Wędrówkę na główny grzbiet Gór Inowieckich zaczynamy dość późno, bo około szesnastej. Mamy ponad dziesięć kilometrów do
miejsca noclegowego, czyli powinniśmy zdążyć jeszcze przed zachodem
słońca.
Po wyjściu z wioski Kálnica (Kalános) zaczyna się strome podejście, które trochę daje nam w kość. Na szczęście
później ma być już łagodniej.
I rzeczywiście, jak to mawiał minister zdrowia - "wypłaszcza się". Przed
nami górne stacje kompleksu narciarsko-rowerowego. Spotykamy przy nich kilka
osób, które przyjechały tu terenówką, aby... porzucać sobie piłkę. Można i
tak.
Od tego miejsca będziemy często się rozglądać i podziwiać okolicę. Za nami
zamglona dolina Wagu i graniczne Białe Karpaty (Biele Karpaty).
Bliższe góry są wyraźniejsze i soczyście zielone! Widzimy Inovec, najwyższy szczyt z wieżami, a także Hradisko o charakterystycznym trójkątnym kształcie.
Odcinek przez polany jest niesamowicie przyjemny. Miłe odczucia nieco psuje wiatr, wzmagający się z każdą chwilą. Pojawił się też nieproszony cwaniaczek na quadzie, ale ledwo nas minął, a... maszyna odmówiła posłuszeństwa 😛. Dalej już nie pojechał. Oprócz niego trafiło się dwóch rowerzystów pędzących z naprzeciwka i to był koniec wszelkiej aktywności na szlaku, innych piechurów brak.
Po wejściu do lasu zaczyna się huśtawka temperaturowa: raz robi się za zimno, więc ubieram polar, potem za ciepło, zatem go ściągam. Tam, gdzie wiatr przebija się przez drzewa, piździ jak w kieleckiem, tam, gdzie wraca słońce, panuje parówka.
Niezależnie od temperatury w lesie także jest bardzo przyjemnie, gdyż brak tu jakiejkolwiek widocznej działalności drwali. Nie ma leżących wyciętych drzew, nie ma zrytych ścieżek, nie ma warkotu pił. Drzewa są liściaste i wyglądają na zdrowe. Naszą uwagę zwracają szerokie rowy pojawiające się co jakiś czas po bokach, które przypominają okopy.
Niebieski szlak trawersuje kilka szczytów: Hraničný vrch, Polámaný vrch, Ivanov vŕštek, wreszcie Javorový vrch. Są one całkowicie zalesione, więc bezwidokowe.. Czasem jakaś skromna panorama pojawi się na stronę południową.
Wydaje nam się, że na przeciwległym grzbiecie widzimy samotną kaplicę. Okazała się infrastrukturą turystyczną przy szczycie Bezovec.
Dochodzimy do skrzyżowania, z którego można odbić na útulňę Izba. Pierwotnie tam planowaliśmy spać, ale to było zanim odkryłem, że kilka kilometrów dalej jest kolejna útulňa i to przy wieży widokowej! Przez chwilę zastanawiamy się, czy jednak nie zejść do Izby, ale jest dopiero po osiemnastej.
- Gdybyśmy teraz skręcili, to potem byś żałował - mówi Bastek i ma rację.
Idziemy zatem dalej, a nasz szlak wkrótce łączy się z
czerwonym.
Prawie na sam koniec czeka nas niespodzianka: ostre zejście, a potem jeszcze ostrzejsze podejście pod przełęcz. Myślałem, że wypluję płuca albo dostanę zawału, gdy stanąłem przy kolejnym skrzyżowaniu serce waliło jak szalone. Prowadzi tu też trasa rowerowa, ale to chyba dla samobójców.
Został nam ostatni kilometr. Choć słońce mocno przebija się przez drzewa, to robi się coraz zimniej, a wiatr zaczyna niebezpiecznie wyginać drzewa. Mamy głęboką nadzieję, iż útulňa będzie miała wolne miejsca, bo rozbijanie namiotu w takich warunkach nie byłoby fajne.
Wychodzimy na polanę i widać wieżę! Jeszcze kilkaset metrów, musimy minąć
szczyt, którym jest Panská Javorina. Licząca 943 metry jest
trzecim pod względem wysokości w Górach Inowieckich, ale najbardziej
widokowym.
Z drugiej strony zbocza stoi drewniany domek - "nasza" útulňa. Nowiutka, podobnie jak wieża nad Beckovem postawiona w ubiegłym
roku. Jest to część projektu Lasów Słowackich, które za pieniądze unijne
wybudowały w górach siedem obiektów, wszystkie tego samego typu. Siłą rzeczy wszystkie posiadają te same
minusy, ale teraz nas to nie interesuje, jesteśmy szczęśliwi, że
dotarliśmy, a w środku pusto i całość dla nas! Zegarek pokazuje dziewiętnastą dwadzieścia, więc przyszliśmy szybciej, niż zakładaliśmy,
lecz już po chwili słońce zacznie się chować za drzewami.
