czwartek, 3 listopada 2016

Rožnov pod Radhoštěm - wołoski skansen

Rožnov pod Radhoštěm (Rosenau) to kilkunastotysięczne miasteczko w kraju zlińskim, otoczone górami.

Rynek bez szału - duży plac otoczony przeważnie współczesną zabudową i z pomnikiem T. Masaryka na środku.


Na ławeczce dwóch podpitych degustuje rum i zapija wodą. Wszystko to niedaleko policjanta miejskiego, który rozmawia z jakąś kobietą. A mógł zabić!

W niewielkim centrum stoi kilka obiektów zabytkowych, m.in. dom w którym krótko mieszkał u przyjaciela František Palacký, propagator austroslawizmu ("Gdyby Austria nie istniała należałoby ją wymyślić").
To ten budynek po prawej.


W parku znajdują się drewniane altany, zajmowane dziś przez różne sklepy.


Na jego skraju winoteka ze świeżym burčákiem :)


Nie da się jednak ukryć, że najbardziej pociągający był Rožnovský pivovar - browar uruchomiony w 2010 roku w zabudowaniach historycznego zakładu, działającego od początku XVIII wieku. IPA smakowała wybornie!


Browar przyciąga tłumy, znalezienie miejsca w środku było niemożliwe bez rezerwacji. Na przełomie września i października można jeszcze było siedzieć na zewnątrz, lecz zimą zostaje odbić się od drzwi.


No dobra, ale miało być o Wołochach. Osadnicy z półwyspu Bałkańskiego przybyli w te rejony (jak i w Karpaty polsko-słowackie) między XIII a XVI wiekiem. Etnicznie Wołosi to praktycznie Rumuni, których tak nazywano aż do 19. stulecia, zanim w ramach tworzenia nowej świadomości narodowej zaczęli się nazywać właśnie Rumunami i wywodzić od zromanizowanych Daków (jak już kiedyś o tym pisałem teoria ta według większości nierumuńskich badaczy nie trzyma się kupy).

Region największego skupienia Wołochów nazwano Morawską Wołoszczyzną. Jej granice nie są jednoznacznie określone, ale wiadomo, iż Rožnov leży we wschodniej części. I jego główną atrakcją jest skansen - Valašské muzeum v přírodě. Największy w Republice Czeskiej i drugi najstarszy (przewodnicy twierdzą, iż pierwszy), założony już w 1925 roku. Gromadzi obiekty z terenów wołoskich i nie tylko.

Skansen składa się z trzech części. Ponieważ do jednej z nich obowiązuje wstęp tylko z przewodnikiem na określoną godzinę zaczynamy zwiedzanie od najstarszego fragmentu - Drewnianego miasteczka.

Moim zdaniem to najładniejsza część kompleksu. Jej budowę rozpoczęto od przeniesienia z centrum Rožnova drewnianego ratusza i kilku innych budynków mieszczańskich - to wyjaśnia, czemu współczesny rynek jest tak bezpłciowy.



Kościół św. Anny to kopia świątyni z Kopřivnic, która spłonęła w 1887 roku. Tą wersję postawiono w muzeum w czasie II wojny światowej. W środku trwa akurat koncert organowy.



Wzdłuż kościelnych murów chowani są zasłużeni obywatele Morawskiej Wołoszczyzny - spoczywa tu m.in. Emil Zatopek oraz Jiří Raška, czeski narciarz stulecia.



Oczywiście nie mogło zabraknąć knajp - w tej części skansenu są dwie, a przy budynku wójtostwa gotują na świeżym powietrzu.




Przy tych miejscach gromadzi się sporo zwiedzających. W ogóle trafiliśmy na jedną z wielu odbywających się w skansenie imprez, tym razem z okazji rozpoczęcia jesieni. W menu pojawiają się lokalne specjały, organizowane są koncerty.


Z wołoskich specjałów warto skosztować frgála - to słodki kołocz okrągły niczym pizza i potem kawałkowany. Piwo już mniej wołoskie, choć z okolicy ;)

W tle słychać odgłosy instrumentów - to ćwiczy orkiestra na pobliskiej scenie.


Koncert jednak nas ominie, gdyż czeka przewodnik i grupa turystów w najmłodszej części skansenu - Młyńskiej dolinie otwartej w 1982 roku. Jak sama nazwa wskazuje ten sektor skupia się na obiektach przemysłowych ze szczególnym uwzględnieniem tych korzystających z rzek i strumieni.

Na początku w dużej sali stylizowanej na stodołę prezentowane są różne środki transportu używane przez miejscową ludność.


