piątek, 16 lipca 2021

Czerwcówka na Kujawach, ziemi dobrzyńskiej i chełmińskiej.

Kolejny rok czerwcówkę spędzam w Polsce. Tym razem tydzień po Bożym Ciele wybrałem się na Kujawy, ziemię dobrzyńską i chełmińską.
 
Zaczynamy od Włocławka, który jest uznawany za nieoficjalną stolicę Kujaw. Na bezpłatnym parkingu pod mostem wita nas mural z patronem województwa kujawsko-pomorskiego. To i nawet województwa mają swoich patronów?
 
 
Włocławek to jedno z najstarszych miast w Polsce; gród obronny istniał tu już w XI wieku, natomiast lokacja nastąpiła w wieku XIII. Prawdopodobnie początkowo funkcjonowały dwa Włocławki: jeden to miasto biskupie, a drugi "miasto niemieckie", założone przez kolonistów z Rzeszy. Na pewno aż do czasów rozbiorów najważniejszym człowiekiem w mieście był biskup i to on decydował o wszystkim. Pamiątką po tej przeszłości jest okazała bazylika Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny.


Widoczna z wielu miejsc, ale najtrudniej sfotografować ją z bliska, więc posłużę się lekko niechlujną panoramą złożoną z czterech ujęć. Boczna kaplica trochę przypomina te z Wawelu.


Gotycką świątynię zaczęto budować w 1340 roku, po tym jak jej poprzedniczkę spalili Krzyżacy. Poświęcenie nastąpiło rok po bitwie pod Grunwaldem. Podobno wnętrza kryją wiele zabytków, ale się o tym nie przekonamy, bo w drzwiach wita nas zamknięta krata! Typowe: największa atrakcja turystyczna miejscowości, ale niedostępna. Moglibyśmy pojawić się po szesnastej, jak informuje kartka. Wtedy jest msza, lecz na innej kartce pisze, że w czasie mszy zwiedzać nie wolno. Zaklęte koło. Nie, dziękujemy. Udało mi się jedynie zrobić zdjęcie neogotyckiej Grupy Ukrzyżowania nad prezbiterium.


Pogoda przypomina tę sprzed roku, gdy jechaliśmy w Wielkopolskę: leje. Czyżby to była sugestia, aby jednak w tym czasie jeździć gdzieś na południe? Może w przyszłym roku, na razie musimy sobie poradzić i łazić w deszczu. Na szczęście tylko dziś ma być tak brzydko... Z drugiej strony - gdyby nie pandemia to kto wie, czy i kiedy odwiedziłbym ten region?

Okolica bazyliki to budynki na przemian wyremontowano i sypiące się. Do tych pierwszych należy siedziba starostwa powiatowego (dawne katolickie gimnazjum żeńskie), do tych drugich sąsiednie zabudowania, pochodzące z XIX wieku.


Kościół świętego Witalisa, najstarszy obiekt we Włocławku, choć jego metryka jest tylko o dekadę dłuższa niż bazyliki. Częściowo "wchłonięty" przez seminarium.


Idziemy nad Wisłę. Ciekawy widok mają z okien tych domów.


Most nad rzeką nosi miano Rydza Śmigłego. Nazwać przeprawę nazwiskiem człowieka współodpowiedzialnego za katastrofę wrześniową, który w krytycznym momencie spieprzył za granicę i zostawił swoje wojsko? Mistrzostwo! Szczęścia mostowi to nie przyniosło, dwukrotnie był wysadzany: raz w 1939 i drugi w 1945.


Wisła tu szeroka i przy tej aurze robi raczej smutne wrażenie.



Jedziemy zatem dalej, a na drugim brzegu zaczyna się ziemia dobrzyńska, przed wiekami teren pogranicza i starć polsko-krzyżackich. Połykamy kolejne kilometry słabo zaludnionych terenów, z rzadka trafi się wioska w żaden sposób nie odróżniająca się od poprzedniej. No, chyba, że nazwą, bo tu mamy skręt na Barany:


Pierwsza większa miejscowość to Lipno. Parkuję na jakimś placu, który początkowo wziąłem za rynek. Błękitny budynek szkoły w przeszłości był siedzibą komitetu miejskiego i powiatowego PZPR.


Z Lipnem związany jest wątek rodzinny: pochodził stąd mój wujek, który po szkole przyjechał na Górny Śląsk do pracy i osiadł pod Rybnikiem. Szczerze pisząc to mu się nie dziwię, iż stąd wyjechał - pomijając kwestię zatrudnienia miasto wygląda dość przygnębiająco i biednie. Nawet większość domów wokół wykostkowanego rynku jest zaniedbana. Jedynie gotycki kościół mógł mnie zainteresować, lecz oczywiście okazał się zamknięty.


Kolejny zaplanowany postój wypada w Golubiu-Dobrzyniu. To taki północny odpowiednik Bielska-Białej: dwie zupełnie odrębne osady złączone w jedną, najpierw w czasie wojny przez Niemców, a potem ponownie w 1951 roku przez władze polskie. Nawet podobnie jak w przypadku BB obie miejscowości leżały w dwóch różnych krainach historycznych.
Golub założony został w XIII wieku i przez długi czas znajdował się na terenie państwa krzyżackiego na ziemi chełmińskiej. Następnie jako część Prus Królewskich znalazł się w Polsce aż do rozbiorów, aby po nich na kilkaset lat (z krótką przerwą) funkcjonować w Prusach. Powrócił do Rzeczpospolitej w 1920 roku, choć większość mieszkańców mówiła wtedy po niemiecku.
Dobrzyń nad Drwęcą jest o wiele młodszy, ale za to znacznie ludniejszy. Założono go dopiero w 1684 i początkowo stanowił nieformalne przedmieście Golubia. Od 1772 roku na Drwęcy ustanowiono granicę, więc jego dzieje potoczyły się zupełnie inaczej: krótkotrwały zabór pruski, Księstwo Warszawskie, Kongresówka. To historycznie nadal ziemia dobrzyńska (jej nazwa pochodzi od Dobrzynia nad Wisłą, a nie tego). Rola Drwęcy jako granicy zakończyła się dopiero w okresie międzywojennym.

Najpierw zatrzymujemy się w Dobrzyniu. O dziwo, rynek pełen zieleni. Z fontanny chlapie woda, a porządku strzeże haubica i pomnik Piłsudskiego.



Golub architektonicznie prezentuje się zupełnie inaczej, czuć, iż dotarliśmy do dawnych Prus i ziem poniemieckich: ciasne uliczki, dużo cegły, mury miejskie, kamienice na rynku identyczne jak te na Śląsku i w Wielkopolsce.




Charakterystyczna wieża kościoła ewangelickiego z początku 20. stulecia, obecnie będącego szkołą. A na rogu ładny "Dom pod Kapturem" - jedyny zachowany budynek z XVIII wieku, służący kiedyś jako karczma. Dziś mieści się w nim informacja turystyczna, w której przez chwilę gawędzimy sobie z panem w historycznym wdzianku.



Największą atrakcją miasta jest zamek wznoszący się na wzgórzu nad Golubiem. Wybudowany w XIV wieku przez Krzyżaków, kilkukrotnie przechodził z rąk do rąk w czasie kolejnych wojen. W czasach polskich przebudowano go w stylu renesansowym na polecenie Anny Wazówny, siostry Zygmunta III. Kolejne stulecia to raczej upadki niż wzloty: zniszczony przez Szwedów, odbudowany, przeznaczony przez Francuzów na lazaret, zaniedbany, znowu wyremontowany. W końcu w PRL-u dokonano kompleksowej rekonstrukcji obiektu (na zdjęciach sprzed stu lat widać, że był wówczas ruiną).


Kolubryna, która grała w "Potopie" Jerzego Hoffmanna.


Panorama Golubia, Dobrzyń w tle.


Rozgrywane są jakieś zawody strzeleckie, na razie trwają przygotowania. Przy tej pogodzie im nie zazdroszczę.

Deszcz jest jakiś dziwny i zaczynam podejrzewać spisek 😏: gdy siedzimy w aucie to nie pada, ale ledwo człowiek wyjdzie, to od razu zaczyna walić z góry. Nie bawimy się zatem zbyt długo w podziwianie zamku... Nota bene nigdzie w okolicy nie można zaparkować darmowo samochodu - nawet jeśli chcesz wpaść tylko na chwilę, to musisz zapłacić za cały dzień! Zostawiliśmy więc wóz na parkingu przy pewnym hotelu, na szczęście nikt się nie czepiał.



