sobota, 30 maja 2020

Łambinowice/Lamsdorf - historia obozami pisana.

Łambinowice, znane też jako Lamsdorf, to wieś gminna leżąca w powiecie nyskim, na pograniczu Górnego i Dolnego Śląska (ale jeszcze na terenie tego pierwszego). Liczy dwa i pół tysiąca mieszkańców, w centrum stoi neogotycki kościół, działa kilka marketów. Normalnie niczym by się nie wyróżniała, jednak na jej historii odcisnęły swoje piętno wielkie wojny XIX i XX wieku. W Lamsdorf przetrzymywano jeńców wielu narodowości, języków i ras. Najsłynniejszy jest obóz z czasów II wojny światowej, jednak przez kilkadziesiąt lat działało ich znacznie więcej:

* obóz dla jeńców francuskich z lat 1870-1871,
obóz dla żołnierzy Ententy z okresu I wojny światowej. Wykorzystano do tego budynki poprzedniego obozu oraz wzniesiono nowe,
* obóz funkcjonujący w czasie powstań śląskich. O nim wiadomo najmniej, właściwie znalazłem informacje tylko w jednym źródle. Może w ogóle nie istniał? Miano w nim przetrzymywać wziętych do niewoli powstańców oraz "podejrzanych" cywilów.
* obóz przesiedleńczy dla Niemców i Ślązaków, którzy nie mogli lub nie chcieli zostać w tej części Górnego Śląska, którą przyznano Polsce. Daty jego funkcjonowania to 1921-1924, lecz niektórzy mieszkali w nim dłużej. Jedyny obóz, do którego nie kierowano siłą,
* obozy jenieckie III Rzeszy. Było ich kilka: zaczęło się od obozu tymczasowego dla wziętych w niewolę polskich żołnierzy we wrześniu 1939 roku, potem pojawili się alianci zachodni (głównie Brytyjczycy) oraz wschodni (obywatele ZSRR). Do 1943 roku był to największy kompleks jeniecki w Niemczech,
* obóz polski, istniejący przez ponad rok, od lipca 1945. Oficjalnie był obozem pracy, choć określa się go również jako obóz koncentracyjny. Taka nazwa może budzić kontrowersje, lecz jest zgodna z definicją (izolacja na określonym terenie na czas nieokreślony, bez wyroku, ludność w dużej mierze cywilna), używała jej ówczesna administracja, a także niektóre publikacje IPN-u. Tym razem najliczniejszą grupą byli mieszkańcy okolicznych miejscowości - przeważnie Niemcy, ale o deklaracje narodowościowe nikt nie pytał. Ten etap dziejów Łambinowic przez cały okres PRL-u był tematem tabu.

W słoneczny, piątkowy dzień postanowiłem zwiedzić tereny dawnych obozów w ramach wycieczki rowerowej. Aby trochę skrócić dystans podjeżdżam pociągiem do Sowina (Sabine, od 1936 Annahof). Klimat z przystanku kolejowego jak na naszych wiosennych wycieczkach po Podlasiu i Suwalszczyźnie...


W Sowinie miał na mnie czekać Bastek, który rowerem chciał przebyć całą trasę. Ale go nie ma. Okazuje się, że za późno wyjechał w domu i jest gdzieś w połowie drogi. Siadam więc na swojego dwukołowca i ruszam w prawo, przyglądając się ostatnim domom wioski. Na jednym z płotów siedzi rudy kot i wyraźnie mnie prowokuje. Nic sobie nie robi z tabliczki o groźnym psie, gdyż ten już zapewne dawno zdechł...


Nie wiem, czy nazwa "Sowin" pochodzi od sowy, ale tabliczka fajna 😊.


Pół kilometra dalej jest skrzyżowanie. Za drogowskazami w cieniu czai się pomnik, który może być dobrym początkiem opowieści pod tytułem "jak to się wszystko zaczęło?".


