzedany został Rosjanom.

Siadamy w ogródku, degustujemy (widać na drugim planie, że nie wszyscy są szczęśliwi 😏)...

...i ruszamy jeszcze trochę pozwiedzać.

Ładnie odnowiona synagoga sąsiaduje z zaniedbanym domem kahalnym (ten należy do prywatnego właściciela). Sto lat temu Żydzi stanowili połowę mieszkańców Zamościa, lecz pozostało po nich niewiele śladów.

We wschodniej części starówki oglądamy kościół franciszkanów - potężną barokową świątynię z XVII wieku, w momencie budowy jeden z największych kościołów Rzeczpospolitej. I tu pewna ciekawostka: pod koniec 19. stulecia zmniejszono jego fasadę rozbierając z polecenia Rosjan szczyty i obniżając dach. W ostatnim czasie obiekt rekonstruuje się do stanu oryginalnego.


Zupełnie niekościelną atrakcją, którą zostawiliśmy na sam koniec, są betonowe ruiny kryjące się w krzakach kilometr od Starego Miasta. Tu miał wznosić się gmach Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Wokół tej inwestycji narosło sporo mitów i legend. Podobno w okresie późnego Gomułki planowano przekształcenie Zamościa w metropolię (przy czym te słowo należy raczej brać pod uwagę w cudzysłów). Miało powstać całe Nowe Miasto zaprojektowane przez architektów z Warszawy - w nowoczesnej dzielnicy przewidziano miejsce dla teatru, kin, domu towarowego, banków, hoteli, dworca kolejowego i autobusowego, a nad wszystkim miał górować budynek Miejskiej Rady Narodowej posiadający, bagatela, dwadzieścia pięter. Za Gierka rzeczywiście ranga Zamościa wzrosła, gdyż stał się stolicą województwa, lecz Nowe Miasto nie powstało. Siedzibę MRN i wojewódzkiego PZPR zaczęto wznosić gdzieś pod koniec lat 70., jednak kryzys polityczny i gospodarczy kolejnej dekady sprawił, że szybko ją przerwano. Pozostały betonowe fundamenty, bardzo rozległe, co daje do myślenia jak wielki miał to być obiekt. Poleca się je jako fajne miejsce na imprezę, ale tak naprawdę mokro tu, śmierdzi szczynami, a w wielu miejscach łatwo się połamać wpadając w dziurę.


Sprawy własnościowe chyba nadal nie są do końca uregulowane, a rozbiórka "bunkra" byłaby tak kosztowna, że zapewne jeszcze przez długi czas nikt nie wybuduje tu niczego innego.

Ostatni wieczór wyjazdu chcemy spędzić przy piwku. Knajpy - jak już pisałem - niby są otwarte, ale z rynku nas przeganiają z okrzykiem "w środku nie można". No to nie, kij wam w oko, chyba im nie zależy... W lokalach bardziej oddalonych od głównego placu życie normalnie toczy się we wnętrzach, załapujemy się nawet na karaoke. Co prawda ekipie to nie odpowiada ("nie można normalnie porozmawiać w tym hałasie" - narzekają), ale mnie wręcz przeciwnie ("rozmawialiśmy przez cały tydzień, to teraz nie musimy" - kontruję 😏).

W sobotę rano, mniej więcej o tej samej porze gdy przed tygodniem wsiadałem do pociągu w kierunku Lublina, ruszam z Bubą wyludnionymi ulicami na dworzec kolejowy. Na przedpolu fortecznym widzimy biegających żołnierzy wojska Macierewicza, chyba szykuje się jakaś impreza z udziałem WOT.


Dworzec zamojski niedawno wyremontowano, ale nie kupimy w nim biletu ani nie skorzystamy z kibelka - służy jako knajpa. To w sumie logiczne, skoro przez miasto jeżdżą trzy pociągi na krzyż...


Ponieważ zostało jeszcze trochę czasu, to biegnę pod zoo, które znajduje się po drugiej stronie ulicy. Z wybiegu dla niedźwiedzi dochodzą ryki, zza drzew także coś się drze, a za szybą tamaryna białoczuba wcina śniadanie 😊.

I już miałem napisać, że podróż powrotna do domów przebiegła bez historii, ale to nieprawda: gdzieś na Czarnym Śląsku grupa gówniarzy zabawiała się rzucaniem kamieniami w pociąg. Efekt: szyba ostatecznie wytrzymała (kamień trafił w nią tylko częściowo), ale gdyby pękła to poleciałaby dokładnie na nas...

7 komentarzy:

  1. A propos Muzeum Fortyfikacji i Broni, tak się zastanawiam, czy muzealnicy wyłączyli ekran obawiając się, że będzie rozsiewał COVIDA? A może sądzili, że to zwiedzający będą zakażać biedny ekran wirusem?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Muzealnicy wyłączyli myślenie, to na pewno. Ponoć jest także opcja, aby uruchamiać ekran przez szczytanie jakiegoś kodu QR, ale ani nikt mi o tym nie powiedział, ani żadnego kodu nie dostałem.

      Usuń
  2. No może w końcu się uda mi zawitać do tego miasta, o rynku się naczytałem, fajnie byłoby go zobaczyć osobiście. Ja ostatnio jechałem sceptycznie nastawiony na muzeum, a wyszedłem zadowolony. To chyba nasze nastawienie też powoduje, jakie są późniejsze odczucia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To na pewno, ale ja tu nie miałem żadnego nastawienia, bo decyzję o wizycie podjąłem w ciągu minuty, po tym jak Krwawy stwierdził, że może by sobie coś obejrzał ;) Pstryk, kasa i wchodzę :D

      Usuń
  3. Faktycznie Zamość to perełka, nazywany jest również miastem idealnym. Byliśmy tam ze 25 lat temu a i wtedy robił wrażenie, dzisiaj pewnie jest jeszcze piękniejszy. Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Od tego czasu pewnie go ze trzy razy wyremontowano ;) No i uruchamia się kolejne atrakcje, jakieś mini-muzea, wystawy i tym podobne. Pozdrowienia.

      Usuń
  4. Na Roztoczu byłem w 20-18 roku,kraina mną wstrząsnęła. Podobnie rzecz się miała odnośnie szwendania po Zamościu, dodatkowym atutem była wizyta w manufakturze, krówkami się obżarłem... jak dzik :))

    OdpowiedzUsuń