Na zachodnich krańcach czeskiego Śląska znajduje się miasteczko Javorník (Jauernig). Mimo swej niedużej wielkości i peryferyjnego położenia jest znane wśród
turystów, zwłaszcza polskich - zapewne fakt, że miejscowość z trzech stron
graniczy z Polską ma swoje znaczenie. Przede wszystkim jednak Javorník
jest naprawdę ładny i posiada liczną zachowaną zabytkową zabudowę, widać to
szczególnie na rynku.
O samym mieście
już kiedyś pisałem, tutaj chciałem zaprezentować jego największą atrakcję, czyli górujący nad
starówką zámek Jánský Vrch (Johannesberg).
Z dołu zamek wygląda skromnie, a namalowane na ścianach okna nie dodają mu
powagi. Dopiero z bliska nabiera się do niego szacunku.
Do zamku można podejść stromymi schodami albo wspiąć się kilkoma różnymi
ścieżkami. Z podejścia są bardzo ładne widoki na miasteczko i na okolicę; za
domami zaczynają się Góry Rychlebskie.
Stając na dziedzińcu w końcu widać, że zamek nie jest taki mały i składa się z
kilku części, dodatkowo otaczają go zabudowania gospodarcze.
Zamek po raz pierwszy wspominany jest na początku XIV
wieku, wzniósł go książę Bolko Świdnicki. Jego syn, też Bolko, sprzedał go
biskupom wrocławskim. Od tego momentu miasto i zamek dzieliły historię
księstwa nyskiego (Fürstentum Neisse, Nisské knížectví), którego właścicielem byli
biskupi ze stolicy Śląska.
Zamek zniszczyli husyci, odbudowany został jako renesansowy. Kolejna
przebudowana nastąpiła w stylu barokowym, a biskupi wykorzystywali go jako
letnią rezydencję. Czasem jednak spędzali w nim więcej czasu: po wojnach
śląskich Śląsk został podzielony między Hohenzollernów i Habsburgów,
księstwo nyskie także. Biskupi wrocławscy nie pałali miłością do władców
Prus, więc kilka razy z konieczności udawali się na wygnanie do Jauernigu i
dożywali tu swych dni. W XIX wieku księstwo nyskie zsekularyzowano zarówno w
Prusach jak i w Austrii, ale w tej drugiej biskupi zachowali swoje majątki,
w tym zamek, a właściwie już wtedy pałac. Pozostawiono im też symboliczną
władzę przynależną arystokratom, bowiem biskup wrocławski z racji swej
funkcji automatycznie wchodził w skład śląskiego sejmu koronnego.
Na zdjęciu wielki herb biskupa Philippa Gottharda von Schaffgotscha, który jako pierwszy musiał uciekać z
Prus i dokonał tu żywota.
Zamek można zwiedzać tylko z przewodnikiem, co jest przykrą normą w czeskich obiektach. Dostępne są dwie trasy: pokoje reprezentacyjne oraz gospodarcze, wybraliśmy tę pierwszą opcję. A ponieważ było nas czworo, bo przyjechaliśmy z moimi rodzicami, więc kupiliśmy bilety wcześniej przez internet. Grupa może liczyć maksymalnie trzydzieści pięć osób (w tym dwanaście osób z internetu), a kolejna wchodzi dopiero po dwóch godzinach. Na początku czyszczenie obuwia specjalną maszyną (przy moich butach ogłosiła bunt 😛), a potem musimy ubrać nieśmiertelne kapcie.
Zaczynamy od okazałej klatki schodowej. Biskupi - tak w przeszłości jak i dzisiaj - byli zapalonymi myśliwymi, więc mijamy liczne trofea z zabitych zwierząt. Przy niektórych porożach umieszczono lokalizację polowania, na przykład Thomasdorf, czyli Domašov w powiecie Jesionik.
