czwartek, 23 maja 2019

Samolotem na weekend do Lwowa - garść informacji praktycznych.

Jak na większości blogów nie mogło zabraknąć informacji praktycznych, które mogą podsumować te kilka dni we Lwowie. Możliwe, że nawet komuś się przydadzą 😏.

  •  Dojazd, a właściwie dolot.
Z tanich linii latają do Lwowa m.in. Ryanair oraz Wizzair. My korzystaliśmy z tej drugiej opcji i z lotniska w Pyrzowicach.

Bilety kupiliśmy półtora miesiąca wcześniej. Z opcją pierwszeństwa wejścia i dodatkowym bagażem podręcznym oraz wyborem miejsca kosztowały one około 250 złotych od osoby w dwie strony. Ponieważ jednak posiadaliśmy vouchery o wartości 20 euro na każdy bilet, więc ostatecznie dostanie się do Lwowa obciążyło nasz rachunek kwotą 175 złotych za osobę. Cena raczej nie do pobicia w przypadku podróży samochodem czy pociągiem. Oczywiście istnieje możliwość lotu znacznie taniego, ale uważam, że warto dołożyć przynajmniej te 25 złotych za "piority" - nie czekamy w kolejkach, mamy drugą walizkę, a naszych bagaży nawet nie próbowano mierzyć (we Lwowie sprawdzono tylko ich wagę).

Lot z Pyrzowic trwa niecałą godzinę.


Lotnisko we Lwowie to nowoczesny obiekt z pełną gamą udogodnień. Odprawa przebiegała znacznie sprawniej niż w Pyrzowicach, również z tego powodu, iż obsługuje mniej połączeń. Trzeba pamiętać o tym, że pierwsza kolejka do stanowiska jest wspólna dla osób z bagażem podręcznym i rejestrowanym. 

Przez długi czas lwowskie lotnisko nie obsługiwało mobilnych kart pokładowych, a jedynie drukowane. Podobno już się to zmieniło, ale w czasie naszej wizyty kilka osób odesłano z kwitkiem, bo miały tylko wersję elektroniczną.



I rzecz, o której wiele osób nie pamięta (również i my): nie można wwozić do Polski produktów pochodzenia zwierzęcego - mięsa i nabiałów. Na granicy zostaną one skonfiskowane, a nie zgłoszenie ich naraża nas na odpowiedzialność karną.

O obowiązku posiadania ważnego paszportu i o tym, że EKUZ nie obowiązuje, chyba każdy wie 😏.

  • Transport w mieście.
Po Lwowie jeżdżą trolejbusy, tramwaje, autobusy i marszrutki. Turysta będzie korzystał głównie z dwóch pierwszych środków transportu. Dla bardziej wymagających lub niecierpliwych czeka także Uber i taksówki, ale te nie były w sferze naszych zainteresowań.

Z lotniska do centrum kursuje trolejbus nr 9, który dojeżdża aż pod budynek uniwersytetu. Ponieważ zazwyczaj chce do niego wejść pół samolotu, to warto poczekać na następny, który zapewne będzie pusty.


Oprócz niego turyści zazwyczaj korzystają z tramwaju nr 7, który jeździ na ze Starego Miasta na Cmentarz Łyczakowski, a w drugą stroną dociera m.in. pod Cmentarz Janowski. Tramwajem nr 4 dojedziemy do Parku Stryjskiego, a ten z numerem 9 zaczyna i kończy swój bieg na kolejowym dworcu głównym i robi pętelkę wokół Starówki.

Autobusy i marszrutki to domena miejscowych, a te drugie są często tak przepełnione, że nawet ciężko do nich wejść.


Pełny schemat wszystkich linii możemy zobaczyć na stronie kaliberda.com, a tutaj sprawdzimy konkretne połączenia. Na niektórych przystankach są rozkłady jazdy, a nawet elektroniczne wyświetlacze, ale należy do nich podchodzić z przymrużeniem oka. 

Lwowski tabor jest zróżnicowany: od starych rzęchów typu Tatra po nowoczesne Ełektrony. Ponieważ jednak nawierzchnia wielu ulic jest bardzo pofałdowana, a tory tramwajowe krzywe, to i tak porcję wstrząsów mamy gwarantowaną 😛.




