niedziela, 24 czerwca 2018

Broumovské stěny: Hvězda - Slavný - Machov - Pasterka.

Głównym daniem czerwcowego wypadu w Góry Stołowe są Broumovské stěny (niem. Falkengebirge, a także Braunauer Wände, Sterngebirge). Wybrałem ich środkowy odcinek od chaty Hvězda do rozdroża nad wsią Slavný. W tym drugim miejscu kończyłem półtora roku temu wędrówkę z Pasterki, natomiast szlaki za Hvězdą są mniej atrakcyjne niż wcześniejsze, a także trudniejsze do ogarnięcia dla kogoś bez samochodu.

W weekendy kursuje autobus z Machovskej Lhoty aż na parking pod chatę - idealny dla turystów! Siedząc w nim poczułem wstyd, bowiem wszyscy pozostali pasażerowie to mocno zaawansowani wiekowo emeryci oraz matka z dzieckiem. A między nimi ja - zdrowy i sprawny, wożę tyłek zamiast połykać kolejne kilometry z buta. Już nawet chciałem gdzieś wysiąść wcześniej, ale ostatecznie leń zwyciężył i podjechałem do miejsca docelowego 😏.

Kilkaset metrów przez las i wychodzę pod kaplicą Matki Boskiej Śnieżnej.


Wybudowali ją w 1733 roku benedyktyni z pobliskiego Broumova. Po reformach józefińskich popadła w ruinę i w XIX wieku musiano ją prawie postawić od nowa. Mur leży na rzucie pięcioramiennej gwiazdy, ale nazwa jest wcześniejsza niż świątynia - już od 17. stulecia stał tu krzyż z gwiazdą, będący punktem orientacyjnym dla ówczesnych turystów.


Przy współczesnym skrzyżowaniu szlaków historyczny słup kierunkowy czesko-niemiecki. Widać, że niemiecki napis ze strzałką w kierunku Szczelińca był kiedyś zakryty jakąś tabliczką.


Jest około godziny 10 rano i ludzi powoli zaczyna przybywać, bo to chyba najpopularniejsze miejsce pasma. Ktoś siedzi sobie na skalnym stole i konsumuje śniadanie, starsza pani zapisuje coś w zeszycie. Większość osób od razu uderza na punkt widokowy za kaplicą.


Na horyzoncie Góry Sowie z dwoma Sowami oraz Kalenicą. Oddzielone Kotliną Broumowską, oddalone o jakieś 20 kilometrów.

Broumov (Braunau) na zbliżeniu. Widać wieże klasztora benedyktynów.


Prowadzi do niego czerwony szlak zaczynający się pod mostkiem przy kaplicy.


Idę kawałek dalej na północ. Chata Hvězda postawiona w 1856 roku w stylu szwajcarskim wita zamkniętymi drzwiami. Nie dość, że normalnie otwarta jest w dziwacznych godzinach (11-17), to regularnie w soboty odbywają się w niej prywatne imprezy. Wśród opinii w internecie przeważają złe i bardzo złe.


Naprzeciwko rozkłada się facet z sympatycznie wyglądającym bufetem, ale nie wygląda na to, aby mu się spieszyło, więc podobnie jak kilka innych osób rezygnuję po chwili oczekiwania. Ruszam głównym czerwonym na południowy-zachód.

Szlak jest urozmaicony - oprócz licznych mniejszych czy większych głazów spotykam m.in. wykute w nich schody.



Pierwszy zaznaczony na mapie punkt z panoramą jest przereklamowany, bo widać niewiele.


Wiele skał ma swoje nazwy i często można się zastanawiać, skąd ich autorzy brali skojarzenia. W tym jednak przypadku są one jednoznaczne 😛.


Niestety, vyhlídka Skalní divadlo jest tymczasowo zamknięta z powodu ochrony ptasich gniazd (bodajże sokoła). Wielka szkoda, bo to jedno z najlepszych miejsc widokowych, w dodatku w przeciwną stronę, niż pozostałe...


Pozostaje mi iść dalej; czasem muszę się przeciskać albo skradać.



Na Supí hnízdo (Geierskorb) trzeba z kolei się wspiąć.



Na skale resztki jakieś konstrukcji (krzyża, słupa?) i widok podobny do poprzedniego, czyli w kierunku Gór Sowich i Suchych.


