środa, 11 grudnia 2019

"Happy New Year" czyli nie tacy Żydzi straszni jak ich malują!

Spodziewałem się, że pierwszym napisem jaki ujrzę na lotnisku Ben Guriona w Tel-Awiwie będzie coś w stylu "Witamy w Izraelu". Tymczasem podjeżdżający autobus wyświetlał "Happy New Year". No tak, tego dnia Żydzi zaczynają swój Nowy Rok - Rosz ha-Szana. Nie jest to święto tak radosne jak w innych kulturach, bowiem rozpoczyna okres pokuty, ale trwa aż dwa dni, a konkretnie do drugiego następnego zachodu słońca.

Nie spieszy nam się do odprawy granicznej. Kontrole w Izraelu słyną ze swojej drobiazgowości, choć zazwyczaj dopiero przy wyjeździe, jednak i w momencie przylotu do kraju potrafią mocno przemaglować. Przepuściliśmy przed sobą cały tłum z naszego samolotu, przy kilku budkach nie ma prawie nikogo. Podchodzę pierwszy, dukam "hello". Pogranicznik nie zaszczycił mnie spojrzeniem ani odpowiedzią, zerknął na paszport, zeskanował i oddał go razem z wydrukowaną niebieską karteczką. Teraz już naprawdę jestem w Izraelu. Całość trwała może z 10 sekund. Za mną idzie Teresa, procedura powtarza się.
- Chodźmy po bagaż - mówię.
- No, a kiedy ta kontrola graniczna? - pyta.
- Właśnie była - śmieję się, bo oboje spodziewaliśmy się, że jednak potrwa to dłużej.

Kartka ze skanem twarzy to odpowiednik stempla wbijanego do paszportów (a nie żadna wiza, jak czasem ktoś napisze). Pieczątki z Izraela uniemożliwiają wjazd do wielu krajów muzułmańskich, więc zapobiegliwie wydaje się ersatze.


Lotnisko jest pustawe, wszystkie sklepy i lokale nieczynne. Izrael to państwo wyznaniowe, więc w święta w wielu miejscach odbijemy się od zamkniętych drzwi. Nie funkcjonuje transport publiczny - ani autobusy, ani pociągi. Do Tel-Awiwu dostaniemy się tylko taksówką (której cena czasem przekracza koszt biletu lotniczego), na szczęście do Jerozolimy kursują szeruty - busiki firmy arabskiej.

Jeżdżą one mniej więcej co godzinę i mamy pecha, bo właśnie jeden zniknął dosłownie chwilę wcześniej. Czekamy zatem na następny, cali spoceni. Czuć, że znaleźliśmy się na Bliskim Wschodzie.


Czas biegnie, a tymczasem obok nas zbiera się coraz więcej ludzi i gdy podjeżdża żółty bus, to tłum rzuca się do drzwi. Jakoś udaje nam się wsadzić bagaże i wbić do środka, ale sporo osób pozostaje na zewnątrz. Kierowca uspokaja, że zaraz zjawi się drugi samochód. Próbuje też wyrzucić z fotela chudego Koreańczyka, lecz ten kłóci się z nim po hebrajsku i w końcu zostaje. 

Pędzimy w ciemnościach autostradami i drogami z niewielkim natężeniem ruchu. Koreańczyk wychodzi na osiedlu jakiejś niewielkiej miejscowości, a jego miejsce zajmuje siedząca dotychczas z tyłu inna Azjatka, która ciągle narzeka, że pas jej się nie zapina. Ja z kolei całą podróż zastanawiam się nad narodowością faceta za kierownicą - wygląda na Araba, przez telefon gada po żydowsku, na smartfonie wyświetla mu się wszystko... po rosyjsku, a prowadzi jak prawdziwy Polak 😛.

Około 22-giej docieramy do hostelu w Jerozolimie. Meldunek, zrzucenie bagaży i szybka wyprawa do baru, gdzie dostajemy powitalne piwo - pierwszy koszerny sikacz 😏.


Jestem tak podekscytowany i szczęśliwy, że najchętniej w ogóle nie szedłbym spać - już nie umiem doczekać się rana!

