Po wielu beskidzkich wyjazdach z tatą tym razem postanowiłem zabrać go w Sudety, a konkretnie do Wysokiego Jesionika. Na
Pradziadzie już kiedyś byliśmy, więc przyszła pora na tereny położone bardziej
na północ, czyli na Keprník i Šerák.
Autobusem dojeżdżamy na Červenohorské sedlo, gdzie na parkingach
stoi całkiem sporo aut oraz... całkiem spora grupa policji. Wyglądają, jakby
spotkali się towarzysko, bo nie zwracają większej uwagi na przemykające drogą
samochody.
Červenohorské sedlo Niemcy nazywali Roter-Berg-Sattel, a jak się
powinno nazywać po polsku? Otóż, według Czechów, jest
Łęk Czerwonogórski! Taką wersję znajdziemy na tablicach ścieżki
edukacyjnej (początkowo zastanawiałem się, o co chodzi) i na niektórych
stronach. Bardzo twórcze tłumaczenie 😏.
Tymczasem my uderzamy do Chaty Červenohorské sedlo, aby zjeść zupę
i czegoś się napić. Co prawda wjechaliśmy już na wysokość tysiąca metrów, ale
przed nami jeszcze sporo wspinania.
Pradziad jako Duch Gór jest na przełęczy obecny w postaci drewnianej rzeźby;
tatuś nie mógł nie zrobić sobie z nim zdjęcia 😊.
To ujęcie pokazuje ile wozów stało na parkingach. Co prawda były wakacje, ale
nie spodziewałem się aż takiej frekwencji w środku tygodnia!
Z tej strony w stronę Šeráka szedłem do tej pory bodajże dwa razy, więc
nie jest ona dla mnie aż taką oczywistością, jaką mogłaby się wydawać. Oprócz
widoków oferuje również pamiątki architektoniczne - pierwszą z nich jest
kapliczka poświęcona ofiarom gór (Památník obětem hor). Umieszczona w
dawnym kamieniołomie jest kopią kościółka stojącego kiedyś znacznie wyżej.
Zaczynamy nabierać wysokości. Szlak jest tu szeroki, a podejście rozłożone na
długie odcinki, więc dość łagodne. Z naprzeciwka schodzi dużo osób, nieco
mniej podąża w tym samym kierunku co my.
Po trzech kwadransach dochodzimy do Vřesovej Studánki (Heidebrünnel), popularnego miejsca na odpoczynek. W dole znajduje się kamienna kapliczka
ze źródełkiem, na której pięterku można się przespać (prowadzi do niego sznurowa drabinka). Powyżej na polanie stały kiedyś schroniska i kościółek.
Świątynia spłonęła w 1946 roku od uderzenia pioruna i jej mniejsza kopia stoi
niedaleko przełęczy. O schronisko nie dbano, więc w ostatniej dekadzie
komunizmu było już w takim stanie, iż w 1988 roku je rozebrano. Pozostały po
nich resztki fundamentów i schody, a na terenie dawnego kościoła dołożono
współczesny ołtarz.
W kapliczce kolejka nawet do źródełka, które kapie tak słabo, że napełnienie
butelki trwałoby nieskończenie długo. Zwilżam jedynie usta i ruszamy na
równoległy do czerwonego, ale biegnący wyżej
szlak żółty.
Z łącznika są ładne widoki na dolinę Hučivej Desny oraz na skałki Vozky
i Keprníka.
Na żółtym szlaku też są ładne panoramy z grupy skalnej - w dole świetnie
widać Jeseník otoczony Górami Rychlebskimi i Opawskimi. No i oczywiście
polanę szczytową Keprníka.
Tym szlakiem jeszcze nie szedłem, więc również dla mnie jest to całkowita
nowość, w dodatku nie ma tu innych turystów. Mijamy Kamenné okno,
po czym z wysokości 1300 metrów musimy zejść do kolejnej przełęczy.
Od sedla pod Vřesovkou znowu zaczynamy spotykać innych ludzi, ale ich
ilość nie przytłacza. I ponownie rozpoczyna się podejście.
Poruszamy się wzdłuż granicy morawsko-śląskiej, która była też granicą dóbr
Žerotínów i biskupów wrocławskich. Ci drudzy nadal są tu obecni w postaci
słupków oznaczonych literą BB (Bistum Breslau).