Można też zerknąć na południe - tylko stąd widoczne są Szczelińce (w linii prostej 10 kilometrów) oraz Koruna.


Co jakiś czas wykuto w skale oznaczenia dla dawnych piechurów. Rozumieli je i Czesi i Niemcy: H to Heuscheuer/Hejšovina, a gwiazda wiadomo...


Spotykam dość dużo turystów, niemal wszyscy poruszają się w grupach. Dzieci mają radochę, bo wokół obrodziło jagodami...

Przyszła pora na jakąś przerwę, ale przy punktach widokowych jest zbyt ruchliwie, więc siadam sobie pod ławeczką przy rozdrożu "nad Roklí". Ludzi wprawdzie także sporo przechodzi, ale nikt się nie zatrzymuje 😏.


Kilkukrotnie wpadam na trzy dziewczyny z Polski, które zostawiły samochód na parkingu pod Hvězdą. Raz robię im zdjęcie, drugi ratuję mapą. Po raz trzeci będziemy się widzieć na kolejnych skałkach.


Na ziemi resztki bruku oraz zabezpieczeń bocznych.


Do Modreho kámena (Blaustein) należy odbić i żółtym szlakiem trochę się wysilić. Miejscami jest mokro.


Znów panorama bardzo podobna do innych, ale trudno się dziwić, skoro ciągle patrzymy na wschód. W dole rozciągają się Křinice (Weckersdorf), a wzdłuż polnej drogi biegnie zielony szlak.



Powrót do głównej trasy wytyczono przez takie bagno i zlikwidowano większość oznaczeń, że byłem już pewien, iż pomyliłem kierunek i chciałem się wracać. Dopiero idący z naprzeciwka facet utwierdził mnie, że to jednak dobra marszruta.


Po niedługim czasie znowu skręcam w bok, aby obejrzeć Kamenné hřiby. Fajne!



Z punktu  widokowego można podziwiać głównie pobliskie skały, zwłaszcza interesującą Čertovą tchýně. Współczuję autorowi nazwy takiej teściowej 😛.



Potem bezszlakowo zaglądam jeszcze w formację, której nazwy nie pamiętam, ale tam szału nie ma.


Na mniejszych skałach wspomniane stare oznaczenia, niektóre w lepszym, inne w gorszym stanie.


Przede mną węzeł szlaków "nad Slavným", czyli miejsce, gdzie już w 2016 roku byłem. Otwarta przestrzeń wita gorącym powietrzem.


Na koniec tego etapu wędrówki zachodzę na Slavenską vyhlídkę. Z niej również nie ma widoków na zachód, ale ogólnie jest całkiem nieźle.



Ulicówka to Martínkovice (Märzdorf).



Teraz mam kilka opcji do wyboru: mogę kontynuować szlak czerwony, który najszybciej doprowadziłby mnie do granicy i Pasterki. Za szybko! Mogę wrócić się na żółty, lecz nim już przecież szedłem podczas ostatniej wizyty, więc nie chcę się powtarzać. Wracam zatem do rozdroża, skąd można dojrzeć zamglone Karkonosze.



Schodzę do Slavneho (Klein Labnay). Wyglądam za żabkowozem, który widziałem w 2016 roku - i jest! 😛 A obok bardzo kwieciście...



Upał staje się nie do wytrzymania, w gębie suchutko. Przypomina mi się hasło pewnego kumpla - "już mi się chce pić, jak psu jeb..ć" 😏. W plecaku chowam na czarną godzinę puszkę, lecz to radler i do tego ciepły. Na mapie internetowej nie ma w wiosce zaznaczonej żadnej knajpy, ale pamiętałem, że mijaliśmy w niej małą gospodę. I pamięć mnie nie zawiodła! 😛


Siadam i pierwsze piwo wypijam prawie na eksa. Z drugim nie miałem wyboru, gdyż głuchawy barman postawił je przed znajomym, który już się zbierał, więc potem przekazał je mnie 😛. Smakowało jak nigdy, a cena to... 20 koron. Nie wiem kiedy w czeskiej knajpie kosztowało tak mało.


Włączyło mi się błogie lenistwo... Zaczynam kombinować, czy nie posiedzieć tu dłużej i wrócić do Machova autobusem... Ale nie, będę twardy! Zbieram się, choć temperatura nadal jest w wysokości mocno męczącej w czasie wysiłku.

Chwilę skorzystam ze szklaku o kolorze niebieskim. Niedaleko knajpki znajduje się pensjonat z restauracją, lecz ta otwarta jest "tylko dla gości". Phi.

Polna droga ciągnie się, jak sama nazwa wskazuje, przez pola. Zamieszkałe.



Korzystam ze starej drogi pielgrzymkowej do Wambierzyc. Z Polic szli nią czescy pielgrzymi. Broumovské stěny były granicą językową, więc po drugiej stronie dołączali do nich niemieccy mieszkańcy czeskich Sudetów i następnie przez Radków kierowali się do wambierzyckiej bazyliki.

Tradycja ta została przerwana po II wojnie światowej i dziś przypominają o niej liczne krzyże. Wiele z nich zniszczono, niektóre wykorzystano w nowy sposób: na skrzyżowaniu umieszczono tablicę z cytatem zmarłego i jego zdjęcie podczas wznoszenia toastu. Bez pompy i martyrologii.


Szlak biegnie prosto, ja znowu skręcam i chwilę przejdę asfaltem.


Krzyże to kawał dobrej sztuki rzeźbiarskiej: Cihlářův kříž z 1836 roku oraz Barešův kříž z 1791.



Bardzo przyjemne przejście przez łąki.


W dolince trafiam na... imprezę strażacką. Są czerwone wozy, namioty i zawody. W powietrze strzela brązowa breja.




Zaczynają się zabudowania wioski Bělý (Bieley). Administracyjnie to część Machova.




Po cichu liczyłem także tutaj na jakąś knajpę, ale to pieśń przeszłości...


Zostały mi ze 2 kilometry drogą asfaltową do Machova. Najpierw chciałem łapać stopa, ale potem zrezygnowałem, bo po co?




Napis pod Maryją prosi o "nieopuszczanie czechosłowackich dzieci w ciężkiej chwili". Jednak częściowo opuściła.


Widać Machov i polanę na której wczoraj siedziałem.


Jednym z pierwszych budynków jest piękny młyn wodny w remoncie.



Machovski kościół ma 150 lat, ale parafia była znacznie starsza - wspomniano o niej już w XIV wieku.


W Machovie jestem wcześniej niż wczoraj, dzisiaj gospoda działa bez przerw i jest otwarta.


Siadam na zewnątrz i chowam się przed słońcem, po czym zamawiam nakládaný hermelín z żurawiną. Jest pyszny, jeden z lepszych, jakie jadłem!


Przysłuchuję się rozmowie sąsiadów, którzy gadają po angielsku. Zagraniczni turyści tutaj? Dwóch chłopaków i dziewczyna. Chłopaki między sobą używają... polskiego. Okazuje się, że jeden z nich ma żonę/partnerkę Rosjankę, z którą mieszka... w Singapurze 😛. Podobnie jak ja śpią w Pasterce, więc gawędzimy chwilę o trasie, jaką chcą jeszcze dzisiaj przejść oraz o szansach Polaków na mistrzostwach świata. Wszyscy jesteśmy sceptyczni, co kilka dni później wykazał wielki mecz z Senegalem 😏.

Potem przenoszę się do środka, gdzie chłodniej, w dodatku leci spotkanie Islandii z Argentyną. Po tym jak Messi nie wykorzystał karnego w całym lokalu rozległ się złośliwy rechot 😛.


Zasiedziało mi się trochę, ale nic nie szkodzi. O 18-tej wracam na zewnątrz, gdzie nadal upalnie...


Realizuję wczorajszy plan, tj. skorzystania z doliny potoku Židovka, opisywanej także jako Černý Důl. Na samym początku niedawno zorganizowano nowy parking samochodowy.


Szlak biegnie trochę inaczej niż na mapie, ale w obu przypadkach przecinamy przysiółek Řeřišný (Brunnkress). W jego skład wchodzi 10 domów z 10 mieszkańcami.


