Sandżak to nazwa dawnej podstawowej jednostki administracyjnej Imperium
Osmańskiego. Dziś określa się tak region położony na pograniczu
Serbii i Czarnogóry (Sandžak), którego największym
miastem jest serbski Novi Pazar. Sandżak Nowopazarski jako osobna
jednostka powstał dopiero w XIX wieku, a na karty historii trafił dzięki
kongresowi berlińskiemu, który w 1878 roku przyznał Austro-Węgrom prawo do
jego okupacji wraz z Bośnią i Hercegowiną. W ten sposób Habsburgowie mogli
wbić klin pomiędzy Serbię i Czarnogórę oraz uzyskać dogodną drogę do
ewentualnych ruchów na południe, aż do Salonik. Formalnie jednak terytorium to
pozostawało częścią Turcji i administrację cywilną sprawowali Turcy. W 1908 roku
Austro-Węgry oficjalnie anektowali Bośnię i Hercegowinę, a z Sandżaku się
wycofali, przywracając Osmanom pełnię władzy, lecz tylko na pięć lat - w
wyniku wojen bałkańskich Turcja została prawie całkowicie wyparta z Bałkanów,
a Sandżakiem Nowopazarskim podzielili się Serbowie i Czarnogórcy.
Region ten jest wyjątkowy, ponieważ największą grupę mieszkańców stanowią
Boszniacy, czyli słowiańscy muzułmanie. Ci sami, którzy zamieszkują
Bośnią i Hercegowinę. Dawni Serbowie, Chorwaci, Czarnogórcy, którzy z różnych
powodów w czasie rządów osmańskich przyjęli islam. To dość ciekawa sytuacja,
bo etnicznie nie różnią się oni od swoich serbskich czy czarnogórskich
sąsiadów, wyznacznikiem jest religia (choć zdarzają się Boszniacy, którzy
muzułmanami nie są). Biorąc pod uwagę spisy powszechne w obu krajach, to
niemal połowa ludności deklaruje przynależność do tej grupy narodowościowej.
Kolejni są Serbowie, następnie dużo mniej liczni Czarnogórcy, "muzułmanie" bez
określenia narodowości, aż w końcu Albańczycy. Kiedyś dość powszechnie błędnie
kojarzono wszystkich wyznawców islamu w Serbii jako Albańczyków, teraz się to
już zmieniło - mimo bliskości Kosowa jest ich tu niewielu, a dodatkowo ponoć
Boszniacy się z nimi nie lubią (delikatnie pisząc). Proporcje poszczególnych
narodowości nieco się różnią w części serbskiej i czarnogórskiej, lecz wspomnę
o tym później, żeby teraz za bardzo nie kręcić 😏.
Wymieszanie ludności różnych wyznań i narodowości zwykle oznacza na Bałkanach
kłopoty i rzeczywiście tak tu było: w ubiegłym stuleciu przy każdej wojnie i
każdym przejściu wojsk odbywały się regularne masakry. Przeważnie Serbowie
mordowali muzułmanów, rzadziej muzułmanie Serbów, przy czym zazwyczaj
dotyczyło to Albańczyków, a nie samych Boszniaków, którzy raczej do broni się
nie garnęli. Przy okazji II wojny światowej wybito Żydów, a teren Sandżaku był
w orbicie zainteresowań Niemców, Włochów, zwolenników Wielkiej Albanii, nawet
ustaszy z Chorwacji! Można stwierdzić, że ziemia ta obficie zroszona była
krwią niewinnych ludzi, lecz przecież w tej części Europy to nic
nadzwyczajnego.
Serbowie zamiast określenia "Sandżak" wolą używać słowa Raszka (Raška),
od nazwy swojego królestwa istniejącego tu w średniowieczu. I choć dzisiaj
dominuje islam, to najcenniejszymi zabytkami są stare, prawosławne klasztory.
Niektóre z nich wpisano na listę UNESCO; dwa z nich
już odwiedziłem, tym razem postanowiłem zajrzeć do trzeciego, położonego tuż obok Nowego
Pazaru.
Odbicia na skrzyżowaniach są kiepsko albo wcale oznaczone, ale sama droga jest
porządna i szybko wynosi nas na wzgórza z widokami na okolicę.