Zwiedzanie obejmuje kilkanaście punktów. Pierwsza sala opisana była w polskim przewodniku jako "pomieszczenie konferencyjne", ale mi to wygląda raczej na jadalnię. W oczy od razu rzucają się papierowe tapety, które mają ponad dwieście lat, a firany są niewiele młodsze, bo szacuje się je na sto osiemdziesiąt lat i tak jest w każdym prawie pokoju. Meble w "konferencyjnym" są w podobnym wieku i wykonano je we Francji.
W pomarańczowym przedpokoju ściany ozdobiono grafikami z Rzymu.
Na korytarzu mijamy portret wspomnianego biskupa Philippa Gottharda. Na wygnaniu spędził prawie trzydzieści lat. Nie mając żadnego wpływu na pruską część swojej diecezji, umilał sobie czas sprowadzając artystów z całego państwa Habsburgów. Długo przebywał na zamku Karl von Dittersdorf, twórca kilkuset symfonii i kilkudziesięciu oper, kierował wtedy pałacową orkiestrą. Najczęściej grała ona w dużym, okrągłym salonie.
Palarnia z kilkoma ciekawostkami.
Rezydencja biskupia była stopniowo wyposażana w nowinki techniczne ułatwiające purpuratom życie. Instalacja wodociągowa pojawiła się na przełomie 18. i 19. stulecia. W 1906 roku pałac zyskał oświetlenie gazowe, widać tutaj rurkę podpiętą do lampy. We wnętrzach już one nie działa, wokół pałacu ponoć nadal tak. Oświetlenie elektryczne podłączono w latach 30. ubiegłego wieku.
"Mała jadalnia", która wcale nie jest taka mała. Zastawa to wiek XIX, wyprodukowana we Francji lub na Wyspach Brytyjskich.
W takim obiekcie kaplica była obowiązkowa, w końcu nawet biskupi musieli codziennie odprawiać mszę. Ołtarz jest barokowy, ale do jego budowy użyto starszych renesansowych obrazów, a po bokach towarzyszą mu gotyckie rzeźby przeniesione ze starego kościoła w Javorníku.
Jednym z najcenniejszych eksponatów jest rzeźba kobiety z początku XVI wieku, ale poza tym nic więcej o niej nie wiadomo.
Przemierzając kolejne sale dochodzimy do wniosku, że nie one aż tak bogate
jak w siedzibach niektórych świeckich rodzin, ale... wyposażenie zamku jest
całkowicie oryginalne, co nawet w czeskich zamkach - znacznie mniej
ograbionych niż polskie - nie jest normą. Wnętrza
miały szczęście nie zaznać niszczycielskich wizyt Armii Czerwonej ani
miejscowych szabrowników. Zapewne dlatego, że gdy kończyła się wojna, na
zamku nadal przebywał jego właściciel - biskup Adolf Bertman, ostatni
tytularny książę nyski. Choć początkowo odmawiał nazistowskim urzędnikom
opuszczenia Wrocławia, to za namową swojego lekarza zrobił to w marcu 1945
roku. Ani Sowieci ani odtwarzające się czechosłowackie władze nie ruszyły
biskupa z jego rezydencji, gdzie zmarł w lipcu, niecałe dwa miesiące po
zakończeniu konfliktu światowego. Historia zamku jako siedziby biskupiej
dobiegła końca, ale droga do przejęcia obiektu przez czechosłowackie państwo
była długa i trwała kilka dekad. Teoretycznie Praga, zwłaszcza pod rządami
komunistów, mogła po prostu skonfiskować zamek, ale z jakiś powodów tego nie
zrobiła, mimo, że reforma rolna z 1948 roku odebrała kościołom wszystkie
posiadane ziemie. Rok wcześniej dla pozostałych w Czechosłowacji terenów
archidiecezji wrocławskiej utworzono Apostolską Administraturę w Czeskim
Cieszynie (Apoštolská administratura českotěšínská), na której czele
stanął ksiądz František Onderek - posiadał on niemal wszystkie uprawnienia
normalnego biskupa. W 1959 roku Jánský Vrch został wydzierżawiony państwu,
ale formalnie nadal był to majątek kościelny. Javorník dopiero w 1978 został
włączony do czechosłowackiej struktury kościelnej, kiedy to znalazł się w
archidiecezji ołomunieckiej. Sam zamek oficjalnie znacjonalizowano jeszcze
później, bo w 1984 roku, kiedy to kościoły czechosłowacki i polski
porozumiały się w sprawie wzajemnych roszczeń finansowych. Można więc
napisać, że była to ostatnia siedziba szlachecka na Śląsku przejęta przez
państwo.
