środa, 22 stycznia 2020

Beskid Śląski i Żywiecki jak za dawnych lat.

Marzył mi się wypad w góry w klimacie starych dobrych czasów z kumplami: trasa ani zdobywanie wysokich szczytów nie było najważniejsze, liczyło się towarzystwo, fajna zabawa i piwo wypite na szlaku 😀. Sądziłem, że w listopadzie uda nam się ruszyć we trójkę, w doborowym składzie; niestety, niektórzy zaczęli starzeć się szybciej niż spadają kartki z kalendarza, zatem wybrałem się tylko z Turystykonem (Radkiem).

Spotkaliśmy się w piątek w centrum Bielska-Białej, skąd autobusem podjechaliśmy do dzielnicy Wapienica (Lobnitz). Wysiadamy przystanek wcześniej niż planowaliśmy, gdyż z okien dostrzegłem odkryte stare napisy na jednej z kamienic. Język niemiecki nie jest tu przypadkiem, jeszcze w pierwszych latach okresu międzywojennego posługiwało się nim ponad 80% mieszkańców. Napisy wydobyto spod tynku niedawno podczas remontu budynku.



Zanim ruszymy w górę podchodzimy pod zaporę wodną, noszącą imię ostatniego prezydenta sanacyjnej Polski. Niedaleko zbiornika stoi drewniany domek, służący dziś jako restauracja. Na wewnętrznych belkach odkrywamy wyryte numery, a to oznacza, że mógł zostać tu przeniesiony z innego miejsca.



Radek jest przewodnikiem górskim, więc wszystkie górki zna jak własną kieszeń. Proponuje, aby spod zapory zacząć iść szlakiem niebieskim, a potem odbić z niego w drogę leśną i z północnego stoku Palenicy popatrzeć na wieczorną panoramę okolicy.


Jaworze i Jasienica w kompozycji smogowo-mgłowej (bardziej smogowej).



Nad dawnym miastem wojewódzkim i doliną Białej także unosi się charakterystyczny szary wytwór spracowanych ludzkich rąk. Horyzont zamyka końcówka Beskidu Małego, czyli Hrobacza Łąka.


Opuszczamy szeroką drogę służącą głównie do zwózki drewna i próbujemy iść na przełaj na wspomnianą Palenicę (Spitzberg). Co jakiś czas przecinamy wąskie ścieżki, w większości wydeptane przez zwierzęta i ciągle zastanawiamy się w którą odbić. Wszystkie wyglądają podobnie, zwłaszcza, że zapadł już zmierzch. Za nami zapaliły się setki światełek.



W końcu udaje nam się odnaleźć szczyt, na którym znajdują się pozostałości średniowiecznego grodziska albo jeszcze starszej starożytnej warowni, o tej porze jednak praktycznie ich nie widać. Schodzimy więc w dół i łączymy się z niebieskim szlakiem. Ten zaprowadzi nas bezpośrednio na Błatnią; przy drzwiach schroniska meldujemy się po półtorej godzinie marszu.

Błatnia to jeden z tych obiektów, które odwiedzałem jako bajtel z rodzicami, gdy spędzaliśmy urlopy w Brennej. Jakby policzyć to pewnie okazałoby się, że byłem tu kilkanaście razy, ale nigdy nie spałem. Ostatnia wizyta wypadła chyba w poprzedniej dekadzie, zatem cieszyłem się na możliwość spędzenia nocy w tym miejscu.

W środku - mimo piątku - jest pusto. Ładujemy się do pokoju, gdzie stwierdzamy, że kaloryfer mamy zimny jak lód. Na szczęście w nocy zaczął działać. Zrzucamy plecaki, zakładamy ciuchy wieczorowe i meldujemy się na jadalni. Obiad, piwko, człowiek siedzi zadowolony.


