piątek, 5 maja 2017

Wielka Trójka w Górach Wołowskich. Odc. 1 - Para buch, koła w ruch...

Majówka od kilku lat ma u nas pewną tradycję - trwa nieprzerwanie przez kilka dni i odbywa się na Słowacji. Zmienia się liczebność i skład, ale dwie rzeczy pozostają jeszcze niezmienne: noclegi głównie pod namiotem oraz tereny możliwie rzadko uczęszczane.

W 2014 roku odwiedziliśmy Muránską planinę oraz Veporské vrchy. Rok później padło na Góry Choczańskie, gdzie plany trochę storpedowała nam pogoda. Wreszcie w ubiegłym roku wróciliśmy w Veporské vrchy, w bardziej zachodnią część, w której spotkaliśmy 0 (słownie: ZERO) turystów.

Tym razem postanowiliśmy odwiedzić bardziej oddalone pasmo - położone na wschodzie Volovské vrchy (Góry Wołowskie), wchodzące w skład Rudaw Słowackich.

Jak zwykle licho nie spało i wystawiło nas na ciężką próbę. Jak pamiętamy - półtora tygodnia przed wyjazdem w chyba wszystkich górach tej części Europy nastąpił gwałtowny powrót zimy, w niektórych miejscach spadło ponad pół metra śniegu! Z niepokojem patrzyliśmy na biel w kamerach internetowych. Na szczęście w kolejne dni białe g...o zaczęło powoli znikać, a prognozy poprawiać się. Do czasu - w okolicach wtorku wszystkie jak jeden mąż rozpoczęły wieszczenie majówki bardzo zimnej i deszczowej, najgorszej od lat. Myślę, że każdy z nas stracił wtedy wiarę, że wyjdzie coś fajnego...

Dwa dni przed godziną zero ponownie wróciła nadzieja, iż może jednak będzie lepiej. A tu w piątek rano jak na Śląsku nie walnęło śniegiem... Dodatkowo Andrzejowi urwał się pasek w plecaku. Potem siedząc z nim w Opolu w knajpce dostaję sms-a, iż nasz autobus do Katowic jest opóźniony około 50 minut. Pięknie, podstawowe plany już zostały storpedowane.

Ostatecznie do stolicy województwa śląskiego dotarliśmy z godziną i pół w plecy. Nasz trzeci współtowarzysz(ka) - Neska - miała jeszcze większą obsuwę. Nerwowo czekamy na busika - na przystanku kłębi się tłum innych chętnych. Kierowcy się nie spieszy - przyjeżdża po czasie i zapala fajkę, podczas gdy ludzie mokną w deszczu.

Ruszamy, rzecz jasna, spóźnieni. I to właściwie koniec naszych marzeń o szybkim dojeździe na Słowację, bo tylko w miarę punktualny czas dotarcia dawał nam jakieś szanse. Ten odcinek podróży pamiętam jako koszmar - ciasnota, duchota, na przemian gorące powietrze i mrożenie klimą. Do tego inteligenci, którzy wysiadali najszybciej, wrzucali swoje bagaże na sam dół i nie umieli ich wydostać spod naszych plecaków, nawet głośne przeklinanie nie pomagało 😉.

Cieszyn wita nas mocnym deszczem i piździawicą. Bez wielkich nadziei pędzimy na czeską stronę, ale tam licho na chwilę się zapomina - zug w kierunku Koszyc jest opóźniony także, mamy szansę! Idę do kasy, a ta zamknięta. To prywatna spółka RegioJet. Podążam zatem do okienka ČD aby się spytać, gdzie można kupić bilety. Babka z obrażoną miną wzrusza ramionami i mówi, że nie wie... Pięknie!

Na szczęście jakiś młody Czech też się chce dostać do tego pociągu i ustalamy, że jest możliwość zakupu u konduktora. Dziwne to wszystko - na trzy składy RegioJet kursujące przez Czeski Cieszyn do Słowacji dwa odjeżdżają w okresie, gdy nie można tu kupić ich biletów... Burdel gorszy niż w Polsce.

Czekamy grzecznie na peronie...


Wtacza się nowoczesny skład. Bilety kupujemy bez problemu, pewne kłopoty mamy natomiast przeciskając się ciasnymi korytarzami - jedna babka usiłuje dopchnąć Andrzeja, gdy ten się klinuje 😊.
Wreszcie siadając w wygodnych fotelach czujemy się uspokojeni i wyluzowani, bo cudem załapaliśmy się na to połączenie.

W Ružomberku mina trochę nam rzednie, bo przed dworcem ściana wody.


Rozkładamy się na przystanku autobusowym, biorąc deszcz na przeczekanie! Udaje się, do naszej ulubionej knajpki podążamy już na sucho! Siedzimy do północy i potem błotnistą ścieżką, przecierając ją w stylu Rambo, gramolimy się do pierwszej polanki czerwonego szlaku prowadzącego na szczyt Predný Čebrať. Eco kiedyś wyczaił to miejsce jako dobrą miejscówkę pod namiot.

