niedziela, 31 maja 2015

Podlasie - spływ tratwą po Biebrzy

Jest godzina 20-ta, wiatr ucichł, więc w końcu możemy zacząć spływ Biebrzą. Cieszymy się jak dzieci, choć niebo już wyraźnie wskazuje, że koniec dnia coraz bliżej... Początkowy plan zakładał odcinek Wroceń-Osowiec, jednak wobec warunków atmosferycznych (silny wiatr wiejący przez większość dnia), realny wydawał się co najwyżej leżący nieco po ponad połowie tego dystansu Goniądz.



Jaka jest różnica między tym, co było wcześniej, świadczy fakt, że w ciągu 5 minut przepłynęliśmy więcej, niż przez dwie godziny w południe ;)



Chmury tworzą na niebie różne ciekawe i groźnie wyglądające zjawiska - ale bez obaw, to nie zwiastuje deszczu. Nie dzisiaj.




Za lasem mija nas dwójka ostatnich rybaków w wąskiej łódce. Pytają się, czy mamy jak zrobić ognisko, bo na noc zapowiadają -2 stopnie! Odpowiadam, że mamy grilla. Spojrzeli trochę dziwnie i odpłynęli.



Trochę nas zmroziła ta informacja, ale jakoś przecież sobie damy radę! Na razie mijamy kolejne niewielkie odnogi, na jednej łabędzie stanowisko wysiadywawcze ;)


Im ciemniej, tym ciekawiej - nad wodą zaczyna unosić się mgiełka.


Płyniemy gdzieś do 22.20 - ja wolałbym, aby płynąć jeszcze dalej, bo tak naprawdę przebyliśmy może ze 2 kilometry (a sama trasa do Goniądza ma ponad 12), ale chłopaki upierają się, że to najwyższa pora na kolację. No dobra, cumujemy do brzegu po suwalskiej stronie Biebrzy (a więc pierwsze na tym wyjeździe zetknięcie z Suwalszczyzną). Goniądz zresztą widać z tego miejsca, z racji położenia na wzgórzu nie może to być nic innego.


Na rozpałkę do grilla próbujemy trzcinę...


Kiepski pomysł - pali się słabo i śmierdzi. W końcu jednak udaje się rozpalić owo cudo i zaraz lądują tam różne pyszności - swojskie wuszty, boczek z Lewiatana (bardzo smaczny), pieczarki, chleb itp.


Generalnie obżarliśmy się aż miło :) Zaraz potem opuszczamy roletę, bo z każdą minutą robi się coraz zimniej. Siedzimy przy świeczce, rozgrzewając się rozmaitymi napitkami, ale chłód czuć, choć do -2 to jeszcze trochę brakuje.


Noc jest zimna, w dodatku przez cały czas coś trzaska i mam wrażenie, że to tratwa się rozsypuje. Dopiero nad ranem okazało się, że to roleta w pewnym miejscu nie była domknięta i wiatr nią ruszał ;) Potem jeszcze coś ciężkiego łazi po tratwie - zapewne jakieś wielkie ptaszysko.

Poranek rozwiewa nasze złudzenia co do planów spływowych...


Jest słonecznie, ale wieje mocno i już wiemy, że płynąć się nie da. No to uderzamy w kimono i czekamy...



W południe Eco smaży jajecznicę, którą wyczuwają nawet mijający nas kajakarze (jedyni żywi ludzie tego dnia, których widzieliśmy). Pytają się, czy nie zamarzliśmy w nocy :)



Ten też spożywa obiad ;)


Na dworze pogoda zmienna - raz leje, raz świeci słońce. Jedno się tylko nie zmienia - pieprzony przeciwny wiatr!



Widać też doskonale, jak blisko startu jesteśmy - las w tle, to ten, który mijaliśmy na pierwszym wczorajszym winklu, a domy to jeszcze Wroceń.


Godziny lecą, każdy sobie radzi jak może...


Wreszcie popołudniem wiatr zaczyna słabnąć! Robimy pospiesznie grilla, w końcu trzeba mieć siły, bo być może konieczne będzie płynięcie całą noc. I o 18-tej następuje kompletna cisza wietrzna - odpływamy!


Teraz płynie się pięknie - nurt nas sam niesie, przez większość czasu nawet nie trzeba kierować, czasem wystarczy jeden ruch wiosła i tratwa elegancko skręca. Żadnego odbijania się od brzegów i walki pod prąd...




Eco zalicza również kąpiel ;)


Wychodzimy też na dach, obserwując, jak nasza tratwa delikatnie kręci się dookoła siebie.


I znów powoli zapada zmierzch, tym razem z niemal bezchmurnym niebem.