Na parkingu jest pusto, nie licząc krążącego w różne
strony samochodu z pewną parką, która szukała miejsca na piknik.
Đurđevi Stupovi (Ђурђеви cтупови, "Słupy Jerzego") to monastyr męski
założony w XII wieku. Okres jego świetności skończył się dawno temu, gdyż
został opuszczony w 1689 roku, po tym jak dziesiątki tysięcy Serbów uciekło na
północ przed Turkami (był to efekt wojny austriacko-osmańskiej, Serbowie
wspierali wówczas Habsburgów). Klasztor opustoszał, zaczął niszczeć, a
kompletnie zdemolowano go w czasie wojen bałkańskich. Zdjęcie poniżej ukazuje
stan sprzed stu lat.
A dziś prezentuje się tak:
W latach 60. przystąpiono do prac rekonstrukcyjnych, kontynuowane są one przez
cały czas. Zarówno na zewnątrz, jak i wewnątrz można zobaczyć dokładną granicę
pomiędzy starym i nowym. Ot, na przykład ze średniowiecznych fresków pozostały
tylko malutkie fragmenty.
Można dyskutować, czy odbudowa budynków po tak długim czasie jest sensowna,
natomiast kompletnie nie rozumiem, dlaczego obiekt ten znalazł się na liście
UNESCO? Przy tak niedużym procencie oryginalnej substancji możemy mówić o
uhonorowaniu współczesnej konstrukcji. Biorąc pod uwagę, że w tej części
Serbii są dziesiątki lepiej zachowanych klasztorów, to tym bardziej decyzja ta
wydaje się niezrozumiała.
Tyle, że wpisy na Listę Dziedzictwa UNESCO to również sprawa polityczna.
Kandydatów wskazują władze państw, które przy tej okazji często próbują
osiągnąć określone cele, niekoniecznie związane z kulturą. Đurđevi stupovi
zostało wpisane w 1979 roku pod oficjalną nazwą "Zabytkowe miasto Ras z monastyrem Sopoćani" - przynależy więc do ruin stolicy państwa serbskiego z okresu
średniowiecza. Nie trudno się domyślić, że można to potraktować jako
demonstracje odwiecznej serbskości tych ziem, w kontrze do
muzułmanów-renegatów serbskiego narodu.
Oprócz odbudowanej cerkwi zobaczymy tu pozostałości zabudowań gospodarczych i
mieszkalnych, m.in. refektarza, cysterny na wodę i konaku.
Więcej fresków zachowało się w dawnej wieży wejściowej. Przedstawiają członków
panującej dynastii, którzy zostali mnichami, a nad nimi odbywa się "anielska
uczta". Datowane są na 13. stulecie.
Obecnie w monastyrze mieszka kilku mnichów i budynek im służący jest nowy. Ale
oprócz tego klasztor wygląda jako prawie nieprzygotowany na wizyty wiernych, o
turystach nie mówiąc - żadnej toalety, żadnego kraniku z wodą, sklepik z
dewocjonaliami zamknięty na głucho. Z racji późnego popołudnia byliśmy
jedynymi odwiedzającymi, ale mimo wszystko miałem wrażenie, że tłumów się nie
spodziewają.
Wracamy krętą drogą do cywilizacji, co jakiś czas zwalniam albo staję, by
uwiecznić górki, dachy domów i liczne minarety.
Novi Pazar (Нови Пазар; cyrylica prawie nie występuje w przestrzeni
publicznej, Nowy Pazar - w wikipedii pojawia się nazwa oryginalna, więc
jej będę się trzymał) to jedno z najbardziej muzułmańskich miast Serbii (ponad
osiemdziesiąt procent wśród mieszkańców). Tak było od zawsze - założony został
w XV wieku przez Turków i pełnił ważną rolę w kontroli ziem serbskich. Przez
dwa stulecia bogacił się na handlu i eksporcie rozmaitych towarów. Upadek
zaczął się w tym samym okresie, co opuszczenie Đurđevi stupovi - podczas walk
z Turkami zdobyli go i spalili serbscy powstańcy. Później zdarzały się
powodzie, kolejne wojny, powstania, liczba ludności spadała i ponownie
wzrastała. Kiedyś żyło tu wielu Albańczyków, ale stopniowo przenosili się one
na teren dzisiejszego Kosowa, więc dziś stanowią niewielki promil. Po
włączeniu w skład Serbii, a potem Jugosławii, władze centralne Novi Pazar
ignorowały, bo przecież Boszniacy to zdrajcy, którzy oderwali się od
serbskiego narodu. Zmieniło się to dopiero po upadku Miloševića, ale różnica
zamożności pomiędzy NP a
wizytowaną dzień wcześniej Wojwodiną
widać gołym okiem. Patrząc na wąskie uliczki, ciasną zabudowę, typowy
orientalny harmider i burdel można mieć wątpliwości, czy to nadal jedno
państwo.
