W pierwszy weekend lipca wybrałem się w Beskidy. Nie jest to dla mnie
typowa pora takich wyjazdów, bo zazwyczaj w tej części wakacji nie mam na nie
czasu, a jeśli już, to wybierałem pasma położone bardziej na wschód. Tym
razem wyskoczyłem w Beskid Śląski i Żywiecki. Znane od dziecka,
ale warto sobie czasem je odświeżyć.
W góry dojechałem pociągiem przyspieszonym "Malinka" - jest to jeden z
nielicznych sensownych projektów ostatnich lat wymyślonych przez upadające
Przewozy Regionalne. Pociąg początkowo jeździł z Opola do Wisły,
dając w okresie letnim możliwość codziennego, bezpośredniego i
sprawnego dostania się ze stolicy Górnego Śląska w Beskidy. Jest to o tyle
zaskakujące, że codziennego, bezpośredniego i sprawnego dojazdu w Sudety nadal
stamtąd nie ma 😛. Oczywiście PR musiały trochę namieszać i potem połączenie
wydłużyły do Wrocławia, co spowodowało, iż pociągi często jeżdżą zatłoczone
ponad miarę. Absurdalna jest także godzina odjazdu powrotnego: pociąg w stronę
Dolnego Śląska rusza krótko po... piętnastej! Oznacza to, że w Wiśle albo
Ustroniu ma się do dyspozycji niewiele ponad cztery godziny! Prawdopodobnie
nikt z kolejowych decydentów nie zakładał, że pasażerowie zechcą pójść w góry,
raczej nastawiał się na krótkoterminowych spacerowiczów i tak wygląda też
większość osób, które podróżuje razem ze mną. Jest grupka emerytek, która
dopytuje konduktorkę co można zobaczyć w Wiśle, są młode mamy z dziećmi i
babcie z wnuczkami. Jedna z nich siedzi naprzeciwko mnie i bardzo interesuje
się wszystkim, co widać za oknem (wnuczka, nie babcia).
- Babciu, krówki! - krzyczy nagle na cały głos.
- To są kozy.
- Kozyyy?
- Takie barany bez wełny.
Aha 😏.
W stronę Beskidów "Malinka" również się nie spieszy, co chwilę jakieś
planowane i nieplanowane postoje, zmiana toru jazdy, więc łapie tradycyjnie
opóźnienie. Na szczęście ja dzisiaj nią nie wracam, zatem przyjmuję ten fakt
ze względnym spokojem. Przed jedenastą z grupą kilkunastu osób (w tym dwóch
elektryków) wysiadam w Wiśle Głębcach. Próbowałem sobie przypomnieć,
kiedy ostatni raz dotarłem tu pociągiem i nie udało mi się! Pewnie co najmniej
z dziesięć lat temu (prawdopodobnie w 2012 roku).
Moim najbliższym celem jest Stożek, więc wybieram najkrótszy szlak koloru
zielonego. Mijam kilka chałup, na których
wiszą banery z archiwalnymi sukcesami polskich skoczków-emerytów i podziwiam
słynny wiadukt: z góry i z dołu.
Następnie długi, trochę nudny odcinek ulicą Turystyczną. Jedyną ciekawostką
jest zabudowa, która może tutaj bawić albo śmieszyć. Są przedwojenne wille,
powojenne pustaki, domy w stylu pseudogórskim albo zupełnie bez stylu. A po
drugiej stronie ulicy spokojnie płynie potok Łabajów.
Przymocowane do garażu Polsporty. Sam używam nart niewiele młodszych od
tego modelu i za każdym razem wzbudzam sensację u sporej części narciarzy 😛.
Po dwóch kilometrach dochodzę do płatnego parkingu. Jest zapełniony w jednej
trzeciej, co najpierw mnie zdziwiło, ale przypomniałem sobie, że pewnie
większość samochodów zaparkuje pod kolejką i na górę wjedzie krzesełkiem. Obok
parkingu działa knajpa i nawet przez chwilę pomyślałem, czy do niej nie
wstąpić, lecz stwierdziłem, że wolę poświęcić ten czas na piwo po czeskiej
stronie.
Porzucam zatem asfalt i zaczynam mozolnie podchodzić, najpierw po betonowych
płytach, a potem po kamienistej ścieżce. Pojawiają się pierwsze widoki na
Stożek i okolicę.
Im wyżej, tym więcej ludzi. Prawie wszyscy schodzą, w moją stronę szła tylko
jedna rodzina z piątką dzieci, cztery dziewczyny w spacerowych butach (więc co
chwilę wyginały się na jakimś kamieniu) i młoda mama z synem.
Najprzyjemniejszy jest końcowy odcinek, gdy szlak trawersuje szczyt
Wielkiego Stożka i odsłania się coraz większa panorama Beskidu
Śląskiego ze Skrzycznem na czele.
Do schroniska pod Wielkim Stożkiem dochodzę po półtorej godzinie
od opuszczenia dworca. Ludzi sporo, ale w końcu mamy słoneczną sobotę i
kolejka linowa pracuje pełną parą.
Włażę do środka: kolejka do baru na dwadzieścia osób, sikacz za piętnaście
złotych, więc szybko wychodzę. Na szczęście jestem odpowiednio zaopatrzony.
Wyciągam z plecaka rzemieślnicze piwko, kanapki i wuszta, lokuję się przy
wolnej ławeczce i zaczynam odpoczynek.
Plusem schroniska na pewno są widoki. Można siedzieć i długo się na nie gapić.
Na zbliżeniu Skrzyczne i Babia Góra.
Turyści przychodzą i odchodzą falami, być może wyciąg działa w odstępach
czasowych. Jest sporo członków różnych kół turystycznych i wycieczek z
dzieciakami. Są rodziny z ambitnie nastawionymi rodzicami i mniej ambitnymi
dziećmi.
- Tato, możemy teraz schodzić tę samą, krótką drogą? - pyta pewien chłopiec.
- Nie! Wycieczka to wycieczka, jest przewidziana na różne trasy!
Basta.
Po godzinnej przerwie ruszam dalej. Mój kolejny cel został wyraźnie zaznaczony
na schroniskowej mapie.
Niecały kilometr idą granicą polsko-czeską, mijając starą i nieustannie
kłamliwą reklamę schroniska oraz kolejkę. Za nią od razu robi się luźniej.
Obok szczytu Kyrkawica/Krkavice wchodzę na czeski
niebieski szlak. Tak jak się spodziewałem
- od tego momentu robi się wręcz pusto. Do doliny spotykam w sumie pięć
osób. Mniej jest też widoków, bo teren jest bardziej zalesiony.
Oznaczenie czasem szwankuje i w jednym miejscu gubię drogę, ale właściwe
odbicie w ogóle nie było wymalowane. Na szczęście szybko się orientuję i cofam się pół kilometra.
W lesie zarządzam krótki odpoczynek w przyjemnym cieniu. W oddali słychać
jakieś głosy, a to znak, że zbliżam się do cywilizacji.
Pojawiają się pierwsze domki i szczyty Beskidu Śląsko-Morawskiego, w tym
przypadku Ostrý.
W ten oto sposób zszedłem do Jabłonkowa (Jablunkuv, Jablunkau).
Początkowo chciałem ze Stożka iść inaczej, lecz potem stwierdziłem, że tak
naprawdę nigdy nie kręciłem się z plecakiem po Jabłonkowie, więc będzie
okazja to zmienić.
Najpierw idę przez wyludnione osiedle, ludzie pochowali się przed prażącym
słońcem w domach.
Olza nie przypomina tutaj szerokiej rzeki, jak w Cieszynie.
Sercem miasta jest rynek otoczony zabytkowymi kamienicami. Przecinająca go
szosa nie dodaje mu uroku, ale po wybudowaniu drogi szybkiego ruchu ilość
przejeżdżających przez niego samochodów mocno spadła.
Zakładałem, że w centrum uda mi się porządnie zjeść i napić. Nie pomyliłem się
- na samym rynku działa kilka lokali, a wszystkich zauważonych podczas
przejścia naliczyłem co najmniej siedem plus ósmy z okien autobusu. Jeśli
dodamy do tego knajpy na uboczach, to wyjdzie dwucyfrowa liczba w miejscowości
liczącej nieco ponad pięć tysięcy mieszkańców i niespecjalnie turystycznej.
Nawet nie będę porównywał ze swoim podwórkiem, bo to przepaść.
Po chwili wahania wybieram restaurację na piętrze, gdzie można skorzystać z
tarasu z widokiem na bloki 😉.