Około 1864 roku władze pruskie zakupiły od powiatu niemodlińskiego (Landkreis Falkenberg - dzisiaj takiej jednostki administracyjnej nie ma) spore połacie ziemi i założyli na niej poligon. Żołnierze ćwiczyli w Lamsdorfie, a potem w Łambinowicach, aż do początku XXI wieku. Pomnik złożony z kamieni upamiętnia okoliczne poligony, wystawiono go w 1932 roku. Napisy nadal są częściowo czytelne, choć w przeszłości były smagnięte białą farbą, a rysunek z tarczą i liśćmi dębu kolorowy.


Gdy wybuchła wojna francusko-pruska właśnie w Lamsdorf uruchomiono jeden z kilku śląskich obozów wojennych. W pobliżu było dużo wojska, blisko też do Oppeln, stolicy rejencji. Niewątpliwym plusem była już częściowo istniejąca infrastruktura - Francuzów przetrzymywano w dawnych obozach artylerii, które potem siłami jeńców przekształcono w tzw. Lager I (bliżej wioski) oraz Lager II (oddalony o około 2 kilometry od centrum). To jedna wersja, inna mówi, że Francuzi wybudowali dla siebie obozy od zera. Przy Lagrze II założono również cmentarz, który zaczyna się zaraz za pomnikiem poligonów. 

To niezwykła nekropolia i chyba najciekawszy obiekt całego kompleksu! Chowano na nim żołnierzy i cywilów przez kilkadziesiąt lat, jej obszar rozrósł się do 4,5 hektara. Nie wiadomo ile dokładnie zwłok tam spoczywa, ale liczba ta idzie w tysiące.

Równe rzędy krzyży wśród zieleni drzew. Ofiary ludzkiej głupoty i polityki.





Cmentarz składa się z wielu sektorów z różnych okresów czasowych. Najstarsza jest nieduża kwatera francuska. Z 6 tysięcy jeńców na zawsze pozostało tu 52. Groby są w dobrym stanie, odnowione lub zrekonstruowane. Koledzy zmarłych ufundowali im duży krzyż, na cokole umieszczono napisy po francusku i łacinie. Wykonano go w znanym zakładzie kamieniarskim F. Stenzla spod Nysy.



Przez kolejne czterdzieści lat obok przybyszów znad Sekwany grzebano poddanych niemieckiego cesarza: żołnierze z lamsdorskiego garnizonu, osoby cywilne zmarłe w wyniku chorób i wypadków. Są sanitariuszki i pracownicy lazaretów, a nawet dwie parcele oznaczone jako "Kinder Graben". Te nagrobki są bardziej wyrafinowane niż proste, francuskie krzyże; niektóre to zwyczajne pomniki, takie jakie występują na każdym normalnym cmentarzu.







W dwudziestoleciu międzywojennym ku pamięci niemieckich żołnierzy postawiono betonowo-lastrykowy pomnik z Krzyżami Żelaznymi umieszczonymi na każdej z jego stron.



Po wybuchu Wielkiej Wojny z powrotem ruszył obóz jeniecki - największy powierzchniowo w swojej historii, gdyż poszerzony o lagry III-VI. Od 1914 roku zaczęli tu trafiać jeńcy (szeregowcy i podoficerowie) z armii rosyjskiej i serbskiej, francuskiej, brytyjskiej i belgijskiej, a potem także włoskiej i rumuńskiej. Ogólnie przewinęło się przez niego 90 tysięcy mężczyzn (ósmy pod względem wielkości obóz w Niemczech), zmarło 7 tysięcy. Początkowo warunki obozowe było przyzwoite, zmieniały się wraz z kolejnymi niepowodzeniami Cesarstwa na frontach, kiedy i zwykłym obywatelom zaczął w twarz zaglądać głód oraz bieda.

Najwięcej nagrobków skrywa żołnierzy rosyjskich. Sporo jest też rumuńskich, wiele z nich ozdobiono trójkolorowymi flagami oraz niezbyt pasującymi do reszty plakietkami. Czasem trafi się grób serbski albo włoski. Aliantów zachodnich nie ma. Albo nie umierali, albo zabrano ich szczątki do ojczyzn.

Większość krzyży to proste, minimalne formy, ale mniejszość - te z wcześniejszego okresu funkcjonowania obozu - posiadają skromne ozdoby.





Część pomników pękła i musiano je połączyć. Wybrane są odnowione, niektóre to kopie. Czasem na odwrocie widać zagipsowany ślad po nazwisku innego jeńca. Dziwne.


