wtorek, 2 sierpnia 2022

Bieszczady dla koneserów: Komańcza - Chryszczata - Rabe - Cisna - Wetlina.

Moja kolejna wyprawa w Bieszczady zaczęła się, jak kilka poprzednich, w Zagórzu. O wczesnej porze wysiadam z autobusu dalekobieżnego. Pierwsze kroki kieruję na cmentarz żołnierzy radzieckich, który od czasu mej poprzedniej wizyty został odnowiony.


Z wiaduktu spoglądam na biegnące w dole tory. Co prawda pociągów jeździ tu jeszcze mniej niż ostatnio, ale za to ustawiono zabytkową lokomotywę. Jak głosi baner rozwieszony na sąsiednim baraku - jest to "Skwer Pamięci Obrońców Węzła Zagórskiego". Bardzo praktycznie - koleją się nie przejedziesz, ale za to możesz odpocząć przy tekatce.



Robię zakupy i czekam na busika; ten przyjeżdża mocno spóźniony, co też jest miejscową tradycją. Wiezie mnie do Czaszyna (rusiń. Чашын, ukr. Чашин), gdzie wychodzę pod kościołami. Nową bezpłciową świątynię ignoruję i zaglądam do dawnej cerkwi świętego Mikołaja. W środku brak jakichkolwiek śladów z czasów wiernych poprzedniego wyznania, jedyną pamiątką jest tablica wspominająca ostatniego księdza greckokatolickiego.

 

Z Czaszynem mam złe wspomnienie: kiedyś czekaliśmy tu z kumplem na autostopa ponad półtorej godziny, a ja w tym czasie dostałem udaru. Na szczęście dzisiaj słońce aż tak nie przygrzewa, a i podwózka zjawia się znacznie szybciej: zatrzymał się ósmy samochód.
- Mogę zawieźć cię tylko za górkę - uprzedza od razu kierowca. "Za górką" okazuje się siedem kilometrów, więc mamy czas na rozmowę. Młody chłopak dziwi się, że chce mi się targać taki ciężki plecak (to dość częsta reakcja).
- Ja tam po górach nie chodzę, tam wszędzie pełno kleszczy - macha ręką.
Proszę o wysadzenie mnie pod sklepem w Kulasznym (Куляшне, 1977-1981 Międzygórze). Wypijam poranne piwko, a wkrótce zjawia się Kasia ze swoim tatą, który podwozi nas na rogatki Komańczy (Команча), pod schronisko PTTK, dziś noszące nazwę "Leśna Willa". Jest to jeden z ostatnich obiektów, jeśli nie ostatni, pod szyldem PTTK-u, w którym jeszcze nie byłem.


Drzwi są otwarte, ale w środku nikogo nie ma. Trzaskamy, wołamy - nic. Można by wynieść wyposażenie i zniknąć. Miałem ochotę na śniadanie w postaci jajecznicy, ale patrząc na ceny, to chyba dobrze, że obsługę gdzieś wywiało.

Idziemy do wioski. Komańcza, jak zawsze, sprawia wrażenie strasznego zadupia, a nie "Bramy do Bieszczad". Knajp brak. Sklep mijamy jeden, z fatalnym wyposażeniem. Na ulicach pustki, pomijając radiowozy, które kursują tam i z powrotem jak nakręcone.
Zadamawiamy się w parku naprzeciwko kościoła, wysyłam Kaśkę na zakupy.


Muszę jednak pochwalić włodarzy Komańczy - przy parku znajduje się toaleta i to bezpłatna! Czyli jednak można. Kartka przy drzwiach głosi, iż "woda nie zdatna do picia" i autor ma rację, bo... w ogóle nie leciała, więc nie szło się jej napić 😏.
Kaśka wraca z zimnymi sikaczami, zjadamy śniadanie. Korzystam także z okazji i zaglądam na położony za torami cmentarz wojenny. Ładnie położony, wykoszony, ale i tak sprawia wrażenie zapomnianego. W przeciwieństwie do nekropolii z Galicji Zachodniej nie znajdziemy na nim tabliczek z nazwiskami, nie wiadomo kto tu dokładnie spoczywa.