-----

Do Izraela mieliśmy lecieć już w ubiegłym roku, jesienią. Niestety, tydzień przed datą odlotu wszystko skomplikowały kwestie zdrowotne. Bilet przepadł, ale większość pieniędzy została. Pod koniec września 2019 spróbowaliśmy po raz drugi. Cały czas bałem się, że znowu coś wypadnie...

Na dzień dobry otrzymaliśmy dokładną kontrolę na lotnisku w Krakowie - sprawdzano nas na obecność śladów materiałów wybuchowych. A przecież się ogoliłem 😏. Potem już tylko zająć miejsce w latającej puszcze... Jak ja nie cierpię startów! Na szczęście tym razem już po kilku minutach organizm odzyskał równowagę i mogłem gapić się przez okno. Było brudne i oślepiało mnie słońce, ale coś tam dojrzałem - tu chyba kończą się Tatry.


Później przez długi czas nie ma żadnych charakterystycznych punktów na ziemi - jakieś niedokończone autostrady, miasta, wioski, pola, ale nie mam pojęcia gdzie dokładnie jesteśmy. Brakuje ekranu dostępnego w "normalnych" liniach lotniczych.

Dopiero po kilkudziesięciu minutach dostrzegam wielką rzekę - ani chybi Dunaj. I wreszcie miejsce, które mogłem odnaleźć na mapie: granica bułgarsko-rumuńska, wyspa Copaniţa (mniejsza) oraz Kozdłoduj (Козлодуй, większa). Z dołu dopływa Jiu, która swój początek ma w rumuńskich Karpatach.


Znowu obraz w dole staje się monotonny... Zaczynam lekko się nudzić i nie tylko ja, bo samolotem podróżuje grupa hałaśliwych Niemców, którzy wolny czas zabijają kolejnymi piwami. Oprócz nich cała masa Rosjan i polska wycieczka - a myślałem, że grupy zorganizowane latają czarterami.

Teresa czyta artykuł o pijaństwie w Związku Radzieckim i u Putina. Też bym się napił! Przed wylotem mama dała mi dwie seteczki swojskiej cytrynówki i poradziła opróżnić; wie, że boję się latać, a wiadomo, że alkohol pozwala ostudzić nerwy. Łyknąłem jedną buteleczkę i to był błąd - bać się bałem dalej, natomiast zrobiło mi się strasznie ciepło i zachciało sikać 😛. Drugą setkę w samolocie spożyłem tylko dla smaku, ponieważ w tym momencie czułem się całkiem nieźle.

Nagle widzę, że 10 kilometrów niżej następuje gwałtowna zmiana - pojawia się migocząca tafla wody. Przecieram oczy - kurde, Dardanele! Widać nawet statki płynące cieśniną oddzielającą Europę od Azji!


Pierwszy raz widzę na żywo Azję - to nic, że z samolotu. A z tyłu turecka wyspa Gökçeada (Imroz) oraz grecka Samostraki (na prawo).



Chwilę później mijamy Lesbos - choć położona 20 kilometrów od kontynentalnej Turcji także należy do Hellenów. Daleko z tyłu majaczy Grecja "właściwa".


W Turcji chyba nie zorganizowano kołchozów, gdyż pola uprawne to kolorowa szachownica.


Są też ciekawe góry, lecz tu już muszę mocno pobawić się kontrastem, aby były jako tako widoczne.



Ląd się kończy i zaczyna wielka woda, czyli Morze Śródziemne. Tam dopada nas zachód słońca. W tym czasie bokiem przelatujemy obok Cypru, lecz to z drugiej strony samolotu.


Pół godziny śmigamy w ciemnościach i naraz zostają one ucięte jak nożem - ściana światła brutalnie pokonuje mrok. Tel-Awiw!