Ciekawe, czy Stan to imię, czy nazwisko?


Na wielu grobach widać skrót "GEM". Chyba "Gemeiner"? Tak w tamtych czasach określano zwykłych żołnierzy różnych formacji.


Macewa. Uszkodzona, inskrypcje są słabo czytelne, kiedyś posiadała zdjęcie. Haim Israel Goldenberg - podejrzewam, że z armii rosyjskiej.


Koniec Wielkiej Wojny nie oznaczał automatycznego końca niewoli. Jeńcy opuszczali obóz w 1919 roku, a byli też tacy, co dopiero rok później. Dotyczyło to zwłaszcza dawnych żołnierzy carskich, często nie mieli do czego wracać, ich państwo przestało wszak istnieć.

Cennymi pamiątkami z tamtych lat są pomniki wystawiane przez towarzyszy broni, którym udało się przeżyć. Kontynuowali oni pomysł zapoczątkowany pół wieku wcześniej przez Francuzów.

Mamy więc:
* pomnik serbski z 1917 roku. Napisy w cyrylicy i po niemiecku, zwieńczony figurą garbatej Niobe.



* pomnik rosyjski, kiedyś zakończony dwugłowym cesarskim orłem. Na bokach wyryto opis w językach rosyjskim, niemieckim, polskim, francuskim, hebrajskim i arabskim. Głosi on (wersja oryginalna):
Umarłym w ciężkiej niewoli
Towazryszom 
Rossyjskie jeńcy Lamsdorfu
Tutaj 
pochowano 3751 Rossjan.



* pomnik żołnierzy brytyjskich i wojsk kolonialnych z 1919.


* pomnik włoski (tablice informacyjne niezbyt tu pasują, lecz nie aż tak, by je od razu niszczyć).


* pomnik niemiecki poległych na wojnie, w formie kamiennego kopca.


Wspominałem już, że w okresie powstań śląskich Lamsdorf miał służyć jako obóz przetrzymywania polskich bojowników i podejrzanych cywilów. Brak jednak grobów z tego okresu, a trudno spodziewać się, aby nikt nie opuścił tego świata. Jak już pisałem - brak też o nim wiarygodnych źródeł, poza jedną pozycją, więc być może w rzeczywistości nigdy nie istniał. Natomiast po podziale Górnego Śląska zorganizowano tu obóz przesiedleńczy (Heimkehrlager) dla tych, którzy opuszczali ziemie włączone w granice państwa polskiego. Przede wszystkim chodziło o polską część Górnego Śląska (zwłaszcza liczna była grupa pracowników Dyrekcji Kolei w Katowicach), byli także Niemcy z Wielkopolski i Pomorza. Mieszkali tu z rodzinami, stąd groby cywilów, a także kwatery dziecięce. Pojawiają się daty z lat 30., a więc długo po oficjalnym zamknięciu w 1924 roku.



Z obozami międzywojennymi wiąże się także historia rodzinna. Mój pradziadek mieszkał pod Rybnikiem i grał na helikonie (odmianie tuby). Musiał być uzdolniony, gdyż miejscowi powstańcy śląscy uparli się, aby wstąpił w ich szeregi i umilał im czas muzyką. Przodek za polski Śląsk walczyć nie chciał, więc zabrali go siłą. Wbrew nadal obowiązującej propagandzie szeregi powstańców nie składały się wyłącznie z ochotników - tam, gdzie ich brakowało, stosowano normalny pobór. Pradziadkowi udało się uciec, ale i strzelano za nim i poszukiwano go później intensywnie z wyrokiem śmierci za dezercję. Czy można zdezerterować z ochotniczego wojska nie będąc ochotnikiem? Najwyraźniej można. Rodzinne opowieści wspominają o ukrywaniu się na polach w stogach siana, zatem pasowałoby to do II powstania, w sierpniu 1920 roku. Ostatecznie pradziadek przedostał się na niemiecką stronę i podobno miał potem przez jakiś czas przebywać właśnie w Lamsdorf. Tyle, że to mocno pokręcone... Czyżby chodziło o ten obóz dla powstańców i cywilów? Pradziadek powstańcem nie był (a przynajmniej nie chciał nim być), lecz Niemcy mogli wszystkich traktować jako potencjalne zagrożenie i wsadzać bez przyglądania się szczegółom. Tylko przecież nie wiadomo, czy ów lager w ogóle istniał!  Może mowa o obozie dla przesiedleńców? Też nie bardzo się zgadza, gdyż powstał prawdopodobnie już po wojnie górnośląskiej, a jego mieszkańcy przenosili się wgłąb Rzeszy, nie z powrotem w rodzinne strony, jak mój opa...
Minęło 100 lat od tamtych wydarzeń, więc chyba ta rodzinna zagadka nigdy nie zostanie rozwiązana.