Zdziwiłem się, bo w środku pusto, ale może jest jeszcze za wcześnie, na
zegarku dopiero trzy ćwierci na czwartą. Na szczęście jedzenie było smaczne a
piwo zimne i z pianką, więc nie miałem podstaw do narzekania.
Po obiedzie idę trochę pozwiedzać. Niedaleko znajdują się dwa cmentarze, a to
zawsze historia. Najpierw zagląda na nekropolię żydowską, założoną w 1908 roku
- do tego momentu miejscowi Żydzi grzebali się w Cieszynie. Ponieważ w
Jabłonkowie zawsze było ich niewielu, to i kirkut jest niewielki, a do tego
mocno zarośnięty.
Cmentarz miejski jest za to ogromny. Na starszych nagrobkach dominuje język
polski, czasami pojawi się niemiecki. Na nowszych czeski wygrywa, ale nie
wśród nazwisk. Są też pomniki poświęcone członkom Legionu Śląskiego, jak i
czeskim żołnierzom poległym w walce o Śląsk Cieszyński.
Z cmentarza najlepiej widać wielki mural z powitaniem po naszymu.
Widok prawie jak w Alpach - pomarańczowy gmach to klasztor sióstr elżbietanek.
Zaglądam do kościoła Bożego Ciała na rynku. Jeszcze dekadę temu posiadał w
środku malowidła z różnymi postaciami historycznymi - był na nich m.in. Cyryl
i Metody, (chyba) św. Kinga, Jan Nepomucen, a także Jan Paweł II. Możliwe, że
komuś te rysunki przeszkadzały, bo teraz w ich miejscu jest coś w rodzaju
sklejki. Papież-Polak się jednak nie poddał, znalazłem go w gablotce z
ogłoszeniami parafialnymi, gdzie po polsku zachęcano młodzież do ruszenia w
drogę...
Ruszyłem i ja, a droga zaprowadziła mnie do sklepu na zakupy. Oprócz mnie
między półkami kręciła się polska rodzina głośno komentując kolejne towary.
Przysłuchiwali się temu młodzi Czesi, którzy stojąc do kasy komentowali ze
śmiechem, że tamci chyba nie mają u siebie sklepów, skoro reagują aż tak
żywiołowo.
Następnie zajrzałem do spelunki tuż przy dworcu autobusowym, którą wypatrzyłem
już wcześniej. Ledwo przekroczyłem próg, a barmanka poderwała się ze swojego
stolika i zawołała radośnie:
- Piweczko?!
No cóż, lepszego powodu odwiedzin bym nie znalazł 😏.
Zapytuje dokąd się wybieram.
- Do Bukowca?! Piechotą z plecakiem?!
Uspokoiłem ją, że aż tak ambitny nie jestem i podjadę autobusem, więc dostałem
jeszcze jeden zimny kufelek.
Knajpa może znakomicie się nadawać do oczekiwania na autobus, lecz większość
klientów to raczej stali bywalcy, a nie podróżnicy. Do mojego busa wchodzę
jako jedyny piwosz i jeden z nielicznych pasażerów. W kwadrans przenoszę się
do Bukowca (Bukovec, Bukowetz).
W Bukowcu byłem już kilka razy, raz nawet schodziłem do niego ze Stożka i
zapamiętałem z tamtej wyprawy Hostinec u Turka. Ponieważ to ostatni
wodopój na dzisiejszej trasie, więc wysiadam koło niego z autobusu i ochoczo
wchodzę w jego progi. Hostinec oprócz przyjemnych wnętrz ma także
ławeczki na zewnątrz, wielką wiatę i spory teren na brzegu Olzy, gdzie można
organizować imprezy.
Sącząc Radegasta, którego przyniosła mi młodziutka barmanka z włosami
do pasa, przysłuchuję się rozmowie grupki starszych miejscowych. Godają w
czesko-śląskiej mieszance, przy czym ci panowie, którzy są w miarę trzeźwi,
używają więcej czeskich słów, a w miarę wypitego alkoholu coraz bardziej
dominują śląszczyzna. Z kolei młodsze pokolenie siedzące nad rzeką używa
wyłącznie czeskiego. Pojawiają się też trzej polscy rowerzyści, którzy siedli
sobie w kącie i coś sobie po cichu szeptali, ale zdradziło ich swojskie słowo na
literę "k" 😏.
