piątek, 19 czerwca 2020

Ustrzyki Górne w deszczu, Mała i Wielka Rawka na pocieszenie.

Ostatni poranek w Bieszczadach wita mnie deszczem... Jakoś mnie to wcale nie dziwi. Komplikuje jednak resztę dnia, skoro autobus powrotny na Śląsk mam dopiero o 21.40. Co ja będę robił cały dzień? Na wielogodzinne siedzenie w barze mnie nie stać...

Na początek próbuję się rozgrzać pod prysznicem, ale woda jest co najwyżej letnia. Jeszcze nie udało mi się spotkać w "Kremenarosie" ciepłej. Podobno to wina ogrzewania z paneli słonecznych, ale mało to interesuje człowieka przy tej pogodzie. Następnie wcinam na śniadanie jajecznicę, niechętnie się pakuję i punktualnie o 10-tej oddaję klucz. Plecak zostawiam w części restauracyjnej schroniska, w kącie - obsługa jest przyzwyczajona, bo turyści czekają na transport aż do wieczora, wczoraj tak robiło kilka osób.

Idę się przejść po Ustrzykach Górnych (Устрики Горішні). W deszczu wyglądają jeszcze bardziej ponuro niż zwykle...



Mijam zamknięte lokale... "Bieszczadzką Legendę" zlikwidowano. Podobno rzeczywiście była legendarna. No cóż, ja tam zajrzałem ze dwa razy i wszyscy w środku byli już w takim stanie, że ciężko było z kimkolwiek się dogadać.


Kemping i hotel PTTK. Nawet zastanawiałem się nad noclegiem pod namiotem, ale zarządcy lekceważyli wszelkie próby kontaktu. Ludzie jednak tam są, zwłaszcza z hotelu dochodzą radosne, podchmielone głosy.


Doszedłem do końca wioski i zawróciłem. Na chodniku dwaj osobnicy, którym aura absolutnie nie przeszkadza.


Siadam na chwilę na przystanku przy głównym skrzyżowaniu. Co chwilę ktoś się pojawia i pyta, czy przyjedzie jakiś autobus. Nikt nic nie wie, wiszące rozkłady są dawno nieaktualne, podobnie jak te w internecie. Podobno coś kursuje, ale pewności żadnej nie ma. Jakiś facet przekonuje mnie, że jutro będzie ładna pogoda i wtedy też można pójść w góry, tak jak on planuje. Też mi pocieszenie... Wybiegając w przyszłość - musiał się zdziwić, bo w kolejny dzień było jeszcze gorzej 😛.

Ustrzyki posiadały kiedyś drewnianą cerkiew, wybudowaną w 1908 roku w narodowym stylu ukraińskim. Na mapie zaznaczono cerkwisko, więc próbuje je odszukać. Bezskutecznie, chyba ślad po niej nie został. Miała stać gdzieś tutaj, niedaleko bezpłciowego kościoła katolickiego, postawionego w latach 80-tych. Przetrwała ona wypędzenie mieszkańców, później prawdopodobnie ją spalono.



Prawie przestało padać, więc wracam do schroniska, wyjmuję kijki i coś do picia, po czym rozpoczynam plan rezerwowy na dzisiaj: przejdę się na przełęcz Wyżnańską, a potem skoczę na połoninę. Jeszcze nie wiem, na którą...


Liczę, że 6 kilometrów asfaltu nie będę musiał pokonywać w całości z buta - idzie się szybko i nawet przyjemnie, ale jednak to trochę bezsensowne... Na razie jednak nic nie jedzie w moim kierunku. No, prawie nic - przemknął wypasiony wóz straży parkowej, której kierowca nie raczył obrzucić mnie spojrzeniem. Z przeciwka ruch większy, spotykam nawet dwuosobowy pieszy patrol straży granicznej.


Minąłem odbicie niebieskiego szlaku na Wielką Rawkę i kawałek dalej zatrzymał się trzeci przejeżdżający samochód - para seniorów także jechała na przełęcz, więc po kilku minutach byłem u celu. Spoglądam na zachmurzoną Połoninę Wetlińską...