Osada ta miała kilka interesujących momentów w swojej historii: po wojnach śląskich została podzielona wzdłuż potoku na część północną (austriacką) oraz południową (pruską). W XIX wieku trzy domy leżały w Austrii i podlegały pod Police, a czwarty w Prusach w hrabstwie kłodzkim. W latach 30. tego stulecia habsburskie wojsko założyło w niej obóz do strzeżenia granic, aby zapobiegać rozprzestrzenianiu się cholery. W 1930 roku na podstawie umowy między Czechosłowacją a Rzeszą Niemiecką dokonano "wyprostowania" przebiegu granicy i południową część przysiółka podłączono pod władzę Pragi - łącznie 15,5 ha z dwoma zamieszkałymi gospodarstwami (to właśnie teren oznaczany pod nazwą Černý Důl). W 1958 doszło do kolejnej (na razie ostatniej) korekty granic w okolicach szczytu Lhotecký Šefel i znowu skorzystała na tym Czechosłowacja. W lesie podobno można jeszcze znaleźć stare słupki graniczne...

Nieaktualna tablica o obszarze chronionym.


Ostatnim budynkiem jest opuszczona leśniczówka wraz z krzyżem, na którym wyryto herb - być może opata z Broumova.



Półtora kilometra przez las bez niczego specjalnego i dochodzę pod znany mi Machovský kříž, gdzie spotykam trzech pijanych facetów. Oni oczywiście też śpią w Pasterce i tam gdzie ja...


Czy warto wybrać tę trasę zamiast przez Machovską Lhotę? Raczej nie. Jest dalej, dłużej, więcej podejść (choć w obu przypadkach nie są one zbyt męczące), w dodatku nie ma szans na żadne widoki. To opcja jedynie dla tych, którzy (jak ja) chcieliby zobaczyć coś nowego...

Kawałeczek dalej granica i słynne słupki wyrastające z kamieni.


Jestem ciekaw co znajdowało się na tym słupie? Brak śladów napisów, nawet skutych.


Po wyjściu z lasu ładna wizja Szczelińców oświetlonych wieczornym słońcem.


W polu wydeptana ścieżka do schroniska, z której korzystam i ja.


Pod PTTK-iem jakby spokojniej niż w "Szczelińce", dużo osób siedzi na zewnątrz i piknikuje. Wypijam Opata i ruszam na nocleg.


Po przyjściu "do siebie" zdążam jeszcze wziąć prysznic i schodzę na mecz. Oglądam go razem z trójką polsko-rosyjsko-singapurską. Ludzi dziś ciut mniej niż wczoraj, ale i tak hipsterska ciżba...

A jeśli chodzi o aspekty górskie, to przeszedłem dziś ponad 25 kilometrów, co jest niezłym wynikiem jak na mnie w ostatnich latach. Satysfakcja duża 😊.

8 komentarzy:

  1. Bardzo fajna wycieczka. Taki zupełnie inny świat, a tak blisko, no i góry bardzo podobne do naszych. Jednak nawet kolor piva wzbudza smak, że ozór opada :) Pozdrawiam serdecznie 😀

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Piwo smakowało fenomenalnie :) Na pewno swoje zrobił upał, ale i cała atmosfera do tego dołączyła. No i faktycznie te czeskie miejscowości to mimo bliskości polskich mają jednak zupełnie inny klimat. Lepszy, czuję się tam właściwie jak w domu :)
      Pozdrawiam

      Usuń
  2. Ładny odcinek pokonałeś jednego dnia. A dobre piwo, do tego zimne, zawsze smakuje po takim dreptaniu.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  3. Czym charakteryzuje się hipsterska ciżba w schronisku? Może krótki opis, bo mnie to zaintrygowało :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Siedzi sobie towarzystwo w modnych ciuchach i fryzurach, większość z rozłożonymi laptopami albo co najmniej wgapiona nieustannie w smartfony i podjada hamburgery za 25 i więcej złotych ;)

      Usuń
    2. A czy jakaś aktywność typowo górska tej ciżby dotyczy?

      Usuń
    3. Większość z nich gdzieś tam chodziła, ale raczej jak ci dwaj faceci, co to ich spotkałem pijany na granicy - krótki spacerek.

      Usuń
  4. Super. Broumovske Steny poznałem jak na razie jedynie w niewielkim fragmencie, czyli okolice wzniesień Signal, Bohynka, Božanovský Špičák i Koruna. Następnym razem mam zamiar pójść bardziej w Twoje ślady :)
    Też słyszałem o tych zamkniętych weekendowych imprezach w chacie Hvězda. Podobno terminy mają zaklepane sporo do przodu.

    P.S. Ładne fotki jak zawsze. No ale przy takiej aurze... :)

    OdpowiedzUsuń