Turka opuszczam kwadrans przed dwudziestą, ale dzień jeszcze
długi, choć na niebo w większości nadciągnęły chmury.
Ciekawym elementem architektury Bukowca są pomalowane na różne kolory przystanki. Jeden z nich ewidentnie powstał w celu przypodobania się braciom z Ukrainy.
Jeszcze niedawno Bukowiec był największym skupiskiem drewnianej zabudowy na Zaolziu. Dziś w wiosce pozostało niewiele drewnianych chałup, w dodatku zazwyczaj przebudowanych. Cztery z nich wpisano na listę zabytków, a najcenniejsze przeniesiono do skansenu w Rožnovie pod Radhoštěm.
Droga pnie się coraz wyżej, asfalt staje się coraz bardziej dziurawy. Przy
ostatniej zwartej grupie gospodarstw zaczepiam kota i zachęcam do wspólnej
zabawy - nie odmówił.
Asfalt zmienia się w płyty, a potem w szuter. Niebo robi się coraz
ciemniejsze, gdzieś z boku przebijają kolory zachodu słońca.
Ponieważ do punktu noclegowego mam już niedaleko (a przynajmniej tak mi się
wydaje), to robię sobie ostatnią przerwę z widokami na Beskid Śląsko-Morawski.
Mija mnie facet z psem i jakaś dziewczyna, która poszła wieczorem pobiegać.
Oprócz nich cisza, spokój, ćwierkanie ptaków; moment, który w górach lubię
najbardziej. W końcu o dziewiątej ruszam na końcowy kilometr.
Spoglądam w bok - nad jedną z górek po polskiej stronie unosi się dziwna
chmura, jakby deszczowa. A przecież opady zapowiadano dopiero na jutro. Może
pogoda widzi granicę państwową - u Polaków poleje, u Czechów/Morawian/Ślązaków
nie?
Planowałem przenocować w útulni Bukovec postawionej przez
Lasy Czeskie przed dwoma laty. Jest to wiata z zabudowanym pięterkiem, dość
nieduża, teoretycznie dla czterech osób i położona prawie przy drodze. Nie
spotkałem od dawna żadnych plecakowych turystów i idę tam na pewniaka, a
ładuję się przy niej na grupkę rowerzystów!
- Six person - woła po angielsku jeden z nich. Cudzoziemiec, tutaj??
Z krzaków wyłazi inny chłop, który oddawał się czynności sikania.
- Six? - upewniam się u niego.
- W starym języku to byłoby sześć - odpowiada z uśmiechem po czesku. - Ano
sześć, ale zmieścimy się, zapraszamy.
Lustruję konstrukcję, bo do tej pory widziałem ją tylko na zdjęciach, i aby
się zmieścić, to musielibyśmy spać albo jeden na drugim albo obok.
Stwierdzam, że idę dalej.
- Za kilkaset metrów jest kolejna wiata - mówi ten od sikania.
- Wiem, ale jutro ma od rana padać, więc chyba pójdę na trójstyk.
- A tak, tam są solidne dachy.
Żegnamy się i trochę rozczarowany ruszam w dalszą drogę, lecz po kilku
minutach zatrzymuję się na skrzyżowaniu, gdzie jest wspomniana wiata - Přístřešek Na Dílku. Znam ją, bo kilka razy koło niej przechodziłem i nigdy nie budziła mojego
zaufania, bowiem wygląda dość dziwnie: są to dwie ławy po bokach z pustą
przestrzenią w środku, w dodatku na jednej z ław ktoś urządził kapliczkę z
krzyżem, kwiatami i zniczami. Wiatę jednak jakiś czas temu odnowiono i testowo
kładę się na pustej ławie: stwierdzam, że całkowicie się mieszczę i w czasie
deszczu nie powinienem zmoknąć. Pieprzę, zostaję, nie idę dalej! Wiata jest
praktycznie tuż przy drodze i dwieście metrów od granicy, ale nie sądzę, aby ktoś mnie niepokoił.
Zrzucam plecak, rozpalam małe ognisko dla odpowiedniego klimatu, bo nie mam
niczego do smażenia.