Zaliczamy też historyczny trójstyk - ziemie biskupów i Žerotínów stykały
się tu z majątkami Liechtensteinów. Rodzina książęca ustanowiła w 1904
roku rezerwat przyrody, najstarszy na Morawach, który pod nazwą Šerák-Keprník
istnieje w powiększonej formie do dzisiaj.
Ostatnie podejście i pięknie objawił się Pradziad.
Wkrótce pojawia się polana i skalny szczyt Keprníka (Glaserberg),
trzeciej najwyższej góry Jesioników. Siedzi na nim trochę osób.
Siadamy i my, bo miejsca jest dużo. Turyści prezentują pełen przekrój
ubraniowy - od grubych kurtek po kuse ciuchy nastolatek. Sporo z nich dotarło
tutaj kolejką z Šeráka.
Z Keprníka miałem kiedyś widoki przekraczające dwieście kilometrów, ale
dziś nie ma co liczyć na dalekie panoramy, bo przejrzystość jest słaba. Wydaje
mi się, że przez lornetkę dostrzegam zarys Beskidów, ale gołym okiem nie ma na
to szans.
Są Góry Opawskie z Kopą Biskupią, jest Masyw Śnieżnika z blenderem na
szczycie. Za nimi Góry Orlickie i w sumie niewiele więcej.
Chata Jiřího na Šeráku, a za nią bardzo zamglona Ślęża - osiemdziesiąt dwa
kilometry od nas.
Zjadamy kanapki z plecaków, tata dzwoni do mamy poinformować, gdzie jesteśmy.
Potem robimy sobie zdjęcia z fanami. A następnie słyszę rozmowę pewnej młodej
Czeszki z rodzicami:
- Czy to są Węgrzy? - wskazała mojej ojca. - Mówił tak dziwnie i te dziwne
flagi.
- Nie, to był polski, chyba... A te flagi to pewnie jakieś regionalne, ale nie
wiem jakie.
Dobrze, że nie pomylili z ukraińskimi, bo to teraz modne.
Przypomniał mi się jeszcze jeden akcent międzynarodowy - inna młoda Czeszka pokazuje
mamie horyzont:
- Co tam jest?
- Tam? Aaa, to Polska, tam nic nie ma.
- Jak to nic?
- No nic, płasko. Góry kończą się na granicy, nie ma tam po co jechać.
Schodząc z Keprníka napotykamy... roboty drogowe. Mocno kamienista i
korzeniowa ścieżka zostaje zastępowana równo ułożonymi kamieniami. Prawie jak
autostrada!
A na niebie też zmiana: od początku wędrówki towarzyszyły nam chmury, a teraz
gdzieś zniknęły.
Jedyne schronisko w tej części Wysokiego Jesionika to wspomniana Chata Jiřího. Wybudowane zostało kilkaset metrów od szczytu Šeráka na gruntach
biskupstwa wrocławskiego; teren pod budowę przekazał biskup Georg Kopp, stąd
nazwano je Georg Schutzhaus, co w języku czeskim przetrwało do dziś.
Początkowo drewniane, po celowym podpaleniu przez złodzieja odrodziło się w
formie kamiennej.
Obiekt jest elegancko położony, ma panoramę z tarasu i nawet z kibla...
...ale od dawna próżno szukać tu klimatu znanego z klasycznych schronisk
górskich. Wnętrza typowo restauracyjne, ceny zbójeckie. Piwo - zwykła
Holba - za ponad 80 koron to kwota, której nigdzie nie uświadczyłem i
niczym się to nie różni od łupienia w polskich górach. Porcje jedzenia małe i
średnio smaczne. Zewnętrzny bufet zamykają już o szesnastej i nie ma
znaczeniu, że nadal jest pełno klientów, wewnętrzna kuchnia działa maksymalnie
godzinę dłużej, a potem wszyscy wypad! Niestety, właściciel zarabia
wystarczająco dużo dzięki kolejce z Ramzovej, więc nie musi się niczym
przejmować.
Popatrzmy sobie przez chwilę na dolinę, w której płynie Bělá Jesenická, u
nas znana jako Biała Głuchołaska. Kopulasty szczyt po prawej to Medvědí
vrch.
