piątek, 27 czerwca 2014

Południowe Morawy i Dolna Austria - cz. I (z wizytą u książąt Liechtensteinów i winiarzy)

Tegoroczny weekend bożocielny kręcił się w tematyce książąt, zabytków i wina... książąt nie byle jakich - bo samych Liechtensteinów, którzy do tej pory zasiadają na tronie w swoim księstwie. Zabytków - nie byle poślednich, bo wpisanych na listę UNESCO. Wreszcie wina - nie żadnych zlewek, bo ze znakomitych morawskich winnic...

Tematyką przewodnią byłą jednak Dyja (Dyje/Thaya) - rzeka, która ciągnie się na austriacko-czeskim pograniczu i non stop pojawia się w kolejnych lokalizacjach.

Wyjazd zaczynam od krótkiej wizyty w Břeclaviu (Lundenburg) - nad Dyją stoi tam dawny zamek, przebudowany przez Liechtensteinów  w XIX wieku na romantyczną ruinę. Obecnie to wygląda jak ruina również z powodu zaniedbania...


A potem zaczyna się deser - Lednicko-valtický areál. To ogromny kompleks lasów, kryjący pałace, zamki, zameczki, stawy i inne części krajobrazu, wybudowane przez książąt, panujących na tych ziemiach od XIII/XIV wieku aż do ubiegłego. W 1945 rząd czechosłowacki najpierw ich okradł ze wszystkich posiadłości, powołując się na ich współpracę z hitlerowcami (co nie było prawdą), a potem zabronił powrotu w rodzinne strony, posiłkując się Dekretami Benesza. Liechtensteinowie, będący obywatelami suwerennego księstwa, a nie Rzeszy Niemieckiej, długo walczyli o zwrot dóbr - najpierw tuż po wojnie, potem po 1989, przez kilkanaście lat nie nawiązując oficjalnych stosunków dyplomatycznych z Rep. Czeską i Słowacją. Wszystko nadaremnie...

A wracając do zabytków: na pierwszy rzut położony w lesie Dianin chrám (Dianatempel), zwany też Randez-vous). Z boku wygląda jak zwykła wieża...


Ale en face to budowla przypominająca rzymski łuk triumfalny!



Wybudował ją w 1812 roku Johann I. Josef, podobnie jak kilka innych budynków arealu. Służyła głównie jako zameczek łowiecki.

Kilka kilometrów dalej jest miasteczko Valtice (Feldsberg)

Co ciekawe - nie są to Morawy, ale historyczna Dolna Austria. W 1920 roku nieomylni alianci wykroili z Dolnej Austrii trzy terytoria i przyłączyli do Czechosłowacji. Powody były różne - w dwóch wioskach mieszkała ludność słowiańska. W innych poszło o kolej - niby ważną dla Pragi. Tutaj wychodzi hipokryzja Czechów i aliantów. Kiedy Czesi i Chorwacji z Dolnej Austrii chcieli przyłączyć się do Czechosłowacji pod hasłem prawa do samostanowienia narodów - to dobrze. Kiedy Niemcy sudeccy i morawscy pod tym samym hasłem nie chcieli być w obcym państwie i dołączyć do swoich - to zły separatyzm.

Nawiasem mówiąc mocno niezrozumiała jest ta miłość aliantów do Czechosłowacji - przecież w ten sposób potraktowano nie tylko Niemców, ale również Polaków na Śląsku Cieszyńskim, Spiszu i Orawie (tereny bez ludności czeskiej/słowackiej, ale też ważne dla Pragi z powodu linii kolejowej i przemysłu), Węgrów (cała południowa dzisiejsza Słowacja, niemal w 100% węgierska) czy Rusinów na Zakarpaciu...

Gdyby nie korekta granicy w 1920 to Valtice nadal byłyby Feldsbergiem i w znajdującym się tutaj potężnym pałacu nadal mieszkaliby prawowici gospodarze (majątki w Austrii w większości do Liechtensteinów należą nadal). A tak, jest tylko muzeum, w dodatku z częściowym tylko wyposażeniem, bo zapobiegliwa rodzina zdążyła co cenniejsze rzeczy wywieźć przed wkroczeniem Armii Czerwonej.



Wnętrza tej głównej siedziby rodowej (określanej też jako pałac zimowy) warto i tak zobaczyć, aby spróbować sobie wyobrazić warunki życia arystokracji z najwyższej półki.



Herby rodowe są widoczne w wielu miejscach.