Nagle moją uwagę przykuwa intrygujący podpis: Unßer heiliges Land is Deutschland! Grób SS-manów! Runy trochę obtłuczono, lecz i tak są dobrze widoczne. Dwóch nastolatków, chciało pobawić się w wojnę. Data śmierci ta sama, zapewne jakiś wypadek na poligonie, na którym wówczas ćwiczyły różne paramilitarne formacje.


W czasie II wojny światowej także chowano tu ludzi, ale praktycznie nic się po tych działaniach nie zachowało. Jeńców radzieckich grzebano za ogrodzeniem, zakopaniem na terenie cmentarza zaszczycono obywateli krajów zachodniej Europy. Jedynym śladem jest dawna kwatera brytyjska, skąd ciała w 1945 roku wykopano. Ekshumacja prowadzona była dość niechlujnie, pozostały jamy w ziemi oraz fragmenty grobów.


Przechadzanie się alejami wciągało; z Bastkiem, który mnie dogonił swoim rowerem, spędziliśmy na nekropolii ponad godzinę. Oprócz nas uwijała się grupa robotników, których głównym zadaniem było ścięcie wielkiego, usychającego drzewa. Fachmanami raczej nie byli, szło im topornie i gdy wieczorem znowu zajrzeliśmy na cmentarz, to nadal z nim walczyli...


Zaraz za cmentarzem rozciągał się kiedyś Lager nr II - pierwotnie obóz francuski, a we wrześniu 1939 roku Dulag (Durchgangslager) - obóz przejściowy dla szeregowców i podoficerów polskich. Później otrzymał oficjalną nazwę Stalagu VIII B, a "gościł" jeńców z wielu krajów, lecz najliczniejszą grupę stanowili Brytyjczycy, stąd popularna nazwa Britenlager. Do dziś nie przetrwało z niego prawie nic, okolicę porósł las.

Prawie nic, gdyż istnieje brukowana "aleja Kasztanowa" - główna ulica obozu. Aż trudno uwierzyć, że kiedyś dookoła stały rzędy baraków. Na placu wśród drzew znajdujemy jakiś budynek, lecz prawdopodobnie z okresu powojennego użytkowania poligonu.



Kawałek dalej odkrywamy ciekawą konstrukcją - betonowa kopuła zarośnięta drzewami z kilkoma otworami, ze śladami nieistniejących już drabin. Można było zejść nimi kilka metrów w dół. Zbiornik? Basen? Chłopak z łambinowickiego muzeum sugerował schron, ale nie bardzo mi to pasuje...



Stadion "Metalowca" Łambinowice. Klub założono w 1949 roku, ale boisko jest zaznaczone już na przedwojennych mapach.


Dojeżdżamy do zabudowań Łambinowic, gdzie znajdował się Lager I i obiekty garnizonowe. W PRL-u wybudowano kilka bloków, ale wśród nich można znaleźć starsze konstrukcje. Na zdjęciu poniżej prawdopodobnie byłe kasyno podoficerskie, na kolejnym wartownia, a potem (chyba) baraki szeregowców i podoficerów.




Pierwotnie kasyno oficerskie, dziś ośrodek kultury.


W parku obok kasyna leży głaz narzutowy z komunistycznym orłem, a kawałek dalej formacja skalna, którą gdzieś w internecie opisano jako kolejny pomnik upamiętniający ofiary obozu (nawet na openstreetmap jest taka wersja). Nic bardziej błędnego - na najwyżej położonym kamieniu zachował się napis KAISERIN AUGUSTA, więc to zapewne fundacja jednostki wojskowej, której patronem była niemiecka cesarzowa.