-----

W Jerozolimie nocujemy w hostelu Abraham. To chyba najbardziej znana sieciówka hostelowa w kraju. Nawet nie musiałem podawać kierowcy busika adresu, doskonale wiedział, gdzie nas zawieść. Obiekt to prawdziwy moloch - posiada aż 200 miejsc. Od sal wieloosobowych po całkowicie prywatne. Te ostatnie były poza naszym zasięgiem finansowym, więc zdecydowaliśmy się na pokój dla czterech osób: łóżka piętrowe, własny kibelek i prysznic. Koszt - około 130 złotych za osobę/noc, czyli jak na Izrael strefa średnia.

Abraham zapewnia turystom wszystko, czego potrzebują, a zwłaszcza możliwość pozbycia się pieniędzy 😏. Dla chętnych organizuje rozmaite wycieczki, zarówno po Jerozolimie, Izraelu, jak i Zachodnim Brzegu, Egipcie i Jordanii. Niektóre ceny - jak dla mnie - są z kosmosu, za dwu-trzy dniowy wyjazd z hostelem pojechałbym samemu gdzieś na tydzień!

Sercem hostelu jest wielka sala na piętrze, w której co rano serwowane jest śniadanie w formie bufetu. Posiłek jest wliczony w cenę noclegu, pozwala więc obniżyć wydatki związane z jedzeniem na mieście. Co ważne - nie ma żadnych ograniczeń w przygotowaniu kanapek i zapasów na wynos, również napojów: codziennie brałem kilka małych butelek i napełniałem sokiem pomarańczowym lub oranżadą zmieszanym z wodą, co później świetnie gasiło pragnienie. Możliwość brania wszystkiego na wynos niektórzy traktowali bardzo poważnie - widziałem Azjatkę zabierającą regularnie kilkanaście (!) jajek na twardo, a jeden facet (Włoch?) przelewał do pojemnika nawet oliwę 😛.


Jak każdy modny hostel posiłek był wegetariański (lecz na szczęście nie wegański, bo podawano wspomniane jajka): pomidory, ogórki, sałata, owoce, różne sosy i pasty do smarowania (niektóre paskudnie słodkie w amerykańskim stylu), no i pieczywo, czasem w formie pity. Można się było najeść, choć po kilku dniach zaczynało być monotonnie. Królowały grzanki przyrządzane w tym oto sprytnym blaszaku: wkładasz z jednej strony, wyskakują z drugiej. O ile znajdziesz swoją.


Wieczorem sala zmieniała się w bar. Na kranie kilka lanych piw, w tym z małych browarów. Kosztowały około 30 złotych za kufel, lecz w pewnych godzinach ogłaszano "happy hours" - za cenę jednego piwa dostawało się dwa. No i 15 złotych za smaczną IPĘ albo pszeniczniaka to już jest wydatek niższy niż w wielu polskich knajpach.


Oprócz tego organizowano różne wieczorki tematyczne - np. "jak zrobić hummus" albo "dzień meksykański" itp.. Oczywiście drogo, lecz raz skusiliśmy się na jadło hinduskie - jedną porcją spokojnie nasyciły się dwie osoby.

Kwitło życie towarzyskie, bo w końcu spotykają się ludzie z całego świata. Rzecz jasna dominowali ludzie do 40-tki, lecz całkiem sporo było turystów w zaawansowanym wieku - może nie było ich stać na hotel, a może nie lubią przepłacać i podobają im się takie klimaty? Między stolikami krążą etatowi podrywacze, zawierane są mniej lub bardziej intensywne znajomości, słychać stuk kul bilardowych. Bardzo przyjemnie spędzało się tam czas po intensywnym dniu.


Na korytarzach wymalowano różne mądre sentencje (ta była chyba skierowana do naśladowców Jezusa).


W ogólnodostępnych toaletach wszędzie wiszą kartki z pytaniem: "Czy czułaś, że stałaś się obiektem molestowania seksualnego?". Już nie pytają się, czy kogoś molestowano, ale czy się czuł...

Hostel reklamuje się m.in. otwartym dachem pełnym foteli i leżanek. Raczej tam nie siedziałem, gdyż po zmroku robiło się chłodno, ale chętnie fotografowałem z góry okolicę.



Najbliższe bloki - suszące się pranie i burdel na tamtejszych dachach.