Oprócz nas kręci się tu tylko jeden facet, wysoki i łysy. Okazuje się, że to Brytyjczyk (już nie pamiętam czy Anglik, Szkot czy może Walijczyk?). Od wielu lat mieszka w Orzeszu i tam przypadkowo poznał się z innym Brytyjczykiem tam bytującym. Miasto nie należy do jakiś wielkich, a wpadli na siebie dzięki wizytom w warsztacie samochodowym 😛 . Ten pierwszy nie znał polskiego (to raczej dziwne, jak on się dogaduje na co dzień?), ten drugi pracował jako native speaker, a język ćwiczył m.in. w górach, przyjeżdżając na Błatnią. Niestety, pół roku wcześniej pokonał go rak. Właśnie dzisiaj jego żyjący brytyjski przyjaciel przyszedł do schroniska, wkrótce zjawi się jeszcze grupa uczniów zmarłego i wspólnie będą go wspominać. Przy stole pełnym jadła i napitku - tak jak lubił 😛.
Oczywiście skorzystaliśmy z okazji i również dołączyliśmy się do wspominek, które ciągnęły się dłuugo w nocy 😊. W sumie mieliśmy sporo wspólnych tematów, bo całe towarzystwo pochodziło z mojej rodzinnej okolicy.

Poranek przedstawił się słońcem i silnym wiatrem. Widać jednak, że w tle mocno się chmurzy.


Na śniadanie tradycyjnie jajecznica.


Schronisko na Błatniej wybudowało w okresie międzywojennym Touristen-Verein "Naturfreunde" z Aleksandrowic. Jak na tak popularną miejscówkę jest całkiem sympatyczne.


Zbieramy się niespiesznie. Właściwy szczyt Błatniej (917 metrów n.p.m.) ma formę kopca otaczającego studnię, zaopatrującą w wodę schronisko.


Patrzę w kierunku północnym na miasta i wioski Górnego Śląska. Pomiędzy rzędami bloków co jakiś czas trafi się wieża kościelna albo jakiś zakład.



Ruszamy żółtym szlakiem na wschód. Wieje coraz mocniej, ale na razie ciągle mamy słońce.



Zbiornik Goczałkowicki akurat zakryła chmura.


Trzy Kopce, stąd już niedaleko do Klimczoka. Od 1937 do 1945 stało tu nieduże schronisko, podobnie jak na Błatniej prowadzone przez miejscowych Niemców, tylko właścicielem były osoby prywatne, a nie organizacja turystyczna. Jedną z sal wynajmowało także Polskie Towarzystwo Tatrzańskie.



Gra świateł i cienia na tle Kotliny Żywieckiej.


Wdrapujemy się na Klimczok, najwyższy nasz szczyt tego weekendu (1117 metrów n.p.m.). To granica administracyjna i historyczna - między Śląskiem i Małopolską. Przyszliśmy od śląskiej strony, a zaraz zejdziemy do goroli, gdzie stoi kolejne schronisko 😏.



Po lewej stronie mijamy jakiś dziwny ogródek pełen kamieni z różnych gór i flag. Żółto-niebieskie barwy cieszą oko, ale całość zupełnie tu nie pasuje!


Schronisko na Klimczoku - a właściwie na Magurze - jest jednym z najstarszych w Beskidach. Dawna Klementinenhütte (Klementynówka) mogłaby być w ogóle numerem jeden pod względem wieku, ale krótko przed otwarciem w 1895 roku spłonęła, więc wyprzedził ją Javorovy. Po odbudowie oficjalnie otwarto je w maju 1897 roku i ta data oznacza pierwszy beskidzki obiekt typowo dla turystów na terenie obecnej Polski. Z kolei najstarszym schroniskiem w polskich Beskidach, które zachowało swój oryginalny kształt, jest pobliska Szyndzielnia, uruchomiona dwa miesiące po Klimczoku. Wszystkie trzy wspomniane budynki zostały postawione przez albo przy współudziale Beskidenverein - główną siedzibą tej organizacji było Bielsko.


W środku tłok, hałas i zaduch, zajmujmy ostatni wolny stolik. Zamawiamy po piwie, a Radek otrzymuje darmowe ciasto w ramach wspierania przewodników. Fajny gest. Konsumujemy co trzeba i ruszamy dalej, tym razem według znaków koloru czerwonego.