Mamy w końcu nagrodę za cały dzień wyczekiwania :)



Mimo wszystko decydujemy, że nie będziemy płynąć do Goniądza (pierwotny plan do Osowca upadł już wczoraj), ale zadokujemy w Dawidowiźnie. Dzwonimy więc do Roberta (właściciela tratw) i ten podaje nam miejsce, gdzie mamy przybić.


Około 22-giej widzimy zabudowania wioski - w sumie myślałem, że zajmie nam to więcej czasu. Na wodzie jesteśmy 4 godziny, zwykle średnie tempo spływu to ok. 1 km/h, więc płynęliśmy szybciej - nie wiem czy to zasługa tego, że pod koniec trochę pagajowaliśmy, czy rzeki Ełk, która w pewnym momencie dołączyła do Biebrzy (choć w którym to nikt nie skojarzył).

Jest już miejsce do przybicia, ale prąd jakoś nas znosi, a jak na złość Grzesiek akurat gada przez telefon. We dwóch z Eco nie umiemy się ustawić do brzegu, więc krzyczę już wściekły do Grzesia: "teraz to możesz sobie gadać aż do Goniądza!". Na szczęście ten rzuca rozmowę i we trójkę dajemy radę się cofnąć - wyskakuję na brzeg, wbijam kij, mocowanie sznura, uff, uratowani, bocian :D

Wieczór jest cieplejszy niż wczoraj, jesteśmy spokojniejsi, ogólnie jest miło :)

Rano budzi nas hałas - ktoś łazi po tratwie! Licho?! Nie, to rybak któremu przyblokowaliśmy łódkę, usiłuje ją sobie wydostać. W nocy nie było tego widać.


Jest ładnie i nie wieje, więc mimo iż Grzesiek jeszcze leży, to odbijamy - trzeba wykorzystać pogodę. Pierwsze kilka minut radości i... zrywa się wiatr! Błyskawicznie wbija nas w przeciwległy brzeg, a potem zaczyna znosić do tyłu, w zatokę o nazwie Tur. Powtórka z dramatu, panika, bo nawet nie można za bardzo dobić do brzegu, cały czas się cofamy - dopiero po dramatycznej walce udaje się zakotwiczyć, ale i tak jesteśmy w czarnej dupie, mimo, że ledwie kilkaset metrów od miejsca, gdzie nocowaliśmy!


Sytuacja wydaje się beznadziejna, bo przy tym wietrze nie jesteśmy w stanie wydostać się z zatoki. Idziemy więc spać (nigdy tyle nie spałem na wyjeździe co tym razem). Po pobudce burza mózgów - jest już południe, a dziś mamy zdać tratwę. Gorączkowe "co robić"? W końcu Eco wskakuje do wody i jak rosyjski burłak dzielnie ciągnie tratwę kilkaset metrów, tak, że wydostajemy się z $%#@ zatoki!


Dobra, czarna dupa jest ciut mniejsza, ale nadal płynąć się nie da. Stwierdzamy, że gdy trochę ucichnie to spróbujemy dowiosłować do drugiego brzegu, a stamtąd dociągnąć lądem tratwę do miejsca skąd wypłynęliśmy - to może z 300 metrów, ale nie wiemy jaki tam jest brzeg, czy czasem nie same szuwary...

Nagle przestaje wiać, więc przedzieramy się na drugi brzeg w miarę łatwo, ku naszemu zdziwieniu. Uff...


Ponieważ cisza się utrzymuje to podejmujemy decyzję, aby jednak próbować dostać się do Goniądza, który zresztą widać jak na dłoni.


Przez pół godziny jest dobrze, trochę wieje, ale odpychając się od drugiego brzegu posuwamy się naprzód.


W tyle widać ciemne chmury i to znak rychłego załamania pogody.


I rzeczywiście - silny wiatr znowu wbija nas w prawy, suwalski brzeg. Zaczyna ostro lać.


Ponownie trochę ustaje, ponownie próbujemy płynąć - idzie jako tako, ale ciągle na zasadzie odpychania się od brzegu.

I wtedy po raz kolejny na tym wyjeździe objawia się licho - tym razem przybrało postać dwóch morderców ryb (czytaj: wędkarzy). Sugerują nam, aby nie płynąć krótszym, aktualnym korytem Biebrzy, bo ponoć jest wąskie i zarośnięte, tylko starym, bo szerokie i łatwiej się płynie. Jak miejscowi to pewno wiedzą lepiej - myślimy.