Sądziłem, że to koniec zwiedzania na dziś, ale wypadły jeszcze dwa postoje na ziemi chełmińskiej. Obydwa przypadkowe - z głównej drogi zauważyłem z boku podejrzane wieże i odbiłem do centrum wiosek.

Pierwsza z nich to Ostrowite (niem. Ostrowitz, Osterbitz) posiadająca dwie świątynie: gotycki kościół Marii Magdaleny oraz popadający w ruinę ewangelicki z początku ubiegłego stulecia.



Ten drugi wybudowano dla osadników niemieckich ściągniętych przez Pruską Komisję Kolonizacyjną. Funkcjonował do 1945 roku. Obok niego od razu stanęła pastorówka.


Gotyckich Domów Bożych mają tu wiele, kolejny z nich oglądam w Gronowie (niem. Grunau, a także od nazwy właścicieli Wolffserbe). Wieże dostawiono w renesansie, a jeszcze kilka lat temu otaczał go rząd wysokich drzew.


Dwa dni później wracam na Kujawy w zupełnie innych warunkach atmosferycznych: bezchmurne niebo, słońce, upał. Zajeżdżamy do Ciechocinka, tam gdzie dom zdrojowy Maxi Kaz rusza na łowy. Będąc w tej okolicy nie mogłem tu nie zajrzeć, zobaczyć w końcu miejsce opiewane w piosenkach i sprośnych kawałach 😏. Parkujemy przy jednym z parków, niedaleko Kina "Zdrój".


Dworzec kolejowy, kapkę zapomniany. Na skwerze pomnik Jerzego Waldorffa, który był jedną z licznych sław bywających w uzdrowisku.


W Parku Tężniowym, jak sam nazwa wskazuje, stoją tężnie, największe tego typu konstrukcje w Europie. Niestety, akurat trafiliśmy na remont tężni numer jeden. Nie wiem, czy to najlepszy okres na renowacje.



W Parku Zdrojowym przy niczym nie kopią i w ogóle jest ładniej. Pijalnia wód zdrojowych została wybudowana w stylu tyrolskim.



Muszla koncertowa (to podobno styl zakopiański) szykowana jest na wieczorny mecz Polski ze Słowacją. Biedni widzowie, tyle czasu zmarnują.


Fontanna "Żabka" obok pijalni. Szkoda, że nie kumka.


Po krótkiej wizycie u wód pędzimy do Nieszawy. Pędzimy dosłownie, gdyż chcę zdążyć na prom, który - według internetu - odpływa co pełną godzinę. Docieram dziesięć minut przed czasem i obserwuję jak statek właśnie... pruje Wisłą w kierunku drugiego brzegu. Ręce mi opadły...


Miejscowi szybko mnie pocieszają, iż prom pływa non stop tam i z powrotem, a nie o określonych godzinach. To po co ta informacja na stronie internetowej? Wzruszenie ramion: sieć to sieć, a tutaj robią co chcą...

W oczekiwaniu na powrót promu odwracam się i przyglądam panoramie Nieszawy (niem. Nessau). Miasto to można spokojnie nazwać "wędrownym", gdyż obecna lokalizacja jest już jego trzecią! Pierwszy gród o tej nazwie także położony był nad Wisłą, ale bardziej na północ i zachód - kilka kilometrów od Torunia. W tej pierwszej Nieszawie podpisano z Krzyżakami pokój toruński, a w 1424 król Jagiełło kazał zrównać ją z ziemią. Rok później monarcha wzniósł nową Nieszawę, dokładnie naprzeciwko krzyżackiego Torunia, wokół tzw. zamku dybowskiego. Ta Nieszawa przeszła do historii z powodu przywilejów nieszawskich nadanych polskiej szlachcie. Mieszczanie z Thorn odbierali ją jednak jako zagrożenie i po kilku latach wespół z rycerzami zakonnymi zdobyli oraz zniszczyli. Druga Nieszawa podniosła się ze zgliszcz, lecz po wojnie trzynastoletniej Torunianie zażądali jej ostatecznej likwidacji z tego samego powodu co wcześniej - nie chcieli tuż obok siebie konkurenta w handlu. Trzecią Nieszawę założono trzydzieści kilometrów dalej w górę rzeki i tutaj została do dzisiaj.