Bilety na trolejbus i tramwaj kosztują 5 hrywien. Teoretycznie opłacie podlega też większy bagaż. Kupuje się je głównie u kierowcy (i w niektórych rzadko występujących kioskach). Na drzwiach widniała informacja, że sprzedaż tylko za odliczoną kwotę, ale nie wiem, na ile było to przestrzegane, ponieważ zawsze mieliśmy drobne sumy. Po zakupie kasujemy je w "dziurkaczu".


Podobno istnieje możliwość zapłaty przez sms, a także przez internet.

Warto dodać, że tramwaje elektryczne we Lwowie były pierwszymi w całych Austro-Węgrzech (uruchomiono je w 1894) i są tylko o rok młodsze od wrocławskich.

  • Pieniądze.
Walutą jest oczywiście hrywna (grzywna), dzieląca się na kopiejki, ale tych drugich praktycznie nie zobaczymy. Z racji niskiej wartości ukraińskiego pieniądza prawie zawsze będziemy posługiwać się banknotami...

Tu akurat  trafiło się 50 kopiejek ;).

...choć rząd planuje stopniowo zastępować najniższe nominały bilonem. Jednohrywienki już są w obiegu.


Najwyższym dostępnym banknotem jest 500 hrywien, czyli zaledwie ok. 75 złotych.

Kantorów jest we Lwowie bez liku, najbardziej opłaca się wymieniać złotówki (a nie euro czy dolary). W czasie naszej wizyty kurs wynosił 1 złoty = 6.85-7 hrywien. Nie muszę chyba dodawać, że na lotnisku jest on znacznie gorszy.

Aby mieć trochę drobniaków na początek już w Polsce kupiliśmy w kantorze 100 hrywien (ok. 15 złotych) i bez problemu dostaliśmy najniższe nominały, które potem przydały się w trolejbusie.

  • Ceny i bilety wstępów.
Czyli to, co zazwyczaj ludzi najbardziej interesuje.

Jeśli ktoś liczy, że zrobi zakupy we Lwowie za parę groszy to się rozczaruje. Generalizując: sporo tańszy jest alkohol, papierosy, paliwo, a także zazwyczaj konsumpcja w lokalach. Poza tym w sklepach ceny podobne są do polskich, może trochę niższe.

Nie notowałem dokładnych cen w sklepach, za to mogę podać listę ile nas w kwietniu kosztowały bilety wstępów do odwiedzanych atrakcji:
* wieża ratuszowa - 30 hr,
* Muzeum Zachodniej Ukrainy - 50 hr,
* Kamienica Królewska i Włoskie Podwórko - 60 hr,
* Cmentarz Łyczakowski - 40 hr wstęp i 10 hr fotografowanie (tego drugiego nikt nie sprawdza),
* kaplica Boimów - 30 hr,
* wejście na wieżę kościoła św. Elżbiety - 20 hr,
* Kasyno Szlacheckie - za dwie osoby zapłaciliśmy 60 hrywien, ale wpuszczający nas stosował chyba jakiś własny taryfikator, trochę niższy od oficjalnego 😏,
* Muzeum Arsenał - 50 hr.

Jak widać nie są to ceny, które zwalają z nóg.

  • Fotografowanie.
W niektórych świątyniach (zwłaszcza cerkwiach) widnieją tabliczki z zakazem robienia zdjęć, lecz nikt się tym za bardzo nie przejmował. W muzeach takich obostrzeń nie było, ale trzeba pamiętać o nieużywaniu lampy błyskowej.

  • Toalety.
Rzecz niesłychanie ważna, jeśli chcemy kosztować miejscowych trunków 😏. Publiczny kibelek widziałem tylko jeden - na rynku, w rogu ratusza. Kosztował 5 hrywien. W środku witały powyrywane drzwi od części kabin, ale generalnie było czysto, woda i mydło. I babcia klozetowa słuchająca radia.


Szalety są na pewno także przy cmentarzach oraz przy soborze św. Jura - opłata 2 hrywny. Zazwyczaj nie ma ich natomiast w muzeach!

  • Informacja turystyczna.
Działa w ratuszu na parterze, od strony fontanny z Neptunem. Czynna codziennie od 9 do 19. Próżno szukać tam jednak darmowych map czy folderów, to raczej miejsce, gdzie zamówimy wycieczkę, przewodnika lub nocleg.