Budynek komendantury poligonu także otrzymał nowe życie po wojnie - od 1964 roku jest częścią Centralnego Muzeum Jeńców Wojennych (główna siedziba mieści się w Opolu). Kilka dni przed naszą wizytą otwarli je po koronawirusowej przerwie, a że wstęp jest bezpłatny, to decydujemy się na wizytę. Założenie maseczek, dezynfekcja rąk, założenie rękawiczek (nie wiem po co mi one??) i już możemy wejść. Obsługa też zabezpieczona; gdy przez chwilę rozmawiam z jednym z chłopaków, to po krótkiej chwili orientuje się, iż jesteśmy za blisko i gwałtownie się cofa 😉.

Wystawy mnie nie porwały. To dość ogólna ekspozycja odnośnie niemieckich obozów jenieckich, potem o samym Lamsdorf, lecą też filmy. Interesujące wydały się materiały osobiste polskich żołnierzy (bo na takich z oczywistości się skupiono) - np. jakiejś artystycznej duszy bardzo zależało, aby odzyskać swój pas.



W maseczkach nie da się zbyt długo oddychać w takim miejscu, więc wracamy na powietrze. Zamiast do centrum Łambinowic (w którym nic odkrywczego nie ma), udajemy się na północ brukowaną ulicą Muzealną.

Po kilkuset metrach po prawej stronie znajduje się teren, na którym w kilka miesięcy po zakończeniu II wojny światowej polskie władze zorganizowały obóz pracy. Czasem zwano go neutralnie obozem przesiedleńczym, a czasem, jak już wspominałem na początku, obozem koncentracyjnym. Jego najliczniejszymi więźniami byli mieszkańcy kilkudziesięciu miejscowości z okolicznych powiatów - m.in. z Prudnika, Tułowic, Skorogoszczy, jako ostatnich umieszczono tu ludzi z samych Łambinowic. Osoby te zostały uznane za Niemców (choć niekoniecznie takimi musiały się czuć) i przeznaczone na wywózkę do alianckich stref okupacyjnych. Ponieważ na tereny te zaczęły już przybywać Kresowiacy, więc wojsko gwałtownie opróżniało kolejne wsie i miasteczka, lecz zamiast autochtonów kierować do transportów za Odrę i Nysę, przetrzymywano ich w Łambinowicach. Następnie dołączyli inni: dawni strażnicy z Lamsdorf, grupy nazistowskich działaczy, żołnierze z Armii Andersa, którzy wcześniej służyli w Wehrmachcie, a także osoby oficjalnie uznane za Polaków, w tym co najmniej jedna, mająca za sobą pobyt w Auschwitz i Mauthausen.

Na symbolicznym krzyżu wspomniano o Niemcach i Polakach, o Ślązakach znowu zapomniano.


Liczba obozowiczów szacowana jest na 5-6 tysięcy. Większość z nich znalazła się później w nowych Niemczech, około setki zwolniono, kilkunastu uciekło. Nie przeżyło półtora tysiąca: największe żniwo w ciężkich warunkach zbierały choroby (zwłaszcza tyfus), głód, zimno. Więźniowie traktowani byli brutalnie, zwłaszcza pod rządami pierwszego komendanta, partyzanta Armii Ludowej i sierżanta milicji, Czesława Gęborskiego, wyjątkowego sadysty. Znęcanie się, bicie, gwałty, zabójstwa. Po podpaleniu jednego z baraków i otworzeniu ognia do gaszących go więźniów nawet komunistyczne władze uznały, że to przesada i Gęborskiego odwołały. Wytoczono mu kilka procesów, w tym jeden po 1989 roku, ale ostatecznie nigdy nie został skazany, a od odpowiedzialności wybawiła go śmierć.