Prom wraca... Jednostka "Nieszawa" została wybudowana w 1991 roku w Sandomierzu. Podobno ma przypominać statki z Missisipi.

Ładujemy się na pokład. Jest wąsko, więc wciskamy się na styk. Mnie do barierki zabrakło dosłownie centymetra 😏.



Obsługa ze znajomymi wita się wylewnie, a w stosunku do obcych jest nieprzyjemna. Facet ma do mnie pretensje, że... stanąłem za daleko do wjazdu na prom.
- To mój pierwszy raz - odpowiadam.
- Ale co pierwszy raz - za kierownicą czy na promie?
- Pierwszy raz w Nieszawie - rzucam ze złością. - Nie wiedziałem, że to ma takie znaczenie iż wyjeżdżający z promu mają więcej miejsca.
Rachunek też mi się nie zgadza - według cennika za auto kasuje się osiem złotych, a za człowieka dwa. Ten wziął dziesięć, więc nie wiem czy nie policzył pasażerów i skasował tylko za auto, a resztę do kieszeni, czy skasował tylko za kierowcę. Ale nie, rachunek był na ósemkę... Dwa złote to nie majątek, lecz nikt nie lubi być kantowany.



Przeprawa trwa kilka minut: wyjeżdżamy jako pierwsi i po chwilę zostajemy sami,  bo wszyscy popędzili przed siebie, a prom płynie pusty do Nieszawy.



Znów jesteśmy na ziemi dobrzyńskiej. Asfaltowa droga przez pola zmienia się na krótkim odcinku w leśną, nieutwardzoną.


Trasę na tym brzegu Wisły wybrałem, aby za szybko nie wracać do domu. Przy okazji obejrzy się jeszcze jeden zamek, a właściwie jego ruiny w Bobrownikach.


Wznieśli go książęta dobrzyńscy w XIV wieku. Przez krótki czas posiadali go Krzyżacy, ale już po I pokoju toruńskim trafił w polskie ręce. Spalony w czasie Potopu uległ zniszczeniu w 18. stuleciu.
Ruiny są malowniczo położone nad Wisłą (aż do lat 80. ubiegłego wieku stały na niewielkiej wyspie) i przyciągają miejscowe pary; jedną z nich właśnie wystraszyliśmy.




Boisko klubu "Wiślanin Bobrowniki".


Czerwcówkę zaczynamy tak, jak zaczęliśmy: we Włocławku. Tym razem jednak nie w samym mieście, ale na zaporze na Wiśle, wybudowanej w latach 60.. 


Ogromny krzyż poświęcono księdzu Popiełuszce, którego ciało (oficjalnie) wyłowiono właśnie tutaj. W tle wznoszą się wieże włocławskiej bazyliki. Ciekawe czy w tym momencie jest otwarta czy kartka znowu nakazuje zjawić się o innej godzinie?

9 komentarzy:

  1. Piękne wspomnienia i nie koniecznie musowo jechać do Władysławowa :)
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. We Władysławowie nawet nie byłem, więc tym bardziej nie musowo ;)

      Usuń
  2. W tych rejonach byliśmy dawno temu i z ochotą powspominałem dawne wypady. Prom prawie jak parowiec na Missisipi i mogło to być fajne przeżycie, gdyby nie gburowata obsługa. Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podejrzewam, że na promie rzadko trafia się "obcy" więc z tego powodu głupieją :P Pozdrowienia :)

      Usuń
  3. Kurczę, jak bardzo pogoda zmienia odbiór miejsc - nawet na zdjęciach :) W ogóle nie znam tych okolic :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja wczoraj pierwszy raz korzystałem z promu. Wrażenia wręcz odwrotne, facet nie policzył nam za córę, wesoło gadał z nami. No wrażenie super. A potem jadąc do domu, przejeżdżałem, przez Wąchock ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Promy są super, szkoda, że coraz ich mniej. Może dlatego facet taki wesoły, bo z Wąchocka :D

      Usuń
    2. Może, choć akurat, od przeprawy, to trochę do Wąchocka jechaliśmy. Ale całkiem fajna przygoda, przejazd takim promem, to fakt ;)

      Usuń