  • Gdzie jeść i pić?
Lokali we Lwowie jest masa. Opisów w internecie jeszcze więcej. Jedni polecają tanie i masowe bary, inni od razu zapraszają do restauracji hotelowych. Jeszcze inni lubują się w miejscach "z klimatem" tworzonych pod masowego turystę. Zresztą nie ma co się łudzić - na starówce stołują się głównie cudzoziemcy.

Poniżej alfabetyczna linia przybytków, do których zajrzeliśmy. Zacznę od tych, gdzie głównie jedliśmy (cena dotyczy posiłków dla dwóch osób):

* Atlas (Атляс). Znana restauracja na samym rynku, ładnie odrestaurowana z wystrojem z polskich czasów, więc i sporo tu turystów z Polski.



Zajrzeliśmy na pierwsze lwowskie śniadanie. Zestaw w wersji angielskiej + placki na słodko + herbata + paskudne Lwiwskie Eksportowe kosztowały 350 hrywien (ok. 50 złotych), a więc cenowo jak na Ukrainę raczej niezbyt tanio. Za to smacznie.


* Biały Lew (Білий Лев), ulica Łesi Ukrainki (Лесі Українки). Mało kumata obsługa, dużo opcji w menu było niedostępnych. Zamówiliśmy piwo miodowe, a przynieśli pszeniczne (to akurat dobra zmiana). Smaczne barszcze i przeciętne pierogi. Nic specjalnego. Obiad kosztował 355 hrywien (52 złote).


* Buchara (Bukhara, Бухара), ulica Furmańska (Фурманська) niedaleko Opery. Nasze ulubione miejsce. Kuchnia uzbecka i kaukaska.


Rozmaite potrawy z ryżem, w tym oczywiście pilaf. Zupy. Pierogi (również ukraińskie). Mięso na wiele sposobów. Sałatki. Przystawki. Warzywa i owoce. Do tego herbata w małych szklaneczkach i smaczne (oraz tanie - jedynie 25 hr) piwo Czernichowskie Białe (Чернігівське Біле). Porcje solidne i wszystko bardzo smaczne (może tylko baraniny było trochę za mało). Za dwudaniową wyżerkę z przystawkami i sałatką oraz herbatą i trzema piwami zapłaciliśmy 472 hrywny (ok. 70 złotych). Było warto! Na minus - doliczają odgórnie napiwek w wysokości 10 procent...



* Centaur (Кентавр) - to kolejna propozycja z rynku. Na śniadanie zapiekana miska z jajkiem, naleśniki, herbata i niezłe piwo Mons Pius. Wszystko smacznie, w bardzo eleganckim wystroju i takowej cenie (310 hrywien = 45 złotych). Obiekt z długą historią, ale na ścianach rysunki i zdjęcia... po francusku.



* Lwowskie Croissanty (Lviv Croissants, Львівські круасани) - sieciówka ogólnoukraińska, kilka lokalizacji w mieście (w tym oczywiście na głównym placu). Najlepsze miejsce na tanie i smaczne śniadanie oraz przegryzki w ciągu dnia.



W przeciwieństwie do Francuzów tu rogaliki mogą zawierać co tylko chcemy: na słodko, na wytrawnie, z  rybą, z cebulą, z pastą... Można skomponować swoją własną wersję. Ceny zaczynają się już od 39 hrywien za sztukę. Do picia napoje bezalkoholowe. Dodatkową zaletą są długie godziny otwarcia.



Lviv Galician Cheese Cake and Strudel Bakery (po ukraińsku po prostu Львівські пляцки) na rynku. To coś dla miłośników deserów: strudle na słodko i wytrawnie. Bardzo smaczne! Do tego oryginalny wystrój. I... kawa po banderowsku przy stoisku sprzedażowym obok wejścia. Dwa kawałki ciasta i herbata to koszt 136 hrywien (20 złotych).


* Stary Lew (Старий Лев), na Starym Rynku (Старий Ринок). Wyglądający sympatycznie lokal, połączenie restauracji i pubu. Było bardzo ciepło, więc usiedliśmy na niewielkim tarasie.


I tu również smacznie: zupy, wareniki i czeburieki. Ale menu całkiem spore - od przystawek, po sałatki i główne dania. I doskonałe piwo Chmielny Lew (Хмільний Лев) z małego lwowskiego browaru. I tu również mieliśmy dobrą zmianę, bo zamówiłem ALE, a dostałem pszeniczniaka, którego się nie spodziewałem 😛.