Po krótkiej chwili wędzenia na skrzyżowanie energicznie wmaszerowuje młoda
dziewczyna (idzie od strony Girowej), kiwa mi głową, po czym leci w
kierunku útulni. Zastanawiam się jak szybko wróci - zajęło jej to kilka
minut.
- Czy mogę tu przenocować? - pyta lekko skrępowana. - Tam jest już pełno osób,
w dodatku jacyś cudzoziemcy, nie będę z nimi gadać po angielsku - krzywi się.
- Przenocować można, ale tutaj jest kapliczka - pokazuję zawaloną
dewocjonaliami ławę.
- Nie szkodzi, w domu też śpię pod krzyżem - sprawnym ruchem ściągnęła
wszelkie kwiatki, znicze i obrazki, umieszczając je na ziemi.
Zaczyna zapadać zmierzch. Siedzimy sobie na ławeczkach i rozmawiamy o tym albo
o owym, ale chyba nie tak wyobrażała sobie dzisiejszy nocleg. Dyskusja jakoś
się toczy, dopóki nie zszedłem na temat o upałach.
- U was też były takie wysokie temperatury? Bo u mnie ciężko było wytrzymać!
- Były, były... zaraz, a to ty nie mieszkasz w Czechach, skoro pytasz się o
temperatury? - spojrzała na mnie podejrzliwie.
- Jestem ze Śląska. Z polskiego Śląska - wyjaśniam.
- Aha.
I rozmowa się skończyła 😛.
Najwyraźniej nie tylko angielskojęzyczni jej wadzili, ale ja do tej pory
głowię się, jakim cudem dziewczyna nie zorientowała się, iż nie jestem
Czechem! Przecież przygłuchy pijak by to rozpoznał! 😛 Chyba, że wzięła mnie
za Zaolziaka, który gada tak dziwnie po czesku, bo to jego dialekt, ale to
jednak zbyt naciągana teoria.
W każdym razie po krótkiej chwili panienka wpakowała się do śpiwora, krótko
się pożegnała i uderzyła w kimono. Była dopiero dwudziesta trzecia,
posiedziałem jeszcze chwilę samemu i też poszedłem spać.
W nocy zaczyna padać. Wstając o świcie za potrzebą widzę mokry świat, ale na
szczęście do wiaty nie zacina. Niestety, po pewnym czasie zaczyna kapać z
dachu na ławę, lecz to i tak nie ma większego znaczenia, bowiem krótko po
szóstej... budzą nas strażacy!
Słyszałem, że przyjechało jakieś auto, nie chciało mi się jednak wyglądać ze
śpiwora, sądziłem, że to miejscowi się włóczą. A potem dotarła do mnie rozmowa
strażaków ze współnocującą:
- Musicie się stąd zebrać, będziemy stawiać namiot na imprezę!
W pierwszej chwili sądziłem, że mam omamy albo dalej śpię! Ale nie, za wozem
stoi przyczepka, na której są elementy wielkiego namiotu i beczka piwa!
Kogoś posrało - o takiej porze i w takim miejscu??!! Wiem, że dzisiaj w
Republice Czeskiej mają święto (Dzień Cyryla i Metodego), jutro też, a więc
długi weekend, ale spodziewałem się imprez w miejscowościach, a nie na
zadupiu, gdzie nie ma niczego!
Chcąc nie chcą trzeba się zwijać. Boli mnie głowa, goni mnie do kibelka za
większą potrzebą, czuję się niewyspany, a na dodatek leje! Czeszka pakuje się
szybciej i na pożegnanie pociesza mnie, że za pół godziny ma przestać lać.
Zobaczymy...
Planowałem dziś pójść na Girową, potem może do Mostów u Jabłonkowa, a na pewno
na Słowację, ale skoro jest tak wcześnie, to ruszam w stronę Hrczawy,
licząc, że uda mi się tam jeszcze gdzieś na chwilę przekimać.
Byłem naiwny 😏.
























































Na macewie to ślady po kulach?
OdpowiedzUsuńFajne te wiaty, ale żeby nie mieć kiełbasy na ognisko? ;)
To chyba jakieś porosty na macewie.
UsuńKiełbasy nie brałem, bo nie zakładałem ogniska - przy utulni chyba nie ma na nie oficjalnego miejsca, a może nawet jest zakaz.