Co jakiś czas mamy ciekawe widoki - zarówno na Skrzyczne...


...jak i zurbanizowane tereny Górnego Śląska i skrawka Małopolski (w tym przypadku Białej).



Horyzont jest ciemny, pewnie tam nawet leje. Czasem jednak przez dziurę w chmurach przebije się słońce i coś rozjaśni. Poniżej blokowiska Żor.


A tu kapitalnie podświetlona Elektrownia Łaziska i hołda, oddalone o jakieś 45 kilometrów. Wielokrotnie patrzyłem stamtąd na Beskidy, lecz w drugą stronę nigdy nie udała mi się taka sztuka.


Wijąca się ekspresówka S1.


Jezioro Żywieckie oraz węzeł szlaków; my skręcamy w lewo.



W krzakach spoczywają pozostałości... basenu kąpielowego. Wybudowany w latach 30. ubiegłego wieku przez niejakiego Emila Grisinga, musiał być dużą atrakcją dla turystów. Emil postawił także swoje własne schronisko (był również dzierżawcą Klementynówki). Ani one ani kąpielisko nie przetrwało przejścia frontu w 1945 roku.


Jeszcze trochę widoków na dolinę Białej i Bramę Wilkowicką oddzielającą Beskid Śląski od Małego.




Schodzimy do Bystrej. Miejscowość ta, podobnie jak Bielsko-Biała, powstała z połączenia dwóch bliźniaczych, ale osobnych wiosek - Bystrej Śląskiej (Bistrai) i Bystrej Krakowskiej. Granicę wyznacza rzeka Biała, a zlepiono ją w jedność dopiero trzy lata po śmierci Stalina.


W restauracji za mostem, po śląskiej stronie, czeka już Aldona, żona Turystykona. Zjadamy coś na ciepło i wskakujemy do auta, aby zmienić pasmo górskie - jedziemy do Rycerki Kolonii, w Beskid Żywiecki.

Na Przegibku odbywa się dzisiaj spotkanie absolwentów kursu przewodnickiego, więc Radek pojawi się tam "służbowo", a pozostała dwójka w ramach towarzystwa 😏. Zapada zmrok, nie przeprowadzamy długiego i ambitnego ataku szczytowego - do schroniska podeszliśmy najszybszą, nieoszlakowaną leśną drogą. W górnej części mija nas rowerzysta, jemu nachylenie terenu chyba w ogóle nie przeszkadza.


Impreza jest dość specyficzna, ponieważ część towarzystwa kursowego to wyższa liga (przynajmniej w ich mniemaniu). Zajęli duży stół na poddaszu i nie dopuszczają tam pospólstwa nie należącego do rodziny; zupełnie mi to jednak nie przeszkadza, w jadalni na parterze spędzam czas równie przyjemnie (albo i bardziej) co oni. Później nawet dostałem pozwolenie na dołączenie do zastrzeżonej strefy 😛.

Niedziela znowu jest wietrzna. Pojawia się trochę słońca, ale przez większość dnia dominują chmury. I tak wczoraj mieliśmy z Radkiem szczęście - nad Beskidem Śląskim otworzyło się okno pogodowe, natomiast Żywiecki tonął w mroku...

Trzeci raz w 2019 roku odwiedziłem to pasmo i trzeci raz zahaczyłem o Przegibek.


Ostatni akcent weekendu, ten najmniej miły, to już zejście do samochodu i powrót do domu. Korzystamy z zielonego szlaku prowadzącego przez wycinkowy armagedon.


To był kolejny udany wyjazd w góry, dopisali zwłaszcza ludzie 😊. A na następną górską przygodę nie musiałem długo czekać, bo tylko kilkanaście godzin do poniedziałkowego rana 😛.

2 komentarze:

  1. Fajnie się prezentował Beskid Mały drugiego dnia. I fajne połączenie dwóch pasm :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo Beskid Mały lepiej wygląda z daleka niż z niego samego :P

      Usuń