Nie umiałem znaleźć informacji kiedy dokładnie wnętrza przekształcono w
muzeum i wpuszcza się do nich turystów, ale z tego co czytałem, to
komunistyczne władze celowo nie przeprowadzały tu żadnych poważniejszych
remontów. Potwierdziła to przewodniczka:
- Nie było tu żadnych modernizacji, widzimy takie sale, jakie były w 1945
roku.
Z jednej strony to unikalna okazja zobaczenia pokoi w takim stanie, w jakim
zostawił je biskup Bertman, z drugiej wychodzą dekady zaniedbań:
popękane i obsypujące się ściany, zacieki na sufitach, odpadające i porwane
dwustuletnie tapety.
Nad każdymi drzwiami jest numer pomieszczenia, do którego się zaraz wejdzie.
Aby przywoływać służbę naciskano specjalny przycisk i wyświetlał się numer
pokoju, więc kamerdyner od początku wiedział, gdzie iść. Pod numerem
piętnastym mieści się kaplica, ale numer namalowano w sąsiednim pokoju
gościnnym (dziewiętnastka). Doskonale w nim widać uszkodzenia na ścianach.
Kolejny pokój gościnny utrzymany jest w cieplejszej tonacji i posiada małą
bibliotekę.
Pokoje dla służby wyglądały oczywiście zupełnie inaczej. Czasem przypominały
raczej przedłużony schowek, do którego powciskano meble. Łóżko było na tyle
wąskie, że sługa nie miał możliwości się na nim wyciągnąć i spał w pozycji
półsiedzącej. Taki sen nie był zbyt głęboki, więc mógł szybko
reagować na nocne wezwania. Czasem pokoje służących bywały większe, aby w
razie czego ulokować w nich gości, dla których zabrakło miejsca w innych
pomieszczeniach.
Salon ze stołem bilardowym ozdobiony jest portretami wybranych biskupów
wrocławskich. Jest oczywiście obraz przedstawiający Adolfa Bertmana (na
zdjęciu). Dołożono także portret administratora apostolskiego Františka Onderka, czyli de facto ostatniego legalnego kościelnego
zarządcę pałacu. Był on prześladowany przez władze komunistyczne, podpisał
lojalkę, a tuż przed śmiercią mianował swojego następcę na stanowisku nowego administratora. Został nim jego asystent "ksiądz patriota", a dokonano tego
niezgodnie z prawem kanonicznym, więc Watykan ignorował ten wybór.
Ściany pomalowano na zieleń dwieście lat temu - wysoką trwałość uzyskano
dodając do farby arsenu.
W ostatniej sali oprócz historycznych wnętrz można podziwiać największą w
Europie Środkowej kolekcję fajek. Jest ich prawie dwa tysiące, najstarsze są
z XVIII wieku. Większość z nich należała do prywatnego kolekcjonera, a
państwo czechosłowackie zakupiło je w 1968 roku i umieściło w pałacu.
Podejrzewam, że była to próba przeniesienia zainteresowania odwiedzających z
biskupów na dýmky.
Ciekawe są fajki upamiętniające służbę wojskową (jak u nas chusty), a także
odwieczna męska chęć otaczania się atrakcyjnymi kobietami 😉.