Do dzisiaj, z niewielką korektą, to oficjalny herb Księstwa Liechtenstein. W 1 polu: herb Śląska (charakterystyczna przepaska na piersi), w 2-gim: herb rodziny Kueringer, podobny do herbu Saksonii, w 3-im polu: herb Księstwa Opawskiego, w 4-tym herb wschodniej Fryzji.
Do tego jeszcze herb rodu von Liechtenstein (w środku) oraz Krnova (między 3 a 4 polem).

A więc trzy herby związane są ze Śląskiem :)

Oprócz pałacu w miasteczku warto zajrzeć do barokowego kościoła Wniebowzięcia NMP.


W środku, dość surowym jak na barok, jest m.in. obraz Rubensa.


Nad miasteczkiem, powyżej pasma winnic, znajduje się Kolonáda na Rajstně (Reistna) - klasycystyczny pomnik wystawiony przez Johanna I. w celu upamiętnienia swego ojca i braci.



Kolonada (bardziej mi się to słowo podoba niż perystaza) leży ledwie kilkaset metrów od granicy z Austrią, więc w czasach Zimnej Wojny była niedostępna dla obywateli, a na jej szczycie umieszczono punkt obserwacyjny.

Do 1925 roku obiekt ten leżał na terenie Austrii, po czym z niewiadomych dla mnie przyczyn wraz z okolicznym terenem przyłączono go do tych terenów dolnoaustriackich, które już od 5 lat znajdowały się w Czechosłowacji...

Do dóbr Liechtensteinów wrócimy jeszcze za kilka dni, a na razie ładujemy się do auta i boczną drogą wjeżdżamy do współczesnej Republiki Austrii - z dawnego przejścia granicznego jest ładny widok w kierunku Mikulova (Nikolsburg) - po prawej majaczy bryła zamku.


Przygraniczne tereny austriackie to region winiarski Weinviertel - nie dziwią więc liczne winne piwnice w mijanych wioskach.


W niewielkim miasteczku - Laa an der Thaya (kolejna miejscowość nad Dyją) zwraca uwagę ratusz - mniejsza kopia wiedeńskiego, całkiem podobny do tego z Liberca. Wybudowano go z okazji 50-lecia panowania cesarza Franciszka Józefa.


Jest tu też zamek - dziś muzeum piwa.


Patrzę na zegarek - godzina ledwie 18-ta, a mijane wiochy robią wrażenie wymarłych - większość Austriaków pochowała się w domach, a na szosach częściej spotkać można rowerzystę niż auto.



W niemal każdej miejscowości jest pomnik poległych w Wielkiej i II wojnie światowej - niektóre są naprawdę ciekawe, jak ten w Untermarkersdorf, gdzie żołnierz piechoty podnosi marynarza.


Niedługo przed ponownym przekroczeniem granicy widzę pomnik upamiętniający wypędzenie po 1945 roku Niemców z południowych Moraw (a konkretnie z powiatu Znaim-Znojmo).


Jest to jednocześnie mała wieża widokowa - można z niej popatrzeć w kierunku utraconych Vaterlandów...


...i zupełnie bez żadnego wspominania na okoliczne winnice i pagórki.



Pierwszą wioską za granicą są morawskie Hnanice (Gnadlersdorf) z dominantą późnogotyckiego kościoła św. Wolfganga.


Od razu też widać życie - po ulicach biegają dzieci, wałęsają się przechodnie, a w knajpie leje się piwo...

Dwa kilometry dalej jest nasza baza wypadowa - winiarska wioska Havraniky (Kaidling), leżąca 7 kilometrów do Znojma i na obrzeżach Parku Narodowego Podyji.


We wiosce jest niewielki kemping, gdzie zaklepałem domek. Ogólnie to jest to taka typowa miejscowość w Czechach, jaką lubię - cisza, spokój, spelunka z tanim piwem... tylko jedyna restauracja, nastawiona na Austriaków, ciut droga (choć bez przesady), nawet rachunki są po niemiecku. Ale przynajmniej po 20-tej nie było problemów z otrzymaniem jedzenia.


Z zabytków w Havranikach jest kościół św. Leonarda z XVIII wieku, stara fara z ogródkiem...


Sporo poniemieckich domów, raczej zaniedbanych (ten tutaj posiada imponujący oset!).


Główna wewnętrzna droga ma dość specyficznie oddzielone pasy ruchu... doniczkami.


Rondo również z tych pierwszego gatunku...


Jak wspomniałem, jesteśmy w środku regionu winiarskiego. Co rusz jakaś piwnica na wino...




Gospodarz kempingu również ma swoją winnicę - wita wszystkich kieliszkiem, można również u niego kupić trunek z okolicznych winogron. Świetny!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz