poniedziałek, 12 grudnia 2016

Baśniowa zimowa Barania Góra po ciężkiej nocy

Sobotnia próba zdobycia Baraniej Góry nie udała się z powodu warunków, czyli ataku zimy. Na szczęście na niedzielę zapowiadano okno pogodowe. Jego przebłyski widać już w sobotnie popołudnie, kiedy na horyzoncie trochę się przejaśnia.


A w schronisku na Przysłopie dziś znacznie tłoczniej. Przede wszystkim zjawiają się harcerze! Nie standardowe ZHP, nie ZHR, tylko Zawiszacy - Skauci Europy. Jeszcze bardziej religijni niż ci z ZHR (co wydawało mi się kiedyś niemożliwe). Grupa piętnastu facetów w wieku zazwyczaj 40+.  Ot, panowie już nie najmłodsi, którzy latają po lesie w mundurkach i krótkich galotkach z jakimś proporcem.

Panowie nie spożywają alkoholu, więc kursują po wrzątek z częstotliwością wizyt w toalecie podczas grypy żołądkowej. To chyba rekord schroniska jeśli chodzi o ilość wydanego wrzątku na grupę ;) Może do tych herbatek coś dodają ekstra? :D

Większa część panów harcerzy posiada też ogony. Tylko tak mogę wyjaśnić dlaczego niemal nikt z nich nie zamykał za sobą drzwi! Siedzieli sobie z tyłu sali, a na nas ciągle dmuchał zimny wiatr. Zdesperowani wywiesiliśmy odpowiednie kartki na drzwiach, do których tekst przygotowała Inez.


Trochę pomogło, ale nie na wszystkich. Najwyraźniej umiejętność modlitwy jest ważniejsza u Zawiszaków niż zdolności czytania ze zrozumieniem, bo kilku nadal z uporem maniaka łaziło jakby zamykanie drzwi było czymś niestosownym...

Oprócz nich pojawiło się m.in. trzech chłopaków, którzy od TRZECH dni próbowali dostać się na Przysłop ze Skrzycznego. Dwukrotnie musieli się cofnąć z powodu ilości śniegu i wiatru, dopiero po wypożyczeniu rakiet im się udało. Jakaś inna para chciała wieczorem pójść do chatki w Pietraszonce, lecz szlak był kompletnie dziewiczy i zdecydowali się zostać.

Inna grupa siedmiu osób z Warszawy podążała do nas z Węgierskiej Górki. Dopiero na Magurce Radziechowskiej zorientowali się chyba, że coś jest nie tak i zadzwonili do GOPR-u, który zalecił odwrót. Całość zajęła im... 13 godzin! 

No i wreszcie jeden pan, który szedł do nas samotnie podobną trasą. Około godziny 19-tej skontaktował się telefonicznie, iż sytuacja go przerosła i idzie bardzo wolno, jest na Magurce (nie powiedział której) i dotrze około 22-giej. Hmm...

W międzyczasie my gramy sobie w różne gry :)


Godzina 22-ga minęła. Jest północ, wszyscy poszli już spać, a faceta nadal nie ma. Włącza nam się czarny humor i różne głupie żarty, ale w sumie zastanawiamy się co robić? Jak na złość nie ma dziś w dyżurce GOPR-owca, chyba pierwszy raz w roku! Ostatecznie Kamila dzwoni do centrali w Szczyrku, gdzie informują nas, iż chłop sam wezwał już pomoc, bo stracił siły i chciało mu się spać. Rano okazało się, że ratownicy jechali do niego skuterami 3 godziny! Od strony Baraniej Góry nie dali rady! Znaleźli go na granicy rezerwatu (a więc przeszedł sporo w tych warunkach) i to był jeden z ostatnich momentów na ratunek. Na szczęście skończyło się tylko wizytą w szpitalu, ale tragedia była o krok...

Czy naprawdę trzeba iść wiele godzin w śniegu po pas aby zorientować się, że to ryzyko?

A rano zgodnie z prognozą - lampa!


Planowaliśmy bezpieczny powrót do Wisły przez Stecówkę i Kubalonkę. Ale przy śniadaniu Saper (obecny dzierżawca) i Chudy informują, że na szczycie są kapitalne warunki i widoczność, a szlak przetarty skuterami GOPR-owców. Szybka burza mózgów z Neską i decyzja: atakujemy!

Jest pięknie - niebieskie niebo i bielutki śnieg. Muzeum PTTK wygląda jak domek z bajki.


Tempo jest znacznie szybsze niż wczoraj. Na tyle szybkie, iż prędko robi się za ciepło. Ciągniemy do góry zachwyceni, aparaty nie przestają robić kolejnych zdjęć. A pierwsze widoki są już na polanie nad schroniskiem!





Do tego pniaka gramoliliśmy się wczoraj prawie godzinę - dziś około dwudziestu minut.


Czasem miałem ochotę się uszczypnąć ;)


Martwy las także nabrał uroku.


Na rozwidleniu przy Wierchu Wisełka widać, że czarny szlak do Kamesznicy używany był tylko przez jakiegoś pojedynczego narciarza. A przed wyjazdem zastanawiałem się czy w sobotę nie zejść sobie tędy i zrobić pętelki?


Oczywiście pojawia się Królowa, wydaje się być na wyciągnięcie ręki. To w sumie niedaleko - niecałe 40 kilometrów.


Widać już wieżę na szczycie. Ale ten fragment strasznie nam się wydłuża - raz, że zdjęcia, dwa, iż śnieg jest tu grząski, kopny i nie tak stabilny, więc co chwilę się zapadamy.


Kiedy ja ostatni raz byłem na Baraniej Górze? Nie pamiętam dokładnie, ale wtedy najwyższy szczyt polskiego Górnego i Cieszyńskiego Śląska był jeszcze ze wszystkich stron otoczony lasem, a więc musiało to być dawno!


Przy wieży kręci się kilka osób, ale tłumów nie ma. Niemal wszyscy przyszli od strony schroniska - z uśmiechami na ustach, jeszcze w lesie mówili, że najlepsze dopiero przed nami ;). Z przeciwnej strony dotarło tylko dwóch chłopaków - torowali drogę od Kaskad Rodła. Mówią, że śniegu też po pas, bardzo ciężko, szyli ponad trzy godziny.


Po raz kolejny wychodzi, że doskonale obeznani GOPR-owcy z piątku nie mieli pojęcia jakie warunki panują w okolicy!

Pilsko, Romanka, Diablak, Polica.


Wchodzimy na wieżę! Jest cudnie! W tych warunkach nawet Tatry nie wyglądają tak źle ;)


W drugą stronę widać Sudety! A konkretnie to na pewno Jesioniki i wieżę na Pradziadzie. W linii prostej pomiędzy dwiema konstrukcjami jest 138 kilometrów. Pewnie Robert by tylko wzruszył na to ramionami, ale ja jestem zachwycony :) Na prawo trzecia wieża - na Czantorii.


Skrzyczne.


Dobrze wyróżnia się dolina Olzy pomiędzy Beskidem Śląskim a Śląsko-Morawskim z tyłu. Można jak na mapie plastycznej zobaczyć najważniejsze szczyty tego drugiego - z Javorovym i Lysą Horą.


Lysa Hora (Gigula) w zbliżeniu. Na lewo Radhošť (60 kilometrów od nas); bliżej Kiczory i górna stacja kolejki na Stożek.


Z cyklu wyższe góry: oprócz Tatr jest naturalnie cała grań Niżnych Tatr z Chopokiem na czele (około 80 km) i Mała Fatra.


Najładniej to jednak wygląda w tą stronę: od lewej Veľká lúka i sterczący Kľak w Luczańskiej Małej Fatrze oraz Strážov w Górach Strażowskich.


Sama ośnieżona wieża robi wrażenie.


Jeszcze patrzę raz w kierunku Czantorii (i Sudetów w tle) - kolejka ponoć nie działa...


...i na beskidzki klasyk - w dole niewielka mgiełka.


Robimy sobie zdjęcie z Georgem na tle Skrzycznego...


...i trzeba powoli schodzić :(. Powinno się tu siedzieć cały dzień z ciepłym termosem, ale że decyzję o zdobyciu szczytu podjęliśmy spontanicznie oraz późno, to nie mamy już za dużo czasu, a i tak zapewne ucieknie nam ostatni autobus z dołu.

Na poziomie gruntu też nadal cykamy...



W dół idzie się nieco gorzej, gdyż śnieg nie jest już tak ubity i częściej się pod nami zapada. Ale tempo i tak mamy niezłe.


Po drodze chłopaki, którzy przyszli do strony Kaskad Rodła, pytają się co to za postrzępione góry na horyzoncie? :D


Bajka jak z Andersena! Szczerze mówiąc nie pamiętam kiedy ostatni raz miałem tak piękną zimę w górach, ale musiało to być strasznie dawno!


W schronisku wiemy, że o autobusie nie ma co marzyć, zatem nie musimy już pędzić jak szaleni. Zjadamy ciepłą zupę i robimy sobie zdjęcie z cyklu [i]błogosławiony między niewiastami[/i]. :)


Przy okazji warto zwrócić uwagę na menu - według pewnej pani która zawitała w progi Przysłopu "[i]oprócz schabowego nie ma tu nic do jedzenia[/i] ;).

Przed nami odcinek wzdłuż Czarnej Wisełki do Wisły Czarnego (Czarnej?). Cały czas idziemy drogą, gdyż skrót szlakiem jest ledwo przetarty.



Na parkingu przy zaporze jesteśmy około 15.30. Pomagam wypchnąć samochód jakiejś rodzinki, która ślizga się na lodzie, a oni... pytają się czy nas nie podwieźć :) Lepiej nie mogło się trafić, błyskawicznie docieramy do centrum Wisły, gdzie zdążymy jeszcze na wcześniejszego busa.

Ogólnie można napisać, że wyjazd z gatunku tych idealnych, bo było wszystko: i nocne, klimatyczne chodzenie z czołówkami, i mgła, i słoneczko z widokami, i doborowe towarzystwo. Chciałoby się takie zawsze!

6 komentarzy:

  1. Okno pogodowe idealne. Widoczki z wieży takie, że mucha nie siada. Nawet Jesioniki się załapały. Tylko Wam pozazdrościć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nie pamiętam takiej widoczności z ostatnich lat... pewno gdybym regularnie chodził na wschody zimą to by się coś takiego trafiło, ale zazwyczaj pogoda nie była tak łaskawa ;)

      Usuń
  2. Przepiękne zdjęcia, aż pozazdrościc takiej wyprawy! Nie byliśmy jeszcze w tej części Beskidu, najbliżej to chyba leży Skrzyczne. Twoja relacja tylko zachęca żeby tam pojechać!
    Bardzo podoba mi się wierszyk o zamykaniu drzwi :)
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Latem Skrzyczne to niedaleko, teraz nie do przejścia ;)

      Wierszyk jak widać nie do wszystkich trafiał :D

      Usuń
  3. Naprawdę w taką pogodę ktoś biega po górach w krótkich spodenkach? :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. w przypadku harcerzy to był skrót myślowy - latem biegają w krótkich spodenkach ;) Natomiast spotkaliśmy kilu biegaczy i jeden czy dwóch miało krótkie. Co prawda z jakimiś getrami pod nimi, ale jednak ;)

      Usuń