Jeszcze kilka słów o naszym pokoju: początkowo mieliśmy ciekawe towarzystwo. Pode mną spał meksykański żyd. Nawet nie wiedziałem, że w Meksyku oni występują, a jest ich ponad 50 tysięcy! Przyjechał do Izraela poszukać sobie żony. U siebie, co prawda, ma sporo żydówek, ale wszystkie za mało religijne. Musiał szukać całe dnie, bowiem zwijał się z łóżka wczesnym rankiem, wracał po zmroku i od razu kładł się spać. Raz tylko skusił się na partyjkę bilarda z ekipą z Ameryki Łacińskiej. W nocy często jęczał i przewracał z boku na bok, możliwe, że śniły mu się jakieś koszmary z mało religijną żoną. W dodatku abstynent.
W drugim łóżku mieszkała starsza Niemka, a przynajmniej na taką wyglądała. Okazało się, że jednak pochodzi z Nowej Zelandii. Męża prawdopodobnie nie szukała, ale miała mało przyjemne nawyki nie zamykania za sobą drzwi od pokoju i łazienki (zwłaszcza, gdy z niej korzystała) oraz nie spuszczania wody.


W połowie pobytu zmieniło się ekipa - dojrzali chłop i baba z Niemiec. Tym razem rzeczywiście z Reichu, a nie jakiś Antypodów. Przyjaciele, a na pewno nie małżeństwo, co wyraźnie podkreślał facet. Łączyli spanie w warunkach "młodzieżowych" z profesjonalnym zwiedzaniem, bo nawet po Jerozolimie nie chodzili sami, tylko z przewodnikiem. Można i tak. Siwowłosy dżentelmen chwalił się, gdzie ostatnio był w Polsce (bodajże w Krakau und Danzig, czyli oklepany standard), lecz w młodości na geografii raczej słabo uważał, gdyż nie bardzo kojarzył co to ten Śląsk, z którego pochodzimy...

Widok z naszego okna. Lubię budownictwo w jasnych kolorach.


A taki widok mam, gdy się trochę wychylę - to w kierunku Starego Miasta:


Jaffa Street - jedna z najdłuższych i najstarszych ulic w mieście, a zapewne najbardziej znana. Obecnie deptak, gdyż jakiś czas temu wycofano z niej ruch samochodowy, za to jeździ nią tramwaj - to jedyna linia tego typu komunikacji w Izraelu. Ale nie dziś - przecież mamy święto, więc nic publicznego nie kursuje!

W świąteczny poranek ulica jest pusta i spokojna, przed południem maszerują jedynie nieliczni piesi. W odpowiednim na ten dzień ubraniu.



Abraham znajduje się przy skrzyżowaniu Jaffy i HaNeviim, które tworzą w tym miejscu plac Davidka. Nazwa pochodzi od moździerza Davidka ("mały Dawid"), konstruowanego w domowych warunkach w czasie wojny o niepodległość w 1948 roku: z braku innej artylerii była to dla Żydów ważna broń. Pomnik Davidki stoi obok hostelu i sklepu o sympatycznej nazwie.



Pierwszy spacer na azjatyckiej ziemi. Ulica Jaffa jest tak cudownie pusta, że chętnie bym przeniósł ten zwyczaj do nas: niech w święta ruch miejski zostanie mocno ograniczony! 😛





Zdjęcie z faną na tle jerozolimskiego ratusza.


To budynek z lat 90. ubiegłego wieku, wcześniejsza siedziba magistratu stoi kawałek dalej - okrągła, charakterystyczna budowla postawiona przez Brytyjczyków w 1933 roku.


Do wojny sześciodniowej w 1967 roku tu kończyło się państwo żydowskie - za moimi plecami zaczynał się nieduży odcinek ziemi niczyjej, a potem mury Starego Miasta, które leżało już w Jordanii. Pamiątki po burzliwej przeszłości (raczej z z lat 1949-49) są dobrze widoczne.


Co chwilę mijają nas pobożni Żydzi wystrojeni w świąteczne, białe kitle i tałesy - pasiaste chusty zakładane w czasie modlitwy na ramiona lub głowę. Jak już wcześniej pisałem Rosz ha-Szana nie ma charakteru radosnej imprezy, ale jest czasem pokuty, rozmyślania nad swoim życiem i popełnianymi grzechami.


