piątek, 31 maja 2019

Bachureň i Branisko - przez szczyt Smrekovicy.

Poranek w paśmie Bachureň jest pochmurny, ale z każdą chwilą pojawia się coraz więcej słońca. Moje towarzystwo jeszcze śpi, kiedy wychodzę obejrzeć dokładnie nasze miejsce noclegowe.


Útulňa Chotárna pod Mindžovou została wybudowana w 2011 roku przez Klub Słowackich Turystów z pobliskich Hermanovic. Jest to jedna z fajniejszych chatek w jakich spałem. Po lewej widoczna wiata z kominkiem, choć z racji słabej drożności można ją określić jako wędzarnię 😏.

Zdjęcia ze środka: parter i piętro.



Útulňa stoi na rozległej polanie. Widoczność na razie nie jest powalająca.



Schodzę kilkaset metrów niżej, gdzie znajduje się źródełko. Dobudowano do niego drewnianą rurę dzięki której można nawet wziąć prysznic 😏. Temperatura jest jednak na tyle niska, iż poprzestaję na normalnym, acz kompleksowym umyciu się "pod kranem".



Słyszę odgłosy muzyki. Chyba ktoś przyjechał do nieodległego domku, który mijaliśmy wczoraj wieczorem.


Jedyny minus útulňi to brak wychodka, a przynajmniej takiego nie znaleźliśmy. To trochę dziwne, bo czasem organizuje się tutaj imprezy z dużą frekwencją. Gdyby wszyscy latali w krzaki, to zasyfiliby je całkowicie.


Zbieramy się bardzo niespiesznie, może nawet zbyt wolno. Tuż przed wyjściem pojawia się gość: starszy turysta z psem. Pyta się gdzie idziemy i proponuje zwiedzić pobliskie jaskinie, podobno bardzo ciekawe. Oferuje się nawet w roli przewodnika, ale - niestety - nie mamy aż tyle czasu...


Wreszcie około 11.30 ruszamy w trasę. Najpierw zdobywamy odległy o rzut nocnikiem szczyt Mindžová (920 metrów n.p.m). To ósma górka pod względem wysokości w Bachureňu.


Jest dość płaska, choć coś tam widać: głównie Góry Czerchowskie (Čergov), ale też (już słabiej) "cycki" - Lysá Stráž, Stráž i Šarišský hrad.



Schodzimy w dół do przełęczy Buče, położonej na kolejnej polance. Z oddali widzimy kilkoro innych turystów i machamy do siebie łapkami.



Z czerwonego szlaku odbijamy na żółty i nadal tracimy wysokość. Z każdym metrem temperatura zdaje się wzrastać, robi się naprawdę ciepło, jak na wiosnę przystało.




Przed nami Lipovce (węg. Szinyelipóc), jedyna miejscowość podczas dzisiejszej wędrówki. To również granica między pasmami Bachureň i Branisko.


Wioska, jak wszystkie w okolicy, jest nieduża, mieszka w niej nieco ponad pół tysiąca osób. Z racji Święta Ludu Pracującego ulice są pustawe.




W centrum znajduje się sklep i knajpa. Ten pierwszy oczywiście jest zamknięty, tę drugą otwierają dopiero za kilka godzin 😕. A tak by się człowiek napił zimnego piwa! Chwilę walczę ze sobą, czy aby nie wyciągnąć z plecaka "żelaznej porcji" na czarną godzinę, ale jednak postanawiam się wstrzymać i łyknąć trochę wody.

Po krótkim odpoczynku pod wiatą idziemy dalej mijając węzeł kilku szlaków.


Kawałek trzeba przejść asfaltem.


Wkrótce zaczyna się Lačnovský kaňon, jedno z ciekawszych miejsc Braniska. Zanim jednak do niego weszliśmy to skusiły nas tablice reklamujące nieodległe schronisko. Było zamknięte, więc wkurzeni wróciliśmy się z powrotem do wejścia do kanionu.

Początkowo jest dość szeroki, na łąkach widzimy różne drewniane konstrukcje mogące służyć turystom.



Następnie stopniowo się zwęża, po bokach pojawiają się skałki, mijamy też kilka ładnych zamkniętych domków. Właścicielem jednego z nich była Horská služba.




Gdzieś po prawej powinny znajdować się ruiny zamku Lipovce, lecz zupełnie ich nie widać.

Za to przede mną dostrzegam Lačnovský vodopád na Kamenným potoku. Choć niewysoki, to robi wrażenie, nie mogło zabraknąć i drabinki.




Jest nawet kawałek łańcucha, który się przydaje, bo mokra skała okazała się bardzo śliska. Czytałem, że często potok wysycha i wodospad czasowo zanika, a więc tegoroczna susza nie była dla okolicy tak straszna, jak się spodziewano.