Zwiedzanie trwa niecałą godzinę i ja byłem nim usatysfakcjonowany. Dla
miłośników historii oraz starych tapet nie był to zmarnowany czas. Kilka
osób rusza jeszcze w trasę po pomieszczeniach gospodarczych, a my idziemy pokręcić się wokół zamku.
O ile wnętrza pałacowe stały się muzeum dopiero za komuny, o tyle wcześniej, bo w 1939 roku biskup Bertman otworzył pierwsze wystawy w dawnej powozowni.
Przypomina o tym historyczny napis nad wejściem do nich. Obok na ścianie
znajdziemy herb biskupi z tego okresu. I jeszcze jedna ciekawostka:
oryginalny dzwonek do głównych drzwi.
Często można przeczytać, iż nazwa zamku (Jánský Vrch/Johannesberg/Góra Jana) pochodzi od patrona biskupów wrocławskich. Tak się jednak nazywa również
nieodległe wzgórze, więc być może rezydencja wzięła swoje miano właśnie od
niego (z materiału telewizyjnego wynika, że jest od patrona). Wzgórze pokrywa dziś las, a z jego skraju mamy widok w stronę
Biskupiej Kopy.
W lesie znajdziemy kilka pamiątek po przeszłości. Jedną z nich jest
nieczynna fontanna, która powstała w 1939 lub 1940 jako poidełko dla ptaków.
Wieńczyła ją figura św. Franciszka.
Poniżej wzgórza jest kolejna konstrukcja z tamtych czasów: ruina źródła
Walthera von der Vogelweide, średniowiecznego niemieckiego poety.
I wreszcie "ławeczka Josepha von Eichendorffa". Górnośląski poeta ostatnie
lata życia spędzał w Nysie i bywał na zamku na zaproszenie biskupa. Ławeczkę
odnowiono przed kilkunastu laty, o czym przypomina stosowny napis na jej
tyłach.
Zamek od południowej i zachodniej strony. Z tej perspektywy widoczne są dwie
średniowieczne wieże, potem mocno przebudowane. Z żadnej nie zobaczymy za to
dziedzińców: są one dwa, niewielkie i zazwyczaj pogrążone w cieniu.
Wracamy na ulice miasteczka, gdzie ślady po właścicielach zamku są również
obecne w wielu miejscach. Na głównym placu tuż przed pandemią
zrekonstruowano studnię - pierwotnie miała ona stać na podwórzu barokowego
biskupiego pałacu, który spłonął w 1825 roku (wielki pożar zniszczył wówczas
większość zabudowy). Na kratach umieszczono herb miejski oraz niektórych
biskupów - na zdjęciu jest symbolika rodu von Promnitz.
Muzeum miejskie to dawny budynek biskupich urzędników, a następnie
cesarsko-królewskiego i czechosłowackiego sądu. Komuniści przetrzymywali w
nim siostry zakonne. Po kompleksowej renowacji nad wejściem znajduje się
herb księstwa nyskiego, niemiecko-czeska kopia tablicy żandarmerii oraz
budka strażnica, w której robimy sobie z tatą zdjęcie 😊.
Kolejne zdjęcie z faną na tle zamku.
Po sąsiedzku stoi fara z XVIII wieku. Nad wejściem ponownie herb książąt
nyskich, tym razem biskupa Emmanuela von Schimonskego. Przywrócono go po 1990
roku, wcześniej komuniści starali się usuwać takie elementy.
Ponieważ ten wpis nie miał być o mieście, ale o zamku i jego historii
biskupiej, to na koniec nie mogę pominąć nieco oddalonego od centrum
najstarszego kościoła Javorníka pod wezwaniem Podwyższenia
Krzyża Świętego. Dziś to świątynia cmentarna, kiedyś parafialna, więc dość
okazała. W środku znajdują się malowidła, ale akurat trafiliśmy na przerwę
między zwiedzaniami i zamknięte drzwi.