Nie będę teraz opisywał jerozolimskiej starówki, jeszcze będzie na to pora 😊. Ale kto tam był, to wie, że to cyrk, a widzowie są jednocześnie artystami 😛.


Jak napić się piwa, to najlepiej w dzielnicy chrześcijańskiej. Oprócz piw żydowskich serwują produkty z browaru w At-Tajiba w Palestynie, prawdopodobnie ostatniej miejscowości na Zachodnim Brzegu zamieszkałej tylko przez wyznawców Chrystusa. Niestety, piwo to także sikacz, choć w upale nawet wchodzi, a sprzedawca od razu proponuje drugie i to w promocji 😏.


Jeśli nam jest gorąco, to jak oni sobie radzą w czarnych i grubych ciuchach? Zwłaszcza w tej futrzanej czapie! Według niektórych źródeł sztrajml pochodzi od... polskiego stroju szlacheckiego.


Wieczorem, gdy robi się chłodniej, ulice zaczyna się zaludniać. Sklepy i lokale nadal w większości są zamknięte (z wyjątkiem tych prowadzonych przez chrześcijan i muzułmanów oraz tych żydów, którzy niezbyt się przejmują zaleceniami religijnymi), ale dużo osób wyszło z domów. Oczywiście najbardziej widoczni są ci w czarnych ubraniach.



Zastanawiam się gdzie ci ortodoksi ciągle idą? Jedni cisną na Stare Miasto i to byłoby rozsądne - np. pod Ścianę Płaczu. Jednak mam wrażenie, że oni maszerują we wszystkie możliwe strony i chyba coś w tym jest, bowiem co jakiś czas mijamy grupki modlących się w różnych przypadkowych miejscach, choćby obok naszego hostelu!


Kolejna do innej Ściany Płaczu 😏.


Gdy tak idziemy do noclegowni zagaduje nas starszy Żyd i pyta skąd jesteśmy. Po odpowiedzi, że z Polski, spodziewałem się jakiegoś gniewnego monologu o polskich obozach śmierci czy odszkodowaniach za utracone mienie. Tymczasem on ni z gruchy, ni z pietruchy:
- Czytałem ostatnio o wojnie w 1939 roku. Strasznie szybko Niemcy podeszli pod Kraków. Żołnierzy mieliście dzielnych, a generałów kiepskich.
- Z generałami to się za wiele nie zmieniło - odpowiadam z uśmiechem, no i się zaczęło. Zamiast pójść do hostelu to maszerowaliśmy z nim i dyskutowaliśmy. Facet musiał nic innego nie robić, tylko czytać, bo dość dobrze orientował się w wielu historycznych sprawach. Znał się nawet na polskim przedwojennym sprzęcie wojskowym, z zapałem mówił o bombowcach Łoś i Karaś oraz o tankietkach. Nie do końca się zgadzałem z nim w kwestii ataku na ZSRR, bo on upierał się, że Stalin nie chciał Hitlera zaatakować - jak widać komunistyczna propaganda ciągle jest żywa 😏. Potem temat zszedł na kamikadze (pierwszymi mieli być oczywiście Żydzi, ale w armii radzieckiej) i konstruktorach różnej broni - rzecz jasna powstałych według projektów Żydów 😛.

Gdy skończyliśmy z przeszłością przeszliśmy do rozmów wszelakich. Z wielu poruszanych wątków pamiętam m.i.n.:
- że Ukraina to faszyści i już nie Europa,
- Izrael ma 200 bomb atomowych, więc muzułmanie mogą mu naskoczyć,
- o boomie budowlanym w Jerozolimie po tym, jak Donald Trump przeniósł do niej amerykańską ambasadę (to akurat widać gołym okiem, wiele budynków wokół nas to nowości),
- o tym, że do Izraela zjeżdża się za dużo migrantów, głównie Murzynów, którzy nic nie robią, nie pracują, a tylko narzekają, żyją z socjalu i są agresywni,
- o żydowsko-arabskim współzawodnictwie w płodzeniu dzieci. Arabowie mnożą się jak króliki, posiadając 4-6 dzieci, więc Żydzi, aby przetrwać, muszą im dorównać. Ale tylko w Jerozolimie jest taka wysoka dzietność, w całym Izraelu to niecała trójka dzieci. Z tego co czytałem to rzeczywiście w 2018 udało się Żydówkom urodzić więcej potomstwa niż Arabkom, a ogólny trend jest także korzystny dla Izraela, bo Żydzi rozmnażają się coraz chętniej, a Arabowie mniej. Sytuację pogarszają tereny palestyńskie, gdyż tam rozrost muzułmański jest znacznie większy niż w Izraelu. Nie da się ukryć, że metą takiego wyścigu będzie hekatomba, bowiem kraj nie jest z gumy, dość mały, a wskutek zmian klimatycznych coraz więcej jego terenu nie będzie nadawało się do życia.

Gadaliśmy długo, w międzyczasie kilka razy podchodzili do nas panowie w lisich czapach i podniesionymi głosami wyrzucali coś staremu Żydowi, a nawet próbowali (delikatnie) zabrać ze sobą. Jeden z nich był gówniarz z silnym młodzieńczym trądzikiem, ale najwyraźniej nałożenie na głowę futra pozwalało mu naskakiwać na człowieka starszego o kilkadziesiąt lat. Nasz rozmówca przewracał oczami ze zniecierpliwienia, tłumaczył się spokojnie napastnikom używając często słów "rabi, rebe" i w końcu się odczepili, a on mógł ponownie wrócić do meandrów historii i polityki 😛.
- Mieli pretensje, że rozmawiam z nieżydami - powiedział. I tylko nie wiem, czy nie powinien tego robić tylko z okazji święta, czy w ogóle?

W końcu po kilkudziesięciu minutach się pożegnaliśmy z naszej inicjatywy, bo już straszliwie nam burczało w brzuchach. On pewnie jeszcze nie czuł zmęczenia ani głodu 😏.

Na zdjęciu poniżej uchwyciłem go od tyłu, chwilę przed tym jak nas zaczepił - pierwszy z lewej, z torbą.


Pamiętając z tym jak się strułem w Skopje tym razem zabrałem ze sobą lekarstwo! Jedna albo dwie płynne tabletki rano i wieczorem, żołądek był cicho jak trusia 😛. A może lepiej bym zrobił, gdybym je sprzedał - w sklepie na dole za flaszkę wódki trzeba było zapłacić 65-70 szekli.


W ostatni dzień Nowego Roku poranek na Jaffie wygląda podobnie - pustki. Choć jest pewna odmiana: przy nieczynnym przystanku tramwajowym stoi czarnoskóry pan w garniaku i zaczepia ludzi. Nie wiem czy to jeden z tych, co przyjechali i nic nie robią, czy raczej jakiś kaznodzieja szukający ofiary do nawrócenia. Ortodoksi traktują go jak powietrze, czasem zatrzyma się ktoś mniej oficjalnie ubrany i chwilę pogada, po czym idzie dalej. Gościu stał tam co najmniej godzinę.


Częsty obrazek - młode mamy i grupki małych dzieci. Zawody trwają w najlepsze.


Po zachodzie słońca powoli zaczyna ruszać komunikacja. Tramwaje jadą co kilka minut, więc i tak Jaffą ludzie chodzą środkiem drogi i nikt ich nie goni.
Na zdjęciu ciekawy budynek z weneckim lwem. Dawna siedziba Generali, wzniesiona w okresie międzywojennym w stylu włoskiego faszyzmu.


W normalnym dniu tygodnia ulice wypełniają samochody, natomiast Jaffa Street to nadal bardzo przyjemne miejsce do spacerowania. Dużo osób siedzi w pootwieranych kawiarenkach i innych lokalach.