Przez cały okres PRL-u kwestia polskiego obozu oficjalnie nie istniała. W III Rzeczpospolitej można było już o nim mówić, choć temat cały czas budził kontrowersje. Pierwszy postawiony krzyż z drewna kilkukrotnie niszczono. W 2002 roku otwarto symboliczny cmentarz ofiar, chowanych w masowych grobach. Na zielonej łące położono kamienie z nazwami wypędzanych miejscowości, są także niepełne listy tych, którzy zostali tu na zawsze. Nazwiska niemieckie, ale także górnośląskie, charakterystyczne dla tego regionu, niektóre wręcz czysto polskie. Bastek znalazł faceta o tym samym nazwisku, co on. Może dalsza rodzina?





Z infrastruktury przetrwało tylko tyle: fragment podmurówki jednego z budynków. Resztę pieczołowicie zniszczono, postarał się o to ostatni komendant, który po likwidacji obozu pełnił funkcję wójta Łambinowic.


Na chwilę zmieniamy klimat i wypatrujemy w lesie śladów po wojskowej strzelnicy. Jak nam powiedział pracownik muzeum miał to być jeden z najnowocześniejszych obiektów w Prusach, z ruchomymi celami! Polecał to miejsce jako dużą atrakcję.
W pewnym momencie widzimy ciągnący się wzdłuż drogi wał.


Wchodzimy na niego, za nim drugi. Ewidentnie teren strzelnicy, zapewne ćwiczono między nimi. Ale takie dwie ziemne ściany to żadna atrakcja... Kawałek dalej okazało się, że weszliśmy między drzewa za wcześnie! Wyrasta przed nami wysoki na kilka metrów ceglany mur, który ciągnie się dłuuugo w bok. To musiało być strzelnicze jądro!



Obchodzimy go dookoła - od strony wałów umieszczono wnęki, ściany zryte są tysiącami kul. Ciekawie to wygląda, zapewne w zimie robi jeszcze większe wrażenie. Po zejściu schodami można przejść się także krótkim, betonowym korytarzem, umieszczonym poniżej poziomu gruntu. Czy tu mieściła się maszyneria, czy może służył do czegoś innego? Dzisiaj mieszkają w nim całe chmary robactwa.





Wracamy do tematów jenieckich. Półtora kilometra na północ od Lagru I powstał Stalag 318 - powszechnie znany jako Russenlager. Zgodnie z nazwą przetrzymywano w nim jeńców radzieckich. To najbardziej morderczy element systemu obozowego - z 200 tysięcy nie przeżyło około 40 tysięcy. Śmierć przynosiło zimno, choroby oraz wykańczająca praca, natomiast raczej nie dokonywano masowych egzekucji. O ile w stosunku do innych aliantów Niemcy stosowali w Lamsdorf przepisy konwencji genewskiej, o tyle Sowieci byli z niej wyłączeni. Oficjalnym powodem był brak podpisania tej konwencji przez ZSRR.

Po Russenlagrze jest współcześnie najwięcej śladów: pierwsze przez nas spotkane to hydrofor oraz zbiornik przeciwpożarowy.


Na polanie stoją ruiny baraków, otacza je zrekonstruowane ogrodzenie z drutów oraz wieża strażnicza. Droga, na której stoimy, przecinała niegdyś obóz na pół, po drugiej stronie także stały budynki, lecz dziś króluje tam tylko las.




Czemu akurat ten fragment ocalał? Z przyczyn politycznych, bo lepiej upamiętniać tragedię radziecką niż kapitalistów? Z drugiej strony ZSRR traktował żołnierzy, którzy popadli w niewolę, jako zdrajców, więc w stalinizmie nikt niczego by tu nie wspominał. A może po prostu przypadek? I tak oglądamy jedynie niewielką część dawnego stalagu.




W ciepły, majowy piątek otacza nas tylko cisza i ćwierkanie ptaków, trudno wczuć się w sytuację więzionych tu ludzi. Początkowo dla wielu z nich nie starczyło nawet miejsca pod dachem, spali na mrozie w wykopanych ziemiankach.



Jeden z baraków zrekonstruowano i umieszczono w nim wystawę, lecz drzwi są zamknięte. Inne są zabezpieczone przed kompletną rozsypką specjalnymi stemplami, jak domy przy szkodach górniczych.


Oprócz obywateli ZSRR w późniejszych etapach wojny pojawili się tu również przybysze z innych stron, m.in. Jugosłowianie, żołnierze włoscy, a w 1944 powstańcy słowaccy oraz warszawscy. Tych ostatnich upamiętnia pomnik.


Za ogrodzeniem skręcamy w lewo, żeby obejrzeć ostatni już punkt zwiedzania. Z przecinki między drzewami można popatrzeć na Góry Opawskie.


Większość jeńców radzieckich pogrzebano w zbiorowych mogiłach w pewnym oddaleniu od obozu, na terenie który administracyjnie znajduje się w granicach wioski Szadurczyce (Schaderwitz, Schadeberg).

W 1964 roku na cmentarzu wzniesiono Pomnik Martyrologii Jeńców Wojennych.


Styl pomnika jest surowy, wręcz brutalny. Sprawiające nieco upiorne wrażenie metalowe figury ludzkie zasiedlone są przez dziesiątki ptaków, które uwiły w nich swoje gniazda. Tak symbolicznie - od śmierci do nowego życia 😊.



Na sfatygowanej płycie wyryto państwa, których obywatele stracili w Lamsdorf życie, w tym Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, iż takiego kraju nie ma - są Stany Zjednoczone Ameryki 😉.


Mimo, że wokół nas spoczywają dziesiątki tysięcy ludzi, kompleks sprawia optymistyczne wrażenie - zieleń trawy, drzewa o ciekawych kształtach i ogólne zadbanie sprawia, że człowiek nie ugina się pod ciężarem dramatu, jaki się tu rozgrywał.



Przed cmentarzem jest parking z trylinki, na którym co jakiś czas pojawia się pojedynczy samochód, po czym pasażerowie wychodzą i znikają w oddali. My zarządzamy postój, po którym z powrotem wskoczymy na rowery i pojedziemy pokręcić się po zlikwidowanym poligonie oraz zobaczyć nieistniejącą wioskę, lecz to już historia na inną opowieść.


-----

Przy pisaniu korzystałem często ze strony Centralnego Muzeum Jeńców Wojennych. Na niej również można znaleźć wszelkie informacje odnośnie godzin otwarcia oraz zwiedzania.

10 komentarzy:

  1. Bardzo ciekawa opowieść!

    Tylko czy tam nie powinno być zbiornik "przeciwpożarowy" zamiast "przeciwpowodziowy"?

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie znam tego miejsca, a i niewiele wiem o polskich obozach po drugiej wojnie (kojarzę ten w Jaworznie). Dzięki za opowieść.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W Jaworznie jest bardziej znany, zwłaszcza, że więziono tam również Ukraińców i Rusinów, więc dość często pojawia się w Beskidzie Niskim...

      Usuń
  3. Zwiedzanie takich miejsc jest dla mnie wstrząsające, a ten obóz jakoś szczególnie bo dotyczy terenów Śląska. Śląsk miał naprawdę trudną historię co widać między innymi na tym cmentarzu. Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niewątpliwie nie są to żartobliwe i luzackie wizyty jak w wielu innych muzeach. Takie miejsca powinni ludzi czegoś nauczyć, a historia dowodzi, że nie uczą niczego...

      Usuń
  4. "Równe rzędy krzyży wśród zieleni drzew. Ofiary ludzkiej głupoty i polityki."
    Bardzo trafne.
    Upiorne wrażenie sprawiają te krzyże, te pola krzyży.

    Na mnie bardzo średnio sprawiło wrażenie, gdy kiedyś pojechałem do jakiejś hurtowni w Lublinie, i gdy za ogródków (? a przynajmniej tak to dziś pamiętam) wyłonił się teren obozu... O wizycie w Auschwitz nie wspomnę. A o tym, opisanym miejscu przez Ciebie, nie wiedziałem nic zupełnie (choć temat obozów po II WŚ znam).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Auschwitz to jednak inna kategoria wagowa... Tutaj nie było aż tak makabrycznie, więc aż tak nie obciąża to wyobraźni.

      Usuń
  5. Jakkolwiek dziwnie to nie brzmi - fascynują mnie takie miejsca! Jakoś nigdy dotąd nie słyszałam o Sowinie... :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja cmentarze uwielbiam, obozy już mniej ;) No i jak mogłaś nie słyszeć o Sowinie?! :P

      Usuń