Od razu wpadł mi w oko wóz żywcem przeniesiony z Dzikiego Zachodu :D.


Jego właściciele nie przemierzali jednak amerykańskich prerii, lecz środkowoeuropejskie trakty jeżdżąc na handel po całym wielkim państwie Habsburgów - od Krakowa przez Węgry aż po Triest.

Zwiedzanie z przewodnikiem niemal zawsze ma podstawowy minus - łazi się kupą. Co prawda, jak mawiał jeden ksiądz na pielgrzymce, kupa jest siłą, miliony much nie mogą się mylić, lecz jednak to pewien dyskomfort ciągle przeciskać się pomiędzy gadatliwymi turystami, drżącymi się dzieciakami, tatusiami zmieniającymi obsrane pieluchy czy paniami na obcasach wydającymi dźwięki niczym koń na bruku...
Większość tej części skansenowej stoję więc z tyłu albo z przodu, bo tylko tak można zrobić jakieś sensowne zdjęcia i cokolwiek zobaczyć nie ryzykując wybicia oka damską torebką.

Przy okazji mogę podziwiać morawską modę ciążową, bo tak wyszło, że każda z kilku pań przy nadziei poruszała się w biało-czarnych kieckach maskujących.


Kuźnia z Ostravic (Czesi przetłumaczyli to na polski jako "hamernia") to duży biały budynek z XIX wieku.


W środku facet w średnim wieku z zabawnym tikiem nerwowym zdaje się być idealnie dopasowany do tego miejsca. Kuje żelazo póki gorące, pokazuje też jak można dzięki strumieniowi wody ostrzyć narzędzia.



Po sąsiedzku stał mniejszy budynek "podkowiarza".


Tłoczarnia oleju z wioski Brumov jest jednym z najstarszych obiektów, z XVII wieku.


W Młyńskiej dolinie nie mogło zabraknąć klasycznego młyna - dworski młyn wybudowany w połowie XVIII wieku przez niejakiego Jana Tomka z Velkych Karlovic.


Na końcu zwiedzania gospodarstwo z piła do cięcia desek uruchamianą siłą wody.



Ów tartak też pochodzi z Velkych Karlovic i stał około dwóch kilometrów nad zwiedzanym wcześniej młynem.

Została do obejrzenia ostatnia, największa część skansenu: było miasteczko, był przemysł wodny, pora więc na wołoską wieś. Teren rozległy i stromy, z dolnej części do górnej będzie ze sto metrów podejścia.

Na szczęście wieśniaków można zwiedzać samodzielnie :)

Zgromadzono ponad 70 obiektów zgrupowanych w kilkunastu gospodarstwach charakterystycznych dla danego regionu. Zadbano u autentyzm, więc między chałupami taplają się w błocie gęsi, ze stodoły śmierdzi krowim nawozem, a jeden osioł regularnie drze się na całą okolicę (przy mnie wymownie milczał :P).



Mamy szczęście, ponieważ dzień wcześniej skończył się główny sezon turystyczny. Od października tanieją bilety, ale zamykane są wnętrza budynków (oprócz drewnianego miasteczka). Tym razem jednak z okazji imprezy (i zapewne ładnej pogody) większość zabudowy była otwarta do zwiedzania, ale ceny już niższe, "zimowe" ;).

W chałupach jak to w chałupach - raz biedniej, raz bardziej bogato. Najbardziej intrygujące było domyślanie się, gdzie mieszkańcy spali, skoro mieszkał w środku np. rolnik z żoną i dziesięciorgiem dziećmi, ale łóżka widać cztery. Do tego często w mroźne miesiące zwierzęta nocowały pod tym samym dachem.


Wołosi osiedlali się w Karpatach, więc wiele domów jednoznacznie kojarzy się z terenami górskimi.



Bez studni życie nie byłoby możliwe.


Z zabudowań użyteczności publicznej możemy zajrzeć do rekonstrukcji szkoły z Velkich Karlovic według planów z 1888 roku.


W środku ławki które dzisiejszym uczniom wydałyby się koszmarem, tablica, po której mazanie koszmarem byłoby dla wielu nauczycieli i oczywiście portret Najjaśniejszego Pana.


Rekonstrukcją jest też kościółek ewangelicki - oryginał powstał w 1786 roku na podstawie Patentu Tolerancyjnego i przestał istnieć wiek później. Odbudowę w skansenie sfinansowali niedawno Norwedzy specjalnym grantem.


Jesienne godziny otwarcia są krótsze niż letnie, więc nie mamy czasu obejrzenia wszystkich budynków (sympatycznie wyglądającą i działającą gospodę tylko minęliśmy), lecz ogólnie byliśmy przy większości.