Po krótkim ogarnięciu się i łyknięciu czegoś rozgrzewającego idziemy na wieżę, ale wspinamy się tylko na najniższe piętro. Wieje tak silnie, że po prostu baliśmy się wyżej wejść. Nie zmienia to faktu, że jest pięknie. Koniec dnia to dla mnie zawsze najpiękniejszy czas w górach!
Chwilę później żółto-czerwono tarcza chowa się za horyzontem. Robimy
ostatnie zdjęcia i pospiesznie wracamy do chatki, bo robi się lodowato:
temperatura wskazywana na termometrze wieżowym spadła z sześciu do
czterech stopni, wiatr urywa głowy.
Parę słów o chatce: w środku bardzo czysto jak na taki obiekt, ale to
pewnie zasługa nowości. Jest piecyk i stół. W głównym pomieszczeniu
jedna pojedyncza prycza i jedna piętrowa, do tego pięterko ze schodami
dla wyczynowców, na którym zmieści się jeszcze z pięć osób. Czyli w
sumie w środku przenocuje osiem do dziesięciu wędrowców. Absolutem hitem
są solary na dachu, które podłączono i dzięki temu nie tylko mamy
światło, ale też są kontakty, w których można podładować sprzęt! Czegoś
takiego w útulňi jeszcze nie widziałem!
A teraz minusy. Przede wszystkim domek jest nieszczelny! Wyraźne
szpary w ścianach powodują, iż do środka wpada wiatr i jest zwyczajnie
zimno! Czytałem opinie osób przybywających tu zimą - nie polecają!
Drzwi również są nieszczelne, wieje spod nich aż miło, w dodatku mają
tendencję to samoistnego otwierania się, więc na noc podpieramy je
plecakami i uszczelniamy znalezionym na pryczy śpiworem.
Wspominałem piec. Niestety, nagrzać nim pomieszczenie jest ciężko,
zwłaszcza przy zamkniętych drzwiczkach. Regulamin zabrania palenia
przy otwartych, ale to jedyne rozwiązanie, aby pojawiło się choć
trochę ciepła, więc go ignorujemy. Cóż z tego, skoro po wygaśnięciu
ognia pokój ochładza się w krótkim czasie. Znaleźliśmy całkiem sporo
drewna, lecz pochowanego pod ławkami w taki sposób, że bez kija ciężko
je było wydostać. Brak jakiejkolwiek piły lub siekiery, zostaje
kolano.
Oczywiście nie wybudowano też wychodka, więc cała okolica wygląda jak
jeden wielki kibel z papierzakami walającymi się dosłownie wszędzie.
Nie potrafię zrozumieć, że budując obiekt dla turystów niemal zawsze
zapomina się o sraczu!
Mimo tych felerów cieszymy się, że możemy tu spać. Na dworze wicher wieje tak, że mamy wrażenie, iż zaraz zerwie dach. Coś jest na nim źle dokręcone i nieustannie słyszymy przerażający świst albo dudnienie, jakby ktoś przerzucał węgiel. Gdy wyszedłem na dwór za potrzebą, to w ciągu kilku minut prawie zamarzłem; Bastek po moim powrocie stwierdził, że wyglądam blado jak upiór. Mimo blokady drzwi te od czasu do czasu otwierają się z trzaskiem i wtedy czekamy, czy ktoś wpadnie do środka, czy jednak nie...
Zjadamy kolację przy dźwiękach słowackich i czeskich przebojów z
radia i kładziemy się zmęczeni. Początkowo nie umiem zasnąć, bo
deski na pryczach wydają się strasznie twarde, w końcu jednak
zmęczenie wygrywa. Rano budzi nas chłód i para buchająca z ust.
Oto nasz pensjonat i wieża w tle. Termometr pokazuje dwa i pół stopnia, ale wiatr się zmniejszył, więc wydaje, że jest cieplej. W nocy raczej też przymrozku nie było, ale do zera pewnie spadło.
Tym razem włazimy na najwyższy poziom. Przed nami główna grań z Inowcem po prawej, wkrótce nią pójdziemy.
Na południu niższe partie Gór Inowieckich, dolina Nitry i pasmo Trybecz (Tribeč). Najwyższe szczyty oddalone są trzydzieści, czterdzieści kilometrów.
Na wschodzie też dolina Nitry i dodatkowo Bebravy. Większość panoramy
zajmują Góry Strażowskie (Strážovské vrchy), wyróżniają się
m.in. Rokoš i spiczasty Strážov. Za nimi przebija się trochę
Wielka Fatra - wyraźnie obecny jest Kľak, zamglona Vel'ka Luka,
a nawet Ostedok. Od tego ostatniego dzieli nas osiemdziesiąt kilometrów, to maksymalna
widoczność na dzisiaj. Na pierwszym zdjęciu majaczą też Góry Kremnickie
(Kremnické vrchy).
Pierwszy odcinek dzisiejszej trasy to wczorajsza końcówka; zejście z przełęczy wydaje się tak samo paskudne jak wczorajsze podejście i trzeba uważać, jak stawia się kroki. Spotykamy też pierwszego pieszego turystę od wyjścia z wioski - jakiś starszy facet na lekko ciągnie w kierunku wieży. Czyżby zapowiadały się tłumy dzień przed długim weekendem?