Wybieram kierunek południowy, czyli Rawki. Płacę haracz na PN i częściowo zapełniony parking pozostaje za mną.


Zawsze chodziłem tędy po zmroku albo we mgle, więc nawet nie wiedziałem, że z drogi poniżej Wyżniańskiego Wierchu tak ładnie widać Tarnicę i okolicę.




Nie omieszkuję odwiedzić bacówki. A może bardziej "obiektu PTTK", gdyż słowo "bacówka" zostało zaklejone na tablicy nad wejściem (niechlujnie, ale jednak).


Pora za wczesna na obiad, więc zamawiam piwo. Rzemieślnicze, smaczne. W środku po raz pierwszy od dawna można sobie przypomnieć, iż jest epidemia - facet z obsługi niestrudzenie zwraca turystom uwagę, że w środku należy mieć maseczki, które można zdjąć siadając przy stoliku. Absurd? Tak, lecz takie są przepisy. Nikogo oczywiście nie wygania, lecz przypomina. Reakcje klientów są rozmaite:
* jedni się kajają,
* drudzy zaczynają tłumaczyć:
- Ale żona nie może...
- Ale ja mówię do pana, a nie do żony!
* a trzeci przyjmują obronę przez atak:
- W miejscach publicznych już nie trzeba! - co jest oczywiście nieprawdą.
Co ciekawe, mnie uwagi nie zwracał 😛. Druga ciekawostką jest fakt, że jesteśmy w okolicy, gdzie w momencie mojej wizyty nadal nie było ani jednego przypadku zdiagnozowanego zakażenia; w całej Polsce dotyczyło to ledwie kilku powiatów. Oficjalnie wirus pojawił się tu dopiero w połowie czerwca.

Główną atrakcję stanowi wielki, kudłaty kot. Cwana bestia. Najpierw leżał koło mnie na ławie, ale gdy na chwilę odszedłem, to od razu wykorzystał okazję i wskoczył... na mój polar. Nawet umieszczone pod nim kijki mu nie przeszkadzały.


Tymczasem na zewnątrz przebija się słońce!



Po zakończeniu posiedzenia ruszam w dalszą drogę na szczyt. Znowu wszędzie pełno błota, więc zaczynam używać kijków i po chwili ruszam się z nimi automatycznie jak robot, posuwając się szybko naprzód. Czasem mam wręcz wrażenie, że biegnę - to prawda, że z kijkami można się poczuć jak z czterema nogami... Doganiam i zostawiam w tyle kilka osób, które wyszły z bacówki przede mną. One jednak miały plecaki.


Ostatecznie na Małej Rawce melduję się po pół godzinie. Mapy podają 60 minut podejścia, lecz pamiętam, że gdy wchodziłem tu cztery lata temu z bagażem, to także udało mi się zbić ten czas.

U góry nie mogę narzekać na widoki. Co prawda większość nieba nadal okupują chmury, ale gdzieniegdzie przeciśnie się coś jaśniejszego. Ładnie.





A na horyzoncie ciemno. U Słowaków chyba leje.



Wygląda to trochę przerażająco.


Odcinka między Małą a Wielką Rawką jeszcze nigdy nie przeszedłem, zatem zrobię to tym razem. Na wyższym szczycie stoi charakterystyczny austriacki słup geodezyjny.



Końcowym punktem mojej wizyty będzie węzeł szlaków - mógłbym stąd zejść niebieskim do Ustrzyk, ale nie spodobała mi się kiedyś ta trasa i wolę się cofnąć dokładnie tak, jak się tu dostałem.

Połonina Caryńska połowicznie w słońcu...



...ale z drugiej strony nadal groźnie.


Na pierwszym (ciemnym) planie pasmo graniczne - pamiętam, jak w 2018 roku wlekliśmy się nim w topniejącym śniegu. A z tyłu już nie-Bieszczady, tylko Wyhorlat (Vihorlat) i szczyt Wyhorlat.