Kilka wieczornych ujęć:



Rzut jarmułką od hostelu znajduje się targowisko Mahane Yehuda, które po zamknięciu zmienia się w jedną wielką imprezownię. Tłumy ludzi przewalają się wąskimi uliczkami i też tą główną, wielu z piwem w łapie. Ludzie widząc mnie z aparatem sami domagają się robienia zdjęć, a wszystko to pod czujnym okiem policji i innych służb.






Bezdomni to również nierzadki obrazek w Jerozolimie. Przynajmniej jeszcze nie zmarzną i nie zmokną.


Flaga religijna wisząca w bloku naprzeciwko Abrahama. W święta chodzono z takimi i machano, jednocześnie trąbiąc na szofarze, instrumencie podobnym do rogu.


Ogólnie rzecz biorąc to niektóre sąsiednie budynki prezentowały się, hmmm, biednie.


Jerozolima była głównym celem wyjazdu, ale pod koniec tygodnia skoczyliśmy jeszcze sobie na dwa dni do Tel-Awiwu. Inny świat. Jerozolima się modli, a Tel-Awiw bawi - wielokrotnie słyszałem. Ewentualnie - zarabia pieniądze. I jedno i drugie jest prawdziwe, Tel-Awiw to centrum finansowe, działa tu giełda, mieszkańcy są najbogatsi w Izraelu. Oznaki wielkiego świata widoczne są już z daleka, gdy człowiek jedzie autobusem, a w tle wyrastają wieżowce. Dodajmy do tego palmowe aleje i człowiek się czuje niczym na Florydzie 😛.




Turyści pojawiają się tu rzadziej niż w Jerozolimie, ale przesadzają ci, którzy piszą, że w mieście nie ma nic ciekawego. Po pierwsze: są plaże! Kilkanaście kilometrów piasku, zielone brzegi idealne do relaksu lub imprezowania.







Po drugie: Tel-Awiw to największe na świecie skupisko obiektów zbudowanych w stylu Bauhausu i tzw. międzynarodowym. Wymyślono go w Niemczech, a do Palestyny przywieźli go żydowscy architekci uciekający przed nazistami. Nie każdy lubi ten rodzaj budownictwa, ale ja tak.


Po trzecie wreszcie: można wybrać się do Jafy (Yafo), jednego z najstarszych portów świata. Tamtejszą starówkę mocno odpicowali, ale i tak jest tam kilka fajnych miejsc, a wśród ludności mieszają się Arabowie i Żydzi.


Tak więc zdecydowanie wizyty w Tel-Awiwie nie można uznać za czas stracony, no, chyba, że ktoś cały czas zamierza się modlić lub zwiedzać kościoły.

Ponieważ w ostatni dzień naszego pobytu (niedzielę - 6 października) nie wypadało żadne święto ani nie obchodzono szabatu, więc na lotnisko mogliśmy się dostać szybko i sprawnie, tzn. pociągiem. Z Tel-Awiwu jedzie on kilkanaście minut, a tłok panował jak w zugach do Katowic o poranku 😛.


W przypadku odlotu radzą się stawić co najmniej trzy godziny przed planowaną godziną startu samolotu. Kontrole wyjazdowe potrafią być bardzo dokładne i upierdliwe, łącznie ze sprawdzaniem telefonów, kont w mediach społecznościowych (a jak ktoś nie ma?), seriami pytań zupełnie nie związanych z pobytem ("jak się nazywa żona pańskiego szefa?, "ile pani zarabia?"), o rewizjach osobistych nie wspominając.


Miałem pewne obawy, ale wszystko poszło jak z płatka: najwięcej czasu zajęło nam oczekiwanie na swoją kolej, gdy w kolejkach do stanowisk obsługi skupiło się kilka samolotów z wycieczkami. Potem młoda dziewczyna (na oko 25 lat) z przepraszającym uśmiechem zadała kilka pytań i na paszportach pojawiła się nalepka z numerem 2 z przodu, co ma oznaczać mniej więcej "bezpieczny nie-Żyd". Im niższy numerek tym lepiej, jedynki dostają chyba tylko wyznawcy religii Abrahama, a jak ktoś ma wysoką cyfrę, to najprawdopodobniej zostanie jeszcze kilkukrotnie sprawdzony. Dwukrotnie zerknięto później na nalepkę, zobaczyli dwójkę i puszczali dalej. Cała procedura bezpieczeństwa trwała może z minutę, półtorej. Jeszcze tylko nadanie bagażu, standardowy wykrywacz metali i oczekiwanie w strefie bezcłowej.