Zbieramy się z parku. Nasz najbliższy cel widnieje na tablicy.


Na jednej ze stodół widać zarysy postaci. Malowidło z projektu "Cichy memoriał", w ramach którego uwieczniano dawnych mieszkańców w ten nietypowy sposób.


W lesie wita nas przyjemny chłodek. Wśród drzew praca wre.



W pewnym momencie wychodzimy na szeroką wycinkę. Co jest, autostradę budują?! Nie, chyba gazociąg. Ja wiem, że postęp, rozwój, uniezależnianie się od Rosjan, tylko czemu zawsze przyroda musi dostać po dupie?


Kwadrans później schodzimy do asfaltu na terenie dawnej wsi Prełuki (Прелукы, Прелуки, 1977-1981 Przełęcz). Tu na Osławie kończy się Beskid Niski i Karpaty Zachodnie, a zaczynają Bieszczady i Karpaty Wschodnie.





Idziemy w pełnym słońcu. Kilkukrotnie mija nas samochód z drwalami, machamy ręką, uśmiechają się i... jadą dalej.

Pomiędzy drzewami przebija wiadukt - pozostałość po kolejce wąskotorowej. Kiedyś z Majdanu kursowała aż tutaj i dalej do Rzepedzi.


Po niecałych trzech kwadransach docieramy do Duszatyna (Душатин). Z rusińskiej wioski nie pozostało nic poza resztkami cmentarza. Wszystkie budynki są powojenne, w jednym z nich działa przyjemny bar, w którym odpoczywałem także przed kilku laty. W tych warunkach nawet koncerniak smakuje znakomicie, zwłaszcza schłodzony.


My odpoczywamy, a tymczasem asfaltem śmiga jakiś chłopak: lekki obłęd w oczach i parcie do przodu, bez chwili odpoczynku. Ani chybi robi GSB, a objawy wielu piechurów na tym szlaku są podobne. Nie mają czasu na postój, trzeba lecieć i lecieć przed siebie. Zaliczanie kilometrów na ściśle określonej trasie - jak dla mnie to zupełne przeciwieństwo tego, co uważam za turystykę górską.
 
Przy stołach kręcą się również inni turyści. Jedni dziwią się, co ich kilkuletnia córka spakowała do plecaka (błyszczyk i lakier do paznokci 😛). Drudzy pytają się właścicielki baru, czy kolejka dalej tutaj jeździ (przestała na początku lat 90., co zresztą doskonale widać po stanie torowiska).



Szykuje się większa impreza, gdyż pani z baru przygotowuje ognisko dla ponad sześćdziesięciu osób. Wszystkich ich spotkamy na szlaku do Jeziorek Duszatyńskich.


Zaglądam jeszcze na wiadukt kolejki. Ciekawe wygląda granica, do której przyroda odbiera swoje.




Czerwony szlak jest początkowo przyjemny, ale naszą radość szybko psują hałasy dochodzące z całej okolicy. Wycinka trwa w najlepsze, słychać warkoty pił i huk ciężkiego sprzętu. Potem trafiamy jeszcze na kompletnie zrytą drogę. Ale spróbuj człowieku ściąć tu samodzielnie drzewko albo krzaczek, to będziesz ciężkim niszczycielem przyrody...
 


Motywująca kartka na zwalonym drzewie 😏.


Nagle zaczyna się ruch z przeciwnej strony - pewnie grupa udająca się na ognisko do Duszatyna. Sporo osób zagaduje i w podobnych tematach:
- Ooo, pan to chyba do Ustrzyk idzie! - zawołał jeden facet na mój widok, choć Kaśka była tak samo obciążona.
- Pewnie robicie GSB? Bo spotkaliśmy takiego chłopaka co nim szedł - to na pewno ten, który nas mijał obok baru.
- Zapewne Główny Szlak Beskidzki?
- Idziecie GSB?
- Dokąd zmierzacie? GSB?
I tak dalej, do tego kilkadziesiąt razy "cześć" i "dzień dobry", aż w końcu mi się znudziło 😏.
 
Jeziorka Duszatyńskie były znacznie spokojniejsze. Jestem tu pierwszy raz i... raczej ostatni.



Dwa osuwiskowe zbiorniki wodne to, cytując Wikipedię, jedna z większych osobliwości przyrodniczych Bieszczadów. Tego nie neguję, natomiast opisywanie ich jako wielkiej atrakcji turystycznej i "cudu natury" uważam za sporą przesadę. Nie są brzydkie, ale nie przeginajmy, to tylko trochę wody z zarośniętymi brzegami. Jako przystanek w trasie całkowicie do zaakceptowania, ale przychodzić tutaj tylko specjalnie dla nich... na pewno nie.



Za jeziorkami szlak zaczyna się piąć w górę, a ja czuję, że zaczyna ubywać mi sił. Podejście na Chryszczatą zajmuje nam godzinę, lecz dla mnie była to droga przez mękę, a jej końca nie mogłem się doczekać. Dopiero cmentarz wojenny z dużym drewnianym krzyżem zasugerował, że już blisko.


Chryszczata mierzy niemal tysiąc metrów (zabrakło jej trzech) i jest całkowicie porośnięta lasem. W ostatnim stuleciu historia mocno ją przekopała - dosłownie, bo zachowały się tu ślady umocnień austro-węgierskich, polskich, niemieckich i ukraińskich.
Na szczycie stoi betonowy słup geodezyjny. Kiedyś stał tu także krzyż upamiętniający tysiąclecie chrztu Rusi, ale najpierw ktoś go przerobił na "łaciński", a potem rozwalił. Następnie pojawił się pomnik poświęcony UPA (na zboczach góry istniał ich duży obóz), wystawiony bez pozwolenia i też szybko zniszczony.

Wiata nadawałyby się na potencjalny nocleg.


Po odpoczynku zaczynamy schodzić w dół. Mijamy kilka leśnych cmentarzy pierwszowojennych z symbolicznymi krzyżami. Są też okopy, prawdopodobnie z tego samego okresu, ale pewności nie mam.




Pojawia się sfatygowany drogowskaz do bazy Rabe. Żółty szlak bazowy i za półtora kilometra powinniśmy być w dolinie, szybko i przyjemnie. Nic bardziej mylnego, bowiem ścieżka przestała istnieć! Drwale dokonali tutaj prawdziwej masakry, stok jest przeorany albo głębokimi rowami albo po ciężkim sprzęcie została błotnista, pełna kolein droga. Momentami krajobraz jest wręcz księżycowy. Oczywiście wszystkie prace prowadzone są tutaj z pełnym poszanowaniem cennej przyrody i cennego krajobrazu. Oznaczenia szlaku poznikały, a tam gdzie się jakimś cudem uchowały, to prowadzą w kupy połamanych drzew lub w nicość... Po prostu serce się kraje widząc coś takiego!


Bez pomocy w postaci kaśkowego GPS-a raczej na pewno nie wyszlibyśmy tam, gdzie chcieliśmy wyjść, czyli w bazie namiotowej Rabe. Kiedyś już tu byłem, ale przed sezonem, teraz trafiliśmy właśnie na pierwszy tydzień bazowania.


Bazowym jest chłopak z Łodzi. Pomaga mu emeryt z Jastrzębia-Zdroju (pewnie górnik, bo nadal młody). Obaj bardzo sympatyczni, chętni do integracji oraz rozmowy. Rzecz jasna jesteśmy jedynymi turystami, ale ponoć każdego dnia ktoś się zjawia - zazwyczaj pojedyncza osoba, lecz zawsze coś. Więcej ludzi przybędzie w weekendy, a także w lipcu i sierpniu. W pewnym momencie z lasu słychać ujadanie psa, ktoś chyba łazi w pobliżu, ale do nas nie przyszedł. Za to pobliską leśną drogą kilka razy przejechała terenówka.


Bazę prowadzi Warszawa, a mimo to brak tu dziwnych zakazów i nakazów znanych z innych stołecznych obiektów beskidzkich. Kąpiel w potoku, woda też stamtąd, a zamiast wychodka postawiono dwa tojki.


Tym razem nie targałem ze sobą namiotu, korzystamy z bazowych. Wycinka drzew poczyniła szkody i tutaj, bo teren na rozbijanie się został mocno okrojony - zamiast niego mamy zniszczoną przez samochody suchą glebę.
Poza sezonem można nocować w wypasionej chatce (i zaczadzić się, jak donoszą niektórzy 😛).


Lektura ścian wiaty potrafi być fascynująca: są przepisy na różne dania, tradycyjne pozdrowienia oraz odkrywanie swojego stosunku do weganizmu.
 

 
Nie mogło zabraknąć ogniska, które pali się praktycznie cały czas. Po kolacji siedzimy sobie przyjemnie aż do północy, osuszając zapasy. To ważne, bo dzisiejsze siedemnaście kilometrów dało mi w kość jak jakiś maraton, zapewne przez zbyt ciężki plecak.



Gdy wstaję rano, konary już płoną.


Dziwne osowate coś z ostrym zakończeniem, które wygląda, jakby się wbiło w tyłek.


Pamiętając wczorajszy zniszczony szlak bazowy zastanawiam się, czy czasem nie zmienić trasy. Ostatecznie jednak decydujemy się na pierwotny plan, czyli wspinaczkę na Jaworne, do Głównego Szlaku Beskidzkiego.
Zastanawia mnie umieszczenie na szlakowskazie "Karolowa". Tak przez sześć lat, do 1983 roku, nazywała się wioska Rabe (Рябе), a raczej to, co z niej zostało. Nie bardzo chce mi się wierzyć, że ta deska jest aż tak stara!


Na szczęście szlak bazowy od strony wschodniej nie był zniszczony, choć ledwo na niego weszliśmy, to z lasu odezwały się odgłosy spalinowych pił. Dzień bez słyszenia drwali w Bieszczadach, to dzień stracony. Powoli nabieramy wysokości, maszeruje mi się znacznie lepiej niż wczoraj, bo plecak lżejszy.


Dwa przerywniki wśród lasu - nieduże polany, pełne robactwa.


Na Jawornym (992 metry n.p.m.) robimy przerwę połączoną z wypiciem ostatniego piwa.


Ta tabliczka również ma swoje lata... Zarządcy bazy chwalili się niedawno zdjęciami nowych szlakowskazów, jednak moim zdaniem najbardziej pilna sprawa to wyznaczenie od nowa szlaku od strony Chryszczatej!


Niespodzianka! Kawałek za Jawornem pojawiła się polana z widokami na północ! Więc tak wyglądają okoliczne góry! No cóż, ta część Bieszczadów jest dla prawdziwych koneserów, bo niemal cały czas wędrujemy zarośniętym terenem. Zapewne nie przez przypadek spotkaliśmy dzisiaj tylko trzy osoby, a wczoraj - pomijając grupę wracającą z Jeziorek Duszatyńskich - podobną ilość.


Wołosań mierzący 1071 metrów to najwyższy szczyt Wysokiego Działu. A ja zdaję sobie sprawę, że chyba pierwszy raz w tym roku zdobyłem tysięcznik 😏.


Za szczytem odbijamy w bok na szlak zielony. Przynajmniej taki kolor nosi obecnie, bo na starszych mapach oznaczano go jako żółty (jako trasa dojściowa do bazy), a potem niebieski. Szybko zbijamy wysokość, czasami dość gwałtownie.
W dolnej części nagle wyrasta tablica, że oto przed nami prace leśne - cóż za szok. I że powinniśmy wejść w las, gdzie przeprowadzono tymczasowe obejście. Patrzymy, a tam żadnej ścieżki, po prostu trzeba się przeciskać przez krzaki!


Uznajemy, że to lekka przesada i poszliśmy dalej starym szlakiem. Okazało się, że drwale już swoją robotę zrobili, wyrżnęli co mieli wyrżnąć, ścieżki rozjeździli, więc ich nie spotkaliśmy.