Na minus: na rachunku doliczona obsługa (5%), mimo, że w karcie nie było o tym mowy.



A tam nie weszliśmy:
* Arsenał (Арсенал) przy Arsenale-muzeum. "Jak będziecie we Lwowie idźcie tam koniecznie na żeberka!" - mówili nam znajomi. Jestem umiarkowanym fanem żeberek, ale cóż szkodzi spróbować?
Zaszkodził tłum kłębiący się przed drzwiami. Lista kolejkowa, odczytywanie obecności, skreślenia tych, których nie ma... Powariowali! Zrozumiałbym, gdyby to była jedyna restauracja w mieście, gdzie dobrze karmią, ale bez przesady. Opinie w internecie są rozmaite, ale nie aż takie, by spędzać kwadranse przed wejściem...


* Baczewski (Ресторація Бачевських), kilka kroków od rynku. Firmy przedstawiać nie trzeba, lwowska i galicyjska legenda. Jakiś czas temu ktoś ją reaktywował pod starym szyldem, ciekawe, czy uzgodnił ze spadkobiercami prawa do nazwy czy poszedł na żywioł?
Restauracja słynie ze swoich śniadań na które... czeka się w kolejce. Nie sądziłem, że jeszcze coś takiego zobaczę. Rzecz jasna stoją w niej tylko turyści, głównie z Polski. Zachwytów nad ichniejszym szwedzkim stołem przeczytałem wiele, ale także coraz więcej pojawia się negatywnych opinii. Cena idzie w górę, a jakość spada. Normalka.
Mijaliśmy Baczewskiego kilka razy i zawsze stał ogonek. Nie, dzięki, jeszcze nie oszalałem. Może przy następnej wizycie zaryzykuję, ale teraz szkoda nam było czasu.


Z powyższej listy wynika, że nie okupowaliśmy najtańszych lokali ani tych najbardziej "kultowych" (może poza Atlasem). Miałem na mapie zaznaczonych jeszcze kilka innych, lecz okazywały się zamknięte... 

A teraz alfabetyczny spis miejscówek, gdzie chodziliśmy na piwo. Oczywiście można było po prostu wlewać w siebie wszechobecne Lwiwskie, ale sikacza to mogę się napić i u siebie. Wybrałem więc kilka miejsc, w których leją (lub powinni lać) coś dobrego, ale też w odpowiednio wyższych cenach:

* Cesarz (Ceasar, Цісар) właściwie powinien znaleźć się w poprzedniej części, ponieważ to sieć tanich barów z jedzeniem, ale my wpadliśmy tam tylko na trunki 😏. Nic nadzwyczajnego, normalne piwa i mocniejsze alkohole, lecz w niskich cenach. Odnośnie kuchni to niektórzy ją chwalą, pozostali wręcz przeciwnie, widać jednak było, że miejscowym smakowało. Knajpy otwarte są całą dobę, więc idealne dla cierpiących na bezsenność. Wbrew temu co piszą na niektórych stronach wszystkie lokale wyposażone są w toalety.


Nazwa i wystrój nawiązuje do Najjaśniejszego Pana i Jego epoki. Dość sympatycznie i spelunkowato.


* Cipa, Cypa, Tsypa (Ципа, tłumaczą to rozmaicie), lokal przy placu Jaworskiego (площа Стефана Яворського, Jaworśkoho). Zlokalizowany w piwnicy, mieliśmy problem go odnaleźć. Dwadzieścia kranów! Duże piwo (w tym przypadku to 0,4) od 40 do 65 hrywien. Piwa ukraińskie, ale też i kilka zagranicznych (w tym Pilsner Urquell, który był... najdroższy). Trochę przeszkadzał bardzo głośny telewizor.


* Czowen (Choven, Човен), ulica Ormiańska (Вірменська, Wirmeńska) - to najczęściej polecany przez znawców pub z piwami rzemieślniczymi. Niesłychanie popularny, ciągle pełny z głośną muzyką przez którą ciężko usłyszeć cokolwiek innego. Nie dajcie się zwieść wpisom w internecie, że chodzą tam głównie miejscowi, turystów tam masa. Ludzi jest tak dużo, że nawet w chłodny wieczór trzeba było siedzieć na krzesełkach rozłożonych na zewnątrz, a i tak nie wszyscy się zmieścili!