Jako, że wyskoczyłem do przodu, to rozkładam się przy rozwidleniu szlaków i czekam na resztę, jednocześnie prowokując do szczekania jakiegoś psa-kurdupla. Te małe gówna są zazwyczaj najbardziej hałaśliwe. To mniej więcej połowa Lačnovskiego kanionu i jedyne miejsce, gdzie spotkaliśmy większe ilości turystów. Większe, czyli może w sumie ze 20-30 sztuk.


Po chwili zjawia się Max z Agą. Agnieszka stwierdza, że jest bardzo zmęczona. Hmm, zaliczyliśmy może 100 metrów podejścia, a cały dzisiejszy dzień to będzie około 900! Niedobry prognostyk na dalszą drogę, zwłaszcza, że teraz czeka nas najbardziej dzika wspinaczka: odbijamy z kanionu w górę, w kierunku formacji skalnej Vrátnica.


Krótki, bo niespełna kilometrowy odcinek był na tyle stromy, że nawet ja się zasapałem i spociłem. Vrátnica to po polsku żyła wrotna, więc nie wiem co ma to wspólnego z potężną skałą, jaką tu widzimy. To raczej ogromna brama lub wieża, wybijająca się między drzewami na jakieś 40 metrów!



Zdjęcia kiepsko oddają rozmiary, więc dodam, że okno w tej "bramie" ma także kilka metrów wysokości.


Znowu czekam na resztę towarzystwa i na pocieszenie informuję, że teraz przed nami zejście. Okazało się ono tak karkołomne, iż momentami mamrotałem, że chyba wolałbym nim podchodzić...

Wreszcie docieramy do wypłaszczenia - to Kopytovská dolina.


Niestety, Aga wygląda coraz słabiej. Przy grupie domków wypoczynkowych dochodzi do burzliwej i nieprzyjemnej wymiany zdań odnośnie dalszej części dnia, ale zapada decyzja, że wyboru nie mamy, więc musimy iść dalej w kierunku zaplanowanego miejsca noclegowego. Na szczęście jest dopiero godzina 15-ta, zatem mamy sporo czasu do zachodu słońca...


Po chwilowym płaskim odcinku znowu zaczynamy się wspinać, tym razem niebieskim szlakiem. O dziwo, Agnieszka złapała drugi oddech, bo idzie całkiem sprawnie, choć przecież to będzie z 600 metrów podejścia. Tyle, że jest ono bardziej rozłożone, a nie tak gwałtowne jak pod skalną bramę.


Oczywiście wysuwam się daleko do przodu - zdecydowanie wolę pójść swoim tempem i potem poczekać na resztę. Jako forpoczta sprawdzam też, czy nie ma przed nami jakiś zagrożeń, na przykład agresywnych saren!


Mniej więcej po godzinie dochodzę do okolic szczytu Kravcová (1036 metrów n.p.m.). W pewnym momencie szlak jest słabo oznaczony i źle odbijam, ale dzięki temu pojawiam się na polanie z ponownymi widokami w kierunku Gór Czerhowskich i "cycków".


Za pomocą mapy oraz intelektu wracam do "naszego" szlaku i zakładam obóz w oczekiwaniu na resztę. Przed sobą mam kolejną miłą dla oka łąkę.


Minuty mijają, robi mi się zimno, zakładam kurtkę. W końcu dzwonię do Maxa, czy ich czasem sarny nie porwały... Są, żyją, odpoczywają niedaleko mnie. Ostatecznie po pół godzinie dostrzegam ich sylwetki na skraju lasu, więc zaczynam ciągnąć za nimi...


Kravcocą obchodzimy nie wchodząc na sam szczyt, na którym przycupnął domek z werandą.


Po raz kolejny dzisiejszego dnia (ale już ostatni) zmieniamy kolor szlaku - tym razem będzie to żółty. Wprowadza nas w las, mijamy m.in. profesjonalnie przygotowane miejsca na ognisko.


Zostało nam już tylko jedno podejście. Tym razem ktoś był rozsądny i wyznaczył je zygzakami, a nie prosto na pałę, jak to często na Słowacji bywa. Zmienia się również krajobraz: zbocze góry pełne jest uschniętych i przewróconych drzew. Ciekawe, czy doszło tu do jakiejś katastrofy ekologicznej, ataku szkodników, niszczycielskich wiatrów? A może wszystkiego po trochu?


Niewątpliwie plusem takiego zniszczenia są panoramy: znowu "cycki" po lewej, następnie szeroka dolina, w której leży Preszów i nieco zamglone Góry Slańskie (Slanské vrchy).


W wyższej części zbocza pojawiają się młode drzewka, po czym wraca normalny las (oby zdrowy!).


Końcowe chwile strasznie się dłużą, ale w końcu przed 19-tą staję obok słupka z napisem Smrekovica. Liczy 1200 metrów i jest najwyższym szczytem Braniska, zatem kolejny punkt do Korony Gór Słowacji odhaczony 😊.


Warto było się wspinać, zwłaszcza z powodu widoków! Pierwszy plan zajmują inne góry Braniska. Następnie Kotlina Hornadzka i Góry Wołowskie (Volovské vrchy). Nad bliskim szczytem po lewej stronie (o nazwie Patria) dobrze widoczna jest Kojšovská hoľa, którą odwiedziłem dwa lata temu. To tylko 30 kilometrów od Smrekovicy.


Biały nadajnik Rudník.


Jest pięknie!



Dodatkowy atut Smrekovicy stanowi wiata. Oprócz zwykłego schronienia przed deszczem oferuje dwa niewielkie zamykane pomieszczenia po bokach. Są dość ciasne, ale 2 osoby w każdym z nich się zmieszczą.


Kwadrans po mnie na szczycie melduje się pozostałe dwójka, tymczasem ze mnie jakby ktoś wyssał wszystkie siły. Jeszcze przed chwilą z radością skakałem po pieńkach z aparatem, a teraz czuję, że ledwo stoję, trzęsie mną z chłodu i zmęczenia. Najchętniej to bym od razu wskoczył do śpiwora i zasnął. Straszne!

Próbuję jednak zebrać się w sobie, więc wykładamy na stół jadło i napitki. Z ogniska rezygnujemy (mimo kilku miejsc do jego rozpalenia), ponieważ wieje nieprzyjemny i silny wiatr. W ogóle mamy dzisiaj dużą różnicę temperatur między dniem, a wieczorem.


Słońce coraz bardziej się zniża, góry nabierają kolorów. Sam zachód odbędzie się gdzieś za drzewami, nam pozostaje patrzeć w dal...


Przenosimy się do "pokoju" Agi i Maxa, gdzie przy trójce osób jest już trochę ciasno, za to nieco cieplej. W rozgrzewaniu pomaga nam klasyka w postaci Żołądkowej, która w cudowny sposób wypędza moje zmęczenie 😏.


Parę razy wychodzimy też na zewnątrz, żeby przyjrzeć się oświetlonemu Zamkowi Spiskiemu.


Tej nocy zmarzłem, bo wiatr wdzierał się do środka przez szczeliny w ścianach. Zamiast - jak zawsze - spać w bieliźnie musiałem założyć dresowe spodnie i koszulę. A nad ranem ktoś się kręcił na dworze: widać było światło czołówki, znaleźliśmy też świeże niedopałki papierosów. Max myślał, że to ja szedłem za potrzebą, ale nie tym razem. Ciekawe komu się chciało włazić tutaj o 5 rano?

Drugi maja przywitał słońcem...


Spišský hrad i Spišské Podhradie.



Widoczność się pogorszyła, Volovské vrchy są bardziej zamglone.



Z powodu czekających nas przejazdów autobusami musimy zebrać się zdecydowanie szybciej niż wczoraj. Jeszcze trochę zdjęć dokumentujących szczyt...



W skrzynce na słupku umieszczono książkę wpisów i pieczątkę. Tak się złożyło, że przybiłem ją zaraz za pieczątką ze Smrekovicy wielkofatrzańskiej, na której byłem w październiku 😏.

Tym razem budowniczy wiaty nie zapomnieli o najbardziej palących potrzebach - między drzewkami stoi wychodek wyposażony w elegancki dywan 😛.



Pora opuścić wierzchołek i ruszyć w kierunku najbliższej miejscowości. Po kilku minutach jesteśmy przy innym punkcie widokowym, skąd można popatrzeć w drugą stronę, na Góry Lewockie (Levočské vrchy).


Zejście jest dość urozmaicone: gołoborze, młode drzewka, wiatrołomy, następne miejsce z widokami.




Na jednym z zakrętów spotykamy pierwszych turystów od czasu wczorajszego kanionu; oczywiście mówią po polsku. Z małymi plecakami wybrali się raczej na krótką trasę...

Niedaleko szlaku wyrasta Zelená skala, przy dobrych warunkach oferująca widoki na Tatry. Dzisiaj muszą nam wystarczyć wspomniane Levočské vrchy.



Wczoraj zmieniliśmy nie tylko pasma górskie, ale też krainy: z Szaryszu weszliśmy na Spisz (granica biegnie mniej więcej na Smrekovicy). Pierwszą spiską wioską, jaką nawiedzimy, będzie Vyšný Slavkov (niem. Oberschlauch, węg. Felsőszalók). Mieścina niewielka, 262 mieszkańców. Ale mają kamieniołom.