Nocleg zaklepałem w centrum. Właściwą ulicę znalazłem dość szybko, nawet udało
się wcisnąć samochód na kawałek wolnego chodnika, a potem przez kilka minut
szukałem odpowiedniego numeru. W końcu jest - przez bramę wchodzimy na
podwórze trzech domów, w jednym z nich są pokoje dla turystów. Właściciel mówi
po angielsku, jest uprzejmy, wita się podaniem ręki, lecz tylko ze mną - w
stosunku do Teresy zachował rezerwę. Wiadomo - kobieta i to obca. Sam pokój
jest spory, wygodny, z łazienką i telewizorem, oczywiście również z
klimatyzacją. I rozgrzanym tarasem z widokiem na rozsypujące się sąsiednie
domostwo. Wszystko to za około 80 złotych. Cena prawie nie do znalezienia w
innych miejscach.
Gospodarz proponuje, aby przestawić auto bliżej bramy. Konsultuje się z matką,
czy na pewno możemy stanąć na zakazie, w końcu są raczej pewni, że chyba tak.
I że nikt się nie przyczepi, choć to strefa płatnego parkowania. Chyba 😛.
Po ulicach chodzi sporo zakrytych kobiet. Niektóre tylko w chustach, inne
również w kieckach na całe ciało. Brak burek, a zdarzają się chociażby w
Sarajewie. Ale pań ubranych po europejsku jest podobna ilość, nawet takich z
cyckami bijącymi po oczach, co oznacza, że i część muzułmanek ignoruje
religijne nakazy. Zresztą Boszniacy to akurat naród podchodzący do zapisów
Koranu bardzo liberalnie. Z kolei panowie zdają się głównie zajmować ważną
czynnością siedzenia przy stolikach, picia kawy z wodą i prowadzenia
niekończących się dyskusji.
W ścisłym centrum brak jest cerkwi, za to znajdziemy kilka meczetów. Jeden
położony był tuż obok naszego noclegu. Jeden z najważniejszych to
Altun-alem džamija z XVI wieku.
Arap džamija wciśnięty pomiędzy sąsiednie budynki.
Jądro miasta to szersza przestrzeń nad rzeką Raška, gdzie znajdziemy budynek
władz. Zawieszono przy nim flagę Serbii, miasta oraz Sandżaku, zawierający
boszniackie lilie oraz księżyce na zielonym tle, symbol islamu.
Nie mogło braknąć plastikowej nazwy, przy której można się sfotografować.
Pamiątką po przeszłości są resztki tureckiej twierdzy. Zostało trochę murów i
jedna wieża. Dawne wnętrze zmieniło się w park.
Liczne małe sklepiki i jadłodajnie.
Wymyśliłem sobie, że fajnie byłoby usiąść w jakimś małym lokalu i zjeść coś
bałkańskiego za niską cenę. Na głównym deptaku nic takiego nie znaleźliśmy,
dominowały knajpy z kuchnią bynajmniej nie serbską, do tego sporo kawiarni i
wcale nie mało pubów, w których można się napić zagranicznego sikacza. Przy
sąsiednich ulicach podobnie.
Zaglądamy w coraz mniejsze uliczki. Mało tu przechodniów, za to pełno
poplątanych kabli. Wciskamy się pod bloki i pod stare domy.