Na gości czeka aż 16 kranów, ceny piwa od 45 do 90 hrywien za duży kufel. Style różne, browary chyba tylko ukraińskie. Czy warto tu przyjść? Smakowało dobrze, ale ten tłum i hałas był bardzo męczący. Dodatkową specyficzną atrakcją jest damska toaleta w postaci... dziury w podłodze! Męska była normalna. Nie lubią kobiet czy co?


* Prawda, Teatr Piwa Prawda (Театр пива Правда) na rynku to z kolei najbardziej popularna miejscówka, obecna niemal w każdym opisie Lwowa. Jedni jej nienawidzą, inni ją kochają. Prawda, jak zwykle, leży po środku. Wewnątrz masa ludzi, lecz łatwiej było znaleźć wolne miejsce niż w Czowenie. Jest głośno, ale to inny hałas, mniej przytłaczający. Często odbywają się występy orkiestry na żywo, wtedy pół sali klaska i śpiewa, niektórzy tańczą.


Klientów wali po oczach ogromna ściana z piwami od góry do dołu. Po bliższym rozpoznaniu okazuje się, że to "jedynie" kilkanaście różnych piw, a nie setki, lecz i tak robią wrażenie. Prawda specjalizuje się w piwach nawiązujących do znanych postaci: był Putin, Obama, jest m.in. Merkel, Trump i Trudeau, na którego ja się zdecydowałem 😏. Lane piwa są tylko 3 lub 4, ale można sobie w sklepiku kupić butelkę, otworzyć i usiąść. Ceny trochę niższe niż w Czowenie.


Toalety są normalne (bez dziur w ziemi), czemu trudno się dziwić, skoro pilnuje ich sam Franciszek Józef 😏. Z racji położenia korzystają z nich często turyści, którzy nie chcą płacić haraczu miejskiemu szaletowi.


Królewska Piwowarnia, Królewski Browar (Royal Brewery, Королівська пивоварня), ulica Starojewrejska (Староєврейська). Zaczęło się obiecująco: weszliśmy, rozsiedliśmy się w wygodnych fotelach. Wystrój elegancki. W menu kilka ciekawych piw. Uśmiechnięta obsługa. Wszystko się zmieniło, kiedy powiedzieliśmy, że chcemy jedynie się coś napić, a nie zjeść. Kelnerki zniknęły i już więcej się nie pojawiły, mimo, że dzwoniłem specjalnym przyciskiem. Tłumów w lokalu nie było, więc zapewne nie byliśmy godni obsłużenia. Zrobiliśmy sporo kilometrów w słońcu i strasznie chciało nam się łyknąć browara, a tu taka sytuacja! Po kwadransie oczekiwania opuściliśmy "Królewską". Omijać szerokim łukiem! 


* Warka (Варка) w bocznej uliczce Korniakta (Корнякта). Skojarzenia z polskim koncerniakiem niewskazane, to niewielki lokal i puściutki. Z głośników sączyła się fajna rockowa muzyka. Możemy wybierać z ośmiu lanych piw, niestety tylko 0,33. Ceny w przedziale 40-53 hrywny. Gdyby było nam mało to w karcie widnieje ponad setka piw butelkowych z wielu krajów! Te już droższe, bo od 69 do 119 hrywien i to często za zupełnie zwyczajne napitki.


Chyba najbardziej podobało się nam właśnie tutaj.


  • Gdzie spaliśmy?
Miejsc noclegowych jest bez liku - od luksusowych hoteli przez dziesiątki hosteli na kwaterach i apartamentach do wynajęcia kończąc.

Szukając noclegu kierowałem się dwiema wskazówkami: miało być blisko centrum (ale nie na samej Starówce, która w nocy nadal bywa głośna) oraz recepcja powinna działa również rano, bowiem przylatywaliśmy o godzinie 8. Do tego oczywiście istotna była cena.

Kilkukrotnie zmieniałem rezerwację (zwłaszcza z tego powodu, że chciano ode mnie "zadatki" na ukraińskie konta bankowe), aż w końcu wybór padł na Hostel Park Plus. Świetna lokalizacja - przy parku Iwana Franki, tuż obok końcowego przystanku trolejbusa z lotniska. Do centrum spacer zajmował może 10 minut. W pobliżu działały też 2 sklepy nocne, jeden normalny i "Cesarz". Hostel mieścił się w starej kamienicy na ostatnim piętrze.