Ciekawe ile ludzi było wtedy na Kopie Biskupiej, doskonale widocznej z tego
miejsca?
W pewnym momencie pod ławki podjeżdża trójka rowerzystów z Polski - mama, tata
i syn. Praktycznie nie widzieliśmy dziś osób na kołach, bo na przykład
na Keprník jest zakaz wjazdu i Czesi tego przestrzegają. Polska rodzina
oczywiście przyjechała na rowerach elektrycznych, bardzo drogich. A ponieważ
bufet się już zamknął i jedzenie wydawali wyłącznie w środku, to ktoś musiał
stale siedzieć na zewnątrz i ich przez cały czas pilnować. Padło na faceta,
który wydawał się z tego zadowolony, bo mógł w spokoju pobawić się telefonem.
Przedtem bawił się jego syn i żona, więc ewidentnie takie mają rodzinne
spędzanie czasu na łonie przyrody.
Na jednej ze ścian dostrzegam historyczną pamiątkę: drogowskaz MSSGV/SGV,
czyli Morawsko-Śląskiego Towarzystwa Górskiego (Mährisch-Schlesischer Sudetengebirgsverein), które wybudowało schronisko. Szlak w kształcie charakterystycznych rombów
z jednej strony prowadził tutaj, z drugiej do Ramzovej (Ramsau). Jest to
ewidentnie oryginał, ale raczej powinien być odpowiednio chroniony, a nie
wystawiony na działanie wiatru, deszczu i złodziei.
Zbieramy się i robimy sobie jeszcze jedno zdjęcie z faną obok rzeźby kozicy.
Szczyt Keprníka leży po morawskiej stronie granicy (kilkanaście metrów od
niej, ale zawsze), szczyt Šeráka (Hochschar) dokładnie na niej,
ale formalnie jest niedostępny, gdyż to teren rezerwatu. Z wysokością 1351
metrów jest trzecim w mikroregionie Keprnická hornatina.
Ładny widok w kierunku Rychlebów i Gór Bardzkich.
Schodzić w dół postanawiamy nie szlakiem, ale wzdłuż kolejki krzesełkowej. Też
się szybko zamyka, po szesnastej pan z obsługi już czeka na ostatnich
turystów, lecz ponieważ nikt się nie zjawia, to wkrótce cała maszyneria staje.
Jego samego spotykamy później, jak mija nas na rowerze z zawrotną prędkością.
Zejście jest fest strome, ale widokowe, cały czas mamy przed oczami Śnieżnik.
Pół godziny zajmuje nam dotarcie do stacji pośredniej pod Černavą
(Schwarz Küppel). Dalej będzie łagodniej, ponieważ pójdziemy trawersującym
zbocze szlakiem przez las.
Ciekawie rosnące drzewa na przeciwległym stoku, nad Ramzovą.
Druga część trasy także zajmuje nam około pół
godziny. Ramzová sprawia wrażenie na wpół wymarłej
miejscowości, ale to nie dziwi, gdyż to osada typowo turystyczna i o tej porze
większość przybyszów już sobie pojechała do domu.
Zaglądam do domku, w którym kiedyś z Bastkiem nocowaliśmy. To były czasy!
Tu też są słupki graniczne biskupstwa wrocławskiego - tyle razy tędy
przechodziłem, a widzę je pierwszy raz!
Ponieważ mamy prawie godzinę do pociągu, więc zaglądamy do hotelu przy
przelotówce. Jego też znam z wcześniejszej wizyty i pamiętam, że niezbyt
chętnie witali ludzi z plecakami, stawiając głównie na nocujących. Tak jest i
tym razem, więc zamawiamy tylko frytki i coś do picia, po czym kończymy
wycieczkę udając się na dworzec kolejowy.























































Na waszym miejscu uważałbym z tym obnoszeniem się z żółto-niebieskimi flagami.
OdpowiedzUsuńI mamy je chować z powodu jakiś polskich troglodytów? No nie, to może od razu po prostu wprowadzić urzędowo faszyzm... Na szczęście czeskie góry to nie Ostrawa, gdzie walą tłumy zwabione opinią imprezowego miasta.
Usuń