W sobotę rano pobudka około 6-tej i schodzimy do miasta.


O 7.34 mamy dziś pierwszy pociąg na wschód. Z okien rýchlika widać Niżne Tatry częściowo otulone przez chmury.


Kysak (Sároskőszeg) to niewielka wioska, ale ważny węzeł kolejowy na linii Koszycko-Bogumińskiej. Mamy w nim ponad pół godziny czasu oczekiwania na przesiadkę.


W dużym budynku dworca z 1872 roku mieści się spelunka - dokładnie taką jaką uwielbiamy u Czechów oraz Słowaków. Pani zza bufetu widząc turystów od razu się uśmiecha, zwłaszcza do kapelusza Andrzeja 😉.


Okolice dworca to zadupie - stoi tu tylko kilku zakładów, właściwa miejscowość jest dalej.


Kolejny pociąg to przaśna osobówka - EZT ČD 460 z lat 70-tych. Absolutnie nam on jednak nie przeszkadza. Zresztą jesteśmy blisko końcowej stacji, bo już po niecałym kwadransie wysiadamy na wąskim peronie w Ťahanovcach (Hernádtihany), peryferyjnej dzielnicy Koszyc.


Niebo pochmurne, ale nie pada, czyli tak jak zapowiadano. Obok przystanku wolno płynie Hornad.


Przekraczamy go mostem, za którym czeka autobus miejski. Krąży on po wyludnionych ulicach Koszyc (choć nie jest wcale aż tak wcześnie), opuszczamy go przy potoku Čermeľ, gdzie znajduje się stacja początkowa Koszyckiej Kolei Dziecięcej (Košická mládežnícka železnica).


Wąskotorówka została wybudowana w 1955 roku dla pionierów - uczniów miejscowych szkół. Pomysł wzięto z Kraju Rad, gdzie takie dziecięce koleje były bardzo popularne. Była to pierwsza pionierska trasa w Czechosłowacji i jedyna, która dotrwała do dzisiaj.

Kolejka przechodziła, nomen omen, różne koleje losu; był okres, gdy groziła jej likwidacja, zawieszono kursy parowozów, albo całość wzięli w swoje ręce dorośli. Obecnie jest wielką atrakcją turystyczną i kasacja jej na pewno nie grozi!


Sezon zaczyna się oficjalnie 1 maja, ale już od soboty zaczynają się próbne kursy - a my zjawiliśmy się na ten pierwszy. Musimy jednak trochę poczekać, gdyż na razie lokomotywa jest przygotowywana, a jeden facet nawet straszy złośliwie, iż w ogóle nigdzie nie pojedziemy 😉.

Wśród taboru cenne egzemplarze. Wagony pochodzą z lat 1910-1913, poza jednym z 1886 roku, najstarszym na Słowacji. Chlubą jest lokomotywa Katka - wybudowana w 1884 roku, najbardziej wiekowy działający parowóz środkowej Europy. Kiedyś przez kilkanaście lat stał jako pomnik w Spišskiej Novej Vsi. Na zdjęciu mam, niestety, tylko jego przód i komin.


Nas pociągnie jasnozielony Krutwig - dla odmiany ostatni produkowany seryjnie parowóz w Czechosłowacji, pochodzący z 1957 roku. Też kiedyś pełnił rolę pomnika techniki. Mimo, że powstało około tysiąca sztuk tych maszyn, to do czasów współczesnych przetrwały ledwie cztery.

Listę uzupełniają lokomotywy dieslowskie - Danka (1960) i Janka (1959) - widoczna na fotce po prawej.

Ponieważ nie ma aż tylu turystów, więc wystarczy nam tylko jeden wagon - Kubko z 1913 roku, służący niegdyś jako wóz drugiej klasy. W lokomotywie kręci się jakiś nastolatek - maszynista.


Z lekkim opóźnieniem ruszamy! Przed nami chmury pary, po bokach droga i potok.




Podróż nie trwa długo - to około 3 kilometrów, więc po dwudziestu minutach jesteśmy już na Alpince. Krutwig manewruje tam i z powrotem aby przypiąć się do wagonu od drugiej strony.




Kapelusz Andrzeja znowu ciekawi sąsiadów 😉.


Większość osób wraca tym samym składem, my zrzucamy plecaki na zagospodarowanej polance - idziemy dalej już piechotą, ale wyszło słońce i musimy się doopalić. Przy okazji warto zajrzeć do interesujących budek z dawnych lokomotyw.



Alpinka jest dobrze przygotowana turystycznie: parkingi, tablice informacyjne, plac zabaw, wigwamy (?), park linowy Tarzana i mnóstwo innych pierdół. Działa tu także restauracja o wyglądzie nawiązującym do nazwy okolicy (albo raczej okolica do restauracji). Ciekawe czy kiedyś nie był to jakiś pałacyk łowiecki?