Wreszcie widzę knajpkę serwującą potrawy z grilla. Zamawiamy ćevapi z
kajmakiem - niezłe, choć odrobinę za tłuste. Do tego
kiselo mleko, czyli kiszkę. O dziwo, nie pogoniło mnie 😏.
Po zachodzie słońca Novi Pazar bynajmniej nie zamierza iść spać. Spadek
temperatury wyciągnął wiele osób na ulice. Ludzie spotykają znajomych, pędzą
przed siebie na rowerach, głośniki puszczają skoczną muzykę na całą okolicę.
Pojawiają się nawet policjanci kłócący się z pewnym kierowcą. Na głównym
rondzie każdy próbuje znaleźć dziurę dla siebie.
Obudowane brzegi rzeki Raški.
Czasem na murach można przeczytać hasła polityczne. Boszniacy od dawna
domagają się autonomii dla Sandżaku, ale Serbowie nie są skorzy do jej
przyznania. Na szczęście dla władz nie było do tej pory prób oderwania się
regionu ani żadnych wystąpień zbrojnych - w końcu muzułmańscy Słowianie to nie
Albańczycy.
Sklepy oferują stroje na każdą okazję - kobiety mogą się tak odziać na ślub
albo inną ważną uroczystość. Albo zagrać w filmie historycznym.
Chciałem zajrzeć do meczetu Altun-alem, lecz właśnie kończyły się modlitwy i
wychodziło sporo osób. Przed świątynią znajduje się niewielki cmentarz z
nagrobkami w języku arabskim.
Zbiór chrustu na zimę już się rozpoczął.
Z pokoju słyszę nawoływanie muezzinów. Trzech, w tym jeden brzmi zupełnie jak
kobieta. A rano, była może czwarta, może trochę wcześniej lub później, znowu
się jeden wydzierał. Fadżr, pierwsza modlitwa dnia, musi się odbywać
przed wschodem słońca, więc prawowierny muzułmanin nigdy się nie wyśpi.
W poniedziałkowy ranek idziemy na spacer "za jasnego". Na budynkach wisi sporo
szyldów salonów gier - a przecież hazard w islamie jest zakazany. No, chyba,
że Allah nie widzi... Widać również dużo sklepów ze złotem oraz jubilerów.
Ludzie ciągną w kierunku głównego ronda. Lokale obłożone facetami wpatrującymi
się w swoje filiżanki i papierosy.
Historyczna pamiątka - Isa-begov hamam, pochodzący z okresu lokacji
miasta. Jedna z nielicznych łaźni tureckich w kraju. Choć formalnie zabytek,
to mocno zniszczony, w części mieści się kawiarnia, w pozostałej gruzowisko.
Spacer wzdłuż Raški - woda jest wyjątkowo czysta jak na niezbyt czyste miasto,
to pewnie zasługa szybkiego nurtu. Kawałek dalej są specyficzne konstrukcje -
most oraz zabudowane przejście nawiązujące do architektury islamskiej.
W tym miejscu rzeka nie jest już tak czysta i przejrzysta, a i zapach wyraźnie
się zmienił.
I znów architektoniczny misz-masz: dachy uniwersyteckie (fakultet studiów
islamskich) nawiązuje do łaźni, natomiast w tle wybija się typowy
jugosłowiański blok.
Amir-agin han - zajazd działający prawdopodobnie od XVII wieku. W nieco
lepszym stanie niż hamman, ale też przydałaby się jakaś mała renowacja. Z boku
dolepiły się rzędy kantorów.
Prezent z Sarajewa - Sebilj, czyli kopia drewnianej fontanny stojącej w
stolicy Bośni. Oba miasta łączy nie tylko narodowość i wyznanie większości
mieszkańców, ale też założył je ten sam człowiek - niejaki Isa-Beg Isaković,
osmański bej, ale z pochodzenia Słowianin.
Przemknął Moskwicz, pewnie wersja eksportowa i to z lekko podniesionym
nadwoziem.
Z każdym kwadransem robi się coraz cieplej, więc na ulicach pojawia się coraz
więcej wody, która na jakiś czas zbija temperaturę.
Zaglądamy do małej piekarni, aby kupić burki na śniadanie. Siedzi tam
kilku chłopów w pomarańczowych strojach roboczych i wybałusza oczy.