Dwuosobowy niewielki pokój. Okno miał być z widokami i było... na chmury 😛. Gdy człowiek stanął na krześle to mógł nawet dojrzeć górne części drzew w parku. Wyposażenie hostelowe standardowe, choć liczba kibelków nie powalała: przy trzech sztukach potrafiły tworzyć się zatory.

Wieczorem obiekt sprawiał wrażenie wymarłego - pogaszone światła, nakazy zachowania ciszy aż do przesady. Wszyscy chowali się w pokojach. Za to z parku dochodziły wrzaski, krzyki i śpiewy - młodzież potrafiła drzeć się przez kilka godzin bez żadnej reakcji służb. Spanie z otwartym oknem było niemożliwe.



Obsługa raczej neutralna: nie przeszkadzała gościom, ale też nie próbowała niczego proponować ze swej strony. 

Za 3 noce płaciliśmy około 240 złotych (to wychodzi 40 złotych za osobę na noc).

  • Język.
Ameryki nie odkryję, gdy napiszę, że we Lwowie mówi się po ukraińsku. Rosyjski słychać rzadko. Kwestia językowa była tą, która budziła moje największe obawy: rosyjskiego nie uczyłem się w szkole, ukraińskiego tym bardziej. Z drugiej strony osoba, która trochę liznęła czeskiego, zawsze ma łatwiej - przynajmniej moim zdaniem - zarówno przy językach wschodnich, jak i bałkańskich. No i na szczęście w miarę znam cyrylicę.

"Gadaj po polsku, wszyscy cię zrozumieją" - słyszałem. Z tym rozumieniem po polsku jest jak z Prawdą na rynku - leży po środku. Owszem, jakieś najprostsze rzeczy zazwyczaj szło sobie wyjaśnić, ale wielokrotnie widać było, że Ukraińcy nie wiedzą o co nam chodzi. Zapewne nie zdążyli jeszcze wyjechać nad Wisłę na saksy...

W wielu knajpach menu jest w języku angielskim (czasem też polskim), ale bywało i tak, że Teresa składała zamówienie w English, a kelnerka upewniała się po ukraińsku 😛. Znajomość angielskiego wśród młodych ludzi wcale nie była tak powszechna, jak by to się mogło wydawać.

Za to na ulicy nie zginiemy - wszystkie nazwy są dwujęzyczne.


Zauważyłem pewną manierę (modę?) na polskich blogach i forach - podawane są lokalizacje czy nawet nazwy obiektów w angielskiej transliteracji. Możemy więc przeczytać o Rynok Square, Virmens'ka St., czy Brativ Rohatyntsiv St.. Czy autorzy nie wiedzą iż znaki w cyrylicy mają odpowiedniki w języku polskim czy po prostu chodzi o szybsze "kopiuj-wklej"? I czy są tak konsekwentni, że pojawi się np. Nikita Khrushchev co rządził w Kyiv i odwiedzał Lychakivs’kyi tsvyntar? 😛

  • Lwów na 1 dzień....
...czy warto? I tak i nie. Tak, bo zawsze lepiej być gdzieś na krótko niż wcale. Nie - bo będzie człowiek pędził, tak właśnie robią organizatorzy jednodniowych wycieczek do tego miasta; pełno od nich ofert w województwie podkarpackim.

Jednak jak najbardziej jest to wykonalne: starówka z wejściem na wieżę ratusza, najważniejsze świątynie (katedra łacińska, ormiańska, cerkiew Uspieńska i dawny kościół bernardynów), potem Cmentarz Łyczakowski. Zapewne starczyłoby czasu i na wizytę w soborze św. Jura.




2 komentarze:

  1. Bardzo dobra notatka. Dla kogoś jadącego do Lwowa, myślę że jest tu sporo przydatnych informacji (konkrety!).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Takie było założenie :) choć wiem, że takich "zbiorów" w sieci jest sporo.

      I się szybko dezaktualizują - przeczytałem, że wieża ratuszowa w maju kosztowała już 40 hrywien! No, ale ja podaję z okresu mojego pobytu, żeby nie wprowadzać zamieszania.

      Usuń