Nic z tych rzeczy - piękne, niepowyżynane przez drwali lasy tchną takim samym spokojem jak wczoraj. I tak będzie przez najbliższe dwie godziny, bo tyle tabliczki wskazują do Inovca.
Po kliku chwilach trafiamy na dwuramienny krzyż i rzędy ławeczek przy nim. Domyślamy się, że czasem organizowane są tu msze.
Kolejne kilometry to nieustanne schodzenie i podchodzenie, bo zaliczamy kilka pomniejszych szczytów, ale na każdy trzeba się wdrapać. Zazwyczaj idziemy lasem, czasem trafiają się polanki. W pewnym momencie po prawej stronie pojawia się pordzewiały płot nieznanego przeznaczenia, a po lewej stacja meteorologiczna zasilana solarami. Z żywych stworzeń trzeba odnotować trzy sarny.
Punkt widokowy o intrygującej nazwie Palúch. Przekroczyliśmy tysiąc metrów, więc do głównego szczytu już niedaleko.
Po trzech godzinach od wyjścia z chatki meldujemy się na Inovcu,
ewentualnie Inowcu. Mierzy 1042 metry i jako jedyny pełnoprawny
szczyt w paśmie posiada cztery cyfry wysokości. Kolejny punkt do Korony Gór
Słowacji. Sam szczyt jako taki jest średnio ciekawy: krzyż i słupki w środku
lasu, do tego wiata i aż trzy wieże!
Dwie wieże to nadajniki, dołożono do nich trzecią o nazwie Helena,
która łączy funkcję widokową z nadawczo-badawczą. Na najwyższym,
niedostępnym piętrze podczepiono aparaturę, z niższych można spróbować
podziwiać panoramy.
Słabo to wychodzi, bo albo Helena jest za niska albo drzewa za
bardzo podrosły. Tak naprawdę jedynie w stronę Wagu można zobaczyć coś
więcej, natomiast w stronę Gór Strażowskich i Fatry najlepiej prezentuje się
wieża 😛.
Obok wieży siedzi dwójka turystów, chłop i baba. To ostatni ludzie jakich
spotkamy na szlaku. Lokujemy się pod wiatą i wypijamy piwo zostawione na
świętowanie po ataku szczytowym.
Lustracja wlepek na słupkach - są z kilku krajów.
Teraz musimy wrócić do cywilizacji. Kawałek idziemy
czerwonym, a potem odbijamy na
zielony szlak. Zejście jest cholernie
strome, podchodzenie z tej strony musi być bardzo męczące. W niższej partii
las, który na szczycie był częściowo bezlistny, ponownie nabrał soczystego
wiosennego koloru.
Naszym celem jest wioska Selec (węg. Szelec), otoczona z
trzech stron górami. Niedaleko jej przecinamy ścieżkę edukacyjną,
poprowadzoną po śladzie dawnej kolejki wąskotorowej z Sel(e)ca do Trenczyna,
która transportowała drewno od 1914 do 1937 roku. Dziś prawie nic po niej
nie zostało.
Widać pierwsze zabudowania, ale pójdziemy do nich okrężnie.
Końcówka szlaku jest bardzo przyjemna, pogranicze ukwieconych łąk i pól.
Góra za naszymi plecami to Hradisko, znaleziono tam starożytne ślady
osadnictwa.
Drzewo częściowo się połamało, ale zamiast je wyciąć, zachowaną gałąź
podparto deską.
Mniej przyjemnym doznaniem było spotkanie worka leżącego w rowie. W worku
ewidentnie znajdowało się jakieś martwe zwierzę...
Wiatru już nie ma, z nieba żarzy się żar. Z nadzieją wypatrujemy knajpy i
jest, niedaleko przystanku. Leją smaczne Svijany za 1,70 euro.
Oprócz nas siedzi tam już kilku chłopów, ale niektórzy opijają się
nealko.
I to koniec przygody z Inowieckimi, nowe pasmo odwiedzone i zaliczone 😊.
Autobus zawozi nas do Trenczyna, gdzie musi trochę poczekać na
pociąg. Włóczymy się po okolicach dworca, Bastek sika obok jadłodajni dla
kotów, wpadamy na chwilę do knajpy, którą zaraz zamykają, a potem prawie
pełny pociąg zawozi nas do Żyliny.































































Będąc kilka lat temu na zamku w Trenczynie spoglądałem na wzniesienia, po których wędrowaliście. Mimo, że wyglądały dość niepozornie, z Twojego opisu wnioskuję, że wymagają niezłej kondycji, by po nich wędrować. Spodobało mi się zdjęcie zachodu słońca, pozdrawiam :)
OdpowiedzUsuńZ niektórych stron są łagodniejsze wejścia, na przykład pół godziny od Inovca jest schronisko i tam można chyba dojechać autem, więc na szczyt tylko spacerek :) A zachód zaiste był ładny!
UsuńPozdrowienia