Z początku rzeczywiście jest łatwiej, bo po raz pierwszy i jedyny płyniemy z wiatrem. Na zakręcie zaczyna się kicha - ciągła walka pod wiatr, który spycha nas dosłownie w każdą odnogę i zatokę. Kwadranse mijają, a my zbliżamy się do celu baaardzo powoli. W akcie desperacji Grześ wyskakuje na brzeg i tam gdzie można - ciągnie po prostu tratwę jak burłak, a my pomagamy mu kijami.


Wolno i ciężko to idzie, w dodatku co chwilę twardy brzeg zastępują szuwary i trzciny. W pewnym momencie Eco rozbiera się do rosołu (aby nie moczyć znowu gaci) i w samym klapkach niczym nagi zesłaniec zaczyna ciągnąć tratwę :D
 
Mamy mu pomagać, ale prawie sikamy ze śmiechu, a aparaty i kije wypadają z rąk :D W końcu gdy tratwa rusza, to co chwilę słychać zza trzciny: "Ała, moje jajka, aj, mój odbyt, kur...a..." i cisza. Eco niknie nam z oczu, okazuje się, że wpadł w głęboką kałużę :D Dobrze, że jednak był nagi :P

Po jakimś czasie Grześ (ubrany) ciągnie nas z drugiej strony.


Docieramy w końcu do nowego koryta Biebrzy, którym, jak się okazało, powinniśmy płynąć, a nie słuchać licha-wędkarzy! Nadłożyliśmy prawie kilometr, czyli co najmniej z półtorej godziny!


W tym też miejscu jeden z klapków Grzesia postanawia popływać - widzę go, jak jest już na środku rzeki. Eco nawet chce skoczyć na ratunek, ale pomaga nam straż w motorówce, krążąca po okolicy (podejrzewam, że postanowiła sprawdzić czy jeszcze żyjemy i w jakim stanie ;) ).

Widać już wyraźnie miejsce do cumowania, widać nawet Izę, która ma dalej z nami wędrować w następne dni, a od paru godzin siedzi w Goniądzu i bezradnie obserwuje nasze wysiłki... Jeszcze pod sam koniec mija nas kilka łódek silnikowych z leniwymi turystami (to niby park narodowy, ale zarabia na tym, czego innym zakazuje), które powodują fale wcale nie poprawiające naszego toru spływu.

Ostatecznie o 19.20 dobijamy do brzegu w Goniądzu, gdzie czeka, oprócz Izy, Robert z ojcem aby odebrać tratwę. Jest zmęczenie ale i radość, bo naprawdę przepłynąć ten odcinek to było wyzwanie! Jakaś wycieczka schodzi właśnie nad Biebrzę i cyka nam zdjęcia, niczym bohaterom wracającym ze zdobycia wielkiej góry ;)



Spływ zakończony! Doskonale tutaj wyszło, na ile człowiek jest zależny od takich "błahostek" jak wiatr... Zostaje satysfakcja i trochę żalu, że nie udało się dotrzeć do Osowca, lecz w tych warunkach nie mielibyśmy szans w walce z jeszcze liczniejszymi zatoczkami i odnogami...

6 komentarzy:

  1. Super przygody za chyba niewielkie pieniądze. No nie wiem czy w Europie takie swojskie atrakcje są dostępne?Pozdrawiam serdecznie 😃

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. niewielkie to pojęcie względne - normalnie wypożyczenie tratwy na 3 dni kosztuje 600 złotych, więc trochę jednak się płaci ;) z racji, że nas było tylko 3, to dostaliśmy zniżkę.

      Czy w Europie można jeszcze tak spływać to nie wiem, w ogóle same tratwy na Biebrzy są chyba dość młodym pomysłem :)

      Usuń
  2. Ależ relacja. Czyta się to nie gorzej niż powieści Toma Clancy'ego ;)
    Dobrze że w ostatecznym rozrachunku daliście radę, choć w nieco okrojonym wariancie. A te zdjęcia z zachodów słońca, to aż proszą się o jakąś autorską wystawę. Pomyśl... ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dzięki za miłe słowa, ale ładnych zdjęć znad Biebrzy jest całkiem sporo i wcale moje nie są jakieś wyjątkowe :)

      Usuń
  3. O matko, ale akcja:)
    Przekonałeś mnie, że nie ma się co porywać na 2-dniowy spływ z 7-latkiem.
    Piękna trasa, a co za przygody:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W dwie osoby tylko, w sensie dorosły i dziecko? Nie, to zbyt ryzykowne nawet przy dobrej pogodzie i braku wiatru, bo zdarzają się sytuacje, iż muszę być dwie dorosłe osoby aby w razie czego używać kijów. W takiej wersji trzyosobowej to jak najbardziej :)

      Usuń