Cudzoziemiec jest tu rzadkim widokiem. Nie spotkaliśmy żadnych innych
zagranicznych osobników, a jeśli chodzi o turystów, to owszem, zagadała do nas
jedna rodzina szukająca drogi do centrum, ale to byli Serbowie. Bo choć w
pobliżu miasta pełno zabytków (wspomniane monastyry plus jeden z najstarszych
na Bałkanach kościołów położony na przedmieściach), to sam Novi Pazar
generalnie się omija. I dobrze, bo przynajmniej dłużej zostanie autentycznym.
W sierpniu przez kilka dnia Novi Pazar pojawił się w mediach przy okazji
kolejnej odsłony konfliktu serbsko-albańskiego. Poszło o nowe przepisy
wprowadzane przez władze Kosowa - zaczęli oni wymagać, żeby Serbowie w Kosowie
musieli zakładać kosowskie tablice rejestracyjne i posługiwać się dodatkowymi
dokumentami (zwykłe dowody osobiste już nie wystarczą). Brzmi jak prowokacja,
tyle, że od dawna takie wymagania wobec Albańczyków z Kosowa stawiają w
Serbii. Wybuchła awantura, tradycyjnie zablokowano kilka dróg, pobito się z
policją i przypadkowymi nieszczęśnikami, ale tym razem poszły w eter
informacje, że zaraz wybuchnie wojna. Na dowód tego podawano wieści z NP, że
jakoby słychać tu strzały, syreny i ludzie się burzą. Sugerowano też, że w
mieście doszło do jakiś turbulencji z udziałem Albańczyków, podobnie jak po
drugiej stronie granicy. I tu doskonale wychodzi burdel, jaki robią media: do
Kosowa jest stąd kilkanaście kilometrów, zatem nie ma szans, żeby ktoś
usłyszał strzały z broni maszynowej, zwłaszcza w nieustannym hałasie.
Zamieszek także tu nie mogło być, gdyż - jak już kilkukrotnie pisałem - w
mieście mieszkają Boszniacy, a nie Albańczycy. Zapewne używano skrótu
myślowego, myląc Novi Pazar z jednostką administracyjną Novi Pazar, sięgającą
granicy, ale to tak jakby pomylić Opole z województwem opolskim 😏. Dodam, że
przy okazji pokazywano zdjęcia z Kosowskiej Mitrowicy i podpisywano jako
"granica z Serbią" - tymczasem na fotografiach widniał most w centrum
miejscowości oddalonej od Serbii o ponad dwadzieścia kilometrów. Nie ma to jak
rzetelne dziennikarstwo.
Cała awantura skończyła się równie szybko, jak zaczęła. I zapewne powróci
jeszcze nie raz, bo to węzeł gordyjski nie do rozwiązania. A pisać o wojnie
mogli tylko ludzie, którzy o Bałkanach nie mają zielonego pojęcia. Bo kto mógł
kogo zaatakować? Serbia? Czym? Ich wojsko to tylko nędzny cień dawnej
jugosłowiańskiej armii. Dwie dekady temu nie za bardzo potrafili sobie
poradzić z albańską partyzantką, a teraz zaczęliby się bić z NATO, bowiem KFOR
zapewne nie stałby bezczynnie? Nawet Putin tu nie pomoże, choć sugerowano
(raczej na wyrost), iż to on znowu mieszał w bałkańskim kotle. Oczywiście na
Bałkanach nigdy nie można czegoś wykluczać na sto procent, ale jakakolwiek
interwencja Serbii byłaby dla niej samobójstwem militarnym, politycznym i
gospodarczym.
Wyjeżdżamy z miasta bez większych problemów. Na jednym ze skrzyżowań
drogowskaz wskazuje na Kosowską Mitrowicę. Oczywiście bez oznaczeń, że to
zagranica, dla Serbów to nadal Serbia. Z tego punktu do kosowskich posterunków
jest około dziesięciu kilometrów. Kiedyś już
tamtędy jechałem.
W Sandżaku podział etniczny w obu państwach wygląda podobnie: na zachodzie
dominują Serbowie, na wschodzie Boszniacy. W
Ribaricach (Рибариће) dziewięciu na dziesięciu mieszkańców deklaruje
się jako ci drudzy.
Profesjonalna myjnia samochodowa. Żadna prowizorka, pobierano opłaty za
użycie.
Kręte, górskie drogi. Z boku jakiś punkt widokowy z szutrowym dojściem. Coś
pięknego!
Z remontowanego mostu spoglądam w dół na Ibar, który po krótkim pobycie w
Kosowie powrócił do Serbii.
Godzinę po opuszczeniu Nowego Pazaru meldujemy się na granicy. Najpierw
kontrola serbska, potem czarnogórska. Poszło dość sprawnie, krócej niż
kwadrans. Inni mieli gorzej - Serbowie bardzo dokładnie trzepali "Niemców"
wjeżdżających do ich kraju.
A potem się zaczęło. Jedne światła, drugie światła - bo remont. Z naprzeciwka
i tak jadą auta. Wlecze się jakiś facet na rumuńskich blachach, dosłownie
blokuje ruch, w końcu udaje się go wyprzedzić na zakręcie. I znowu światła,
wahadło, stoimy. Choć nie wszyscy, samochody z lokalnymi rejestracjami nawet
nie zwalniają.
Z boku ciągłe wysypisko śmieci, smród, niektóre się palą. Fajnie Czarnogóra
wita... Nagle dostrzegamy coś jeszcze bardziej nieprzyjemnego - odciętą...
krowią głowę. Brrr.
Czekamy na zielone światło. Mijają minuty, już dobre ponad dziesięć, a tu nic.
Nawet Rumun zdążył dojechać z tyłu. Stwierdzam, że jak zjawi się miejscowy, to
ruszam za nim i tak zrobiłem. Okazało się, że chodziło o odcinek kilkuset
metrów, a z tamtej strony też są światła czerwone! Po chwili pojawiają się
kolejne wahadła, oczywiście z czerwonym, lecz już nawet nie czekam i po prostu
ostrożnie jadę przed siebie. Szczególnie trzeba było się pilnować w
nieoświetlonych tunelach. Na większości drogi spokojnie szło się minąć, choć
czasem jedna strona musiała się cofnąć. Ale cóż poradzić, skoro na każdym
wyświetlaczu świeciło się na czerwono w obu kierunkach!
Dodam, że około kilometra od odciętej głowy znalazłem inny fragment
nieszczęsnej krowy - kopyto.
Gdy na moment robi się szerzej to staję, aby rozprostować kości. Widoki i tak
są tu piękne, jeżeli przymknie się oczy na gruz i niekończące się wysypisko.
Czekam też, czy pojawi się powolny Rumun, ale ani go czuć. Najprawdopodobniej
ciągle stał przed sygnalizacją i wypatrywał zielonego. Może tak stoi i do tej
pory...
Remont kończy się dopiero przed pierwszą większą czarnogórską miejscowością,
czyli przed Rožaje. W czarnogórskim Sandżaku największą grupą
narodowościową są Serbowie, Boszniacy spadli na drugie miejsce. Jeszcze mniej
jest samych Czarnogórców, ale oni generalnie mieszkają bliżej wybrzeża. W
Rožaje akurat dominują Boszniacy, miasto jest ich nieoficjalną stolicą w
Montenegro.
Ulice i zabudowa przypominają Novi Pazar, podobnie jak widok wielu
zasłoniętych kobiet. Moim celem są dwa meczety, stary i nowy. Nowy znajduję
bez problemów. Ukończono go w 2008 roku w miejscu dwóch starszych świątyń. To
największy taki obiekt w Czarnogórze.
Starszego z drewna nie udało mi się znaleźć, choć - jak później sprawdzałem
mapę - dwukrotnie koło niego przejeżdżałem! Musiał się nieźle zakamuflować.
Niejako w zastępstwie uwieczniłem zrekonstruowaną wieżę oraz coś, co
początkowo wziąłem właśnie za meczet, lecz okazało się zwykłą chałupą.
Przy wyjeździe przez jakiś czas mam przed sobą samochód, który wydaje się
palić: dym bucha mu jak z paleniska! Kierowca się nie zraża, choć machają do
niego przechodnie, policjanci, a wozy z naprzeciwka błyskają światłami i
trąbią. Pędzi tak kilka kilometrów, po czym skręca w boczną drogę.
Ponieważ nieustannie mknę przez urokliwe okolice, więc parkuję w jednej z
zatoczek, aby zrobić kilka zdjęć. Jest sielsko: mimo coraz wyższej temperatury
sporo zieleni, pojedyncze gospodarstwa, polne ścieżki...
Nawet droga, choć przelotówka, jest sielska - krowa melancholijnie miele
pyskiem, znak ze śladami po kulach...
Mało brakowało, a byłyby to ostatnie zdjęcia na tym wyjeździe, a może i w
życiu. Wracam do auta, rozglądam się w jedną stronę - nic nie jedzie. W drugą
- pusto. No to gaz i pakuję się na mój pas i w tym momencie słyszę gwałtowny
pisk opon, trąbienie, jakiś harmider; patrzę w lusterko i widzę tańczący wóz,
któremu w ostatniej chwili udało się zahamować oraz kierowcę, na przemian
wygrażającemu mi i załamującemu ręce. Wyskoczył jak Filip z konopi zza zakręt z fotki powyżej i musiał jechać na tyle szybko, że nie miałem szans go
dostrzec... W pierwszych sekundach wzruszyłem tylko ramionami, ale po chwili
dotarła do mnie groza sytuacji i przeszył lodowaty chłód. Poczułem się,
jakbym dostał nowe życie...
Przed nami Berane, gdzie dominują Serbowie - meczety się pochowały, są cerkwie. Na przedmieściach znajduje się monastyr o takiej samej
nazwie jak ten obok Nowego Pazaru - Đurđevi Stupovi.
Powstał o stulecie później, niż bardziej znany serbski odpowiednik (XIII wiek) i również wygląda podejrzanie świeżo. Albo go w dużym stopniu odbudowano, albo przeprowadzono niedawno remont i dokładnie wyczyszczono.
Biorąc pod uwagę, że we wnętrzach także zachowało się niewiele fresków, to pewnie przynajmniej częściowa rekonstrukcja. Co w sumie nie dziwi,
biorąc pod uwagę, że przynajmniej pięć razy zniszczyli go Turcy.
Znów wypadałoby napisać, że otoczenie mają sielskie. Górki na horyzoncie
spokojnie przekraczają tysiąc metrów.
Inne podobieństwo do monastyru z listy UNESCO to brak jakiejkolwiek
infrastruktury pod wiernych i turystów: próżno szukać kibelka, sklepu czy
chociażby miejsca, gdzie można w spokoju i w cieniu usiąść. Udało się
natomiast znaleźć kranik z wodą.
Przy drodze dojazdowej (też kiepsko oznaczonej) stoi kilka dziwnych betonowych
konstrukcji. Na niektórych wymalowano serbskie flagi z symboliką narodową.
Gdyby brać pod uwagę terytorialne wyniki referendum niepodległościowego z 2006
roku, to większość Sandżaku pozostałaby w związku państwowym z Serbią.
Mijamy mniejsze lub większe miejscowości, czasem trafi się miła dla oka
cerkiewka. I w ten sposób zakończyliśmy wizytę w Sandżaku, w którym miłośnicy
historii, ale i wielu turystów, nie będzie się nudzić.
Czytając Twoje wpisy szczególnie te bałkańskie stwierdzam, że nigdzie indziej nie spotkałem się z taką szczegółową analizą stosunków narodowościowych, jestem pod wrażeniem. Historia Bałkanów jest strasznie zagmatwana i pełna konfliktów. Krajobrazy są niezwykle interesujące ale już bałkańskie miasta budzą skrajne odczucia. Trochę zaskakują obiekty wpisane na listę UNESCO bez żadnego zaplecza turystycznego. Pozdrawiam serdecznie :)
OdpowiedzUsuńStaram się przedstawić zarys sytuacji, bo ma on zazwyczaj ogromne znaczenie w realiach aktualnego życia. Choć zdaję sobie sprawę, że dla wielu osób to nudne ;) Miasta bałkańskie bywają specyficzne, ale to też urok tej części Europy. Pozdrowienia!
Usuń
OdpowiedzUsuńDzięki