Otaczający go cmentarz pełen jest starych pochówków. Pomiędzy nimi znajduje
się grób Josepha Christiana Hohenlohe-Bartenstein, biskupa z przełomu XVIII
i XIX wieku. Był on jednym z czterech włodarzy diecezji wrocławskiej, którzy
udali się na wygnanie do Jauernigu i którzy w nim zmarli (dodatkowo jeden
biskup zmarł w nim nie będąc uciekinierem). W jego przypadku powodem banicji
był sprzeciw przeciwko sekularyzacji księstwa nyskiego przez władze pruskie.
W grobie tym od 1945 do 1991 roku spoczywał także biskup Adam Bertman,
ostatni wygnaniec. Dopiero po zmianie ustroju jego szczątki przeniesiono do
Wrocławia i złożono w katedrze.
-----
Informacje praktyczne:
* zamek, jak większość u Czechów, Morawian i Ślązaków, jest zamknięty w tzw.
niskim sezonie, co w jego przypadku oznacza od listopada do marca. W
pozostałe miesiące czynny jest zazwyczaj od wtorku do niedzieli, z wyjątkiem
kwietnia i października. Dokładne dane wraz z konkretnymi godzinami
zwiedzania znajdziecie na oficjalnej stronie:
https://www.zamek-janskyvrch.cz/pl
* w czerwcu 2026 roku bilety wstępu na trasę numer 1 (reprezentacyjna i
fajki) kosztowały 220 koron (polska strona podaje nieprawidłową cenę), dla
seniorów i młodzieży 180 koron. Na każde wejście dwanaście biletów (z
trzydziestu pięciu) jest dostępnych do kupna przez internet. Trasa na
pomieszczenia "gospodarcze" była tańsza (180 koron). Strona www sugeruje
jeszcze trzy inne trasy, ale dwie są aktywne tylko w lipcu i sierpniu, a
piątą w ogóle anulowano,
* zwiedzanie odbywa się po czesku, lecz są dostępne kartki z wersją polską
(turyści z Polski mogą stanowić większość turystów), a przewodniczka
zazwyczaj opowiada dokładnie to, co na nich napisano,
* nie ma ograniczeń z robieniem zdjęć, oczywiście bez flesza i statywu,
* podejście na zamek jest dość strome, ale można się do niego dostać też
okrężną, trochę łagodniejszą drogą - również z wózkami. Znalazłem też
kompletnie zapomniane schody od północnej strony, po których pewnie od wielu
lat nikt nie szedł 😏,
* bezpłatny parking na kilkanaście aut znajduje się przy ulicy Míru, a
kolejny między ratuszem a muzeum miejskim. Z kolei parking od północnej
strony ratusza jest ograniczony tylko do 30 minut postoju,
* pociągi już do Javorníka nie dojeżdżają, są za to autobusy
z Jeseníka i Vidnavy. Dworzec autobusowy leży praktycznie tuż pod
zamkiem,
* na przedzamczu, niedaleko głównego wejścia, znajduje się mała kawiarnia.
Jak tu Czechów można się w niej napić też piwa, a także coś zjeść, ale nic
specjalnego. Lepiej zajrzeć do restauracji Bukurešť obok
ratusza: karmią nieźle (ciekawa czosnkowa z usmażonym jajem!) i w
nienajgorszych cenach, czego potwierdzeniem bywają zdarzające się tam tłumy.




























































https://www.ceskatelevize.cz/porady/13826669737-skryte-skvosty/423235100031010/
OdpowiedzUsuńDzięki, ciekawy materiał i ten pozasezonowy klimat
UsuńWidzę, że tym razem szczęście dopisało i zamek można było zwiedzić. Pamiętam Twój wpis na moim blogu. Porównałem sobie i nawet pewne ujęcia mamy podobne. Pozdrawiam serdecznie :)
OdpowiedzUsuń