Zaglądamy na obiad. Czosnkowa i gulasz niezły, ale wyprażany ser nijaki i mocno cuchnący olejem. No cóż, takie miejsce...

Pora teraz ubrać plecaki już na poważnie i to wcale nie z powodu groźnego napisu na górze.


Wreszcie nadszedł ten moment, iż trzeba zacząć zapierd...ć. Zielony szlak przecina drogę, po czym zaczyna się wspinać na Sedlo pod Kamenným hrbom. Czasami dość mocno, co szybko odczuwamy z pełnymi żołądkami i ciężkim sprzętem.



Mijamy ze dwa źródełka i wiatkę. Takich mini-schronów będziemy dziś widzieć kilka - na nocleg się nie nadają, lecz aby schować się przed deszczem albo chwilę odpocząć to jak najbardziej.

Po godzinie zasapani docieramy na przełęcz, gdzie siedzi dwóch sympatycznych Słowaków. Następuje szybka integracja 😊.


Chłopaki idą dalej żółtym, który ciut trawersuje grań. My wybieramy czerwony - to Cesta hrdinov SNP - najdłuższy słowacki szlak, biegnący przez niemal cały kraj. Znamy go już z innych pasm. Na szczęście bardziej tu płasko niż na zielonym.



Mijanych ludzi zero. Dopiero przy kolejnej większej wiacie trafiliśmy na starsze małżeństwo zbierające śmieci rozrzucone wokół ogniska. Bardzo pozytywnie!

Stąd rzut beretem do ośrodka turystycznego Jahodna (węg. Epréstétő). Zimą działa tu ośrodek narciarski, a przez cały rok kręci się mnóstwo stonki, gdyż można dojechać własnym samochodem albo autobusem z Koszyc (administracyjnie kończą się one dopiero tutaj). Oczywiście wszyscy walą do lokalu, w którego części odbywa się jakaś impreza.

Mieliśmy się tu spotkać ze Słowakami z wiaty, lecz tych nie widać. Może ich wystraszyliśmy?


Przed nami wdrapywanie się obok wyciągów. Słowacy lubią tak wytyczać szlaki, zapewne wymyślał to jakiś sadysta.



Na niebie pojawiają się różowe smugi zwiastujące kończący się dzień. Słońce już dawno przykryły chmury, lecz i tak jest znacznie ładniej, niż prognozowali meteorolodzy.



Na drodze ślady jakiegoś zwierza... należy ustalić właściciela!


Kwadrans przed 20-tą wychodzimy na polanę na której stoi Chata Lajoška, jedyne prawdziwe schronisko Gór Wołowskich.


Wybudowało je w 1925 roku, w miejscu starszego, Karpathenverein (Magyarországi Kárpát Egyesület, MKE), węgiersko-niemiecka organizacja turystyczna działająca w Karpatach na terenie Górnych Węgier, czyli dzisiejszej Słowacji.

Na dobry wieczór rzuca nam się do nogawek agresywny piesek, ale zaraz zostaje storpedowany przez gospodarzy - dwójkę sympatycznych wiekowych hipisów, którzy witają się z uściskami i całusami jak ze starymi znajomymi 😃.


W schronisku jest ciepło i przytulnie, jedyny problem miała Neska z prysznicem, więc wylądowała w wannie 😉.

Ponoć to bardzo popularne miejsce odwiedzin Koszyczan, ale nocowaliśmy tylko my. Bardzo zadowoleni z początku długiego weekendu - licho dało se spokój, sobota była bardzo udana!

4 komentarze:

  1. Widać, że się opłacało, bo na naszej polskiej ziemi wszędzie były tłumy i kolejki :( Natomiast na Słowacji istna dzicz ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już całe lata nie byłem na majówce w Polsce. Czesi i Słowacy nie mają 3 maja, więc tam siłą rzeczy weekend krótszy i mniej tubylców :) Choć podejrzewam, że zarówno u nich można trafić niekiedy na tłumy, a w Polsce dobrze poszukać bardziej odludne miejsca...

      Usuń
  2. No i widać wcale z aurą nie było tak tragicznie. Zawsze powtarzam, że medialnym specom od pogody należy się rózga i groch w kącie, a nie wynagrodzenia ;)

    Ech...wąskotorówki. Mam z nimi związane bardzo pozytywne wspomnienia z dzieciństwa, kiedy to ojciec zabierał mnie na przejażdżki kolejką sochaczewską. Była frajda :)

    Ładne to końcowe schronisko. Od razu przypomniał mi się nasz "Srebrny Potok".
    Czekam na c.d.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Meteorologów to należałoby pozywać za nietrafione prognozy - ile osób zrezygnowało pewno z wyjazdów gapiąc się na różnego rodzaju "pogodynki" :P

      Wąskotorówki to genialny wynalazek :)

      Usuń