Wydajemy ostatnie szekle, najadam się darmową chałwą w jednym ze sklepów i wypijam drinka z puszki z Jackiem Danielsem (kosztował z pięć dolarów!). Na pokładzie znowu pełno Rosjan i zorganizowana wycieczka z Polszy, która nie umie się zdecydować kto z kim ma siedzieć.

O dziwo, tym razem start w ogóle mnie nie drażnił, gapiłem się jak zaczarowany w rozświetlone miasto, zastąpione przez czerń nocy.


W Krakowie przeżyłem szok! Na lotnisku w Tel-Awiwie temperatura wynosiła 28 stopni, podczas gdy w stolicy Małopolski... zero! A ja w krótkich galotkach! Masakra 😛.

13 komentarzy:

  1. Pudelek w Izraelu! Świat się kończy... No to czekam na ciąg dalszy.

    OdpowiedzUsuń
  2. O kurczę, niezły fart z tymi kontrolami w obie strony! Izrael kusi mnie od dawna, ale właśnie zniechecają mnie ich kontrole lotniskowe, o których naczytałam się niestworzonych rzeczy... ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niepotrzebnie straszą. Przy przylocie raczej wszystko idzie sprawnie. Przy odlocie największe problemy mają osoby podróżujące w pojedynkę, ale głównie faceci, ewentualnie dwóch czy trzech facetów. Mimo wszystko szansa, aby nas bardzo mocno trzepali jest dość niewielka, no chyba, że zaczniemy zachowywać się dziwnie i żartować o bombie w plecaku :P Zresztą w końcu i tak człowieka wypuszczą, nie słyszałem, aby ostatnio jakiś turysta tam został z powodu zbyt długiej kontroli ;)

      Usuń
  3. Ha, to nie tylko mnie wypadają wyjazdy ;) a na serio fajny rejon. Rozumiem, że to wstęp do, bardziej szczegółowej relacji? No to czekam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, tematyka jest tak rozlazła, że muszę to jakoś podzielić szczegółowo, bo inaczej się nie da ;)

      Z tym "wypadnieńciem" to był dramat: nie dość, że szlag trafił główny, jedyny taki wyjazd w roku, to jeszcze poważna sprawa chorobowa. Ale w tym roku trochę nadrobiliśmy ;)

      Usuń
    2. Najgorzej, jak wypada główny plan, człowiek się nastawia a tu...
      Dobrze, że udało się za rok pojechać! :)

      Usuń
    3. A ile się stresu najadłem, że znowu coś nie wypali? Prawie nam popsuło plany wezwanie do sądu, lecz udało się je przesunąć na inny termin :D

      Usuń
    4. Dlatego lubię ten moment, gdy już się rusza w drogę. Bo czuć już przygodę, a stresy czy się uda, zajmują, co się uda ;)

      Usuń
  4. A w jakim języku z owym starszym, towarzyskim Żydem rozmawialiście?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po angielsku :) Oni zazwyczaj bardzo dobrze się w tym języku komunikują, gorzej z Arabami. Choć czasem mieliśmy problem z pewnymi szczegółami, np. nie umiałem zrozumieć o co mu chodzi z jakimś "zastępcą dowódcy" :D

      Usuń
  5. Kolejna ciekawa wyprawa. Izrael też nas kusi, ale ciągle coś wypada. Zresztą ostatni rok to pełna improwizacja, plany wyjazdowe padły więc było bez planów. Czasem też ciekawie. Pozdrawiam i czekam na kolejne relacje :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bez planów czułbym się dziwnie, choć czasem trzeba też improwizować. Niekiedy wiem już wiele miesięcy wcześniej gdzie mamy jechać, a czasem dopiero miesiąc. I w sumie ta druga wersja bywa bardziej emocjonująca ;)

      Usuń