Ustrzyki. Najłatwiej dostrzec maszt przy siedzibie straży granicznej. Przeczytałem, że ten obiekt (siedziba, nie maszt) został uznany za... najładniejszy w miejscowości i nawet organizuje się po nim wycieczki dla dzieci! "Pięknie wkomponowany w krajobraz". Chyba ktoś se jaja robi!


Cofam się na Małą Rawkę, spotykając osoby z bacówki. Niektórzy wyglądają na mocno zmęczone. W pewnym momencie słońce dociera i do mnie. Ależ cudnie!







Dzięki zoomowi widzę, że z Chatki Puchatka prawie nic już nie zostało. Na razie stoi jeszcze drewniany trójkątny budynek z jej sąsiedztwa.


Zejście do przełęczy Wyżnańskiej poszło sprawnie, choć niekoniecznie szybciej niż wejście. Na polanie sycę wzrok ostatnimi spojrzeniami w kierunku Tarnicy, Szerokiego Wierchu, Krzemienia i Bukowego Berda. Na prawo od nich niektóre stoki się świecą, na Ukrainie ciągle więcej słońca - to m.in. Wielki Wierch (Великий Верх) i Pikuj (Пікуй).



Poważnie zastanawiałem się, czy nie skoczyć jeszcze na połoninę Caryńską, ale niebo znowu się zaciągnęło, więc uznałem, że dam sobie spokój. Siadam na ławce przy parkingu na przełęczy Wyżnańskiej i nagle widzę poznanych w bacówce Jaworzec znajomych z Gdańska 😊. Też byli na Rawkach, ale weszli na nie wcześniej niż ja i schodzili niebieskim...


Gawędzimy sobie miło, również z ekipą uderzającą właśnie do bacówki pod Rawkami, a słońce ponownie zaczęło doświetlać okolicę. Trochę żałuję tej drugiej połoniny, trudno...


Gdańszczanie zwożą mnie do Ustrzyk i sądziłem, że ostatnie godziny w Bieszczadach spędzę samotnie w bufecie "Kremenarosu", lecz świat górski jest mały... Ledwo spocząłem przy stoliku i zamówiłem zupę, a pojawiła się następna osoba poznana na tym wyjeździe - kolarz-alpinista wysokościowy, który dwa dni temu także spał w Jaworcu! Na rozmowie i pożegnalnych piwach mija mi czas. Wreszcie po 21-godzinie zarzucam plecak i idę na przystanek autobusowy...

Kolejny wypad w Bieszczady stał się historią. Dziwny był i ciekawy jednocześnie... Pogoda potrafiła zaszaleć, lecz w kluczowych momentach stawała się łaskawa. Zobaczyłem nowe miejsca i nowych ludzi. Wracam do domu prawie całkowicie usatysfakcjonowany 😏.

7 komentarzy:

  1. Wspaniałe krajobrazy, jak łagodne zielone fale, leniwie przelewające się od zarania dziejów. Kocisko sprawia wrażenie jakby się dostroił do krajobrazu i tyleż co on zważa na krzątających się ludzi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zważa tylko wtedy, kiedy ludzie go głaskają ;) Takie koty to mają życie :D

      Usuń
  2. Piękne zdjęcia zderzenie słońca i ciemnych chmur, widoki obłędne. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Piszesz:
    "Odcinka między Małą a Wielką Rawką jeszcze nigdy nie przeszedłem, zatem zrobię to tym razem"

    W piździerniku 2018 roku mieliśmy tego farta, że z Małej Rawki "okładaliśmy się" się widokiem na Tatry, trafiliśmy w ten dzień, bo później z tak odległych widoków klapa, mimo pięknej jesiennej aury.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja wiosną 2018 pięknie Tatry widziałem z pasma granicznego. Natomiast z samych Rawek wtedy widoki były ograniczone.

      Usuń
  4. Tobie brzydka pogoda nie przeszkadza w robieniu dobrych zdjęć :-)

    OdpowiedzUsuń