Doszliśmy do asfaltu. Ruch panuje dość umiarkowany, więc skręcamy w lewo, na pobliskie Żubracze (Жубраче, Зубряче). Przed zakrętem przekraczamy linię kolejki wąskotorowej, która tędy kursuje na Balnicę. Słyszeliśmy ją jakiś czas temu, gdy wracała do Majdanu.



Jedyną opcją transportową w tym miejscu stanowi autostop. Trochę czekamy, bo na drodze pusto, ale zatrzymuje się pierwszy wóz; chłopak wraca z Balnicy, ma tam stoisko, na którym poi i karmi pasażerów wąskotorówki. Żeby usiąść, musimy najpierw przeciskać się przez termosy z kawą.

Zajeżdżamy do Cisnej (Тісна). Wioska coraz bardziej upodabnia się do zmniejszonej wersji Krupówek - jest bardzo tłoczno, brzydko i drogo. Ale skoro już tu jesteśmy, to wypadałoby zajrzeć do Siekierezady i wypić symboliczne piwko.


Na drzwiach kibla trwa walka polityczna.


Kolejny odcinek także pokonujemy autostopem - tym razem zatrzymuje się samochód numer cztery.
- Zawsze chcieliśmy wziąć autostopowiczów - cieszą się właściciele. To miło.

Wetlina (Ветлина) tradycyjnie jest spokojniejsza niż Cisna. Kwaterujemy się w "Cieniu PRL-u", czyli w jednym z miejsc, gdzie zachowało się trochę starego klimatu.



Wieczorem spotykam się w "Bazie Ludzi z Mgły" z kumplem z roboty, a jutro znowu na szlaki. Niekoniecznie dla koneserów.


6 komentarzy:

  1. Lubię Twoje bieszczadzkie relacje :) Ale te wycinki wszędzie są przerażające. Ostatnio tną w wielu miejscach na maksa. Masakra! Fajne, nieoczywiste miejsca wybrałeś, okolice Komańczy mnie kuszą, by je dokładniej poeksplorować, ale jednak trochę daleko. I zniechęcają mnie te rozjeżdżone ścieżki leśne. Co to w ogóle jest???

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest - niestety - rządowy program troski o przyrodę. Ludzie mówią, że wycinki były zawsze, że lasy się odradzają, że przecież za PiSu sadzi się więcej niż kiedyś, ale ja wiem swoje: nigdy nie było tak zmasakrowanych lasów od kiedy w ogóle zacząłem chodzić po górach. I nie ma znaczenia, czy gdzieś jest kornik, czy to drzewa młode czy stare, czy cenne przyrodniczo - tnie się wszędzie na potęgę i to w tak barbarzyński sposób, że zostaje potem jeden wielki rozpiździel... Przykro patrzeć. Inna sprawa, że Lasy Państowe to zawsze było państwo w państwie i w tym przypadku konieczna byłaby całkowita przebudowa (lub nawet likwidacja w takiej formie) tej instytucji...

      Usuń
  2. Właśnie miałem pisać, że ostatnio, wszędzie te lasy tną, a widzę, że Wiolcia na to zwróciła uwagę.
    Jesienią miałem rezerwację na te okolice, ale w żona postawiła weto, przez co wylądowaliśmy w Mucznym. Niemniej rok temu wracając właśnie przez te rejony, bardzo mi się tam spodobało, tylko właśnie te lasy... ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Te wycinki to jest dramat, do tego niszczenie całej okolicy, dróg, ścieżek i tym podobnych. "Ochrona przyrody"

      Usuń
  3. Ależ zmieniły się te tereny od czasów moich wędrówek po Bieszczadach i to niestety na niekorzyść. Ta wycinka lasów jest przerażająca. Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ani te Bieszczady już dzikie, ani odludne, ani nawet spokojne... A najgorsze, że gdziekolwiek człowiek się ruszy w nadziei, że akurat tam nie tną, to i tak trafi na drwali. Pozdrowienia!

      Usuń