Autentyczności dodają pracownicy w strojach z epoki wypinający się w kierunku turystów.


A widoki z górnej części prawdziwie górskie.


Główny budynek wejściowy do skansenu jest murowany i wygląda na jakąś dawną fabrykę.


Skansen ma dość nietypowy kształt, gdyż rozdzielony jest drogą. Najstarsza część miejska leży nad rzeką i obok parku, natomiast część młyńska i wiejska na zboczach góry Karlův kopec i dlatego trzeba się po niej wspinać.

Na szczyt Karlův kopca prowadzi pachnąca świeżością ścieżka dydaktyczna, postanawiamy go więc zdobyć rano następnego dnia. Nazwa góry pochodzi od Karola Habsburga, ojca cesarza Franciszka Józefa. Co prawda w okresie pierwszej Czechosłowacji przemianowano ją na Wilsonovou stráň, ale miejscowi byli mądrzejsi i dziś nadal używa się pierwotnej nazwy.

Na szczycie stoi piękna, drewniana wieża widokowa - Jurkovičova rozhledna.


Trochę mi przypomina domek Baby Jagi, a na pewno jest podobna do schronisk na górze Pustevny (które są zresztą częścią muzeum w Rožnovie). Byłem przekonany, że to kolejne dzieło słynnego słowackiego architekta Dušana Jurkoviča (jak dla mnie facet był geniuszem) sprzed stu lat. Okazało się jednak, iż wybudowano ją w... 2012 roku!

Dušan Jurkovič przygotował w 1896 projekt wieży dla towarzystwa turystycznego z niedalekiego Valašskégo Meziříčí, ale nigdy ona nie stanęła w przewidywanym miejscu. W okresie komunizmu pojawiły się propozycje, aby jednak to zrealizować, lecz udało się dopiero kilka lat temu. Użyto drewna bukowego, jodłowego i świerkowego. Efekt jest świetny.



Widoki z góry nie są może powalające - głównie na Rožnov, ale też na Beskid Śląsko-Morawski, jednak zdecydowanie warto na nią wejść.



Rožnov pod Radhoštěm wydaje się doskonałą propozycją wyjazdu weekendowego lub nawet na jeden dzień, aby połączyć zwiedzanie z przebywaniem na świeżym powietrzu. Zwłaszcza w okresie od kwietnia do października, a szczególnie latem, gdyż wtedy skansen i wieża działają pełną parą.

-------
Z informacji praktycznych - parkowanie przy skansenie jest płatne. Można spróbować zostawić darmowo samochód kilkaset metrów dalej przy hotelu, lecz zazwyczaj nie ma tam wolnych miejsc. Bilety do skansenu są zarówno kompleksowe do wszystkich trzech części jak i oddzielne. Wejściówki do wieży widokowej można nabyć w kasie skansenu jak i w niej samej. Spacer z parkingu na wieżę zajmuje około kwadransa znakowanym szlakiem.

Należy pamiętać, że do Młyńskiej doliny wejdziemy tylko z przewodnikiem o konkretnej godzinie! Maksymalna liczba osób takiego wejścia to 30, minimalnej podobno nie ma i przewodnik pójdzie w teren nawet z jednym turystą. W częściach udostępnionych indywidualnie działają w głównym sezonie gospody i bufety, w kilku miejscach umieszczono toalety, nie ma więc potrzeby sikać po krzakach ;)

Wielkim plusem skansenu jest fakt, iż działa on przez cały rok i nie jest unieruchamiany zimą jak większość przybytków tego typu w Czechach i na Słowacji. Zamyka się jedynie wnętrza budynków z wyjątkiem tych w miasteczku. Oczywiście zimą godziny otwarcia są skrócone, a całość może być zamknięta w niektóre dni (choćby w poniedziałki).

Więcej szczegółów zarówno o cenach, dokładnych godzinach otwarcia oraz organizowanych imprezach można znaleźć na stronie internetowej skansenu: www.vmp.cz

4 komentarze:

  1. Ledwo Cię spuścić z oka a już natrzaskasz 3 wpisy! Czy Ty w ogóle masz czas na pracę w tak zwanym międzyczasie? ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nie chciałem całego weekendu streszczać w jednym wpisie ;P Praca to praca, a podróże to podróże :)

      Usuń
  2. "Hamernia"...muszę zapamiętać :) Przy jakiejś okazji rzucę tym w towarzystwie. Pewnie wjazd na salony zapewniony! :);)

    Fajna relacja. Ta wołoska architektura ma w sobie dużo uroku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Hamernia" jak "Hameryka" w komiksach Kaczora Donalda :D

      Usuń