Przechodzimy obok kamiennych piwnic oraz domów w różnym stopniu zadbania. Starszy facet z ogródka pyta się, gdzie spaliśmy. Na wieść, że na Smrekovicy tylko złapał się za głowę 😛.



Jako centrum służy plac do zawracania autobusów i piętrowy gmach urzędu gminy z obowiązkowymi tablicami ku chwale Armii Czerwonej.



Zaglądam na rozkład jazdy i... nie ma naszego kursu! Czyżby internet kłamał? Po chwili nerwówki uspokaja nas babinka, że autobus jeździ. Ale na tabliczce go nie ma. Dlaczego? Nie wiem.

Mamy chwilę czasu do przyjazdu, więc Max leci jeszcze na zakupy do pobliskiego sklepiku, a ja fotografuję z daleka neogotycki kościół z końca XIX wieku stojący na wzgórzu.


Zjawia się nasz transport i z zafuczałym kierowcą ruszamy na dalszy podbój Spiszu.

----
Część majówki pod tytułem Bachureň i Branisko została zakończona. Dwa nowe pasma odkryte (te pierwsze ledwie liźnięte), zdobyty najwyższy szczyt tego drugiego. Dwie fajne chatki. Niezła pogoda. Szlaki prawie puste. Czegóż chcieć więcej? Powrotu!

15 komentarzy:

  1. Wiata na Smrekowicy robi wrażenie, ale dywan w kibelku wymiata! :-D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Był bardzo delikatny ;) Zapewne dlatego umocowali tam też pisuar, aby nikt po dywanie nie sikał :D

      Usuń
  2. Mijałem te wzniesienia jadąc do Presova. Niestety samochodem. Wy mieliście o wiele lepsze widoki. Słowackie tereny zaskakują różnorodnością. Bardziej je znam z wypraw samochodem. Teraz mam okazję zobaczyć z innej perspektywy.
    Pozdrawiam.
    Ci

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, na Słowacji nie można się nudzić jeśli chodzi o różnorodność. Choć z drugiej strony niektórzy mogą narzekać, że większość kraju to góry :D Ale za to bardzo różne.

      Usuń
  3. Witam, w jaki sposób możemy się z Panem skontaktować mailowo/tel w sprawie bloga, sprawa pilna, pozdrowienia z Krosna!

    OdpowiedzUsuń
  4. Coś macie pecha do zafuczałych Słowaków na tym wyjeździe... Jak nie panie z barów, to kierowca ;).
    A góry przyjemne, dużo polan, choć przejrzystość w tę majówkę rzeczywiście nie była najlepsza...
    Najwyższego szczytu Bachurenia nie chcieliście zdobywać? Nie korciło Was, by jeszcze dłużej pobyć w tych górach a Spisz zostawić na inny czas?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słowacy się na nas poznali ;)

      Jeśli mam być szczery, to ja przed wyjazdem byłem przekonany, że pierwszy nocleg to już też Branisko, a nie Bachureň, w związku z czym nie zakładałem w ogóle szczytu Bachureň ;) Dopiero potem wyszło, że jednak o te inne pasmo zahaczamy. Trasa była tak ułożona, aby spać w chatkach (pogoda była niepewna) i żeby 3 maja mieć łatwe dojście do pociągu na Śląsk. Z tych okolic byłoby to trochę bardziej problematyczne. Ale jeszcze góry będą w kolejnym odcinku :)

      Usuń
  5. Robisz Koronę Gór Słowackich?

    O tych pasmach nawet nie słyszałam, choć przecież wielokrotnie jeździłam tamtędy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ta "Korona" to przy okazji :) Raczej nie mam szans na zdobycie np. Gerlacha, ale skoro co jakiś czas włażę na najwyższe szczyty mniejszych pasm to lista rośnie :)

      Usuń
    2. To tak jak u mnie z Koroną Gór Polski :) Wszystko "przy okazji" :)

      Usuń
  6. Fajna trasa. Była część widokowa, były też romantyczne uroczyska (Lačnovský vodopád). No i zdecydowanie ładniejsza pogoda.
    Widoczki ze Smrekovicy przednie, a kibelek wręcz...elitarny! :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Słowacy mają mniejszy tytuł moralny do burzenia pomników sowieckich ze względu na ks. Tiso. Co by nie mówić to u nas tacy księża nie występowali.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A co ma do tego ksiądz Tiso? Wbrew czarnej propagandzie na Słowacji jego rządy były czasem gospodarczego i cywilizacyjnego rozwoju, a jeśli ktoś nie był Żydem ani komunistą, to żył w miarę spokojnie...

      Czesi księdza Tiso nie posiadali, a też pomników sowieckich masowo nie burzą...

      Usuń